35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musiała istnieć jakaś granica tego, od czego był w stanie odwrócić wzrok. Coś, co niezaprzeczalnie byłoby zbyt ciężkie, by jego kręgosłup moralny mógł ten ciężar utrzymać. Coś, co złamałoby go w pół gdyby spróbował to zignorować.
Czymś takim mogli być ci ludzie.
Odwracał od nich spojrzenie, zamiast tego skupiając się na niej - na jej twarzy, na której wcześniej tkwiła ręka osoby, która nie miała żadnego prawa tej ręki podnieść. Jego wściekłość mieszała się z ulgą świadomości tego, że była cała - a jednocześnie popędzana była przez świadomość, że było to tymczasowe.
Że tkwili wewnątrz pieprzonego kontenera, pośród magazynu wypełnionego uzbrojonymi członkami mafii.
- Nie zamierzałem dać się zabić, najwyraźniej w przeciwieństwie do ciebie - odparował natychmiast, sięgając pod materiał własnej koszulki by wyciągnąć spod niej kabel podsłuchu. Wyszarpnął go, nie czując odklejającej się taśmy, jakby powierzchnia jego skóry stała się nieczuła pod wpływem adrenaliny.
Zbliżył się, stając plecami do ludzi, jakby i oni byli przeciwnikami, mogącymi wykorzystać wszystko co zobaczą i usłyszą by negocjować wolność, która została im odebrana.
- Zamierzałem wpierdolić ich wszystkich do więzienia - wycedził, odłączając urządzenie, wsadzając do kieszeni pusty, elektroniczny śmieć bez żadnej wartości teraz, gdy uchwycił więcej ich winy niż grzechów mafioza. - Wszystkich, którzy w tym więzieniu powinni siedzieć.
Wszystkich, łącznie z nim.
Prychnął, odwracając się znów bokiem do niej, bokiem do zgromadzonych w kontenerze osób. Rzucił gniewne spojrzenie w stronę pełnych przerażenia wyrazów twarzy, usilnie analizując, sprawdzając czy istniała wersja rzeczywistości, w której oni wszyscy wychodzą na wolność.
W którym sprawiedliwość i prawo zwyciężały w tym pieprzonym, odwróconym do góry nogami świecie, w którym łatwiej było to prawo łamać niż go przestrzegać.
- Żadne z nas nie będzie się nikogo pozbywać - dodał wściekle, sama sugestia wzburzyła jego krew, a nawet nie padła od niej - ona tylko powtórzyła to, co wypowiedział na głos Carbone.
Wyswobodził nadgarstek z jej uścisku - nie dlatego, że potrzebował dystansu, ale dlatego, że potrzebował wolności w zaciskaniu własnej pięści bez obawy, że zaciśnie ją na jej ramieniu. Potrzebował dystansu, w którym jego przestawiony w tryb przetrwania mózg mógł posiadać trzeźwość myślenia, a napięte ciało przyzwolenie na szorstką gwałtowność.
- Wyjdziemy stąd oboje - dodał ciszej, ochryple, czując drętwienie knykci, które chwilę wcześniej usiłowały kupić sobie wolność przemocą. - Wyciągnę Morettiego z więzienia.
Dokumenty, których potrzebował Carbone, już istniały.
Powstały wtedy, gdy, zgodnie z prawdą, mówił jej, że nad tym pracuje. Wtedy, gdy wciąż widział wizję przyszłości, w której jakoś to było i po wypuszczeniu mordercy na wolność, mogliby przejść z tym do codzienności.
Coś, czego próbował uniknąć do tego stopnia, że był skłonny samemu wyciągnąć dłonie naprzód, pozwalając komuś innemu zakuć na nich kajdanki.
Coś, co nie powinno się wydarzyć w o g ó l e.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nauczyła się ignorować wiele rzeczy.
Nauczyła się odwracać wzrok od tego, co jeszcze kilka miesięcy temu raziłoby ją tak bardzo, że nie potrafiłaby wyrzucić tego z głowy przez wiele następnych dni. Tym razem również to robiła. Mimo ciężkich oddechów dobiegających z drugiego końca kontenera, mimo cichego szlochu, który raz po raz przebijał się przez napiętą ciszę, mimo szurania stóp po mokrej posadzce - ignorowała to wszystko.
Skupiała się wyłącznie na człowieku, który od miesięcy stanowił centrum jej świata. Na nim i na tym, co próbował jej właśnie wmówić.
Nie brała już jego słów do siebie tak, jak zrobiłaby to kiedyś. Przez ten cały czas nauczyła się budować wokół siebie pancerz. - Widziałam coś zupełnie innego - mrugnęła szybko dwa razy, usiłując wyrzucić z głowy obraz lufy przyciśniętej do jego skroni. Widok, który od chwili wejścia do magazynu wracał do niej uparcie, raz za razem. - Collins miał te dokumenty w swoich łapach chwilę po tym, jak zostawiłeś je na biurku - gdyby byli sami, podniosłaby głos. Krzyczałaby tak długo, aż zabrakłoby jej tchu. Teraz jedynie szeptała, zaciskając szczękę tak mocno, że zęby boleśnie ocierały się o siebie. - Wysłał mi wiadomość. Naprawdę myślisz, że Carbone by się o tym nie dowiedział? Naprawdę jesteś aż tak naiwny, że uwierzyłeś iż podarowałby ci życie? - prychnęła bez cienia rozbawienia. Jego naiwność chwilami przekraczała nawet tę, którą on od zawsze zarzucał jej.
- Skręciłby ci kark chwilę po tej wiadomości. Miałby gdzieś Morettiego. Miałby gdzieś twoje obietnice i cały ten pieprzony plan. Zabiłby cię, bo go z d r a d z i ł e ś i zostawiłeś ślady - urwała na moment, czując jak gardło boleśnie się zaciska. Dokładnie tak samo zdradził przecież ją.
Wsunął bilety do Meksyku w drzwi jej samochodu. Patrzył jej w oczy i zapewniał, że wieczorem będą już daleko stąd. Tymczasem jedynym miejscem do którego naprawdę zmierzał była zimna cela albo płytki grób wykopany gdzieś na obrzeżach miasta. Właśnie tam chciał skończyć.
- Pieprzony egoisto - wyszeptała, choć każde kolejne słowo wybrzmiewało coraz mocniej. - Ciągle to robisz. C i ą g l e coś mi obiecujesz, a później zostawiasz mnie samą - nerwy, które od wielu dni utrzymywała w ryzach, puściły całkowicie. Zignorowała cichy niepokój ludzi zamkniętych z nimi w kontenerze, gdy zamachnęła się i z całej siły uderzyła zaciśniętą pięścią w jego klatkę piersiową. Zaraz potem drugi, ocierając się o bark. - Nie wyjdziemy stąd - jej głos załamał się, podnosząc o kilka tonów.
- Obiecałeś mi, Rhys... Obiecałeś mi cały pieprzony świat. Obiecałeś k a ż d y wschód słońca oglądany we dwoje - w tej szamotaninie jego odznaka wysunęła się z jej kieszeni, upadając dźwięcznie na podłogę. Ta sama odznaka, którą chwilę wcześniej zabrała z jego biurka. Ta sama, która miała być niemym dowodem jego rezygnacji.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Żadne z nich nie wiedziało naprawdę jak to wszystko mogło się potoczyć. Mogli mieć swoje teorie, statystyki prawdopodobieństwa wysnute wyłącznie na podstawie własnego doświadczenia i ich osobistych relacji z Ventrescą. Madden znał go najlepiej - wiedział, w jaki sposób operował, ale jego wiedza była ograniczona perspektywą, tym wszystkim, co mafiozo mógłby chcieć policjantowi pokazać.
Założył, że istniała duża szansa na to, że jego plan się powiedzie. Wszystkie zgromadzone akta wystarczyłyby do obciążenia Carbone'a - razem z nim - a podsłuch miał zapobiec temu, by Moretti wyszedł na wolność.
Ale nie wszystkie elementy układanki wpadły na miejsce.
Chciał jej to powiedzieć, w pierwszym odruchu. Collinsa miało nie być na komisariacie - przecież sprawdził to i detektyw nie miał dzisiaj pracować, w pieprzoną niedzielę, ani tym bardziej myszkować w gabinecie kapitana. Chciał jej powiedzieć, że być może Collins miał za zadanie obserwować j ą, może był źródłem tych wszystkich zdjęć, które Madden dostawał na swój telefon - a gdy zniknęła, wyjeżdżając z miasta, wrócił na komisariat by spróbować ją znaleźć. Może była to jedna rzecz, której nie przewidzieli, w której Carbone był jeden krok przed nimi.
Ale co to w obecnej chwili zmieniało?
Przyjął jej uderzenie w ciszy, ignorując tępy, odległy ból w klatce piersiowej w miejscu, w które uderzyła, a które wcześniej spotkało się z pięścią kogoś innego w trakcie szarpaniny. Spoglądał jej w oczy, pozwalając, by te słowa, które wypowiadały, wpadały do jego głowy i ryły się we wnętrzu jego czaszki jak pieprzone ryciny. Racja przeplatała się w jej zdaniach razem z błędem.
- Nie, Margo - odpowiedział ciszej, nie dlatego, że udzielił mu się jej szept, ale dlatego, że tego typu wyznanie, choć nie brzmiało na wymagające, z trudem przechodziło mu przez gardło. - Nie byłem naiwny.
Bo ten plan zawsze mógł powieść się dokładnie tak, jak mówiła.
Jego podsłuch mógł zostać znaleziony, Carbone mógł ulec wściekłości słysząc jego odmowę, odcisk, na który naciskał, mógł być o jednym zbyt wiele by Ventresca mogła to znieść. Zostawiając akta na blacie kapitańskiego biurka w pełni zdawał sobie sprawę z tego, że być może wcale nie przyjdzie mu trafić do więzienia. Może nie zdąży tego zrobić.
Ale na fundamentalnym poziomie, którego obecność czuł od ostatnich dwóch lat, kompletnie o to nie d b a ł.
- Wyjdziemy stąd, jeśli przestaniesz się drzeć i zaczniesz udawać kooperację - dodał, odsuwając się by pochylić, podnieść odznakę, która spadła na ziemię. Ot, jakby po prostu jej wypadła z kieszeni, jakby wzrok wszystkich zgromadzonych w tym kontenerze nie zwrócił się w stronę błyszczącego przedmiotu. - Bardziej niż zemsty na nas, Carbone chce Morettiego. Potrzebuje go do zrobienia czegoś w mieście.
Wiedział, że nie przyjmie od niego przedmiotu - dlatego wsunął do kieszeni jej kurtki odznakę z powrotem, a jeśli mu odmówiła, jeśli odsunęła się i nie pozwoliła mu tego zrobić, zamiast tego wsunął ją do własnej kieszeni spodni.
- Dlatego mu go dam.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedziała o tym jak bardzo byli obserwowani.
Nigdy nie powiedział jej o zdjęciach. Tych, na których była ona w najzwyklejszych sytuacjach, nawet wtedy, gdy wyjechała z miasta i podróżowała po Kanadzie, przemieszczając się z miejsca na miejsce bez większego planu. Dostał również ich wspólne fotografie, robione po pracy, kiedy spędzali razem czas, przekonani, że należał w y ł ą c z n i e do nich. Nie przyznał się, że śledzono ich właściwie każdego dnia. Że wiedzieli o nich w s z y s t k o. Że ponad tym istniały również groźby i wiadomości, a niemal każda z nich dotyczyła właśnie j e j. Czasami bezpośrednio, a innym razem zahaczała o członków jej rodziny.
Nie powiedział jej o tym nigdy, a była to rzecz, której pragnęła być świadoma. Rzecz, która jasno pokazywała, że Sergio Carbone był gotowy zrobić w s z y s t k o, jeśli tylko Rhys nie zagrałby dokładnie tak, jak on sobie tego życzył. Od samego początku dawał mu do zrozumienia jak to się skończy. Wiedział, że jeśli go zdradzi, odbierze mu wszystko w najbardziej bolesny z możliwych sposobów. Mimo to ryzykował tak bardzo, że nie potrafiło jej się to zmieścić w głowie, choć przecież wyobraźni nigdy jej nie brakowało.
Gdyby sytuacja się odwróciła, gdyby to ona znalazła się na jego miejscu, faktycznie to o n a podrzuciła te dowody na biurko kapitana - o s z a l a ł b y. Robiłby wszystko, żeby odwieść ją od tego planu. Nie pozwoliłby jej wyjść z domu, kłóciłby się z nią do utraty tchu, a jeśli musiałby, siłą zamknąłby ją w czterech ścianach, wiedząc, jak ogromne ryzyko brała na siebie i jak niewiele dzieliło ją od utraty życia.
N i g d y nie potrafił postawić się na jej miejscu. Spojrzeć na to z drugiej perspektywy. Zrozumieć jednej, pieprzonej rzeczy, że tak samo jak on drżał o nią, ona drżała o niego.
Nie ufała mu w tej kwestii. Nie wtedy, gdy z taką pewnością mówił o Morettim, jakby naprawdę miał stuprocentową gwarancję, że jeśli Carbone postawi na szali ich i swojego człowieka, wybierze właśnie tego drugiego. Nie posądzała przywódcy Ventresci o choćby minimum dobrej woli, nawet jeśli utrzymanie ich przy życiu wydawało się Rhysowi niezbędne do osiągnięcia celu.
- Jesteś ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się na temat kooperacji - znajdowała się w takim stanie, w którym dla niej jedynym rozwiązaniem wydawało się wyciągnięcie broni i oddanie strzału zanim zrobi to ktokolwiek inny. Zacisnęła dłoń na wsuniętej do kieszeni odznace, czując chłodny metal pod opuszkami palców. Ten prosty gest pomagał jej utrzymać się w rzeczywistości, nie pozwalał całkowicie odpłynąć w panice, która coraz mocniej ściskała ją za gardło.
Nie potrafiła uwierzyć, że w c i ą ż chciał to zrobić. Że od początku jego planem było wypuszczenie Morettiego, a później pozwolenie wymiarowi sprawiedliwości, w który tak bardzo już nie wierzył, pozwolić działać. - Nie ma, kurwa, takiej opcji. Nie wypuścisz go. Zrobisz to tylko po to, żeby później dać się zamknąć razem z tymi skurwielami? - prychnęła wściekle, wchodząc na powrót w jego przestrzeń osobistą. - Nie pozwolę ci na to, nie próbuj tego robić. Spalę ten jebany areszt, w którym siedzi ta gnida i nie pozwolę ci popełnić takiego błędu - to był pieprzony gwóźdź do trumny. Coś z czego n i g d y by się nie wyplątał.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mogli rozbijać tę sytuację na milion kawałków i nigdy nie doszliby w niej do porozumienia.
Bo czy nie ostrzegał jej wielokrotnie, mówiąc o tym jak niebezpieczny był Carbone? Czy nie przestrzegał jej przed udaniem się do Rinaldiego i czy później nie obwieścił jej informacji o tym, co się z nim stało?
Czy sama nie mówiła mu, że oni byli w s z ę d z i e, czego dowodem była obecność tutaj pieprzonego Collinsa?
Mogli kłócić się w nieskończoność na temat tego, co powinni zrobić, nie przybliżało ich to w żaden sposób do rozwiązania.
Może dlatego, że rozwiązanie, w którym każde z nich było zadowolone, zdrowe i bezpieczne, i jednocześnie zachowywało swój kręgosłup moralny i wykonywało swoją pracę, po prostu, kurwa, nie istniało.
- Wolisz wylecieć do Meksyku? - warknął w odpowiedzi na jej gwałtowny sprzeciw, którego przecież mógł się spodziewać. - Wolisz któregoś dnia odebrać zdjęcie swojego ojca przy śniadaniu i stanąć między powrotem do Toronto a pozwoleniem na jego śmierć?
Nie dostrzegł, jak z każdym słowem zbliżał się nieco w jej stronę, raz z pomocą półkroku, drugi pochylając się lekko. Nie zauważył też, jak, wyłącznie by uniknąć zderzenia, i ona musiała cofnąć widząc, że nie zamierzał się zatrzymywać, że wściekłość pchała go naprzód nawet na to, co kochał najbardziej.
- Masz zbyt wiele do stracenia i twoja miłość do mnie sprawia, że nie potrafisz tego zauważyć - wycedził, gdy zatrzymała ich ściana kontenera, o którą uderzyły jej łopatki. - Ja nie mam niczego.
Nie było to prawdą.
Sprzeciw obudził się w jego sercu niemal natychmiast, gdy pełne złości słowa opuściły jego usta. Na zewnątrz, po drugiej stronie zimnego metalu mógłby zrzucić winę na to na Carbone'a, na obserwujących ich ludzi i spektakl, który podtrzymywali w desperackiej próbie przekonania ich do swojej wersji.
Ale tutaj nie było żadnego z nich. Ani jednej osoby, której obecność usprawiedliwiałaby wszystko, co mówił z wściekłości.
Wściekłości na to, że znalazła się w niebezpieczeństwie, bo nie zdołał utrzymać jej z dala ten jeden raz.
Wściekłości, której potrzebował, bo musiała uwierzyć we własne, nienawistne słowa jeśli mieli stąd uciec.
- Nie ma w tej sprawie żadnych nas, Margo - dodał ze złością, w półmroku kontenera, z takiej odległości niemal będąc w stanie przymknąć oko na wszystkie te obrazy, z którymi żegnał się nad ranem. Półmrok chował jej długie rzęsy i pieprzyki na skórze, zasłaniał wszystkie jej unikalne cechy zostawiając wyłącznie błysk złości w oczach. - Od samego początku to były moje błędy. I moja odpowiedzialność.
Odsunął się, nagle orientując w ciasnej przestrzeni kontenera, że w tym dystansie ich oddechy mieszały się ze sobą, powietrze robiło się od nich cieplejsze, muskając jego własną twarz.
- I ja to zakończę. - jego wzrok uciekł w bok, mimowolnie zerkając w stronę zgromadzonych ludzi, jakby jego umysł kolejkował następne problemy do załatwienia. - Dając mu to, czego chce.
Żeby mogła mogli wyjść z tego żywi.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jak najdalej od siebie odrzucała wizję, którą jej przedstawiał. Tę, w której jej rodzinie zagrażało niebezpieczeństwo ze strony Ventresci, w której po raz kolejny musiała wybierać pomiędzy czymkolwiek.
Miała tego d o ś ć. Dość tego, że przez ostatnie miesiące jej życie składało się wyłącznie z wyborów z których żaden nie był naprawdę dobry. Każdy coś jej odbierał. Każdy wymagał poświęcenia i zostawiał po sobie ranę, która jeszcze nie zdążyła się zagoić, gdy pojawiała się następna.
Kiedy wreszcie zdecydowała się na rozwiązanie, które w jej oczach było najmniejszym złem dla nich obojga, okazało się, że jego plan od samego początku zakładał coś zupełnie innego. Coś, o czym nawet nie zamierzał jej powiedzieć, w co nie chciał jej angażować, choć przecież dotyczyło ich obojga.
Poczuła ból pękającego serca, który zagłuszył wściekłość. Jeszcze chwilę temu wydawało jej się, że nie był już w stanie zranić jej bardziej niż wtedy, gdy cała prawda wyszła na jaw, a on uparcie brnął w swoich kłamstwach, budując na nich ich r z e k o m ą przyszłość.
Nie miał n i c z e g o.
Miał j ą. Kobietę, która postawiła na niego całe swoje życie. Która bez chwili zawahania była gotowa rzucić dla niego wszystko, co jeszcze niedawno stanowiło centrum jej własnego świata. Miała porzucić rodzinne miasto, pracę, odznakę, ludzi, których kochała od dziecka. Była gotowa zostawić za sobą całe dotychczasowe życie i wyjechać na drugi koniec świata tylko dlatego, że on miał tam być razem z nią. Kochała go tak bardzo, że przestała oddzielać własne szczęście od jego.
Każda wizja, każdy kolejny dzień, każde marzenie zaczynało się od niego i kończyło na nim. Jak więc mógł patrzeć jej w oczy i mówić, że nie miał n i c?
- Dla ciebie nigdy nie ma nas - nie obchodziło jej, jak absurdalna była ta sytuacja. Za metalowymi ścianami uzbrojeni mężczyźni właśnie targowali się ludzkim życiem, kilkanaście osób zamkniętych razem z nimi czekało na cud, którego być może nigdy się nie doczekają. To na nich powinni teraz skupić całą swoją uwagę. A mimo to jedynym, o czym była w stanie myśleć, był o n. - Mogłeś o tym pomyśleć zanim wciągnąłeś mnie w to bagno - odwarknęła, kompletnie ignorując jego prośby, polecenia i cały jego p l a n.
- Już to przerabialiśmy - nie cofnęła się, choć stał zbyt blisko. Wyminęła go, a ciasna przestrzeń sprawiła, że i tak niemal się o siebie ocierali. - To wyglądało dokładnie tak samo - złapała za ciężkie, metalowe drzwi kontenera i szarpnęła nimi gwałtownie, niesiona impulsem, który nie miał najmniejszego sensu. - Twoja pieprzona odpowiedzialność. Twoje sprawy. Ty to wszystko załatwisz - szarpnęła jeszcze raz, a potem z całej siły uderzyła pięścią w zimną blachę. - I dalej, kurwa, ciągnąłeś mnie za sobą. Dalej mydliłeś mi oczy bajkami o miłości i wspólnej przyszłości - prychnęła, wciąż nie patrząc w jego stronę.
Nie liczyło się dla niej w tej chwili n i c poza własnym bólem. Była egoistką.
Być może jej ojciec rzeczywiście miał rację. Być może nigdy nie nadawała się do tej pracy. Była za słaba, a w chwilach takich jak ta nie myślała jak policjantka. Myślała jak kobieta, której właśnie po raz kolejny złamano serce.
- Jesteś takim skurwielem, Rhys. Wolałabym u m r z e ć niż cię kochać - wypluła te słowa z całą nienawiścią na jaką było ją stać. I pożałowała ich dokładnie w tej samej sekundzie, w której opuściły jej usta, bo mówiło przez nią złamane serce, strach i rozpacz. Gdyby naprawdę mogła wybierać, kochałaby go jeszcze raz i jeszcze raz zrobiłaby dla niego dokładnie to samo.
Ta miłość była tak wielka, tak bezwarunkowa i tak szalona, że życie, które próbował jej zaplanować bez siebie, nie wydawało jej się ż a d n y m życiem. Było końcem świata. Końcem wszystkiego, co miało dla niej jakiekolwiek znaczenie.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W zasadzie nie musiał odpowiadać, bo miała rację.
Już to przerabiali.

Na samym początku, gdy wyznaczał granicę i ulegał jej, gdy chciała ją przekroczyć. Wtedy, gdy wyszła za nim gdy przedwcześnie opuszczał pożegnalne przyjęcie u Stevensona. Wtedy, gdy jej dłoń znalazła się na jego skroni wewnątrz pustego nocą komisariatu. Wtedy, gdy stworzyła jedną z blizn na jego klatce piersiowej, zszywając otwartą ranę.
Za każdym razem, gdy protestował, mówiąc jej, że nie jest dobrym człowiekiem. Gdy mówił jej, że był egoistą, że miał rzeczy na sumieniu, że droga, którą chciała za nim podążać, kończyła się przepaścią. Przerabiali to tysiące razy, a jednak zawsze lądowali w dokładnie tym samym miejscu.
Ponieważ protestował niewystarczająco. Granica wyznaczona przez niego nie była stworzona z betonu, była drewnianą palisadą, po której Margo z czasem nauczyła się wspinać by dostać na drugą stronę. Ponieważ jej u l e g ł.
Bo od samego początku czuł, jak jego rzeczywistość nagina się w jej kierunku, jak staje się dla niego centralnym punktem w każdym miejscu, w którym przebywa. Bo zapisała się w jego sercu nieścieralnym tuszem, nie, wyryła się w nim pieprzonym ostrzem noża i nigdy nie byłby w stanie jej zmazać.
Pozwolił na to wszystko.
Pozwolił jej zbliżyć się nieświadomej po to, by odkryła prawdę zbyt późno, by móc się wycofać. Pozwolił jej snuć plany na przyszłość, w której istnienie nie wierzył, uzależniać od jednej osoby, którą zamierzał jej odebrać. Na swój własny, chory sposób, przybliżył się do kata, który niegdyś odebrał mu coś, co było dla niego istotne.
Bo czy nie to planował zrobić? Odebrać jej tą jedną rzecz, której pragnęła bardziej niż wszystko inne?
- Jeśli nie przestaniesz, będziesz miała okazję - wychrypiał, zrzucając winę za swój głos na panujący w kontenerze zaduch, byle tylko nie dostrzec własnego, krwawiącego serca. Serca, którego kawałek już na zawsze należał do niej i każde z jej słów teraz wyrywało go z jego piersi, prowokując do reakcji.
Pragnął powiedzieć jej, że tak nie było. Że na swój własny, popierdolony sposób uważał, że to wszystko było najlepsze właśnie d l a niej. Że nie chciał dla niej życia, w którym musiałaby wybierać między nim a bezpieczeństwem swojej rodziny. Że musiał odebrać jej wybór ponieważ wiedział, że podejmie zły.
Żadne z tych zapewnień nie opuszczało jego ust. Jego napędzany adrenaliną umysł był boleśnie świadomy każdego, stłumionego zdania wypowiadanego po drugiej stronie metalowej ściany, jak i ludzi skupionych w samym tyle ich małego więzienia. To wszystko nie miało znaczenia jeśli miała tutaj przez niego umrzeć.
- P-proszę - odezwał się kobiecy głos, w reakcji na ciszę, którą - jak zawsze - zasiał pomiędzy nimi, nie wypowiadając ani jednej myśli, która przychodziła mu na głos. - Proszę, tutaj są dzieci.
Odwrócił wzrok, wbrew sobie, wbrew instynktowi podpowiadającemu mu, że nie powinien tego robić. Dostrzegł szarą, kobiecą twarz jak i twarz młodej dziewczynki, którą wypychała lekko przed siebie, jednak wciąż trzymając na jej ramionach swoje dłonie w opiekuńczym geście. Jak pęknięcie w tamie, jej słowa wywołały lawinę - niektórzy ludzie podnieśli się z ziemi, inni wysunęli naprzód, nieśmiało usiłując zwrócić na siebie ich uwagę.
- Musicie coś zrobić. Proszę - błagał stojący na przodzie mężczyzna, podczas gdy stojący obok niego biznesmen nerwowo skubał wargę. - Nas jest więcej.
Więcej kontenerów.
Więcej metalowych skrzyń wypełniających pusty magazyn. Jego wzrok stał się nieobecny gdy sięgał wspomnieniem do świata po drugiej stronie metalowej ściany, usiłując je zliczyć. Ile ich było? Pięć? Sześć? Jak wielu tu było ludzi?
- Carbone chce Morettiego. Dam mu go - powiedział, uparcie wracając do niej, choć nie chciała, by do niej wracał. Nic z tego nie miało znaczenia jeśli nie będzie chciała z nim współpracować. - To nasza karta przetargowa, Margo. Tylko tak wyjdziemy stąd żywi.
Ktoś w tle załkał cicho, echo jego wylewanych łez odbiło się od ścian kontenera, uderzając w nich ze zdwojoną mocą.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chodziło o to na co jej pozwalał.
Nie chodziło o wszystkie uczucia, na które sobie nie pozwalał. Nie chodziło nawet o to, przeciwko czemu protestował i na co uparcie nie chciał się zgodzić.
Chodziło o to, że robił dokładnie to samo, co ona.

K o c h a ł ją.

Pokazywał jej tę miłość każdego dnia, nie tylko słowami, ale przede wszystkim gestami, które z czasem stały się dla niej czymś tak naturalnym, że przestała je dostrzegać pojedynczo. Przyjeżdżał pod jej dom bez zapowiedzi tylko po to, żeby spędzić z nią chwilę czasu. Zostawiał jej kubek z ulubioną kawą na biurku, kiedy wiedział, że znowu zarwała noc nad papierami. W środku nocy przyciągał ją do siebie przez sen, nawet o tym nie wiedząc, całował ją w czoło, gdy zasypiała wyczerpana. Odruchowo poprawiał jej włosy, gdy wpadały jej do oczu. Łapał ją za dłoń przy przechodzeniu przez ulicę, chociaż doskonale wiedział, że nie potrzebowała niczyjej pomocy. Patrzył na nią w sposób, którego nie dało się pomylić z niczym innym. W tych wszystkich drobnych, z w y c z a j n y c h chwilach budował świat, w którym czuła się bezpieczna.
Nie odpychał jej, nieustannie przyciągał ją do siebie. Pozwalał wierzyć w przyszłość, którą razem tworzyli. W każdy kolejny dzień i następne jutro, a później robił coś takiego. W chwili, w której wydawało jej się, że kocha go n a j b a r d z i e j, tak mocno, że bardziej już się nie dało, po prostu ją zostawiał, a ona ze wszystkich niebezpieczeństw jakie mogły na nią czekać, najbardziej bała się złamanego serca.
Spojrzała na niego z wściekłością, słysząc tę krótką odpowiedź. Nie potrafił powiedzieć nic więcej, chociaż w ciemności widziała dziesiątki emocji i setki niewypowiedzianych słów, które chciały wydostać się na zewnątrz. - Mam nadzieję, że wtedy twoje życie ocalą, a wyrzuty sumienia nie pozwolą ci zaczerpnąć ani jednego oddechu bez bólu - odparła, odsuwając się o krok. Nie miała nawet dokąd uciec. Ten pieprzony kontener był pułapką. Z jednej strony stał kat, z drugiej ofiara, a ona czuła się rozdarta pomiędzy nimi.
Po raz kolejny usłyszała ciche łkanie i pytania padające z ust uwięzionych ludzi, ale te nadal nie potrafiły jej otrzeźwić. Wciąż była całkowicie zafiksowana na własnym bólu, który zginał ją wpół. Nie wierzyła w przyszłość, w której kiedykolwiek wybaczy mu to, że zrobił jej to po raz kolejny. Że raz jeszcze budował ich rzeczywistość na kłamstwie, doskonale wiedząc, że nigdy nie dotrą do miejsca, które jej obiecał.
- Rób, co chcesz - odpowiedziała cicho. - Mam nadzieję, że masz świadomość, że jeśli tylko stąd wyjdziemy, ja zrobię swoje - w świecie, w którym jej moralny kręgosłup już dawno przestał być prosty, w którym coraz częściej zamykała oczy na rzeczy, których kiedyś nie potrafiłaby zaakceptować, nadal nie było miejsca dla człowieka takiego jak Moretti. Człowieka noszącego na rękach cudzą krew, zamieszanego nie tylko w pranie brudnych pieniędzy i mafijne układy, ale również w cierpienie niewinnych ludzi - tych bezimiennych, których życie kończyło się w takich metalowych pudełkach.
- To będzie twoja odpowiedzialność - dla podkreślenia własnych słów ruszyła przed siebie. Powoli podeszła do kobiety, która od dłuższego czasu najgłośniej błagała o pomoc. - Musicie się uspokoić. Musicie być cicho, jeśli my wyjdziemy - powiedziała, celowo używając słowa jeśli, a nie kiedy. Nie chciała po raz kolejny składać obietnicy, której być może nie będzie w stanie dotrzymać. - Nie wypuszczą was razem z nami... ale przyślę pomoc najszybciej, jak tylko będę mogła - już raz to zrobiła - obiecała Rinaldiemu wolność i bezpieczeństwo jego rodziny, a zginął z rąk człowieka, dla którego pracował.
Tego s a m e g o dla którego pracował Rhys. Tego samego, któremu również ślepo uwierzył, że jeśli tylko zagra według jego zasad, ochroni tych, których kochał najbardziej.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kącik jego ust uniósł się w górę w ponurym uśmiechu niemającym zbyt wiele wspólnego z wesołością. Z pewnością złośliwie chciała tak myśleć - że w najgorszym wypadku ona straci życie, a jemu przyjdzie kontynuować swoją egzystencję ze świadomością własnego udziału w tym wszystkim. Byłaby to jakaś jej forma zemsty, egzekwowana prosto z życia grobowego.
Problem polegał na tym, że gdyby w tej chwili ktoś skierował ku niej swoją broń i nacisnął na spust, Madden nie zakładał możliwości istnienia czegoś później.
Później dla niego byłoby zlokalizowaniem strzelca i zrobieniem czegoś, przez co wszystko, co miałoby być następne, straciłoby na znaczeniu.
- Nie byłabyś sobą, gdybyś tego nie zrobiła - odrzucił przez zaciśnięte zęby, patrząc, jak odwracała się w stronę uwięzionych z nimi ludzi.
Ludzi, których musiało być w tym magazynie mnóstwo.
To wszystko musiało poczekać.
Musiało znaleźć inne miejsce w kolejce ich pieprzonych priorytetów w t y m momencie, w którym tkwili uwięzieni we wnętrzu kontenera z tym kolejnym grzechem, koło którego musiał przejść obojętnie. Przymykał oko na wiele rzeczy. Na wymuszenia, na kradzieże, przekupstwa, mieszanie w dokumentacji, unikanie wymiaru sprawiedliwości. Na krew, którą zbroczone były ubrania mafioza w trakcie niektórych ich spotkań, na nazwiska, które miały zniknąć z akt obecnych postępowań w sprawach morderstwa.
Ale to było zbyt blisko tej granicy.
Granicy, o której istnieniu nawet nie wiedział, nigdy nie przekonał się, czy istniała. Zignorowanie tych wszystkich osób było jednym krokiem za daleko, nawet dla niego, dla jego elastycznego kręgosłupa i stalowych barków, gotowych ponieść kolejny ciężar każdego dnia.
- Wrócimy tutaj ze wsparciem - dodał, cicho, lecz z przekonaniem, spoglądając w oczy wszystkich tych, którzy cały ten czas patrzyli na niego. - Jak tylko wydostaniemy się na zewnątrz, policja się tym zajmie.
Głosy po drugiej stronie ustały, a później wzmogły. Zaczęły się zbliżać, informując o końcu pertraktacji pomiędzy Carbone'm a jego tajemniczym partnerem biznesowym. Napięcie znów wzięło jego ciało w swoje władania, sprawiło, że jego wzrok zatrzymał się na Margo, wciąż stojącej przy reszcie osób.
- Zostaw ich - polecił chłodno, słysząc zbliżających się gangsterów. - To była zagrywka. Miała nas złamać. Udawaj, że to zrobiła.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Udawaj, że to zrobiła.
Nie musiała tego robić. Nie musiała stać tam, czekając, aż drzwi dusznego, stalowego kontenera ponownie się otworzą, a przed ich oczami znów się wykrzywiona w uśmiechu twarz Sergio Carbone'a. Nie musiała niczego udawać, bo ona to c z u ł a.
Czuła obok złamanego serca, którego autorem był Rhys, także własne pęknięcie pod ciężarem obrazów, których nigdy w swojej karierze nie chciała oglądać. Widok ludzi stłoczonych w ciemnym, dusznym pomieszczeniu, gotowych zrobić w s z y s t k o, byle tylko przeżyć, nie był czymś, co kiedykolwiek miało zniknąć z jej pamięci. Wyobraźnia podsuwała kolejne kadry, tym razem z przyszłości. Jasno pokazywała, co mogło się z nimi stać. Gdzie mogły trafić młode, przerażone kobiety. Do czego wykorzystywane mogły być niewinne dzieci. Po co porwano zamożnych mężczyzn i ile warte było ich życie w oczach ludzi pokroju Carbone'a.
Kiedy usłyszała charakterystyczny szczęk otwieranych drzwi, całe jej ciało napięło się niemal niezauważalnie. Nie odpowiedziała na cichą prośbę Rhysa, nadal stojąc dokładnie w tym samym miejscu. Przez kilka sekund wydawało jej się, że nie zmieniło się absolutnie n i c. Kontener nadal śmierdział wilgocią, potem i strachem. Ci sami ludzie kulili się pod ścianą, ta sama cisza ciążyła nad nimi. A jednak zmieniło się w s z y s t k o.
Widziała wściekłość płonącą w spojrzeniu Collinsa, gdy odnalazł ją wzrokiem, powoli sunąc nim po całej jej sylwetce. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że w myślach robił z nią rzeczy znacznie gorsze od tych, kiedy kilka minut wcześniej przesuwał dłonią po jej twarzy. Widziała również Carbone'a, ale ten nie wyglądał na ani odrobinę zaskoczonego. Patrzył na nią dokładnie tak samo jak wcześniej - z rozbawieniem człowieka przekonanego, że wszystko przebiega zgodnie z jego scenariuszem.
Nie odwróciła wzroku, choć jej dłoń boleśnie zacisnęła na odznace schowanej głęboko w kieszeni kurtki. Ściskała ją tak mocno, że nie zdziwiłaby się, gdyby po wyciągnięciu zobaczyła na własnej dłoni cienką strużkę krwi. To był jedyny punkt zaczepienia, jedyna rzecz pozwalająca utrzymać się w rzeczywistości. Kiedyś jej kotwicą był Rhys, a teraz, choć stał zaledwie kilka kroków dalej wydawał się bardziej odległy niż kiedykolwiek wcześniej.
- Świetne przedstawienie, Carbone - usta Margo wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu, a w jej oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk. Ten sam, który odczytać potrafił wyłącznie Rhys, a który oznaczał, że prędzej czy później wpakuje się w kłopoty. - Nic, o co wcześniej bym cię nie posądzała - rzuciła z bezczelnym spokojem, robiąc krok naprzód i zatrzymując się tuż obok Maddena. - Czy ona kiedyś przestaje pyskować? - westchnął Sergio z rozbawieniem, nie wyglądając nawet na zirytowanego. Wręcz przeciwnie - wyglądał na człowieka, który właśnie dostał dokładnie to czego oczekiwał.
Machnął na nich ręką, nakazując im wyjść. - Doszliście do porozumienia w sprawie Morettiego? - zapytał spokojnie, zatrzymując się dokładnie przed nimi. - Czy tę drobną niedogodność mamy już za sobą? - na jego twarzy nie pojawiło się nawet cień niecierpliwości. Mówił tak, jakby pytał o wybór wina do kolacji, a nie o ludzkie życie. Jakby wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie kilkanaście minut było jedynie kolejnym elementem spektaklu przygotowanego wyłącznie dla jego własnej rozrywki.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”