Nieprzespana noc, niepokój, troska, obawa o zdrowie o Erica. Czuła się jak splątany kłębek nerwów. Wiadomość od Olivera, którą napisał z konta Erica, wprawiła ją w osłupienie. Przez chwilę siedziała na łóżku, przerażona i spętana strachem. Próbowała odpisywać na wiadomości, lecz nagle straciła czucie w drżących palcach. Słowa opuściły myśli, jakby nagle, poza zapomnieniem jak się oddycha, wszystkie, których zdążyła nauczyć się przez ostatnie dwadzieścia cztery lata, wyparowały. Oliver był niebezpiecznym człowiekiem. Była świadkiem jego ataków agresji. Wyzwisk. Kłótni. Widziała w nim potwora, prawdziwego demona przysłanego z piekieł i nie chciała narażać Erica na spotkanie z nim. Przez pierwsze kilka chwil po przeczytaniu wiadomości, wpatrywała się otumaniona w telefon, starając się oddychać w taki sposób, by nie dostać ataku paniki. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Sześć…. Wydech. Raz. Dwa. Trzy… Serce Shereen biło jak szalone, robiło jej się niedobrze, a umysł zalewały czarne scenariusze. Wszystkie sceny z przeszłości wróciły, uderzając w nią z siłą wybuchu chwilę przed podpaleniem lontu. Przysłoniła dłonią usta, oparła czoło o kolana i zaszlochała. Wielokrotnie martwiła się o Erica, ale teraz… Ten niepokój osiągał najwyższy z możliwych poziomów. Pojawił się tak nagle, jak uczucia, które zaczęła do niego żywić i nie chciał zniknąć, choć bardzo chciała wierzyć, że Oliver nie wyrządził mu krzywdy. Po kilku wiadomościach wysłał zdjęcie, które sprawiło, że świat nagle się zatrzymał, a wraz z nim bicie serca. Nie potrafiła złapać oddechu. Najpierw jeden płytki wdech, potem drugi, jeszcze krótszy, urwany gdzieś w połowie. Powietrze przestało docierać do płuc, jakby ktoś zacisnął jej dłonie na gardle. Otworzyła szerzej usta, próbując zaczerpnąć go więcej, ale każdy kolejny oddech tylko pogłębiał zawroty głowy. Telefon wyślizgnął się z drżących palców i z głuchym stuknięciem spadł na pościel. Serce waliło tak mocno, że aż bolało. Czuła je wszędzie — w gardle, skroniach, klatce piersiowej. Obraz przed oczami zaczął się rozmywać, a brzegi pokoju dziwnie falować. Miała wrażenie, że ściany zbliżają się do niej z każdą sekundą, że traci oddech, że zaraz zostanie całkowicie pozbawiona kontroli. Myśli dziewczyny pędziły pospiesznie, a katastroficzne wizje podsuwane przez wyobraźnię, zlały się w jedno, tworząc nową rzeczywistość.
Co, jeśli było za późno? Co, jeśli Oliver zdążył już wyrządzić krzywdę Ericowi? Co, jeśli on naprawdę liczył na to, że ktoś mu pomoże, ale w pobliżu nie było nikogo, poza nim i psychopatycznym chłopakiem? Łzy spłynęły niekontrolowanie w dół policzków, zostawiając po sobie wilgotne ślady. Zaciśnięte na włosach palce, poruszały się nerwowo, jakby tym ruchem dłoni Shereen próbowała przywrócić się do porządku. Miała wrażenie, że za chwilę zemdleje. Albo umrze. Że cokolwiek się nie stanie, nie będzie w stanie się pozbierać. Czy naprawdę tak wyglądało umieranie? Tak, musiało. To musiało być cholernie bolesne uczucie. Duszące, wyniszczające, odbierające zdolność logicznego myślenia. Bardziej niż atak paniki, przerażała ją myśl, że nie zatrzymała Erica w domu. Zadzwoniła na policję. I to był ostatni telefon, jaki wykonała tej nocy. Przyjęła tabletki wyciszające i położyła się do łóżka.
Z łóżka wstała około godziny ósmej. Bolała ją głowa. Piekły oczy. Kręciło jej się w głowie, jakby wypiła kilka porządnych kieliszków wódki i była niewyspana. Spojrzała na telefon. Powiadomienie, które zobaczyła, sprawiło, że złość zawrzała. Wysłała do niego wiadomość. Później wymienili kilka kolejnych. Miała ochotę rzucić telefonem o ścianę z głośnym krzykiem i go zniszczyć. Zerwała się z łóżka, wyciągając z garderoby pierwsze lepsze ubrania — jakiś ciemny top i spodenki, bo wyglądając przez okno i patrząc na przebijające przez nie słońce, wywnioskowała, że na zewnątrz jest dość ciepło. W domu również — podejrzewała, że odczuwalny wzrost temperatury był efektem złości. Nie potrafiła określić swojego obecnego stanu; znajdywała się gdzieś pomiędzy totalnym wkurwieniem a dojebanym rozpieprzeniem. Kierując się tym uczuciem, trzasnęła drzwiami od garderoby, przebierając się chwilę później w znalezione ubrania. Chcesz się bawić, Eric? To ci pokaże, czym jest zajebista zabawa. Może poczujesz się, choć po części tak wkurwiony, jak ja — powiedziała do siebie w myślach, wychodząc szybkim krokiem z sypialni. Zamierzała po prostu wyjść z domu, zamknąć za sobą drzwi i złożyć Ericowi niezapowiedzianą wizytę. Zatrzymała się w kuchni, w pobliżu wysepki kuchennej, na której leżały klucze od domu Erica. Los najwidoczniej się do niej uśmiechnął i chciał ją nieco uszczęśliwić, będzie mogła wejść do jego mieszkania bez wcześniejszego zapukania czy natarczywego wciskania dzwonka. Zgarnęła je wraz z breloczkiem do torebki i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Do domu Erica wpadła jak huragan zwiastujący załamanie pogody. Zamknęła za sobą drzwi i zostawiła torebkę w przedpokoju. Zaskoczył ją tym, że zamknął za sobą drzwi. Najwidoczniej Oliver szybko pomógł mu wytrzeźwieć, skoro zajarzył, że zostawianie na noc otwartego domu mogło skończyć się włamaniem. Zagryzła mocno usta, ściągnęła brwi i zacisnęła dłonie, rozglądając się po wnętrzu domu pogrążonego w nieprzyjemnej ciszy. Poza dźwiękami typowymi dla tego rodzaju budownictwa słyszała tylko dźwięk brzęczenia lodówki. Próbowała przypomnieć sobie miejsce, w którym trzymał alkohol. Całą tę cholerną kolekcję alkoholi, którą się szczycił i chwalił. Ostrzegała go, że nie powinien pić, prawda? Wyraziła dość jasno swoje zdanie i nieraz podkreślała, że wpakuje się przez tę naleciałość w kłopoty. Oczywiście, że miała rację. Winfield zawsze miała rację, bo intuicyjnie przeczuwała komplikacje. Z dumnie uniesioną głową przeszła przez kuchnię, otwierając po cichu szafki. Czuła się bezsilna w tej sytuacji i niezbyt fair względem Erica, ale chciała mu udowodnić, że jej wyrozumiałość również miała granice. Przełknęła ślinę, gdy po otwarciu jednego z kredensów dostrzegła kilka butelek. Zanim wzięła jedną z nich, obejrzała dokładnie etykietkę — nie zamierzała pozbywać się tych limitowanych. Pierwsza była paskudnie pachnąca, ostra whisky. W drugiej butelce znajdywało się półsłodkie wino. Zgarnęła jeszcze trzecią i podniosła się z podłogi.
— Słodkich snów, skarbie. Mam nadzieję, że się wyśpisz. Albo nie. Nie wysypiaj się. Za bycie skończonym kretynem się płaci!— każde wycedzane przez zaciśnięte zęby ociekało jadem.
Nim zdążyła się zawahać, zamachnęła się pierwszą butelką. Szkło uderzyło o kafelki z ogłuszającym hukiem, rozpryskując się na dziesiątki kawałków. Bursztynowy alkohol rozlał się po podłodze, oblepiając kafelki. Przez chwilę po prostu stała, patrząc na zniszczenia, których dokonała. Na te cholerne odłamki rozsypane wokół ciemnych butów. Na ciecz sunącą między kafelkami, jak strumień drążący w skale. Drugą butelką cisnęła jeszcze mocniej. Wydała z siebie sfrustrowane prychnięcie i rzuciła soczystą kurwą, która rozeszła się po kuchni. Szkło eksplodowało, obsypując szafki i lodówkę drobnymi odłamkami. Ramiona wściekłej dziewczyny unosiły się i gwałtownie opadały. Oddech był dość ciężki.
— Pieprzony idiota! — warknęła bardziej do siebie, niż w eter, zbijając trzecią i ostatnią butelkę.
W tym momencie nie chodziło już o alkohol. Ani o zemstę. Chodziło po prostu o strach, o te cholerne nieprzespane godziny podczas wyobrażania sobie najgorszych scenariuszy. O zdjęcie, które odebrało jej oddech i wywołało atak paniki. O noc spędzoną na zastanawianiu się, czy popierdolony Oliver nie zrobi krzywdy chłopakowi, którego… Kochała. Zacisnęła pięści tak mocno, że poczuła nieprzyjemne pieczenie po wewnętrznej stronie dłoni. Pod powiekami także. I choć zbierało jej się na płacz — nie chciała się rozklejać. Była wściekła, smutna i przerażona, a najgorsze było to, że ta złość wciąż nie ustępowała. Stała pośród rozbitego szkła. Kuchnia pachniała wódką, whisky i winem, a ona nadal miała wrażenie, że to było za mało na wyrzucenie z siebie tych uczuć.