ODPOWIEDZ
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

13
you are dead


Nieprzespana noc, niepokój, troska, obawa o zdrowie o Erica. Czuła się jak splątany kłębek nerwów. Wiadomość od Olivera, którą napisał z konta Erica, wprawiła ją w osłupienie. Przez chwilę siedziała na łóżku, przerażona i spętana strachem. Próbowała odpisywać na wiadomości, lecz nagle straciła czucie w drżących palcach. Słowa opuściły myśli, jakby nagle, poza zapomnieniem jak się oddycha, wszystkie, których zdążyła nauczyć się przez ostatnie dwadzieścia cztery lata, wyparowały. Oliver był niebezpiecznym człowiekiem. Była świadkiem jego ataków agresji. Wyzwisk. Kłótni. Widziała w nim potwora, prawdziwego demona przysłanego z piekieł i nie chciała narażać Erica na spotkanie z nim. Przez pierwsze kilka chwil po przeczytaniu wiadomości, wpatrywała się otumaniona w telefon, starając się oddychać w taki sposób, by nie dostać ataku paniki. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Sześć…. Wydech. Raz. Dwa. Trzy… Serce Shereen biło jak szalone, robiło jej się niedobrze, a umysł zalewały czarne scenariusze. Wszystkie sceny z przeszłości wróciły, uderzając w nią z siłą wybuchu chwilę przed podpaleniem lontu. Przysłoniła dłonią usta, oparła czoło o kolana i zaszlochała. Wielokrotnie martwiła się o Erica, ale teraz… Ten niepokój osiągał najwyższy z możliwych poziomów. Pojawił się tak nagle, jak uczucia, które zaczęła do niego żywić i nie chciał zniknąć, choć bardzo chciała wierzyć, że Oliver nie wyrządził mu krzywdy. Po kilku wiadomościach wysłał zdjęcie, które sprawiło, że świat nagle się zatrzymał, a wraz z nim bicie serca. Nie potrafiła złapać oddechu. Najpierw jeden płytki wdech, potem drugi, jeszcze krótszy, urwany gdzieś w połowie. Powietrze przestało docierać do płuc, jakby ktoś zacisnął jej dłonie na gardle. Otworzyła szerzej usta, próbując zaczerpnąć go więcej, ale każdy kolejny oddech tylko pogłębiał zawroty głowy. Telefon wyślizgnął się z drżących palców i z głuchym stuknięciem spadł na pościel. Serce waliło tak mocno, że aż bolało. Czuła je wszędzie — w gardle, skroniach, klatce piersiowej. Obraz przed oczami zaczął się rozmywać, a brzegi pokoju dziwnie falować. Miała wrażenie, że ściany zbliżają się do niej z każdą sekundą, że traci oddech, że zaraz zostanie całkowicie pozbawiona kontroli. Myśli dziewczyny pędziły pospiesznie, a katastroficzne wizje podsuwane przez wyobraźnię, zlały się w jedno, tworząc nową rzeczywistość.

Co, jeśli było za późno? Co, jeśli Oliver zdążył już wyrządzić krzywdę Ericowi? Co, jeśli on naprawdę liczył na to, że ktoś mu pomoże, ale w pobliżu nie było nikogo, poza nim i psychopatycznym chłopakiem? Łzy spłynęły niekontrolowanie w dół policzków, zostawiając po sobie wilgotne ślady. Zaciśnięte na włosach palce, poruszały się nerwowo, jakby tym ruchem dłoni Shereen próbowała przywrócić się do porządku. Miała wrażenie, że za chwilę zemdleje. Albo umrze. Że cokolwiek się nie stanie, nie będzie w stanie się pozbierać. Czy naprawdę tak wyglądało umieranie? Tak, musiało. To musiało być cholernie bolesne uczucie. Duszące, wyniszczające, odbierające zdolność logicznego myślenia. Bardziej niż atak paniki, przerażała ją myśl, że nie zatrzymała Erica w domu. Zadzwoniła na policję. I to był ostatni telefon, jaki wykonała tej nocy. Przyjęła tabletki wyciszające i położyła się do łóżka.

Abonent jest już dostępny — wystarczyło spojrzeć na powiadomienie, by zmartwienie zastąpić wściekłością.

Kretyn.

Idiota.

Debil.

Co on sobie myślał?

Popierdoliło go. Naprawdę go popierdoliło.


Z łóżka wstała około godziny ósmej. Bolała ją głowa. Piekły oczy. Kręciło jej się w głowie, jakby wypiła kilka porządnych kieliszków wódki i była niewyspana. Spojrzała na telefon. Powiadomienie, które zobaczyła, sprawiło, że złość zawrzała. Wysłała do niego wiadomość. Później wymienili kilka kolejnych. Miała ochotę rzucić telefonem o ścianę z głośnym krzykiem i go zniszczyć. Zerwała się z łóżka, wyciągając z garderoby pierwsze lepsze ubrania — jakiś ciemny top i spodenki, bo wyglądając przez okno i patrząc na przebijające przez nie słońce, wywnioskowała, że na zewnątrz jest dość ciepło. W domu również — podejrzewała, że odczuwalny wzrost temperatury był efektem złości. Nie potrafiła określić swojego obecnego stanu; znajdywała się gdzieś pomiędzy totalnym wkurwieniem a dojebanym rozpieprzeniem. Kierując się tym uczuciem, trzasnęła drzwiami od garderoby, przebierając się chwilę później w znalezione ubrania. Chcesz się bawić, Eric? To ci pokaże, czym jest zajebista zabawa. Może poczujesz się, choć po części tak wkurwiony, jak ja — powiedziała do siebie w myślach, wychodząc szybkim krokiem z sypialni. Zamierzała po prostu wyjść z domu, zamknąć za sobą drzwi i złożyć Ericowi niezapowiedzianą wizytę. Zatrzymała się w kuchni, w pobliżu wysepki kuchennej, na której leżały klucze od domu Erica. Los najwidoczniej się do niej uśmiechnął i chciał ją nieco uszczęśliwić, będzie mogła wejść do jego mieszkania bez wcześniejszego zapukania czy natarczywego wciskania dzwonka. Zgarnęła je wraz z breloczkiem do torebki i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Do domu Erica wpadła jak huragan zwiastujący załamanie pogody. Zamknęła za sobą drzwi i zostawiła torebkę w przedpokoju. Zaskoczył ją tym, że zamknął za sobą drzwi. Najwidoczniej Oliver szybko pomógł mu wytrzeźwieć, skoro zajarzył, że zostawianie na noc otwartego domu mogło skończyć się włamaniem. Zagryzła mocno usta, ściągnęła brwi i zacisnęła dłonie, rozglądając się po wnętrzu domu pogrążonego w nieprzyjemnej ciszy. Poza dźwiękami typowymi dla tego rodzaju budownictwa słyszała tylko dźwięk brzęczenia lodówki. Próbowała przypomnieć sobie miejsce, w którym trzymał alkohol. Całą tę cholerną kolekcję alkoholi, którą się szczycił i chwalił. Ostrzegała go, że nie powinien pić, prawda? Wyraziła dość jasno swoje zdanie i nieraz podkreślała, że wpakuje się przez tę naleciałość w kłopoty. Oczywiście, że miała rację. Winfield zawsze miała rację, bo intuicyjnie przeczuwała komplikacje. Z dumnie uniesioną głową przeszła przez kuchnię, otwierając po cichu szafki. Czuła się bezsilna w tej sytuacji i niezbyt fair względem Erica, ale chciała mu udowodnić, że jej wyrozumiałość również miała granice. Przełknęła ślinę, gdy po otwarciu jednego z kredensów dostrzegła kilka butelek. Zanim wzięła jedną z nich, obejrzała dokładnie etykietkę — nie zamierzała pozbywać się tych limitowanych. Pierwsza była paskudnie pachnąca, ostra whisky. W drugiej butelce znajdywało się półsłodkie wino. Zgarnęła jeszcze trzecią i podniosła się z podłogi.

— Słodkich snów, skarbie. Mam nadzieję, że się wyśpisz. Albo nie. Nie wysypiaj się. Za bycie skończonym kretynem się płaci!— każde wycedzane przez zaciśnięte zęby ociekało jadem.
Nim zdążyła się zawahać, zamachnęła się pierwszą butelką. Szkło uderzyło o kafelki z ogłuszającym hukiem, rozpryskując się na dziesiątki kawałków. Bursztynowy alkohol rozlał się po podłodze, oblepiając kafelki. Przez chwilę po prostu stała, patrząc na zniszczenia, których dokonała. Na te cholerne odłamki rozsypane wokół ciemnych butów. Na ciecz sunącą między kafelkami, jak strumień drążący w skale. Drugą butelką cisnęła jeszcze mocniej. Wydała z siebie sfrustrowane prychnięcie i rzuciła soczystą kurwą, która rozeszła się po kuchni. Szkło eksplodowało, obsypując szafki i lodówkę drobnymi odłamkami. Ramiona wściekłej dziewczyny unosiły się i gwałtownie opadały. Oddech był dość ciężki.
— Pieprzony idiota! — warknęła bardziej do siebie, niż w eter, zbijając trzecią i ostatnią butelkę.
W tym momencie nie chodziło już o alkohol. Ani o zemstę. Chodziło po prostu o strach, o te cholerne nieprzespane godziny podczas wyobrażania sobie najgorszych scenariuszy. O zdjęcie, które odebrało jej oddech i wywołało atak paniki. O noc spędzoną na zastanawianiu się, czy popierdolony Oliver nie zrobi krzywdy chłopakowi, którego… Kochała. Zacisnęła pięści tak mocno, że poczuła nieprzyjemne pieczenie po wewnętrznej stronie dłoni. Pod powiekami także. I choć zbierało jej się na płacz — nie chciała się rozklejać. Była wściekła, smutna i przerażona, a najgorsze było to, że ta złość wciąż nie ustępowała. Stała pośród rozbitego szkła. Kuchnia pachniała wódką, whisky i winem, a ona nadal miała wrażenie, że to było za mało na wyrzucenie z siebie tych uczuć.



zbieramy na wieniec
Ostatnio zmieniony śr cze 24, 2026 10:13 pm przez Shereen Winfield, łącznie zmieniany 1 raz.
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
176 cm
młodszy inżynier oprogramowania AG
Awatar użytkownika
Let me hold you close
Fly this night above the rising moon
Crazy ovеr you, you, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

Przygoda Erica z alkoholem rozpoczęła się, gdy miał mniej więcej 16 lat - choć do dziś pamiętał historię o tym, jak jako dzieciak postanowił spróbować co pije tata gdy ten poszedł do łazienki i nie odstawił wyżej szklanki do piwa - i to wtedy po raz pierwszy zgarnął na urodzinach niepostrzeżenie puszkę piwa (aczkolwiek możliwe było, że jednak wujek go zauważył, lecz postanowił odpuścić i nie donosić swojej siostrze, tj. mamie Erica, przypominając sobie siebie z lat młodości), którą zaniósł do swojego pokoju i tam Shereen była jego świadkiem. Wiedział, że przy niej mógł, bo jej ufał.
Potem były różne imprezy - w klubach, w domach, w wynajętych lokalach. Któregoś razu na jedną imprezę nie wpuszczano bez butelki wypełnionej czymś, co zawierało procenty. Eric zastanawiał się, jak to zrobić. Pewnego dnia, a dokładniej trzy dni przed imprezą, obmyślał plan, stojąc przed sklepem. Nagle jakby dostał olśnienia – planował wykorzystać znajomość koreańskiego, odzywając się w tym właśnie języku do pierwszej lepszej osoby, która zbliży się do budynku. Ku jego zaskoczeniu trafił na fankę azjatyckich dram, która co prawda znała jedynie kilka podstawowych zwrotów, a on, rzecz jasna, starał się brzmieć BARDZO przekonywująco. Koniec końców, postanowiła mu pomóc w zamian za zaproszenie do koreańskiej restauracji. Wymienili się instagramami, poszli w którąś sobotę na obiad, popisali jakiś czas, ale ostatecznie po pierwsze, dziewczyna dowiedziała się, iż Eric nie był 100-procentowym Koreańczykiem, po drugie, że została nieco wykorzystana, a po trzecie… kontakt im się po prostu urwał.
Najwięcej wypadów na picie było u Erica w okresie studiów. Integracje, opijanie zdanych egzaminów, opijanie oblanych egzaminów, opijanie pierwszych poważnych związków (lub kolejnych, tu w sumie nie było jednej reguły). Można zatem było powiedzieć, że właśnie na studiach poznał różne odmiany kaca oraz sypiał w różnych miejscach (nawet w wannie u ziomka).
Nie przypuszczał jednak nigdy, że jego własny brat założy mu kajdanki po tym, jak wróci zza drzew i zobaczy jakiegoś gościa trzymającego jego własność, czyli telefon komórkowy. W szamotaninie urządzenie wylądowało na ziemi, a Stones - mimo percepcji wyraźnie zaburzonej przez nadmierną ilość wypitego alkoholu. Nie myślał szczególnie logicznie w tamtej chwili. Kierował się bardziej instynktem niż rozsądkiem, próbując odzyskać coś, co należało do niego. Chcąc gościa przestraszyć, wyciągnął nawet scyzoryk, ale… ostatecznie ucierpiała jego bluza. A nagle...

Obraz zaczął tracić ostrość, dźwięki zaczynały dochodzić jakby z oddali...
Zapadła ciemność.
A wraz z nią cisza. Nie pamiętał, czy była spowodowana alkoholem, czy tak mocno uderzył głową o policyjne auto, czy był to efekt uderzenia obcego typa. Obudził się w areszcie, bez telefonu w kieszeni. Głowa go bolała, czuł się beznadziejnie - całe ciało go bolało - i mimo prób przekonania brata, by wypuścił go szybciej, musiał czekać tyle, ile dostał za bójkę w miejscu publicznym, zakłócanie spokoju i.. pewnie coś tam jeszcze, ale nie za bardzo chciał to pamiętać.
Jedyne, o czym marzył, to powrót do Sher. Powrót do domu. Aczkolwiek widząc godzinę na zegarku, domyślał się, że już śpi.
W pewnym momencie nie miał już siły stać przy kratach, dlatego postanowił położyć się na ziemi i czekać. Podłoga była zimna, cela ciasna a on nadal chciał wierzyć, że to tylko głupi sen, lecz wraz z mijającymi minutami rozumiał, iż naprawdę był w areszcie. Dodatkowo na nadgarstkach miał ślady po kajdankach, czym raczej nie zamierzał się chwalić... Wielkie dzięki Dan.
Gdy oznajmiono, że może opuścić celę, zabrał swoje rzeczy i próbował włączyć telefon, lecz ten pokazał ikonkę oznaczającą rozładowaną baterię. Fantastycznie, kurwa… westchnął głośno i poprosił Danego o jeszcze jedną rzecz.
Żeby zawiózł go do domu lub zamówił taksówkę, bo zwyczajnie nie był w stanie iść o własnych siłach. Przez większość drogi jechał z zamkniętymi oczami, próbując przypomnieć sobie wydarzenia minionej nocy, lecz w jego głowie pojawiały się jedynie urwane przebłyski - niczym pojedyncze klatki filmu, pomiędzy którymi ktoś wyciął połowę materiału.
Pamiętał fragment rozmowy, śmiech, światła latarni i moment, w którym bił jakiegoś mężczyznę, lecz jego twarz była rozmazana tak, jakby ktoś celowo zamazał ją na zdjęciu albo przeciągnął dłonią po świeżo namalowanym obrazie. Im bardziej próbował sobie przypomnieć szczegóły, tym bardziej bolała go głowa – żałował, że nie miał przy sobie mini kamery albo GoPro, bo przynajmniej byłoby o wiele łatwiej z odtworzeniem wydarzeń, a tak? Nie miał pojęcia, kiedy film ułoży się w całość. Kiedy znajdzie pozostałe kawałki puzzli. Kiedy poskleja fragmenty pamięci. Wracał, czując frustrację wraz z poczuciem niepokoju.

Po powrocie do domu, zaskoczyły go otwarte drzwi, które zamknął zaraz po przekroczeniu progu i zamknięciu ich od wewnątrz, a pierwsze co zrobił to poszedł do sypialni, podłączył telefon do ładowania i czekając aż pierwsze procenty zaczną się pojawiać, zaczął ściągać z siebie ubranie, dopóki nie został w samych bokserkach. Zauważywszy baterię naładowaną na 5%, wcisnął przycisk, podał PIN, potem hasło i… zamarł.
- Niech to kurwa szlag… - powiedział do samego siebie, przeczesując nerwowo dłonią włosy. Mimo bolącej, a jednocześnie pulsującej głowy, przeczytał wiadomości otrzymane od Sher i naprawdę miał ogromną ochotę do niej pójść, lecz… sam nie wiedział, kiedy odpłynął z telefonem - który ostatecznie mu wypadł z dłoni - leżąc na łóżku.
Śniło mu się wiele rzeczy: wycieczka na jachcie, pływanie z delfinami, Gustavo, który potrafił mówić i mówił Ericowi, że ktoś przeszukiwał jego dom, gdy go nie było, a nagle zmienił się w wielkiego rekina i próbował go pożreć, a na końcu… śniło mu się, że był z Sher w jego starym pokoju. Na biurku stał jego stary komputer stacjonarny, a oni… siedzieli na środku i choć najpierw patrzyli sobie w oczy, tak po chwili zaczęli się bardzo namiętnie całować. Całowali się, dopóki nie przyszedł jego ojciec i nie rzucił butelką tuż obok Erica.
Stones otworzył oczy, lecz dźwięk tłuczonego szkła nie ustawał.
Spojrzał na zegarek w telefonie - było wcześnie. Może to sąsiedzi robią porządki… tylko po chuj tak wcześnie. pomyślał, poprawiając się i wypuszczając powietrze.
Dźwięk ani trochę nie przycichał, więc postanowił to sprawdzić. Szczególnie że gdy usiadł, odniósł wrażenie, jakoby to u niego ktoś coś tłukł. Założył leżące na krześle spodnie dresowe i ruszył do kuchni.
Sam nie wiedział, co bardziej go zaskoczyło, dlatego aż złapał się za głowę.
Widok tłuczonych butelek
czy
- Sher… Sher… SHEREEN! - krzyknął na tyle, na ile mógł, choć jego głos nie brzmiał jeszcze najlepiej przez pijacką chrypę.
- Jasna cholera… CO TY NAJLEPSZEGO WYPRAWIASZ?! - Klęknął na podłodze, czując, jak materiał spodni zaczyna przesiąkać charakterystyczną cieczą. Miał to gdzieś. Ważniejszym faktem było dla niego to, że Przecież ona właśnie tłukła…
- Moja kolekcja… - jęknął żałośnie. Nagle wstał i próbował jej zabrać trzymaną butelkę, lecz ona miała przewagę.

Nie
miała
KACA.

A on miał wrażenie, że miał mięśnie jak z gumy...
don't do it...
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Świat Shereen zwęził się do dwóch punktów: butelek, które tłukła jakby była w transie i wściekłości, która w niej buzowała. Dawno nie była tak wkurwiona. Emocje, które czuła w tamtym momencie toczyły między sobą batalię. Była rozdarta pomiędzy nienawiścią do Olivera, niechęcią, którą odczuwała do Erica i romantycznymi uczuciami, które do niego żywiła. Mieszały się ze sobą, tworząc całkowicie nowy filar jej osobowości. Wpadła w trans, gdy z każdym rozbitą butelką, obserwowała, jak alkohol się rozlewa, jak szkło rozpryskuje się na kilka stron, jak jego odłamki uderzają o podłogę, o lodówkę. Ostrzegała go. Przecież mu m ó w i ł a, że ma na siebie uważać. Mówiła, że ma trzymać się z daleka od Olivera, żeby był ostrożny… Ale Eric wszystko spieprzył. Poszedł do parku, rzekomo z Dante. Najebał się. Wpadł na Olivera. Zrobił wszystko na odwrót. Jego telefon milczał przez te kilka godzin, a ona nawet nie wiedziała, czy oddychał. Czy nic mu się nie stało. Nawet o niej nie pomyślał, bo był uparty i głupi jak osioł. Kolejny raz pozwoliła Oliverowi zabawić się swoim kosztem. Znów była cholerną przestraszoną myszką w łapach sadystycznego kota, który przed zabiciem jej, chciał ją jeszcze podręczyć. Zmusić do wyzionięcia ducha i do tego, by po prostu zdechła z wyczerpania emocjonalnego. Obydwaj, zarówno Oliver, jak i Eric byli pieprzonymi idiotami. To, że Oliver był pojebany, wiedziała od dawna, ale Stones? Miał być mądrzejszy. Miał wziąć pod uwagę jej zdanie.

Miał

Kurwa

Wrócić

Do

Jebanego

Domu.


Shereen patrzyła na ten bałagan niczym zahipnotyzowana. Chwyciła następną butelkę i cisnęła nią o ziemię z całą siłą, jaką miała w ramieniu. Odłamki odbiły się od szafek i lodówki. Jeden z nich przeciął powietrze tuż obok niej, po czym musnął jej nogę pod kolanem, zostawiając na skórze cienkie rozcięcie. Z początku nie zwróciła na to uwagi, zbyt pochłonięta wyzywaniem swojego chłopaka. Dopiero po chwili poczuła pieczenie. Opuściła wzrok i zobaczyła cienką, czerwoną strużkę spływającą po łydce. Przez moment patrzyła na nią z pewnym niedowierzaniem, jakby to, co właśnie widziała, nie było częścią jej historii, lecz kogoś innego. Ból był ledwo zauważalny i ginął gdzieś pod ciężarem innych emocji, które od poprzedniej nocy rozszarpywały ją od środka. Zacisnęła szczękę, otarła krew wierzchem dłoni i sięgnęła po kolejną butelkę — czwartą. Jeśli miała się rozpaść, to przynajmniej nie w ciszy, lecz w głośnym huku.
Wraz z ostatnią butelką do kuchni wpadł Eric. Nie zwróciła na niego uwagi, nie słyszała jego głosu — ten wydawał się buć przygłuszony przez buzującą w niej wściekłość i głośniejsze bicie serca. Wpadła w amok. Shereen, która na ogół trzymała pod ścisłą kontrolą swoje emocje i zachowanie, aktualnie przypominała tonący statek. Dostrzegając Erica w drzwiach i chwilę później na podłodze, tuż przy kałuży, obrzuciła go jednym z tych cholernie zimnych spojrzeń, jakich prawdopodobnie nigdy wcześniej u niej nie widział.
— Nie widzisz?! Nie dość, że jesteś głupi to jeszcze ślepy? — warknęła w odpowiedzi, biorąc zamach. — Pierdoli mnie twoja kolekcja. Tak samo jak ciebie pierdoliło to, że się o ciebie martwiłam! — Była gotowa rozbić ostatnią sztukę, lecz Eric podniósł się z miejsca, próbując odebrać jej butelkę, którą ściskała w dłoniach. Wyszarpnęła się, odwracając do niego bokiem i objęła szkło rękoma, przytulając je do piersi. Odgrodziła się od Erica wysokim murem, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie rzucane przez ramię.
— Mówiłam ci, żebyś trzymał się z daleka od Olivera! Wiedziałeś, że jest popierdolony, że może zrobić ci krzywdę… Nigdy więcej nie zamierzam się o ciebie martwić! — podniosła głos, ściskając mocniej niż chwilę temu butelkę i przymknęła oczy, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy.

Złość była łatwa. Złość pozwalała krzyczeć. Pozwalała tłuc szkło i wyrzucać z siebie kolejne oskarżenia.


Strach był znacznie gorszy. Gdy wypowiadała kolejne słowa, głos zaczynał coraz bardziej jej drżeć. Nienawidziła tego. Nienawidziła tej słabości. Nienawidziła faktu, że stojący przed nią Eric nie wyglądał jak ktoś, kogo chciałaby z całych sił wyrzucić ze swojego życia, choć tej nocy zranił ją dotkliwiej, niż wszyscy, których znała. Najgorsze było to, że nie potrafiła rozróżnić gniewu od rozpaczy. Obydwa uczucia zalewały ją od środka i zaczynały wypływać na zewnątrz, przeciekając przez mur, który próbowała dookoła siebie stworzyć. Nie chciała, żeby Oliver odebrał jej kolejną bliską osobę. Cieszyła się, że Eric był. Że nic mu się nie stało. A jednak nie potrafiła pozbyć się tego paskudnego, palącego od środka uczucia, przez które właśnie sięgała dna rozpaczy. Zapomniała, że najbliższe osoby potrafiły zranić najmocniej, bo jedna nieprzemyślana, głupia decyzja, potrafiła doprowadzić świat drugiej osoby do gruzowiska. I właśnie to czuła teraz Shereen. Czuła się jak gruzowisko; pozostałość po solidnej twierdzy, która właśnie upadała.
— Nie myślałeś o mnie… — dodała żałośnie, pozwalając ramionom zadrżeć, gdy przesuwała wolną dłonią po grzywce, zaczesując ją do tyłu i przysłoniła twarz, ukrywając, jak mocno poczuła się zraniona.

Celowo upuściła butelkę.
Celowo ją rozbiła, dając Ericowi solidnie do zrozumienia, że choć było jej przykro, wciąż nie zapomniała o złości. Chciała zmusić go do odsunięcia się, bo nie miała ochoty przebywać blisko niego.
Naprawdę nie chciała patrzeć na Erica, jak na błąd, ale gdy stała odwrócona do niego plecami, zaczęła się zastanawiać, czy dopuszczając do siebie Litwina, nie popełniła krytycznego błędu. To, że go kochała, utwierdzało ją w przekonaniu, że miłość osłabia. Nie mogła pozwolić sobie na kolejną słabość, jaką było uzależnienie od drugiej osoby. Musiała zaakceptować tę słabość, albo od niej uciec. To drugie nie było w jej stylu, nigdy nie uciekała.

fatal trouble
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
176 cm
młodszy inżynier oprogramowania AG
Awatar użytkownika
Let me hold you close
Fly this night above the rising moon
Crazy ovеr you, you, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

Jak lodowiska były pokryte lodem, tak praktycznie cała podłoga w kuchni Erica, była pokryta szkłem i barwną cieczą, a w dodatku, na obu powierzchniach można było wykonywać ślizgi, aczkolwiek ta u Stonesa była ciut bardziej niebezpieczna. Poza lodowiskiem, kuchnię Erica można było porównać do plaży - tylko z drobnymi różnicami, tzn. wodę zastąpił płynący w różne strony alkohol, a piasek zastępowało szkło. Piasek od nagrzania piekł stopy, gdy chodziło się po nim latem, natomiast szkło mogło sprawić znacznie większy problem. Owszem, także powodowało ból, bez większego trudu rozcinając skórę, ale oprócz tego zostawiało pamiątki w postaci ran, a nawet blizn. Szum fal zastąpił dźwięk tłuczonego szkła. Brakowało jedynie mew, które z charakterystycznym dla siebie wrzaskiem przyglądałyby się całemu zamieszaniu, jakby były jedynymi świadkami i jednocześnie najsurowszymi sędziami tego zajścia.
Przeraził się, gdy zobaczył, jak wyglądała jego kuchnia, lecz mimo wszystko wszedł do środka, a w nozdrzach natychmiast zagościła ciężka woń pomieszanych alkoholi. Panujący wokół bałagan wraz z porozrzucanymi i potłuczonymi butelkami był niepokojący, ale to wcale nie one wywołały w nim największy lęk. Znacznie bardziej przeraził go widok własnej dziewczyny. Patrzył na nią i miał wrażenie, że widzi kogoś innego. Sprawiała wrażenie nieobecnej, jakby znajdowała się w jakimś transie albo pod wpływem hipnozy. Jej oczy płonęły, przepełnione gniewem, żalem i wściekłością. Gdyby wzrok mógł zabijać, najprawdopodobniej leżałby już martwy pośród tych wszystkich odłamków, będąc dodatkiem, dekoracją całej tej szklanej mozaiki. Pierwszy raz widział Shereen w takim szale, tak bardzo wściekłą - przypominała mu dzikie zwierzę w postaci pumy, albo lwicy gotowej rzucić się na każdego, kto wykona o ten jeden krok za dużo i przekroczy JEJ terytorium. Oczywiście, Eric wiedział, że to było jego terytorium, bo znajdowali się w jego mieszkaniu, lecz odkąd był w związku z Shereen, niejednokrotnie podkreślał, że to, co należało do niego, należało także i do niej. Dzielił się z nią nie tylko sobą, ale także tym, co posiadał.
Co moje, to Twoje.


Patrzył na Sher z niedowierzaniem, że postanowiła podjąć TAK drastyczne kroki. Wolałby być inaczej obudzony. W nieco bardziej miły sposób. Szczególnie, że przed wybudzeniem smakował we śnie jej ust i był zły, że ktoś wtargnął niespodziewanie do jego pokoju… choć w rzeczywistości obudziło go zupełnie co innego, choć butelka się zgadzała.
Ten ton. Ten lodowaty i pełen gniewu ton, uderzył w niego jak zimny deszcz w lecie albo jakby właśnie ktoś wylał na niego kubeł pełen lodu. Ułożył usta w kreskę. Nie przerwał jej, gdy mówiła.
- Co?! Pierdolisz… znaczy… to nieprawda! - krzyknął, bo nie miał - jak to sama powiedziała - faktu iż się o niego martwiła gdzieś. Naprawdę nie miał… tylko niby jak mógł to udowodnić? Poza tym zaraz rzucił się w kierunku dziewczyny, by podjąć próbę odebrania ostatniej - chyba - butelki z jej rąk. Niezbyt mu to wyszło, ponieważ ta odwróciła się bokiem i przytuliła butelkę niczym drogocenny skarb. Mimo wszystko próbował ze wszystkich sił ją odebrać, dopóki nie usłyszał czegoś, co spowodowało, iż pomimo bycia bladym zbladł jeszcze bardziej. Bo Co? Co ona mi tu właśnie….
- Oliver? - wydusił z siebie, choć ciężko mu to przeszło przez gardło. Przełknął ślinę, a w tym samym momencie zalała go fala wspomnień, w której postać mężczyzny została dopasowana do postaci wspomnianego, byłego chłopaka Shereen - ta ostatecznie rzuciła butelką i szczerze? Był wręcz pewien, że rzuci tak, by odłamki trafiły w niego...
Nie był pewien, czy to nadmiar alkoholu postanowił wreszcie dać o sobie znać, czy może informacja, którą właśnie usłyszał, okazała się dla niego zbyt przytłaczająca. Niewykluczone też, że swoje zrobiła mieszanka unoszących się w powietrzu i wypełniających pomieszczenie trunków. Tak czy inaczej, żołądek gwałtownie zaprotestował, przez co Eric czym prędzej skierował się do łazienki. Ledwo zdążył opaść na kolana przed sedesem, gdy pozbył się zawartości żołądka, czując, jak świat nieprzyjemnie wiruje przed oczami. Jeszcze chwilę posiedział na zimnej podłodze, zastanawiając się, co powinien zrobić, bo sytuacja była wręcz…
B e z n a d z i e j n a.

Będąc synem swojego ojca, zaczęły go atakować wewnętrznie dwa wilki - jeden mówiący zostaw ją. Niech się wyżyje, a Ty w tym czasie wyjdź z domu. Świeże powietrze dobrze Ci zrobi. drugi natomiast krzyczał: ZOSTAŃ PRZY NIEJ! Nagle wstał i oparł się o umywalkę oraz spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Widział siebie po jednej stronie twarzy i swojego ojca jako drugą połowę twarzy. Miał ochotę krzyczeć i uderzyć pięścią, w lustro, lecz ostatecznie tylko nabrał zimnej wody w dłonie i zaczął przemywać twarz. Usta i jamę ustną także przemył. Nie wytarł twarzy. Spojrzał ponownie na swoje odbicie, a następnie wyszedł z łazienki. Spojrzał na drzwi wyjściowe…
ale ostatecznie nie poszedł w ich kierunku, ponieważ…
wrócił
do
kuchni.

Nie oczekiwał, że podczas jego wizyty w łazience, atmosfera nagle się ociepli.
Nie myślałeś o mnie te słowa rozbrzmiewały w jego głowie głośno i wyraźnie, lecz mimo to, przeszedł po podłodze, mając gdzieś, czy wszedł w jakiś odłamek, czy nie - pewnie tak, bo poczuł nieprzyjemne uczucie w stopie. Aktualnie jednak miał o wiele ważniejszą sprawę do załatwienia.
- To wcale nie tak! Myślałem o Tobie praktycznie bez przerwy, tylko… nawet nie wiem, kiedy urwał mi się film. Wiem, to chujowa wymówka, ale uwierz mi, że tak właśnie było, a poza tym, naprawdę nie chciałem Cię zranić. - doskonale wiedział, że zwalanie na alkohol było wręcz beznadziejne, ale mówił to, co chciał powiedzieć.
- Zjebałem... - i już otwierał usta, by powiedzieć coś jeszcze, lecz zauważył krew na nodze Sher.
- Krwawisz. - rzucił, jednocześnie idąc z powrotem do łazienki, aby wziąć plastry i wodę utlenioną. Powróciwszy, klęknął tak, by mieć przed oczami ranę. Obejrzał ją by mieć pewność, iż wewnątrz nie znajdowało się szkło, a następnie zmoczył wacik wodą utlenioną.
- Może trochę zapiec. - poinformował, nie podnosząc głowy, ponieważ kontynuował opatrywanie rany - jeżeli syknęła, dmuchnął kilka razy - które zakończył, kiedy nakleił uniwersalny plasterek. Podniósł się i spojrzał Shereen w oczy.
- Jeżeli chcesz mi jeszcze coś powiedzieć, to zrób to teraz. Chcesz we mnie czymś rzucić? Śmiało. Natomiast proszę Cię tylko o jedno… - wykonał krótką przerwę, by nabrać powietrza do płuc.
- Nie zostawiaj mnie. - dokończył po dłuższej chwili, nieprzerwywając kontaktu wzrokowego z Sher.

please don't leave me
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Smród alkoholu wypełniał ciężko przestrzeń. Unosił się ponad podłogą, oblepiając ściany i przeciskając się przez najmniejsze rysy. Wnikał w głąb farby, nasączał sobą podłogę. Wpadające przez szybę nieśmiałe promienie słońca, podświetlały rozbite na podłodze szkło. Kryształki połyskiwały w świetle, odbijając je. Połyskujące żałośnie kafelki przypominały pobojowisko, odchodząc od pierwotnego wyglądu. Kuchnia przypominała pole walki, a osobą odpowiedzialną za ten chaos, była sfrustrowana, ciemnowłosa kobieta. Rzadko wybuchała. Starała się kontrolować swoje emocje, ale w tamtym momencie nie potrafiła nad sobą zapanować. Ponaglona przez impuls, jakim była wściekłość zmieszana z paskudnym rozżaleniem, dopuściła się do zniszczenia cudzej własności — nawet nie cudzej, bo własnego chłopaka. Celem Shereen było pozbycie się butelek, bo w alkoholu dostrzegała największe zagrożenie. Gdyby nie on, Eric byłby trzeźwy i myślący. Nie wiedziała, jak dużo wypił w towarzystwie Dante, a ile sam, gdy już się pożegnali. Gdzieś między pierwszym, a kolejnym piwem, Eric został najwidoczniej sam. Gdyby Dante był w okolicy, nie doszłoby do sytuacji, w której Oliver przejąłby telefon Erica — to wydawało jej się logiczne.
Szczerze nienawidziła alkoholu. Lubiła wypić drinka albo dwa, lecz nigdy nie piła po to, by wyłączyć myślenie. Z reguły była najtrzeźwiejszą osobą w towarzystwie, bo znała umiar i rozumiała, że pewnych rzeczy warto było po prostu doświadczyć. Alkohol i narkotyki nie były dla ludzi o słabej psychice, a Eric najwidoczniej taką miał, skoro nie potrafił sobie odmówić. Wiedziała, że nie mogła go kontrolować. Stones był oddzielną jednostką, o własnych przekonaniach, zdaniu, odpowiedzialności i sumieniu. Naprawdę chciała zaufać mu na tyle, by nie obawiać się, że pewnego dnia nie wróci ze spotkania z przyjaciółmi — test zaufania oblał perfekcyjnie.


Tak. Była na niego wściekła.
Była tak wściekła, że rozbijanie tych butelek nie przynosiło jej ulgi.
Była tak wściekła, że chciała na niego nakrzyczeć.
Była tak wściekła, że wszystkie obelgi, którymi rzucała
uważała za cholerny komplement.

Pierdolisz… znaczy… to nieprawda! — a jednak ona uważała, że to była prawda, a on w tym momencie próbował ją okłamać. Gdyby o niej pomyślał, nie doprowadziłby się do takiego stanu. Odsunąłby od siebie chęć najebania się i pomyślałby inaczej. Zamiast wypije jeszcze pięć piw. okej, czuję, że mam już dość i powinienem przestać. Zachował się niedojrzałe dziecko, albo zbuntowany nastolatek, który uważał się za nieśmiertelnego. Zupełnie zignorował to, co do niego mówiła. Pozwolił odebrać sobie telefon i w dodatku później go wyłączył. Jak, do cholery, miała nie być wkurwiona?
— Jesteś lekkomyślnym palantem! Ile ty masz lat? Powinnam wynająć ci opiekunkę?! — krzyczała, dając upust frustracji. Nie była pewna, czy do niego docierało cokolwiek z tego, co mówiła, czy był tak skacowany, że nie potrafił zrozumieć tak prostych słów.
Rzucając epitetami, nie myślała o konsekwencjach swojego zachowania. Będąc w tym stanie, nie wzięła pod uwagę tego, że Eric — owszem — zachował się lekkomyślnie, lecz nie zasługiwał na te wszystkie słowa, którymi zdążyła określić go w myślach. Przymknęła rozchylone w pół słowie usta, gdy ciemnowłosy wypowiedział imię jej byłego. Bladość jego skóry kontrastująca z ciemnymi włosami, nagle stała się wyraźniejsza. Przestał wyglądać cholernie dobrze, zaczął raczej jak nieboszczyk. Winfield przez chwilę stała w milczeniu, patrząc na niego w sposób wyrażający ciekawość. Jej gniew rozsypał się w ułamku sekundy, rozbity prostym pytaniem. Znała go, ale w tej chwili patrzyła na niego jak na kogoś, kogo widziała pierwszy raz w życiu. Cała zaciętość zniknęła z jej rysów, wyparta przez szczere niezrozumienie. Odprowadziła go wzrokiem, gdy po odsunięciu się od niej, poszedł do łazienki. Złapała głęboki wdech, przegarniając bezradnie przyklejone do policzków pasma włosów. Odsunęła energicznym ruchem stojące przy stole krzesło i usiadła na nim, starając się wyrównać oddech. Opierając łokcie o blat, przymknęła oczy, odliczając w myślach do dziesięciu.

Uspokój się, Shereen. Dałaś popis. Przestań się wściekać i spróbuj z nim normalnie porozmawiać… Przecież wcześniej potrafiliście to robić.


Powtarzała do siebie, nie bardzo wiedząc, co zrobić ze swoimi dłońmi.
Splotła je ze sobą i przyłożyła do policzka, podpierając się o nie.

Potrafiliście… Bo słowa są lekkie, dopóki nie wypowiada się ich do kogoś, kogo kocha się bardziej, niż potrafi się to przyznać. Zapamiętaj, że miłość potrafi zamienić najłatwiejszą rozmowę w pole bitwy.


Intuicyjnie podniosła się z miejsca, gdy usłyszała kroki Erica, a w następnej chwili jego słowa i tłumaczenie. Nie zerwała się dramatycznie z miejsca, nie było w jej zachowaniu nawet pośpiechu. Zrobiła to w wyuczonym przez lata, chłodnym spokojem i wyrachowaniem. Wyprostowała wdzięcznie sylwetkę, odwracając się w stronę chłopaka, gotowa wysłuchać jego tłumaczenia bez zamiaru ponownego wybuchu. Przysiadła na brzegu stołu, patrząc na niego z dystansem godnym sędzi przesłuchującego oskarżonego na sali rozpraw. Miał swoje pięć minut. Pięć dla niego i kolejne pięć dla niej, by mogła przemyśleć jego słowa i wysnuć wnioski, czy dalsze wściekanie się miało jakikolwiek sens.
— Gdybyś o mnie pomyślał, byłbyś ostrożniejszy i wypiłbyś dużo mniej. Tymczasem ty zważyłeś się do takiego stopnia, że nawet nie wiesz... — przerwała, sięgając dłonią do palców prawej dłoni.
— Nie wiesz, ile wypiłeś — uniosła pierwszy palec. — Po drugie, nie wiesz, z kim byłeś w parku. Po trzecie, nie rozpoznałeś Olivera. Po czwarte pozwoliłeś mu zabrać swój telefon — opuściła dłoń, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Nie dość, że wypisywał do mnie z twojego telefonu, to podejrzewam, że przejrzał większość naszych rozmów. Wyobraź sobie, że w tym momencie wie, że nieraz go obgadywaliśmy — złapała głębszy wdech, przerywając wypowiedź.
Przesunąwszy wzrok z twarzy Erica, zatrzymała je na pobliskim oknie. Zjebałem, było słowem, z którym nie mogła się nie zgodzić. Zjebał i obydwoje zdawali sobie sprawę z tego, jak bardzo. Nie chodziło o to, czy było jej smutno, ani o to, czy była zła. Poczuła się zraniona, lecz odsuwała na bok te uczucia, zachowując przestrzeń dla wiszącego w powietrzu kłopotu. Ciężar tegoż problemu, w porównaniu z tym, o czym właśnie rozmawiali, był dwa razy większy. Nie podniosła się z miejsca, gdy po zauważeniu rozcięcia, Eric wyszedł do łazienki. Odsunęła od siebie ten dyskomfort. W tym momencie przewalało się przez nią tyle negatywnych emocji i obaw, że to pieczenie było tak naprawdę niczym. Lekkim zadraśnięciem.

Przyjęła jego pomoc w ciszy; zaklęta niczym posąg. Zerknęła na czubek jego głowy, gdy klęknął obok i zajął się oczyszczaniem rany. Wpatrywała się w jego włosy, wciąż roztargane po raczej niespokojnym śnie i zrobiło jej się przykro. Przykro, bo miała przed sobą chłopaka, dzięki któremu czuła się naprawdę szczęśliwa. Wszystkie jej myśli krążyły wokół Erica. Wokół jego osobowości; ciepła, które roztaczał za każdym razem, gdy pojawiał się w pobliżu… Śmiechu, którego jej brakowało, gdy mieszkała poza granicami Toronto, dobroci, którą w sobie nosił, mimo tego, że wewnątrz był porysowany przez ojca, który zatapiał jego pewność siebie w swoich chorych ambicjach. Widziała przed sobą kogoś głęboko skrzywdzonego, dla kogo chciała być takim samym oparciem, jakim on był przez tyle lat dla niej. Uderzające było to, że gdyby stała mu się krzywda, jej świat nagle przestałby istnieć, bo Eric zawsze był jego częścią. I chciała, by został nią jak najdłużej.

Zaszlochała, przysłaniając twarz dłonią i przetarła łzy spływające po policzkach. Przestała nad sobą panować, pozwoliła temu smutkowi i rozczarowaniu po prostu spłynąć. Podbródek dziewczyny zadrżał, podobnie jak ramiona. Nie udawała już twardej, ani zawziętej. Po prostu nie chciała go stracić. Chciała dodać więcej do poprzednio wymienionych rzeczy, lecz w tym momencie przestało być to ważne. Nie obchodziło jej to, że Oliver prawdopodobnie przejrzał ich wszystkie zdjęcia, zatrzymując się na tych śmielszych. Starała się zignorować to, że po przeczytaniu ich pikantniejszych konwersacji, prawdopodobnie zaczął wpadać w obsesję, bo rozumiał, że przestała do niego należeć. To nie on się z nią spotykał. Nie on jej dotykał. W pewnym sensie stała się własnością Erica, o którego już wcześniej był zazdrosny.
— Nie zostawię cię... — mruknęła cicho w odpowiedzi, poruszając się nieco niepewnie i pociągnęła nosem.
Cisza, którą zainicjowała, stała się niezręczna; lecz w tej ciszy przesiąkniętej alkoholem, rozkwitała w niej świadomość, że zaczynała rozumieć różnicę między zakochaniem a miłością. Zakochanie przemijało. Miłość zostawała. Zwłaszcza wtedy, gdy wszystko zdawało się rozsypywać. Rozkwitała w ciemności, ciszy, muskana światłem księżyca lub słonecznych promieni… Bez świadków. A potem przychodziła chwila, w której jedno spojrzenie mówiło więcej niż tysiące słów.
— Nie chcę się już więcej zastanawiać, czy rano do mnie wrócisz… Nie chcę bać się telefonów ani ciszy. Chcę po prostu być przy tobie, bo cię kocham. Więc proszę… zanim zrobisz coś głupiego, pamiętaj, że nie jesteś już sam. A ja będę na ciebie czekać, bo nie wyobrażam sobie życia, w którym mogłoby cię zabraknąć. Zawsze byłeś częścią mojego świata, nie pozbierałabym się, gdyby coś ci się stało. — uczucia były bolesne, podobnie jak wypowiadane przez nią słowa.
Głos dziewczyny był cichy, ton miękki, przepełniony szczerością i skrywanym pod nią bólem, przesiąknięty łzami. Rzadko mówiła otwarcie o swoich uczuciach. Dotąd zrobiła to tylko raz. I długo żałowała tej szczerości. Teraz nie chciała żałować. Chciała natomiast, by Eric wiedział, że… Naprawdę go kochała, całą sobą. Wcześniej ani razu o tym nie wspomniała, choć on już raz to zrobił. Miała nadzieję, że jeśli Stones miał jakiekolwiek wątpliwości co do jej uczuć względem niego, to wykładając najsilniejsze karty, położyła im kres. Wychowywał się w przeświadczeniu o swojej beznadziejności, ale ona widziała w nim kogoś więcej; wartościową osobę, której przez całe życie wpajano, że jest do niczego. Nie mogła wymazać lat, podczas których wmawiano mu, że jest nic niewart. Mogła jednak być przy nim, dopóki sam nie zrozumie, że to nigdy nie była prawda, a jego ojciec się mylił.


We're tethered to the story we must tell
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”