ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
185 cm
Hokeista University of Toronto
Awatar użytkownika
„Nie muszę być najlepszy od razu. Wystarczy, że każdego dnia jestem bliżej miejsca, do którego inni nawet nie próbują dotrzeć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

003. Are you even alive? | Outfit
Przez pierwsze trzy dni próbowałem udawać, że wcale mnie to nie obchodziło. Miałem też masę swoich obowiązków, więc postanowiłem skupić się właśnie na nich. Lecz tak naprawdę to, że Felix nie odpisywał na moje wiadomości, nie dawało mi spokoju. Nie na jedną, nie na dwie i nawet nie na tę trzecią, którą wysłałem już bardziej z irytacji niż z faktycznej potrzeby kontaktu. Normalnie to wzruszyłbym tylko ramionami i uznał, że skoro ktoś nie chciał gadać, to nie musiał. Nie jestem typem człowieka, który błaga o uwagę. Zazwyczaj to inni prędzej czy później przypominali sobie o mnie, a ja miałem tę wygodną możliwość udawania, że wcale na to nie czekałem.
Rym razem było jednak inaczej. Nie potrzebowałem od Felixa niczego konkretnego. Po prostu po kilku dniach ciszy zacząłem czuć pod skórą dziwny niepokój, którego bardzo nie chciałem nazywać troską. Mimo wszystko sprawdzałem telefon częściej niż zamierzałem. Najpierw zadałem krótkie pytanie, żeby po prostu sprawdzić czy żyje. Potem wysłałem coś głupiego, bo łatwiej było mi zamienić zmartwienie w żart. Na koniec napisałem mu wiadomość, że jeśli przyrósł już do krzesła, to mogłem przyjechać z piłą, ale też nie doczekałem się odpowiedzi. I właśnie wtedy uznałem, że wystarczy.
Założyłem na siebie koszulę i zgarnąłem klucze, które leżały na blacie. W drodze próbowałem przekonać samego siebie, że nie robiłem z tego wielkiej sprawy. Po prostu miałem dość milczenia, a każdy normalny człowiek po kilku dniach bez odpowiedzi uznałby, że warto sprawdzić, czy kumplowi nic się nie stało.
Kiedy znalazłem się niedaleko budynku, w którym mieszka Felix, to wcisnąłem dłonie głębiej w kieszenie spodni i przyspieszyłem kroku. Zatrzymałem się dopiero pod drzwiami wejściowymi do bloku i spojrzałem jeszcze raz w telefon. Nadal nie było żadnej odpowiedzi, więc wszedłem do środka. Dość szybko wbiegłem po stopniach i zatrzymałem się przed drzwiami. Najpierw zapukałem raz. Potem drugi raz, tym razem mocniej, bo nie zamierzałem stać jak kretyn pod drzwiami. Przez chwilę czekałem, opierając się w międzyczasie o framugę.
W końcu nacisnąłem klamkę i wszedłem do mieszkania. - No siema! Żyjesz? - rzuciłem na powitanie i zamknąłem za sobą drzwi. Od razu rozejrzałem się po mieszkaniu szukając kolegi. Gdy zobaczyłem, że siedzi i męczy biedny komputer, to wsunąłem dłonie do kieszeni i uniosłem lekko brwi, jakbym przyszedł tu wyłącznie po to, aby się ponabijać. - Dobra stary. Koniec gnicia przed komputerem - dodałem, zdejmując mu przy tym słuchawki.

Felix Carlson
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
26 y/o
For good luck!
190 cm
Analityk kryminalistyczny w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Trzeba było przyznać samemu przed sobą, że miał przekichane. Z każdej strony napływały prośby o pomoc, których nie potrafił zignorować. Tym bardziej, jeśli w grę wchodziła praca, bo o ile siedząc w laboratorium i analizując kolejne dowodu nie zostawał pochłonięty do reszty, tak w momencie, w którym musiał przenieść się na komputer, by uruchomić całą swoją wiedzę do pomocy w poszukiwaniach lub namierzaniu czyjejś obecności w sieci, potrafił zniknąć dla otoczenia. A już zwłaszcza, kiedy dochodzenie policyjne wymagało od niego napisania nowego programu dostosowanego do konkretnych potrzeb. To wymagało czasu i było nad wyraz frustrujące, że nie mógł tego zrobić na już.
Dlatego przenosił się sprzed ekranu w pracy na ten domowy. Nie mógł tutaj w pełni działać wiedząc, że obowiązywały go tajemnice i zabezpieczenia, niemniej praca nad poszczególnymi fragmentami nie powinna zaszkodzić nikomu poza Felixem, który przepadł. Tak zwyczajnie, dla świata zniknął. Miał tak wiele do zrobienia, że nie starczało mu dobry. Ani dwóch. Ani kilku? Ile właściwie czasu minęło? Chyba nie było tak źle, skoro zapas kociej karmy nadal znajdował się w szafkach, a zwierzaki karmił codziennie. A może tylko mu się zdawało?
Machnął mentalnie dłonią, poprawił słuchawki na uszach i skupił się na monitorze, palcami zwinnie stukając w poszczególne klawisze. Jeszcze trochę, a będzie przypominał L’a z Death Note. Siedział już podobnie, teraz wystarczyło popracować nad cieniami pod powiekami.
Niespodziewanie muzyka przestała zagłuszać dźwięki z zewnątrz. W tym samym czasie poczuł czyjąś obecność, omal nie spadając z wygodnego fotela komputerowego. W duchy nie wierzył, w demony tym bardziej, chociaż ich istnienie gdzieś tam mógł kwestionować mniej. Niemniej nie sądził, by cokolwiek miało interes w nawiedzeniu go.
-Szlag! - Obrócił się na fotelu gwałtownie, znajdując się tuż przed przystojną twarzą Emmetta, którego nie spodziewał się tu spotkać. Ba, nie spodziewał się spotkać nikogo, bo to znaczyło jedno - zapomniał zamknąć drzwi, co w tej okolicy mogło podpisać wyrok śmierci. Zwłaszcza, jeśli było się tak pożądanym do gnębienia kąskiem, jak Carlson. - Co tu robisz, Em? - spytał, kiedy pierwszy szok minął. Nie miał nawet czasu, żeby dostać ataku serca, chociaż nie ukrywał, że owy narząd walił mu jak cholera, co ni było polecane przy jego przypadłości. Wdech i wydech, zaraz się uspokoi. Byle zero stresu.
-Umawialiśmy się na dzisiaj? - spojrzał na niego z lekkim uśmiechem. Pytanie tylko, kiedy dokładnie było to dziś.

Emmett Lapointe
ODPOWIEDZ

Wróć do „#709”