
Messier 42 — Mgławica Oriona
Pacnięcie ojcowskiej ręki o mój spocony kark jest stanowcze, ale nie surowe, zdecydowane, lecz nie brutalne. Spoglądam na niego przez ramię, z zawrotem głowy wzbierającym w skroniach gdy zbyt szybko odwracam wzrok od gwiezdnych blasków na firmamencie. Nie powinienem być zaskoczony, bo przecież zawsze chodzi o to samo: że zamiast pod nogi, patrzę w niebo. Że bujam w obłokach, zamiast twardo stąpać po ziemi.
Życie na ranczu toczy się równym i przewidywalnym rytmem. Jest przesycone zapachem mokrego siana po letnim deszczu i ciepłe jak koński oddech. Brzmi jak skrzypienie wysłużonych desek w stodole, jak pianie koguta o świcie i głos mojej matki, wołającej nas z ganku na kolację podawaną równo o osiemnastej.
Jestem młodszy od moich braci, i starszy od moich sióstr, więc czasami wpadam w wolną przestrzeń między dorosłymi obowiązkami i nadmierną kontrolą. Wieczorami wynoszę koc na pastwisko i kładę się na nim na plecach. Patrzę tam gdzie zawsze, wymyślając imiona galaktyk, których jeszcze nie znam, ani nie rozumiem. Zastanawiam się, kto jeszcze na nie patrzy. I czy jakiś dziesięcioletni chłopiec po drugiej stronie drogi mlecznej robi teraz dokładnie to samo co ja - tęskni do tego, co jeszcze niepoznane. Marzy o tym, czego nie da się dosięgnąć ani wzrokiem, ani dłonią, ani nawet myślą.
Messier 45 — Plejady
Ojciec wraca z wywiadówki z dłońmi w kieszeniach najlepszych, wełnianych spodni, poluzowanym krawatem, i miną na granicy zmieszania i dumy. Sadza mnie przy stole; w kuchni jest tylko on, ja, i moja matka. Wychowawczyni podobno mówi, że na lekcjach się nudzę. Że odpływam myślami, albo zadaję pytania, na które nauczyciele nie znają odpowiedzi. Pojawia się pomysł, że może powinienem przeskoczyć klasę. Potem międzyszkolne konkursy i olimpiady, na które jeżdżę pod czujnym okiem nauczyciela biologii, przysypiając w przyrdzewiałym autobusie gdy ten, skrzypiąc, przekracza granicę stanów. Zaczynam wracać do domu z książkami cięższymi ode mnie, a ojciec coraz częściej marszczy brwi, kiedy próbuję mu opowiedzieć, czym właściwie zajmuję się na dodatkowych zajęciach.
Czuję się kochany, ale niezrozumiany. W moim domu rozumie się sezony siewu i żniw, detaliczne nazwy krowich żołądków i rodzaje galopu, ale nikt nie mówi tu językiem galaktyk, językiem mgławic i gwiazd. Choć na studia dostaję się jako pierwszy w całej rodzinie, nie czuję się od nich lepszy. Tylko tak, jakbym urodził się na niewłaściwej orbicie.
Wega (α Lyrae)
Nie zakochuję się w niej od pierwszego wejrzenia, to byłoby zbyt proste. Prawda jest taka, że przez wiele miesięcy nawet jej nie zauważam.
Mijamy się na schodach biblioteki. Czekamy w tej samej kolejce po kawę. Siedzimy kilka rzędów od siebie podczas wykładów otwartych, na które oboje trafiamy bardziej z ciekawości niż z obowiązku. Kilka razy nasze spojrzenia przecinają się na ułamek sekundy, ale żadne z nas nie zatrzymuje drugiego na tyle długo, żeby zapamiętać twarz. To zabawne: jak bardzo można dzielić z kimś ten sam kawałek świata i przez długi czas wcale się nie spotkać.
Aż któregoś dnia nasze orbity po prostu się przecinają. Nie pamiętam, czy to ja wpadam na nią, czy ona na mnie; pamiętam tylko rozsypane notatki, szelest klonowych liści na chodniku, jej śmiech. Promień słońca chwycony w kosmyk włosów, który odgarnia z twarzy, kiedy unosi głowę żeby na mnie popatrzeć. A ja?
Ja po raz pierwszy od dzieciństwa zapominam spojrzeć w niebo.
Mirfak (α Persei)
Na studia doktoranckie dostaję się z tym samym naiwnym przekonaniem, z którym przez całe życie podchodzę do wszystkiego: wystarczy pracować wystarczająco ciężko.
Ale pierwszego dnia zajęć nabieram nagle przekonania, że zaszła jakaś pomyłka, i list akceptacyjny wcale nie powinien trafić do mojej skrzynki pocztowej.
Wszyscy wokół mnie wyglądają tak, jakby od urodzenia wiedzieli, co robią. Mówią szybko i głośno, przerywając sobie nawzajem w połowie zdań. Śmieją się z nazwisk naukowców, które do tej pory widuję wyłącznie na okładkach podręczników. Kłócą się na śmierć i życie, a potem godzą przy kawie, jakby najgorętsze spory świata były tylko kolejną metodą dochodzenia do prawdy.
Siedzę między nimi i po raz pierwszy od wielu lat znowu czuję się mały. Nie mniej inteligentny. Po prostu... mały. Jak chłopiec, który do tej pory zawsze znał odpowiedź. A teraz znów musi nauczyć się zadawać pytania.
Polaris (Gwiazda Polarna)
Wracam do mieszkania późnym wieczorem, z migreną dojrzewającą w skroniach, torbą pełną kołonotatników przewieszoną przez ramię i listem, który przez całą drogę wyciągam z kieszeni chyba z dziesięć razy, tylko po to, żeby upewnić się, że naprawdę istnieje.
P r o g r a m.
To jedno słowo od dzieciństwa brzmi dla mnie jak obietnica. Najbliżej gwiazd jak tylko można się znaleźć, nie odrywając stóp od ziemi.
Przechodzę przez próg, zapominam zdjąć buty. Ona siedzi na parapecie, z kubkiem herbaty, z którego nie unosi się już para, i książką, której nigdy nie doczyta. Uśmiecham się szeroko. Mówię, że mam jej coś do powiedzenia. Ona - że ona mnie też.
Jej uśmiech jest spokojniejszy od mojego, ale nadal przesycony napięciem, którego nie rozumiem. Przez chwilę trwamy w ciszy, każde z nas kurczowo trzymając się własnej tajemnicy. Wyciągam z kieszeni list. Ona, w rewanżu, sięga do kieszonki swetra, a potem przesuwa w moją stronę biało-różowy kawałek plastiku.
— Sal — mówi, obracając w dłoniach moją kopertę — Chyba oboje kiepsko radzimy sobie z planowaniem.
Deneb (α Cygni)
Przez jakiś czas naprawdę wierzę, że człowiek może mieć wszystko.
Dom pachnie kawą i rumiankowym szamponem dla dzieci. Na lodówce wiszą rysunki naszej córki, na których wszyscy troje mamy nienaturalnie długie nogi i bardzo małe, bardzo okrągłe głowy. Pies śpi pod stołem. Ona nuci coś pod nosem, rozstawiając na stole talerze i sztućce, a ja przysięgam czterolatce, że Saturn naprawdę ma pierścienie i że pewnego dnia pokażę jej je przez teleskop.
Śmiejemy się. Kłócimy. Godzimy. Żyjemy. I przez długi czas wydaje mi się, że właśnie tak wygląda szczęście, ale program zaczyna połykać mnie w kawałkach. Najpierw przywłaszcza sobie pojedyncze wieczory, potem weekendy. Potem pojawiają się kolejne konferencje, szkolenia i zawodowe wyjazdy, z których wracam z głową pełną gwiazd i sercem coraz bardziej rozdartym pomiędzy dwoma światami.
Długo wierzę, że istnieje jakieś rozwiązanie, bo rozwiązanie istnieje dla niemal każdego równania. Próbuję być wszędzie: w laboratorium, na sympozjum, na przedszkolnym przedstawieniu córki i przy jej łóżku kiedy po raz pierwszy dostaje anginy - ale ostatecznie czuję, że nie ma mnie już nigdzie. Nawet we własnym życiu.
?
Nie ma wielkiego wybuchu.
Nie ma iskier i płomieni, nie ma huku i trzaskania drzwiami. Rzeczy kończą się w prostej sekwencji.
Najpierw podpisuję rezygnację z programu, przez parę miesięcy łudząc się, że zrobiłem dokładnie to, co należało zrobić. Jemy wspólne śniadania, odprowadzam córkę do szkoły, przeglądam ogłoszenia o pracę, wieczorami otwieram puszkę piwa i siedzę na strychu z teleskopem. Nadal mam rodzinę. Nadal mam dziecko, które wskazuje palcem gwiazdy i wymyśla im własne nazwy.
Myślę, że może zdążyłem. Może się udało. Ale nie wszystko da się naprawić samą obecnością.
Miłość nie znika jednego dnia, tylko gaśnie po trochu, w tysiącu drobiazgów, po których potem pozostaje tylko długa cisza. Nasz rozwód nie wiąże się z płaczem, wiąże się z ugodą. Próbujemy to zrobić jak dorośli, choć ja nigdy nie czułem się bardziej niczym dziecko.
Przyjmuję pracę w dużej firmie, na trochę. Obracam się wokół własnej osi na biurowym krześle i piję za dużo zbyt mocnej kawy. Stąd też odchodzę, i z braku innych pomysłów - wracam na ranczo.
Mój ojciec jest starszy, ale nadal porusza się tak samo jak kiedyś. Bracia ułożyli sobie życie, i próbują patrzeć na mnie ze zrozumieniem, bez satysfakcji (tak trudno idzie ją ukryć). Moja matka zakreśla w gazecie lokalne ogłoszenia i rozmawia z sąsiadkami tak długo, aż dyrektorka lokalnego liceum pyta, czy nie chciałbym może przyjąć tymczasowej posady nauczyciela biologii. Mówi, że to tylko na chwilę.
To było kilka lat temu, i do dziś nie wiem, czy robię to, co robię, bo tak bardzo kocham mój przedmiot, czy dlatego, że codziennie widzę w pierwszej ławce jakiegoś nastolatka, który patrzy przez okno dokładnie tak samo, jak kiedyś patrzyłem ja.
✧ Dla najbliższych zawsze będzie Sally'm, dla tych nieco dalszych - Salem. Natomiast Salomonem jest tylko w dokumentach i papierach rozwodowych.
✧ Przez kilka lat pracował w programie badawczym Canadian Space Agency, badając fizjologię człowieka w warunkach mikrograwitacji i przygotowując rozwiązania dla przyszłych misji kosmicznych; z programu odszedł z własnej woli.
✧ Ludzi obserwuje z taką samą czułością, z jaką gapi się czasem w nocne niebo. Wierzy, że zachwyt jest jedną z najważniejszych ludzkich emocji, i że pożądanie zaczyna się od ciekawości.
✧ Wychował się na rodzinnym ranczu jako drugi najmłodszy z piątki rodzeństwa i był pierwszą osobą w rodzinie, która ukończyła studia. Do szkoły poszedł rok wcześniej niż rówieśnicy, a później przeskoczył jeszcze jedną klasę.
✧ Jego go to trunkiem jest piwo Kokanee, wypijane niekiedy w nieszczególnie zdrowych ilościach.
✧ Po rozwodzie adoptował ze schroniska kostropatego psa, którego ochrzcił imieniem Newton. Jest to o tyle ironiczne, że czworonóg Sala nie wykazuje się raczej szaloną inteligencją.
✧ Jego gabinet bardziej przypomina gabinet osobliwości niż pokój nauczycielski — pełno w nim modeli planet, drobnych skamienielin, zasuszonych roślin, kamieni, książek i w połowie dopitych kubków kawy, w których Sal regularnie hoduje nowe formy życia.
✧ Kocha papier. Nowe pomysły zapisuje na wszystkim — serwetkach, odwrocie rachunków, marginesach książek. Nie potrafi przejść obojętnie obok księgarni, kupuje więcej książek niż jest w stanie przeczytać, i często czyta więcej niż jedną na raz.
✧ Najlepiej myśli mu się podczas jazdy samochodem albo długich spacerów z psem.
✧ Częściej nosi flanelowe koszule i stare jeansy niż marynarki. Na stopach zwykle ma albo trampki albo wysłużone timberlandy.
✧ Zawsze ma przy sobie scyzoryk albo multitool.
✧ Jego ulubionym zespołem jest The National, bo to muzyka dla smutnych ojców i rozwodników.
✧ Nigdy nie był z nikim poza swoją byłą żoną. Od niedawna próbuje randkować, ale aplikacje randkowe uważa za jeden z bardziej niezrozumiałych wynalazków współczesności.
✧ Był (jest?) dobrym ojcem, ale nie zawsze obecnym. Potrafił wiele godzin budować z córką najlepszą na świecie rakietę z kartonu, a potem zapomnieć o wywiadówce na której miał się stawić punktualnie.
