
W pewnym momencie swojego życia, miała nieodparte wrażenie, że melodia płynie w jej żyłach zamiast krwi. Ale może to były po prostu prochy, które wciągała jako nastolatka a które jednocześnie sprawiały, że wierzyła, że jak tylko skończy liceum to zostanie prawdziwą gwiazdą? Nie sądziła, że w którymś momencie, nawet to dokończenie edukacji stanie się dla niej trudne. W końcu... czemu wszystko przybrało tak nieoczekiwany obrót, skoro przez długi czas nic się na to nie zapowiadało?
Trudne domy, to nie tylko te, gdzie alkohol leje się strumieniami, gdzie dorośli krzyczą na siebie w niebogłosy lub te, gdzie panuje sama przemoc. Trudne domy to też te, w których cisza przeszywa niemal na wskroś, w których brakuje obecności i miłości.
Rodzice Nory prawie nigdy nie spędzali ze sobą czasu, już nie mówiąc o okazywaniu sobie uczuć. Osoby z zewnątrz prawdopodobnie nie wierzyły, że ta dwójka była małżeństwem i to jeszcze posiadającym dziecko. I to wspólne! Traktowali siebie nawzajem z takim dystansem, jakby ich relacja była traktatem pokojowym, do którego zostali zmuszeni. Uczucia szybko się wypalają, szczególnie gdy ludzie po czasie, okazują się zupełnie inni niż na początku, ale w ich przypadku to był naprawdę błąd młodości.
Ojciec Nory, gdy tylko byli sami w domu, puszczał jej głośną muzykę rockową. Tańczył i skakał po salonie ze swoją córką, wyglądając dziesięć lat młodziej i czując się lżej na sercu. To on nauczył ją gry na gitarze, przedstawiając największe klasyki tego gatunku muzycznego. Dziewczynka dobrze się bawiła i dorastała, wsłuchując się w znane melodie, które łączyły ją razem z ojcem. Czuła się przy nim swobodnie i wiedziała, że może być sobą. Mężczyzna zawsze powtarzał jej, że ma talent i że będzie wielka, jeśli tylko będzie tego chciała, a on będzie ją wspierał bez względu na wszystko.
Matka była za to kobietą stonowaną i oschłą. Podobnie jak jej mąż, kochała muzykę, ale z tą różnicą, że ona kochała jazz. Liczyła na to, że jej córka będzie do niej podobna, że będzie ubierała się elegancko, że będzie uczyć się gry na pianinie, że stanie się człowiekiem, którego muzykę lub spektakle będą kochać na całym świecie. I nie było to niemożliwe, bo Nora potrafiła docenić i ten gatunek muzyczny, ale jej mama potrafiła pozbawić ją jakiegokolwiek wyboru. Miała swoje sztywne zasady, które jej narzucała, a przy tym notorycznie krytykowała jej decyzje lub słowa i marudziła, gdy Carter nie była taka jak tego chciała.
To dość oczywiste, że Nora czuła się lepiej w towarzystwie ojca i dałoby się znieść całą tę maniakalną stronę jej matki, gdyby z dnia na dzień nie stwierdzili, że chcą się rozejść. Rozpoczęła się cała ta przygoda z szarpaniem się po sądach i próbą przejęcia całkowitej władzy nad dziewczyną. Wygrała rzecz jasna pani Carter, co było głównym powodem, przez który Nora miała wrażenie, że wariuje.
Czas liceum był dla niej najtrudniejszy. Ogrom oczekiwań, które odczuła na sobie był nie do zniesienia. Jej matka próbowała kontrolować ją niemal na każdym kroku; co robi, gdzie robi, z kim robi, jak robi i czemu w ogóle przypomina swojego ojca? To wtedy Nora zaczęła uciekać do taty, skoro tak go przypominała; wtedy zaczęła grać swoją muzykę, dołączyła do lokalnego zespołu i zaczęła obracać się w nieciekawym towarzystwie. Robiła wszystko, by zrobić swojej rodzicielce na złość. Nie chciała się podporządkowywać, a już na pewno nie zamierzała wyrzekać się tego, jakim człowiekiem była.
W liceum dziewczyna zaczęła też więcej imprezować i wpadła w gorsze towarzystwo; zaczęła ćpać, opuszczać zajęcia i skupiać się głównie na muzyce. Dopiero jej pierwszy chłopak ustawił ją nieco do pionu, dzięki czemu chyba cudem udało jej się skończyć szkołę średnią. I to była prawdopodobnie jedyna rzecz, do której się przydał, bo wraz z jego odejściem, Nora też zaczęła spadać, do tej pory próbując się czegoś złapać.