-
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much todaynieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zmieniało to jednak faktu, że dziewczyna potrzebowała pieniędzy. Eric zmotywował ją do tego, żeby kupiła sobie nowy sprzęt. Może zamiast samochodu, rzeczywiście zdecyduje się na jakiś skuter? Z pewnością będzie to tańsze rozwiązanie i może nawet w jej przypadku bezpieczniejsze. W końcu Carmen i tak nienawidziła jeździć autem, zwykle robiła to, bo po prostu była do tego zmuszona. Wypłata szkolna nie była dla niej wystarczająca, więc poskładała CV do paru miejsc, w których czuła, że ma choćby te minimalne szanse. Nie sądziła, że The Painted Lady będzie pierwszym lokalem, który się do niej odezwie. Początkowo wahała się, bo wiedziała, że będzie musiała parokrotnie pracować z chłopakiem jej przyjaciółki, ale doszła do wniosku, że była przecież dorosła. Mogła znieść kogoś towarzystwo, jeśli miało to ostatecznie przynieść jej coś dobrego.
— Powiedz chociaż, że to nie ty będziesz mnie szkolił — mlasnęła, nawet nie ukrywając swojej niechęci. Odłożyła torbę na krzesełko, odwracając się do niego, by zmrużyć oczy i posłać mu wątpliwe spojrzenie. Carmen w przeszłości pracowała w barach czy restauracjach, ale głównie jako kelnerka. Zdziwiła się, że przyjęli ją do roli barmanki, choć nie zadawała z tego powodu zbyt wielu pytań, jakby bała się, że cała szansa jej przepadnie. — Wiesz co? Zachowam się jak na prawdziwą dorosłą przystało i powiem ci, że będę dziś współpracować. Muszę jakoś przeżyć tę zmianę i mieć chociaż chwilowego sojusznika. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal cię nie lubię — powiedziała, opierając dłonie na biodrach. Musiała postawić pewne sprawy jasno.
wesley austen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Podrywał jedną dziewczynę, a w pakiecie dostał dwie. Summy, która zgodnie z imieniem, była jego promyczkiem, wpatrzonym w niego jak w obrazek oraz Carmen – jej najlepszą przyjaciółkę, która zawsze była gdzieś obok albo oni gdzieś obok niej musieli być. Wes ogólnie nie widziałby w tym większego problemu, gdyby nie fakt, że z Carmen nigdy wspólnego języka nie potrafił znaleźć. Nadawali na kompletnie innych falach, a większość ich wymian zdań było szyderczych, złośliwych i nieuprzejmych. Warto zaznaczyć, że Wesley z natury bucem nie był, jednak przy Torres nie sprawiało mu to problemu.
Summer źle było z faktem, że dwie najbliższe jej osoby aż taką niechęcią do siebie pałają i wielokrotnie próbowała na to wpłynąć, nieskutecznie. Prosiła Carmen, prosiła Wes’a, lecz ciężko to było od nich wyegzekwować. Ostatnio niemalże z płaczem wyznała chłopakowi, że jest to dla niej ciężka sytuacja, bo nie umiałaby zrezygnować z żadnego z nich, a aby zatamować jej rzewne łzy obiecał poprawę. Czuł, że robił coś wbrew sobie, ale dla Summer był w stanie.
Zarekomendowanie Carmen swojemu szefowi było jedną z takich rzeczy. Tyle ile miłych rzeczy na jej temat wówczas powiedział, to dziewczyna prawdopodobnie nigdy nie słyszała. Opłaciło się, bo dostała tę presję szybciej niż mogła się tego spodziewać. — A widzisz tu kogoś innego? — zapytał, rozglądając się po pustym pomieszczeniu. Nocna zmiana nie wymagała aż tylu pracowników. Bardzo często po jednej osobie potrafiło na niej być, więc Wes był w szoku, że akurat na dzień dzień wpisano Carmen do grafiku. — Mam nadzieję, że nie jesteś aż tak złym uczniem i dotrwamy do rana — mruknął niezadowolony, podnosząc się z krzesła. Godzina rozpoczęcia zmiany zbliżała się, więc za chwilę za barem już powinno stać. — Musisz zachowywać się jak prawdziwa dorosła, a nie po prostu nią być? — zapytał, a w jego głosie czuć było lekką ironię. — Ty w tej szkole to uczysz czy ciebie jeszcze uczą? — wymijając dziewczynę w drzwiach. Nawet nie odwracał się do niej, gdy usłyszał jeszcze uwagę, jakoby dalej go nie lubiła. Nie mógł więc zareagować inaczej: A wiesz że ja ciebie bardziej?
Wyszedł na salę, która o tej godzinie była jeszcze pusta. Nie spodziewał się dzisiaj tłumów, jeżeli trzydzieści osób przewinie się dzisiaj przez ten bar to i tak będzie niezły wynik. — Długo masz zamiar tam jeszcze siedzieć? — zawołał za nią, a gdy w końcu wyszła skomentował: Jaśnie pani nas raczyła odwiedzić, jak miło – rzucił, po czym od razu dodał: Trzeba przygotować miejsce pracy. Skocz do chłodni po owoce – polecił wskazując miejsce, o którym mówił.
Carmen Torres
-
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much todaynieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Torres zdziwiła się, gdy Summer wyznała jej, że chłopak bardzo jej się spodobał. Meksykanka miała wrażenie, że jej przyjaciółka upadła na głowę, ale przez jakiś czas tego nie komentowała, bo przecież dziewczyna była kochliwa. W chwili, gdy ich relacja wymknęła się spod kontroli, Carmi nie potrafiła już udawać, że potrafi go tolerować. To było silniejsze od niej, a co utrudniało jego jakąkolwiek akceptację, był fakt, że te uczucia były wzajemne. Prowadzili ze sobą nieustanną walkę — czasem otwartą, czasem milczącą, ale zawsze dosadnie odczuwalną przez otoczenie.
— Nie widzę nikogo innego, ale naprawdę o tym marzę — burknęła, odwracając od niego wzrok i siłą woli powstrzymując się przed kolejnym głupim komentarzem, który z pewnością nie poprawiłby ich sytuacji. Torres, jeśli chciała przetrwać, musiała nauczyć się trzymać język za zębami; nie dlatego, że obawiała się Wesleya, ale dlatego że czas, który razem spędzą, mógłby być jeszcze nieprzyjemniejszy niż teraz. Widząc jego niezadowoloną minę, Carmen prychnęła cicho pod nosem. Ona też nie cieszyła się z nadchodzącej współpracy. — Tylko się nie popłacz z tej frustracji — rzuciła złośliwie. Coraz bardziej zastanawiała się, jak zdoła wytrzymać do rana. To chyba miał być prawdziwy test wytrzymałości, czy nadaje się do tej roboty. — Jeszcze jedno słowo, a kopnę cię w tyłek, Austen — rzuciła za nim głośno i zacisnęła dłonie w pięści, próbując uspokoić swoje nerwy. Nie tak to sobie zaplanowała. Nie da się bardziej sprowokować.
— Och, nie sądzę, aby zawody kto kogo nie lubi bardziej, były teraz dobrym pomysłem — parsknęła gorzko. — Chociaż gwarantuję, że mogłabym je wygrać — zapewniła, układając dłoń na klatce piersiowej; w miejscu, gdzie znajdowało się jej serce na znak swojej przysięgi.
Słysząc jego polecenie, Carmen przeszło przez myśl, że nie da rady. Jego rozkazujący ton doprowadzał ją do szału, ale ugryzła się w język z całej siły. Odwróciła się, żeby wejść do chłodni, rozglądając się po wielu owocach, rozstawionych na półkach. — Wszystkie? — krzyknęła z pomieszczenia, biorąc jeden plastikowy kosz, do którego zaczęła wkładać owoce. — Rusz się, Austen i weź jeden kosz, skoro z ciebie taki prawdziwy mężczyzna — rzuciła, wychylając się nieznacznie z chłodni. — Bo powiem Summer, że się mną wysługujesz — dodała, wytykając język w jego stronę.
wesley austen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zadanie dał jej proste. Nie sądził, że będzie potrzebowała jego pomocy, a jednak. Słysząc jej głos, przewrócił oczami. Czyli to będzie tego typu zmiana. Przerzucił przez ramię szmatkę, która jeszcze przed chwilą przecierał szklanki i ruszył w jej kierunku. Niech już mają to za sobą. Nie odpowiadał jej, nie chciało mu się krzyczeć. Wszedł do chłodni i stanął obok dziewczyny. — Ja mam powiedzieć szefowi, że nie chcesz pracować? — zapytał, sięgając po cytryny i wrzucając je do trzymanego przez Carmen koszyka. Nie zrobiłby tego, biorąc pod uwagę, że sam zabiegał, aby przyjęli właśnie Torres na to to miejsce. Wyszedłby po prostu na idiotę, a tego chciał uniknąć. — Myślałem, że mamy już pełne równouprawnienie — rzucił, dokładając kolejne owoce. Przejął cały kosz od dziewczyny, który faktycznie trochę ważyć mógł. — Ale od krojenia tego wszystkiego już się nie wywiniesz — powiedział wracając na pustą wciąż salę. W pewnym momencie zatrzymał się nagle. Postąpił na tyle niespodziewanie, że dziewczyna ledwo zdążyła zatrzymać się, aby nie wpaść w mężczyznę. Już nie komentował tego, że odpowiedniej odległości zachować nie potrafiła. — Mogę ci w ogóle zaufać z nożem? — dopytał. Trochę w formie żartu, aczkolwiek cień wątpliwości miał.
— Masz jutro zajęcia? — zapytał, kładąc kosz na blat. Wyciągnął kilka cytryn i położył na deskę. Następnie wręczył Carmen nóż, uprzednio pokazując jak powinna wykrawać owoce. W tym czasie Wes obrócił się tyłem do blatu i zerknął na regał. Pobieżnie sprawdzał, czy aby na pewno mają odpowiednią ilość alkoholi. — Nie boisz się, że będziesz nieprzytomna przy dzieciakach? — kontynuował. Nie, żeby jakoś bardzo go to interesowało. Niemniej jednak, był ciekawy jakości jej nauczania po nocce. Z drugiej jednak strony, hiszpański był jej ojczystym językiem. Łatwiej przychodziło jej wyzywać go po hiszpańsku niż angielsku – zdążył już to wyłapać jakoś czas temu. Teoretycznie uczył się w szkole tego języka, jednak nie był nigdy zbyt pilnym studentem. Nie interesowały go sprawdziany, kartkówki, nauka i inne tego typu rzeczy. Chciał osiągnąć coś w muzyce i jedynie na tym się skupiał. I jeszcze na hokeju, ale to po godzinach, gdy znajomi mieli ochotę. Nie zakładał, że gitara nigdzie go nie zaprowadzi. Nawet aktualny stan uznawał jedynie za przejściowy. Wiedział, że jeszcze będzie lepiej. — W ogóle możesz jako nauczycielka dorabiać w barze?
Carmen Torres
-
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much todaynieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
O Carmen można powiedzieć naprawdę wiele różnych rzeczy; była chaotyczna, czasem niezdarna i niezdecydowana, do bólu rozgadana, a przy tym okazywała się być małą bałaganiarą. Łatwo było przypisać jej jakieś epitety, ale dziewczyna z pewnością nie należała do osób leniwych. To była jedna z niewielu rzeczy, które mogłyby ją doszczętnie urazić. Torres pracowała od najmłodszych lat, od kiedy tylko rodzice jej na to pozwolili; na początku pomagała każdemu członkowi rodziny, potem pomagała w sklepie osiedlowym, a przed wyjazdem do Kanady, harowała jak wół w restauracji. Znosiła tam najróżniejsze wyzwania; wysoką temperaturę, irytujących i obrzydliwych mężczyzn, którzy przychodzili tam, by zaczepiać młode kelnerki, zadania, które nawet nie należały do jej obowiązków. A potem po przeprowadzce do Toronto, łapała się absolutnie w s z y s t k i e g o. Sprzątała pokoje hotelowe, dalej obsługiwała gości w restauracjach, udzielała korepetycji z hiszpańskiego, a przy tym ciągle studiowała. Dawała z siebie wszystko, dlatego nie przyjęłaby stwierdzenia, że nie była pracowita.
— Wyglądasz na takiego, co kabluje na innych ludzi — mruknęła marudnie, z trudem utrzymując ten przeklęty kosz z owocami, którego ciężar tylko wzrastał. Rzuciła mu nieco pochmurne spojrzenie na tę groźbę, związaną z wróceniem do szefa z feedbackiem i szturchnęła go mocno łokciem między żebra. — Proszenie o pomoc, to nie jest brak chęci do pracy. Nie umrzesz od bycia miłym — dodała, choć wiedziała, że sama ciągle go zaczepiała i rzucała złośliwe komentarze. Być może przyglądanie się chłopakowi, gdy podejmuje jej gierki, poprawiało jej po prostu humor. W swojej głowie nadal miała nad nim przewagę, bo wszystko potrafiła obrócić na swoją korzyść, nawet sytuację jak ta. Do tej pory, wszystko uchodziło jej na sucho. — Uraziłam twoją dumę? — zaśmiała się na wspomnienie o równouprawnieniu. — Jakoś to przeżyję — rzuciła ironicznie, bo pomimo średniego towarzystwa, nie zamierzała uciekać od pracy. Dziewczyna szła zaraz za nim, praktycznie odbijając się od jego pleców, gdy stanął jak wryty. Carmen uniosła na niego spojrzenie, po raz pierwszy śmiejąc się w jego towarzystwie całkiem szczerze; rozbawiło ją to stwierdzenie, dlatego rozłożyła bezradnie ręce. — Będziesz musiał sam przekonać się do czego jestem zdolna — powiedziała.
Torres zaczęła kroić cytryny, zgodnie z sugestią. Początkowo nie chciała z nim w ogóle rozmawiać, ale doszła do wniosku, że praca przez tyle godzin w zupełnej ciszy będzie niezręczna. Dlatego na jego pytanie, odpowiedziała najbardziej naturalnym głosem na jaki było ją wówczas stać. — Mam, ale dopiero na dziewiątą. Zdążę się nieco rozbudzić do tej pory. — To nie będzie pierwszy raz, gdy Carmen z jednej pracy, praktycznie od razu wskoczy w drugą. Na szczęście jutrzejsze zajęcia nie miały trwać zbyt długo, więc od razu po nich położy się do łóżka, żeby jakkolwiek się zregenerować. — Pewnie na początku będę zasypiać, ale dzieciaki mają taką energię, że ciężko pozostać w tyle — powiedziała, unosząc kącik ust na wspomnienie o swoich uczniach. Carmen naprawdę lubiła swoją pracę. Żałowała jedynie, że nie była tak dobrze płatna i że nie miała jeszcze trochę więcej godzin.
— A dlaczego nie? Nie piję i nie tańczę nago na blacie. Nic złego się nie dzieje — rzuciła, wzruszając ramieniem. — Praca jak każda inna — dodała swobodnie. Mogła urwać temat i zaznać błogiej ciszy, ale nie mogła być gorsza od niego, dlatego odłożyła na bok pokrojone cytryny, od razu zabierając się za kolejny owoc. — A ty nie masz dość serwowania ciągle tych samych drinków? Przecież lubisz grać i śpiewać — wymruczała niechętnie, bo Summer nie szczędziła jej naprawdę wielu szczegółów o blondynie.
wesley