Caleb sam parsknął cicho pod nosem, choć nie wiedział, co tak bardzo ją rozbawiło. Spoglądając na dziewczynę, miał jedną wielką pustkę w głowie, a to nie zdarzało się zbyt często, bo przecież był cholernym analitykiem. Dlatego też sapnął z cichą frustracją, gdy stwierdziła, że może mu o tym przypomnieć; niekoniecznie to miał na myśli, wspominając o słabej pamięci, dlaczego rozeszli się w dwie różne strony. Oboje mieli dość ekspresywne i mocne charaktery, więc nic dziwnego, że to na dłuższą metę nie wypaliło. Nie potrafili szczerze rozmawiać, ustalać zasad i tak jak później wspomni o tym Wilson, brakowało im zaufania do siebie nawzajem. Nie zmieniło to jednak faktu, że Chloe miała wszystko, czego Caleb potrzebował na co dzień. Fairchild potrzebował kobiety, która potrafiła za nim nadążyć i czasem zrównać go przy tym z ziemią.
To prawda, że byli wiecznie zajęci swoimi prywatnymi życiami — to był napięty okres w życiu prokuratora. Miał sprawę za sprawą, pracował do późnych godzin nocnych i zapominał o najprostszych rzeczach. Jak nie siedział w biurze, to spotykał się z klientami i tak w kółko. I wcale mu się to nie podobało, bo to oczywiste, że wolałby bezustannie kręcić się obok swojej dziewczyny. No, a potem, gdy on mógł się wyrwać z roboty, to Chloe była zajęta. A Caleb miał ogromne problemy z zazdrością; posiadanie pięknej dziewczyny było ogromną zaletą, ale też wiązało się z wieloma wątpliwościami. Szczególnie, jeśli pracowała w barze i każdy potencjalny klient wydawał się dla niego możliwym zagrożeniem. Dlatego mężczyzna zacisnął mocno wargi, wywracając oczami, gdy wypomniała mu, że nie wiadomo co robił ze swoimi klientkami.
— A to niby ja byłem zaborczy — skomentował, błądząc spojrzeniem po jej twarzy, na krótką chwilę zatrzymując się na jej oczach.
— Ja jestem tylko szarym prokuratorem, piękna — zaśmiał się niewinnie, kładąc dłoń na klatce piersiowej, jakby co złego to nie on.
— To ty nie mogłaś odgonić się od tych zjebów w barze — mlasnął z niesmakiem; przecież wielokrotnie widział to na własne oczy. Ile razy powstrzymywał się, by komuś nie przyłożyć? Jedynie jego kariera powstrzymywała go przed rękoczynami; czasem naprawdę miał mentalność rozwydrzonego licealisty.
— Jakbyś była policjantką, to z pewnością dobrze bym to wykorzystał — powiedział z rozbawieniem, nie powstrzymując nawet swojego durnego, pijackiego uśmiechu.
— Zamiast dawać mi wykład, mogłabyś mnie przeszukać — dodał, rozchylając ręce na boki, jednocześnie na sekundę przymykając oczy, jakby dawał jej taką możliwość, jeśli tylko by chciała. Zaraz jednak opuścił ręce swobodnie wzdłuż ciała, na nowo przyglądając się jej energicznie.
Słysząc, że są całkiem sami, Caleb nie powstrzymał kolejnego uśmiechu; przeczesał palcami swoje ciemne włosy, jakby próbował doprowadzić swój umysł do porządku. Na marne.
— Może wodę — rzucił, wiedząc, że w którymś momencie będzie musiał wytrzeźwieć. Lepiej zrobić to szybciej niż później, żeby rano tak bardzo nie cierpieć.
— Powinienem rzucić prawo? — zapytał trochę ironicznie, a trochę prawdziwie, bo lubił swoją pracę, ale nie podobało mu się jak wielką część jego życia mu odbierała.
Fairchild nie poruszył się nawet o milimetr, po prostu mierząc ją uważnym spojrzeniem, gdy Chloe zmniejszyła między nimi dystans. Na moment jego serce podskoczyło mu do gardła, dlatego uniósł kącik ust z satysfakcją.
— Kłamczucha — mruknął. Jej dotyk na żuchwie sprawił, że nieświadomie jeszcze bardziej się do niej zbliżył, wyciągając dłoń, by złapać ją w talii, ale Wilson uderzyła go lekko w policzek, odsuwając go od tego pomysłu.
— Ja myślę, że te oczy nadal mogą zadziałać — stwierdził, praktycznie od razu ruszając za nią. Złapał ją łagodnie za nadgarstek w przejściu do kuchni, znowu odwracając dziewczynę w swoją stronę.
— Nieładnie jest bawić się pijanymi ludźmi, nie wiesz o tym? — rzucił, uśmiechając się. Cały czas uśmiechał się jak jakiś szaleniec.
— Nie podsuwaj mi swoim chłodem i dystansem jakiegoś wyzwania — ostrzegł, bo przecież mógłby ją znowu zdobyć, gdyby tylko chciał. Jego ego mówiło mu przecież, że mógł mieć wszystko, czego tylko sobie zamarzył. —
Masz kogoś? — zapytał nieco poważniej, wypuszczając jej nadgarstek, żeby samemu oprzeć się o blat w kuchni. Nie byłaby to dla niego przeszkoda, ale chciał wiedzieć, jak szło jej życie miłosne. Nie zamierzał z bomby, opisywać jej, dlaczego miał kiepski dzień. Były sprawy, które interesowały go trochę bardziej.
my pretty-ex