przekleństwa, obsesja, chora miłość
Zapędzał się.
Kurwa. Zatracał się. W jej bliskości, w jasnych oczach i drżących wargach, które chciałby...
Czy on powinien myśleć takie rzeczy o mężatce? O kobiecie, która złamała mu serce i całe życie traktowała go jak swoją zabawkę, jak
przedmiot. Aresa można była zabrać gdzieś ze sobą, można było szukać w nim oparcia, można było się z nim kłócić, można było zawsze na niego liczyć...
A później można było go po prostu wyrzucić ze swojego życia.
Bo przecież takie dziewczyny jak Queenie, nie schodziły się z chłopakami jak on. Nie w tym świecie, gdzie pozycja i zamożność portfela były ważniejsze, niż uczucia.
Ale on chciał być jej zabawką, sam się na to godził. Byłby wciąż. Wszystko by dla niej zrobił. Zabił nawet. I gdyby ona go wtedy tak nie potraktowała, to on... trwałby w tym. Pozwalał jej na te spojrzenia pełne wyższości, pozwalał jej się sobą bawić. Byle tylko była obok.
Przepadał. Za każdym razem przepadał... w jej spojrzeniu.
-
Skończ kłamać Queenie, przecież tego chciałaś, pięknego życia, z twoim pięknym chłopcem - parsknął i powinien się od niej odsunąć... Bo przecież ta kobieta była mężatką, oddana swojemu pięknemu, bogatemu chłopakowi, teraz już mężowi. Czego miałaby szukać przy nim? Ciemnookim, nieokiełznanym dzikusie?
Lecz zamiast sobie darować, on przysunął się do niej... a ona mu uciekła, zderzając się plecami z regałem. Nie miała miejsca na ucieczkę, to on powinien trzymać dystans ze względu na jej zobowiązania, ale... nie potrafił. Nie chciał nawet.
Już miał się dopytać, co prawie... Prawie o nim pomyślała? Prawie zastanowiła się nad tym, co mu zrobiła, jak wielką dziurę wyrwała w jego młodzieńczym sercu.
-
Tyle ile trzeba - odpowiedział jej tajemniczo, tak, żeby jej myśli krążyły wokół tego... Po co Ares Horne wraca do Toronto po tylu latach?
Odbić ją.
Nie dopowiedział po co, zamiast tego krytykując jej sukienkę, która tak pięknie opinała się na jej skórze, podkreślała każdą krągłość jej ciała -
wystarczy, że podobasz się teraz swojemu mężowi? Tak? - Queenie była... próżna. Przecież Ares ją znał, wiedział ile czasu poświęcała na to, żeby tak wyglądać, żeby ludzie, wszyscy, patrzyli na nią z zachwytem.
On tak patrzy, jego oczy tak na nią patrzą, chociaż usta mówią coś zupełnie innego. Jest na nią zły. Jest przez nią dotknięty, do żywego. A w tym wszystkim jest jeszcze tak bardzo w niej...
Nie, nie mógł już być.
Z tych myśli, które obsesyjnie kręciły się wokół niej, wyrywa go Fran. Fran, kurwa, zbawienie. Fran, która zawsze go ratowała. A on do niej lgnął, bo przy Fran on czuł się bezpiecznie. Nie tak jak przy Queenie, która w jednej chwili go przytulała, a w drugiej wyzywała, która kazała mu wskakiwać do wody, z mostu, bo rzuciła tam swoją ulubioną apaszkę. Która kazała mu kraść klucze od samochodu jej ojca, żeby mogli pojeździć po mieście. Queenie go wykorzystywała, a on dla niej ryzykował, nie chciała jego dobra, chciała zabawy. Ale to może też sprawiało, że jego serce biło przy niej szybciej. Jak teraz, kiedy chwycił ją za rękę i ciągnął do drzwi. Ryzykowali, ona swoją reputację, a on może nawet karierę, że tak opuszczał spotkanie autorskie, zostawiał swoje fanki, które do piersi przyciskały
Obietnicę. A on składał ją na dłoni tej blondynki. I chciał na jej ustach, zaraz za drzwiami...
A jednak szybko marzenie o jej pełnych wargach, które z tymi jego mogły złączyć się w ognistym pocałunku, zderzyło się z bolesną rzeczywistością.
Chcesz poznać moje dziecko?
Ares cofnął się do drzwi, rękę, którą jeszcze przed chwilą zaciskał na jej dłoni schował do kieszeni spodni.
-
Nie - powiedział twardo, kręcą przy tym głową. Nie chciał nawet o tym myśleć, że
jego Queenie miała dziecko z innym. Trzymała je w objęciach, przytulając do serca. Swoją nową, śliczną
zabawkę, która małymi paluszkami trącała jej jasne loki. Wbił ciemne spojrzenie w dzieciątko.
-
Jest ohydny - mruknął jak obrażone dziecko.
Bo był obrażony,
oburzony, że ona wymieniła go na
takie coś. Pucołowate maleństwo, które niebieskimi ślepkami wpatrywało się w nią jak w obrazek.
-
Ares... proszę cię - dołączyła do nich Francesca. Może i dobrze, bo Ares na nią przeniósł pełne wyrzutów spojrzenie -
musisz to dokończyć, bo kontrakt... - nie pozwolił jej wypowiedzieć tego zdania do końca, bo już ruszył się z miejsca.
-
Dobrze, daj mi trzy minuty na papierosa - burknął i sięgnął po paczkę papierosów, którą wraz z gumami do żucia miał schowaną w tylnej kieszeni. Zamierzył się, żeby wyjść od razu, ale jeszcze znowu spojrzał na
Panią Wyatt, szczęśliwą matkę, mężatkę -
cześć Queenie - tym razem się pożegnał i wyszedł. Schował się z boku budynku z papierosem, a kiedy blondynka opuściła księgarnię, to on tam wrócił, żeby dokończyć podpisywanie swoich książek.
Nie myślał już o niej...
Myślał cały czas. O niej, jej dziecku i mężu. Szczęśliwej rodzince.
ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ
་༘࿐
Ares leżał w wielkim łożu w swojej willi na The Kingsway. Na jasnej poduszce palce zacisnęła drobna brunetka. Francesca Velaquez, musnęła opuszkami nagą pierś, kiedy odgarniała z niej ciemne loki. Horne sięgnął po papierosy, które leżały na nocnej szafce, wypstryknął z paczki jednego i umieścił go między pełnymi wargami. Srebrną zapalniczkę z feniksem podał kobiecie.
-
Nie możesz tego zrobić sam? - zapytała patrząc na niego z ukosa.
-
Ty też możesz sobie zrobić dobrze sama, a jednak tu przyjeżdżasz - mruknął z papierosem wiszącym mu między zębami. Fran wywróciła oczami, ale podniosła się z poduszki, a zaraz opierając dłoń na jego wyrzeźbionym brzuchu, pochyliła się nad nim i odpaliła mu papierosa. Ares zaciągnął się dymem odchylając głowę do tyłu. Brunetka przesunęła palcami po jego klatce piersiowej na szyję, na której ułożyła miękko dłoń, palcami zahaczając o jego żuchwę.
-
Dochodzi siódma... Będziesz dzisiaj pisał, czy mogę zostać na noc? - zapytała bez ogródek. Ares nie odpowiedział jej od razu sunąc ciemnym spojrzeniem po jej nagim ciele, zatrzymując je na jej piersi, która jeszcze unosiła się w szybszych, płytkich oddechach.
-
Będę pisał - rzucił w końcu, a popiół z papierosa spadł mu na klatę. Francesca strąciła go na ziemię, przesunęła palcami niżej po jego brzuchu, długimi paznokciami rysując czerwone pręgi na jego podbrzuszu.
-
Idź już - warknął zanim jej palce sięgnęły
niżej. Fran trochę się zmieszała, ale wygrzebała się z białej pościeli, a zaraz wciągała na siebie czarne, koronkowe majtki, a przez głowę zarzuciła na siebie satynową, czerwoną sukienkę. Śliski materiał spłynął po jej sylwetce, odznaczała się na nim koronka, którą dla niego założyła, oraz jej piersi. Złapała w dwa palce niebotycznie wysokie szpilki.
-
To do jutra... - pożegnała się, ale Ares nic nie odpowiedział. Zanim jeszcze Francesca wyjechała swoim czerwonym Porsche z podjazdu jego willi, to Ares już wciągał na siebie bokserki. Ciemne spodnie i nieskazitelną, białą koszulę, pozostawił ją nonszalancko rozpiętą pod szyją.
Zabrał ze sobą jedynie papierosy i wyszedł.
Mógł podjechać pod jej dom swoim Lamborghini, a jednak on wybrał spacer przez wietrzne wzgórza, bo przecież... mieszkali po sąsiedzku. Może w tą pogodę było sucho i jego eleganckie buty nie ucierpiały, ale wiatr targał ciemne włosy we wszystkie strony, a biała koszula lepiła się do jego torsu, mimo, że podwinął jej rękawy. Było parno.
A kiedy stanął przed willą Heatha Wyatta, poczuł jak oblewa go kolejna fala gorąca.
Po co tu przyszedł?
Nawet nie wiedział czy zaproszenie na kolację wciąż było aktualne, bo przecież go nie potwierdził.
Ale stał przed jej drzwiami, a w końcu nacisnął dzwonek. Raz. Drugi i trzeci. Nie mógł przestać myśleć o Quennie, i nawet kiedy Francesca Velaquez wiła się pod nim w jasnej pościeli, to on przecież myślał o zupełnie innych blond lokach... O niebieskich oczach. O niej.
spodziewałaś się mnie?