29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

[od razu po spotkaniu z Aidenem]

Znowu skończyło się tak jak zawsze, a obiecał sobie, że tym razem będzie inaczej. Caleb wyszedł z lokalu koło dwudziestej trzeciej, zostawiając przy barze Aidena, tłumacząc się tym, że musi się przewietrzyć. Miał nieodparte wrażenie, że cały świat wiruje wokół niego, co miałoby wiele sensu, zważywszy na to, że wypił wszystkie drinki, które jego przyjaciel postawił mu w ramach przeprosin. I jeszcze dwa swoje, bo jak alkohol przyjemnie palił jego gardło, a rozmowa miło się kleiła, to nie potrafił powiedzieć sobie dość. Dlatego znowu znalazł się w tym samym stanie, nie chcąc wracać do swojego mieszkania. Z jakiegoś powodu myśl o zakończeniu nocy w pojedynkę, wydawała mu się dziwnie przytłaczająca i przygnębiająca jednocześnie. Podejrzewał, że była to trochę wina rudego i jego pierdolenia o swojej nie-dziewczynie. Po co tak wszystko komplikować? Może był już za stary na to denne nazewnictwo; jak ktoś mu się podobał, to mówił to otwarcie, a to jak dalej toczyła się relacja to już zupełnie inna sprawa. Mężczyzna miał wiele znajomości, które na pierwszy rzut oka mogły wyglądać dziwnie lub nietypowo, a w praktyce całkiem dobrze funkcjonowały.
Jedną z takich osób, z którymi utrzymywał specyficzną więź była Chloe. Jego była dziewczyna, z którą spędził sporo czasu i do której przywykł na tyle, że nawet po rozejściu się w dwie różne strony, notorycznie na siebie wpadali i spotykali się. Caleb nie czuł potrzeby nazywania tego, co ich teraz łączyło. Przyjaźń, przywiązanie czy samodestrukcja, niezależnie czym była, najwidoczniej nie najgorzej działała. Kiedy czuł się źle, pojawiał się przy jej boku, marudząc na wszystko, co tylko go denerwowało, by kolejnego dnia zniknąć i udawać, że wcale nie potrzebował jej pomocy. Jak mu się nudziło i miał ochotę oderwać się od pracy, wysyłał jej głupie, zaczepne wiadomości, by poświęciła mu trochę uwagi, skoro kiedyś robiła to tak chętnie. Starał się nie przekraczać granicy, która wytworzyła się, gdy zerwali, ale czasem było to od niego silniejsze.
Dlatego zamiast wrócić do baru do rudego, Fairchild złapał taksówkę i jak ostatni idiota podał adres Chloe. Wiedział, że miała współlokatorki i jego obecność o takiej godzinie może nie być mile widziana, ale aktualnie w ogóle go to nie interesowało. Był pijany i już sam nie wiedział, czy alkohol nadal buzuje w jego organizmie czy zaczyna powoli trzeźwieć. Niezależnie od stanu w jakim się znajdował, jego pierwszą myślą była właśnie Wilson. Dzisiaj sam nie wiedział, czego potrzebuje; może przygarnięcia, może rozmowy o niczym, a może kłótni, która skutecznie postawi go na nogi. Przechodził przez kryzys, związany z wyborami, które podjął w swoim życiu i jak zwykle musiał to odbić na innych.
Caleb oparł się ramieniem o framugę drzwi, stukając leniwie w drzwi raz za razem, a potem zaczął pisać do niej wiadomości. Czuł jak dość ciężko złapać mu było równowagę, ale nie poddawał się. Dopiero, gdy drzwi lekko się uchyliły, prokurator wsunął rękę by nie zdążyła ich zamknąć i wtedy przesunął wzrokiem po jej sylwetce.
— Jestem trochę pijany — rzucił cicho, mając na tyle rozsądku, żeby nie pobudzić wszystkich wokoło. — Ale chciałem cię dzisiaj zobaczyć — mruknął, przechylając głowę do boku, by dojrzeć ją w półmroku.

Chloe Wilson
26 y/o
For good luck!
162 cm
barmanka Emptiness
Awatar użytkownika
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#4 (CHYBA?)

Tego dnia, Chloe chcąc pozałatwiać kilka spraw na mieście - kupić buty na lato (nieważne, że miała kilka par, które nosiła na przemian), powiększyć kolekcję ubrań w szafie o nowe t-shirty oraz sukienk, pójść na przegląd do stomatologa i uwaga najważniejsze… miała umówioną wizytę u maniciurzystki (na ogół robiła sama u siebie w mieszkaniu, ale czasami zdarzało się, że szła zrobić u zaufanej osoby - robiła u niej od dobrych dwóch lat).
Przed powrotem do mieszkania wstąpiła coś zjeść do włoskiej knajpy, ponieważ miała STRASZNĄ ochotę na makaron, a konkretniej taki ze szpinakiem i kurczakiem, a do picia wzięła colę zero. Po skończonym posiłku, zapłaciła, a następnie skierowała swe kroki w kierunku mieszkania. Przed wejściem, porozmawiała sobie jeszcze z sąsiadką o tym, że - zdaniem sąsiadki - ktoś się kręcił w nocy i szarpał za klamki. Chloe mocno spała więc niczego takiego nie słyszała, ale rano drzwi na pewno były zamknięte, bo przekręcała zamek nim wyszła - pamiętała tamten moment, co należało docenić, ponieważ często mózg lub raczej ona sama wmawiała sobie, iż po wyjściu z domu, nie zamknęła drzwi na klucz. Czasami ulegała temu przekonaniu i o ile była blisko, wracała się by sprawdzić czy faktycznie po złapaniu za klamkę, nie otwierały się. Zazwyczaj jednak były zamknięte, więc wkurzała się, ponieważ straciła czas - na szczęście nie jakoś mega dużo, no ale czasu nikt jej nie zwróci. Ciekawiło ją, czy sąsiadka mówiła prawdę, tzn. czy faktycznie ktoś postanowił posprawdzać czujność mieszkańców, czy może był to zwyczajny wytwór wyobraźni kobiety lub jej sen. Mogła pójść popytać innych, ale z tyloma torbami niezbyt miała ochotę, dlatego obiecała, że jeżeli zauważy coś niepokojącego, będzie dawać znać. Podziękowała za informację, życzyła sąsiadce miłego dnia, a potem weszła do mieszkania. Od razu poszła zanieść ciuchy do swojej szafy. Buty natomiast ulokowała w szafce w przedpokoju, tuż obok swoich ulubionych, sportowych Adidasków.
Po umieszczeniu wszystkiego na swoim miejscu usiadła na łóżku i zaczęła scrolować Instagrama. Lajkowała praktycznie każde zdjęcie, a gdy uznała, iż już ma dość, kliknęła w ikonkę, która przeniosła ją do rolek. Niektóre ją bawiły, z niektórymi się utożsamiała i oczywiście nie omieszkała ich rozsyłać do znajomych, aż nagle otrzymała powiadomienie o nadejściu nowej wiadomości.
Caleb? zaskoczył ją, no ale odpisała mu i koniec końców wymienili kilka wiadomości - nie spodziewała się jednak, że w pewnej chwili usłyszy pukanie do drzwi; szczególnie wtedy, kiedy akurat leżała w piżamce z ręcznikiem na głowie. Oczywiście, pierwsze, co pomyślała, to, że o tej godzinie ktoś pomylił mieszkania. Druga myśl krążyła wokół tego, co wcześniej usłyszała od sąsiadki Z drugiej strony, czy jakby ktoś chciał się włamać, to pukałby do drzwi? zadała sama sobie to pytanie, ostatecznie postanawiając podnieść swoje cztery litery z łóżka, żeby stanąć przed drzwiami. Przełknęła ślinę, zapaliła światło i spojrzała przez wizjer, lecz ten był zasłnięty.
- Mierda…- no ale ciekawość wygrała. Otworzyła drzwi i zrobiła wielkie oczy, nie spodziewając się gości. Chciała je zamknąć, lecz prawnik był szybszy z tą swoją ręką - mogłaby mu ją przytrzasnąć, lecz… wtedy najprawdopodobniej należałoby albo pojechać do szpitala, albo wezwać pogotowie. Odpuściła zatem i tylko stała ze skrzyżowanymi na piersiach rękami.
Prychnęła, słysząc słowa Caleba.
- Widzę. I chyba nie tylko trochę… - dodała, przewracając oczami. Westchnęła głośno.
- Już mnie zobaczyłeś. Zadowolony? - spytała, unosząc brew. Koniec końców dała mu zielone światło, by wejść, tj. pozwoliła mu poprzez otwarcie drzwi szerzej. Jasne, mogli kontynuować rozmowę na korytarzu, lecz wolała uniknąć gapiów i komentarzy ze strony sąsiadów.
- A tak serio, to czego chcesz? - spytała, dość chłodno - pewnie nadal będąc w szoku - kiedy zamknęła drzwi na dwa razy i odwróciła się w stronę Caleba. Byłoby dość niezręcznie, gdyby mówił do jej pleców, a ona odpowiadała, stojąc tyłem. Nagle zdjęła ręcznik z włosów i zaczęła delikatnie osuszać wilgotne pasma. Miała zaraz zacząć je suszyć.

pijany prawnik
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słysząc znajome, hiszpańskie przekleństwo, padające z ust dziewczyny, Caleb dość niekontrolowanie uśmiechnął się pod nosem. Czy to nie ironiczne, że przez krótką chwilę poczuł znajome ciepło w okolicy serca? Zupełnie, jakby w ten sposób utwierdził się w pijackim przekonaniu, że podjął dobrą decyzję, przyjeżdżając tu tej nocy. Nawet, jeśli dziewczyna nie do końca wyglądała na zadowoloną z jego odwiedzin. Choć kto cieszyłby się na widok swojego byłego partnera tak późno w nocy i to bez żadnej zapowiedzi? Może nie rozeszli się w złych warunkach, a ich relacja nie należała do tych, które najlepiej omijać szerokim łukiem, ale Caleb po raz kolejny pomału przekroczył tę niewielką granicę dystansu, która powinna się między nimi wytworzyć. Chloe była zdecydowanie najładniejszą dziewczyną, z którą się umawiał i z którą był w związku dłużej niż dwa tygodnie. Poza tym nie denerwowała go na każdym kroku i miała energię, która mu odpowiadała; zupełnie, jakby przez cały czas stała naprzeciw niego ze swoim temperamentem, nie pozwalając mu wygrać.
— Jak na ciebie patrzę, to nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego w ogóle zerwaliśmy — rzucił, nie analizując tego, co przyszło mu do głowy. Podobała mu się nawet w tej domowej wersji, o czym nie zamierzał już wspominać na głos. W jego myślach paliła się czerwona lampka i to była resztka samokontroli, przypominająca mu, że pomimo odwiedzin i chęci zobaczenia jej, powinien mieć łapy przy sobie. Słysząc jej komentarz, który sugerowałby, że jest bardziej niż trochę pijany, Fairchild parsknął pod nosem, wzruszając łagodnie ramieniem. — Jestem dorosły. To chyba nie wykroczenie? — zaśmiał się pod nosem, z trudem kontrolując ton swojego głosu. Po raz kolejny próbował przebić się przez niego rozsądek, przypominający mu, że nadal stał na korytarzu i mógł pobudzić wszystkich sąsiadów. Słysząc jej kąśliwy głos, prokurator jedynie odetchnął nieco marudnie. — Nie, nie wystarczy. Gdybym chciał tylko chwilę popatrzeć, to odpaliłbym twojego Instagrama — mlasnął, nie zastanawiając się dwa razy, gdy Chloe wpuściła go do środka. Może wybrał jednak odpowiednią porę, bo w ciągu dnia mogłaby inaczej zareagować na jego wizytę.
Caleb oparł się plecami o drzwi tuż za sobą, wsuwając dłonie w kieszenie spodni. Czego chciał? Całkiem sporo rzeczy nasunęło mu się na język, ale zamiast tego po prostu uśmiechał się głupio, a przy tym w bardzo charakterystyczny dla siebie sposób. Potrzebował rozmowy, bliskości, towarzystwa, docinek i wszystkiego, co postawi go do pionu. Chciał wrócić do normalności, która w ostatnich dniach gdzieś zaniknęła. A może chciał znowu sprawdzić, jak wiele jest w stanie zrobić, jeśli się na coś uprze lub jak daleko sięga jego urok, pomimo pewnej przeszłości.
— Miałem zły dzień i nie chciałem wracać do domu — przyznał po krótkiej chwili, czasami zachowując się jak nastolatek, który potrzebował uwagi. — Wszystkie znaki na niebie, kazały mi przyjść do ciebie. Nie tęskniłaś za mną, Wilson? — zapytał nieco złośliwie, obserwując jej buzię z uwagą. Nawet w tym stanie próbował odczytać z niej jakieś emocje; zboczenie zawodowe. — Nic a nic? Te piękne oczy już nie działają? — zapytał, nawiązując z nią kontakt wzrokowy, zanim posłał dziewczynie jeden ze swoich uśmiechów.

the prettiest girl in town
26 y/o
For good luck!
162 cm
barmanka Emptiness
Awatar użytkownika
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Parsknęła śmiechem i uderzyła Caleba w ramię, bo doskonale wiedziała, że się zgrywa - a przynajmniej tak jej się zdawało - z tym, że zapomniał, dlaczego zerwali.
- Wiem, że żartujesz, ale jeśli tak bardzo chcesz, to mogę Ci przypomnieć. - bo ona akurat pamiętała wszystko wręcz DOSKONALE. Pamiętała też, jakby to było wczoraj. Chrząknęła tak, jakby miała właśnie wygłosić jakąś ważną przemowę.
- A więc po pierwsze, Ty miałeś mnóstwo spraw, a ja często brałam nadgodziny, więc nasza częstotliwość spotkań spadła... prawie że do zera. Nie liczę tego, ile razy przychodziłeś do Emptiness, bo mimo wszystko byłam w PRACY. - wyjaśniła, wyciągając palec wskazujący lewej ręki do góry.
- Po drugie, wygrała zazdrość. Może tak naprawdę nigdy sobie stu procentowo nie ufaliśmy Calebie, szczególnie, kiedy zgrabne klientki potrzebowały fachowej pomocy pana prawnika i chuj wie, co robiliście po rozprawach. - stwierdziła z przeuroczym uśmiechem, wyciągając drugi, tj. środkowy palec, a następne złączając te dwa wyciągnięte do góry palce tak, by były bliżej siebie. Tak naprawdę nie tylko ona podejrzewała, że ją zdradza, bo o ile ją pamięć nie myliła, on także jej zarzucał, że a to uśmiechnęła się do jakiegoś klienta, a to powiedziała coś do klienta innym tonem niż zwykle, a ona była zaskoczona, bo przecież siedział nieco dalej i nie przypuszczała, iż ma AŻ tak donośny głos. A może miałam jakiś podsłuch przy ubraniu? Choć, czy aby Caleb byłby faktycznie do tego zdolny? Nie miała Z I E L O N E G O pojęcia. W sumie jakoś nie wpadło jej wtedy do głowy, aby przeszukać ubrania.
- Masz szczęście, że nie jestem policjantką, bo byś dostał wykład o wykroczeniach, a tak… ponieważ jest późno, to mi się nie chce. - wyjaśniła zgodnie z prawdą, wzruszając ramionami. No i nie chciała też mu przyznać racji, bo… fakt, był dorosły. Pamiętała jego wiek i potwierdzał go dowód tożsamości, który nie raz zdarzyło jej się trzymać w dłoniach - zazwyczaj wtedy, gdy trzymała jego portfel. Zazwyczaj, gdy trzymała portfel kogoś, kogo lubiła, przeglądała sobie jego zawartość w postaci kart - hajsu nie ruszała, no chyba, że ktoś zgłaszał absolutny przeciw, to wtedy była grzeczna i niczego nie tykała.
Westchnęła głośno, nie będąc zbytnio usatysfakcjonowaną tą odpowiedzią, bo to oznaczało jedno - NIE odpuści tak łatwo. Wiedziała o tym.
- Masz szczęście, że akurat jestem sama. - mruknęła ledwo słyszalnie. A przynajmniej nie kojarzyła, żeby współlokatorki wróciły, i szczerze? Nawet nie wiedziała gdzie są... chyba powinna do nich napisać, by w razie co miały świadomość, iż mają gościa. I wypadałoby zapytać, czy i kiedy wracają... Zmarszczyła brwi, gdy usłyszała, że Fairchild miał zły dzień. Miała nie pytać, lecz ciekawość ostatecznie wygrała.
- Co się stało, że miałeś zły dzień? I może nie stójmy tak w przejściu. Chcesz czegoś do picia? - spytała, bo mogła mu zaparzyć jakiejś herbatki albo podać szklankę z po prostu zimną wodą.
Wilson na moment wmurowało, a jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że przemawiał przez prawnika alkohol. Zamrugała albo raczej zatrzepotała rzęsami powoli, kilka razy.
- Oj tak, Calebie, cholernie tęskniłam, wiesz? Co noc szlochałam i patrzyłam przez okno, czekając na swojego księcia a Ciebie nie było... - rzuciła, wykonując dramatyczne przyłożenie dłoni do czoła i robiąc kilka kroków, aby zmniejszyć dzielący ją od Caleba dystans.
- A te Twoje oczy… - zaczęła, patrząc w te dość specyficzne tęczówki, które w słońcu mieniły się zielonym kolorem. Pamiętała doskonale te odcienie i spojrzenia, jakimi ją darzył, a które uważała za przeurocze.
- Kto wie... może działają, może nie... - powiedziała ciszej, przejeżdżając palcem po żuchwie byłego chłopaka. Oczywiście droczyła się z nim. Odgrywała rolę stęsknionej byłej. Nic już na nią nie działało. Chciała po prostu... się trochę zabawić i wykorzystać fakt, że był pijany. Chciała znowu zobaczyć to pragnienie w oczach, jakim ją obdarzał, kiedy ze sobą chodzili. Zaraz jednak uderzyła go lekko otwartą dłonią w policzek, jakby chciała, by oprzytomniał. Po krótkiej chwili wykonała kilka kroków do tyłu, a po nich zrobiła zwrot tyłem, żeby pójść do kuchni. Chciała usiąść.

drunk boy
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Caleb sam parsknął cicho pod nosem, choć nie wiedział, co tak bardzo ją rozbawiło. Spoglądając na dziewczynę, miał jedną wielką pustkę w głowie, a to nie zdarzało się zbyt często, bo przecież był cholernym analitykiem. Dlatego też sapnął z cichą frustracją, gdy stwierdziła, że może mu o tym przypomnieć; niekoniecznie to miał na myśli, wspominając o słabej pamięci, dlaczego rozeszli się w dwie różne strony. Oboje mieli dość ekspresywne i mocne charaktery, więc nic dziwnego, że to na dłuższą metę nie wypaliło. Nie potrafili szczerze rozmawiać, ustalać zasad i tak jak później wspomni o tym Wilson, brakowało im zaufania do siebie nawzajem. Nie zmieniło to jednak faktu, że Chloe miała wszystko, czego Caleb potrzebował na co dzień. Fairchild potrzebował kobiety, która potrafiła za nim nadążyć i czasem zrównać go przy tym z ziemią.
To prawda, że byli wiecznie zajęci swoimi prywatnymi życiami — to był napięty okres w życiu prokuratora. Miał sprawę za sprawą, pracował do późnych godzin nocnych i zapominał o najprostszych rzeczach. Jak nie siedział w biurze, to spotykał się z klientami i tak w kółko. I wcale mu się to nie podobało, bo to oczywiste, że wolałby bezustannie kręcić się obok swojej dziewczyny. No, a potem, gdy on mógł się wyrwać z roboty, to Chloe była zajęta. A Caleb miał ogromne problemy z zazdrością; posiadanie pięknej dziewczyny było ogromną zaletą, ale też wiązało się z wieloma wątpliwościami. Szczególnie, jeśli pracowała w barze i każdy potencjalny klient wydawał się dla niego możliwym zagrożeniem. Dlatego mężczyzna zacisnął mocno wargi, wywracając oczami, gdy wypomniała mu, że nie wiadomo co robił ze swoimi klientkami.
— A to niby ja byłem zaborczy — skomentował, błądząc spojrzeniem po jej twarzy, na krótką chwilę zatrzymując się na jej oczach. — Ja jestem tylko szarym prokuratorem, piękna — zaśmiał się niewinnie, kładąc dłoń na klatce piersiowej, jakby co złego to nie on. — To ty nie mogłaś odgonić się od tych zjebów w barze — mlasnął z niesmakiem; przecież wielokrotnie widział to na własne oczy. Ile razy powstrzymywał się, by komuś nie przyłożyć? Jedynie jego kariera powstrzymywała go przed rękoczynami; czasem naprawdę miał mentalność rozwydrzonego licealisty.
— Jakbyś była policjantką, to z pewnością dobrze bym to wykorzystał — powiedział z rozbawieniem, nie powstrzymując nawet swojego durnego, pijackiego uśmiechu. — Zamiast dawać mi wykład, mogłabyś mnie przeszukać — dodał, rozchylając ręce na boki, jednocześnie na sekundę przymykając oczy, jakby dawał jej taką możliwość, jeśli tylko by chciała. Zaraz jednak opuścił ręce swobodnie wzdłuż ciała, na nowo przyglądając się jej energicznie.
Słysząc, że są całkiem sami, Caleb nie powstrzymał kolejnego uśmiechu; przeczesał palcami swoje ciemne włosy, jakby próbował doprowadzić swój umysł do porządku. Na marne. — Może wodę — rzucił, wiedząc, że w którymś momencie będzie musiał wytrzeźwieć. Lepiej zrobić to szybciej niż później, żeby rano tak bardzo nie cierpieć. — Powinienem rzucić prawo? — zapytał trochę ironicznie, a trochę prawdziwie, bo lubił swoją pracę, ale nie podobało mu się jak wielką część jego życia mu odbierała.
Fairchild nie poruszył się nawet o milimetr, po prostu mierząc ją uważnym spojrzeniem, gdy Chloe zmniejszyła między nimi dystans. Na moment jego serce podskoczyło mu do gardła, dlatego uniósł kącik ust z satysfakcją.
— Kłamczucha — mruknął. Jej dotyk na żuchwie sprawił, że nieświadomie jeszcze bardziej się do niej zbliżył, wyciągając dłoń, by złapać ją w talii, ale Wilson uderzyła go lekko w policzek, odsuwając go od tego pomysłu. — Ja myślę, że te oczy nadal mogą zadziałać — stwierdził, praktycznie od razu ruszając za nią. Złapał ją łagodnie za nadgarstek w przejściu do kuchni, znowu odwracając dziewczynę w swoją stronę. — Nieładnie jest bawić się pijanymi ludźmi, nie wiesz o tym? — rzucił, uśmiechając się. Cały czas uśmiechał się jak jakiś szaleniec. — Nie podsuwaj mi swoim chłodem i dystansem jakiegoś wyzwania — ostrzegł, bo przecież mógłby ją znowu zdobyć, gdyby tylko chciał. Jego ego mówiło mu przecież, że mógł mieć wszystko, czego tylko sobie zamarzył. — Masz kogoś? — zapytał nieco poważniej, wypuszczając jej nadgarstek, żeby samemu oprzeć się o blat w kuchni. Nie byłaby to dla niego przeszkoda, ale chciał wiedzieć, jak szło jej życie miłosne. Nie zamierzał z bomby, opisywać jej, dlaczego miał kiepski dzień. Były sprawy, które interesowały go trochę bardziej.

my pretty-ex
26 y/o
For good luck!
162 cm
barmanka Emptiness
Awatar użytkownika
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Przewróciła oczami - oczywiście nie zamierzała się do niczego przyznawać, dlatego wpierw uniosła lekko kąciki ust.
- Bo byłeś. A potem musiałam Ci tłumaczyć, że SOBIE COŚ WMAWIAŁEŚ. - oj wiele było takich sytuacji, które potem były wyjaśniane (albo nie) w drodze do domu albo zaraz po wejściu do domu, albo następnego dnia.
- Szarym prokuratorem…- powtórzyła za Calebem, jakby coś analizowała.
- No w sumie.. nie piszą o Tobie jeszcze artykułów, nie musisz uciekać przed paparazzi i nie udzielałeś wywiadów w telewizji, to chyba faktycznie jeszcze nie zaliczyłeś upgrade’u stanowiska… chyba, że coś mnie ominęło. - dodała, przypominając sobie ostatnie artykuły plotkarskie - lubiła je czytać, bo dostarczały jej sporo rozrywki i co za tym idzie, śmiech. Bardzo często już same tytuły artykułów były rozbrajające i Wilson zastanawiała się, kto je tworzył. Oczywiście paparazzich uważała za okropne kanalie, szczególnie tych, którzy nie potrafili uszanować prywatności artysty bądź artystki i łazili za nimi wszędzie. Niejednokrotnie było jej przykro, kiedy oglądała na youtubie kompilacje, jak gwiazdy albo uciekały przed fotografami lub uznawali, że pora wziąć sprawy w swoje ręce i np. decydowali się zniszczyć sprzęt lub uderzyć tego, kto chował się za aparatem Aczkolwiek taki sprzęt, raczej nie stanowił zbyt dobrej tarczy. pomyślała Chloe. Z drugiej strony, duże lustrzanki były całkiem ciężkie… I kosztowały fortunę. Wiedziała, bo któregoś razu myślała nad zakupem lustrzanki, lecz widząc ceny, ostatecznie odpuściła i wykonywała zdjęcia aparatem z telefonu. Jej - raczej - żaden psychol z aparatem nie groził Chociaż, psycholi było tyle, ile grzybów po deszczu. stwierdziła w myślach sama do siebie, bo wystarczyło pracować w barze, by zauważyć oraz mieć do czynienia z… przeróżnymi osobami. Niejednokrotnie była cichym świadkiem głośnych kłótni, rozstań, pogodzeń, śmiechów… czasami zastanawiała się, czy nie powinna zainwestować w minikamerkę, rejestrującą klientów, a po pracy lub po kilku dniach, miałaby całkiem ciekawy materiał i zaprosiła współlokatorki do wspólnego seansu. Wyobrażała sobie, jak siedzą we trzy, jedzą popcorn, piją colę i komentują to, co dzieje się na ekranie.
Cóż, lubiła, kiedy mężczyźni byli o nią zazdrośni. Lubiła widzieć ich spojrzenia i reakcje, ale nie lubiła, kiedy wmawiano jej coś, co NIE było prawdą. Okej, może czasami faktycznie się do kogoś uśmiechnęła, ale no nie mogła stać za barem z posępną miną, bo raczej nie miałaby klientów, a no… potrzebowała ich - albo raczej ich pieniędzy.
- Mogłabym, to fakt. I wiesz, co jeszcze bym wtedy mogła? Przykuć Cię i… okraść. - odparła, choć może okradanie byłego, który był prokuratorem, nie było zbyt najlepszym pomysłem. No ale w sumie ciekawiła ją reakcja Caleba, między innymi dlatego tak powiedziała.
Skinęła głową, przyjmując zamówienie na wodę.
- Hm? Nie wiem, powinienieneś? - niezbyt rozumiała to pytanie, dlatego uznała, iż najlepszym rozwiązaniem będzie… odpowiedzieć pytaniem na pytanie.
- Czyżby przestała Ci się podobać profesja, panie Fairchild? - spytała, krzyżując dłonie na piersiach, bo w sumie… wydawało jej się, że lubił swoją pracę Chyba, że coś się zmieniło w międzyczasie.
Parsknęła śmiechem, gdy nazwał ją kłamczuchą, i musiała przyznać, że zaskoczył ją, gdy poczuła jego dłoń na swojej talii, dlatego zrobiła wielkie oczy.
- Myśl sobie, co tam chcesz.- odpowiedziała, wzruszając ramionami i idąc do kuchni. Nim poczuła uścisk na nadgarstku, zdążyła jeszcze wziąć vape’a, stojącego na pobliskiej szafce.
- Dlaczego? - spytała - pytała rzecz jasna, o to całe wyzwanie, do którego go ponoć zachęcała. Chciała mu pokazać, że się go nie bała.
Słysząc kolejne pytanie, wsadziła sobie ustnik vape’a do ust, by zaciągnąć się owocowym liquidem połączonym z nikotyną. Otworzyła usta ale nie, żeby coś powiedzieć, tylko wypuścić dym, który skierowała prosto w twarz Caleba.
- A czemu Cię to ciekawi? Książkę o mnie piszesz? - spytała, ponownie się zaciągając, lecz tym razem dym wypuściła w bok.

drunk ex bf
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Nie mówię, że nie byłem zaborczy. Mówię, że nie byłem jedyną osobą, która nie radziła sobie z zazdrością — rzucił, nieco monotonnym głosem, jakby nie miał ochoty poruszać tego tematu po raz setny. Szczególnie, że już i tak nie byli razem, więc nie było co ratować lub do czego wracać, prawda? Ta dyskusja byłaby bezcelowa, a mężczyzna i tak nie potrafił ugryźć się do końca w język. — Nigdy nie lubiłem, gdy ktoś próbował zabrać to, co moje — dodał, jakby to mogło go jakkolwiek usprawiedliwić. Co zabawniejsze, Caleb nie podchodził do swoich związków tak przedmiotowo jak mogłoby się wydawać, jednak nie bez powodu było się z kimś w zażyłej relacji, tak? Nie lubił, nie chciał i przede wszystkim nie zamierzał przyglądać się, jak ktoś ślini się do jego partnerki.
Słysząc jej słowa, Fairchild odchylił głowę do tyłu i wydał z siebie głośne, pełne frustracji westchnięcie. Zdążył zapomnieć, jak upierdliwy Chloe potrafiła mieć charakterek, kiedy chciała zrobić mu na złość; miała w sobie pełną paletę różnych zalet i wad. I każdą z tych rzeczy, Caleb przez długi czas kochał, nawet jeśli czasem przymykał z irytacją powieki, próbując uspokoić zszargane nerwy.
— Chloe, może naoglądałaś się za dużo amerykańskich seriali, ale nigdy nie zależało mi na byciu celebrytą — przyznał, co było zresztą zgodne z prawdą. Chłopak wybrał taką ścieżkę kariery z własnych pobudek i przekonań, a nie po to, by sięgać po potencjalną sławę. Byłby to ciekawy dodatek, jasne. Nie był to jednak jego główny cel, do którego dążyłby po trupach. On chciał po prostu doskonalić się w swojej dziedzinie i wygrywać minimum dziewięćdziesiąt procent swoich spraw. — Musisz docisnąć, hm? Nawet, jeśli nie jesteś pewna, czy trafisz w czuły punkt — zaśmiał się, uznając jej próbę dopieczenia mu za całkiem uroczą. Chciała mu udowodnić, że zostawiła go już daleko za sobą i jak mało już znaczy; zrozumiałe.
— A może lepiej przykuć mnie i porobić coś ciekawszego? Jak potrzebujesz pieniędzy, to możemy podyskutować — rzucił, po raz kolejny nie potrafiąc ugryźć się w język. Chociaż będąc pijanym, nie miał w sobie zbyt wiele logiki, która powstrzymywała go przed potencjalnymi konfliktami. Na co dzień (na słowo honoru!), był o wiele mądrzejszym i sensownie myślącym człowiekiem.
Caleb nadal lubił być prokuratorem. To z pewnością nie uległo zmianie, bo siedzenie po nocach i pomaganie ludziom, którzy liczyli na jego wsparcie, by po wielu dniach bez odpowiedzi, w końcu odetchnąć z ulgą, nadal sprawiało mu przyjemność. Bywały jednak chwile, takie jak ta, gdy zastanawiał się, kim by był, gdyby nie ta tragedia sprzed kilkunastu lat. Byłby wtedy znanym piłkarzem? A może wybrałby zupełnie inną ścieżkę, która pozwoliłaby mu trochę bardziej korzystać z życia?
— Wiesz, to zabawne. Kłóciliśmy się o brak czasu dla siebie nawzajem, a teraz właśnie to w mojej pracy drażni mnie najbardziej — parsknął. — Wielkie przemijanie — dodał teatralnie, przeczesując palcami swoje włosy.
— Bo możesz tego żałować — odparł poważnie, zamykając oczy, gdy owocowy dym uderzył w jego twarz. Słysząc jak omija jego pytanie, parsknął pod nosem, odwracając głowę w drugą stronę, przyglądając się jakimś mało znaczącym detalom w pomieszczeniu. — Nie wiem, na jak wiele mogę sobie pozwolić, chociaż zważywszy na to, że mnie wpuściłaś… — mruknął, uśmiechając się złośliwie, na nowo na nią zerkając. — Potraktuję to jako zaproszenie, skoro nie chcesz odpowiedzieć — dodał, wysuwając jej palenie z ręki, by samemu się zaciągnąć i skrzyżować ręce na klatce piersiowej. — Nie pierwszy raz zgrywasz tajemniczą — dodał, jakby do tego przywykł, choć od czasów, gdy umawiali się ze sobą, mogło się sporo zmienić.

ex ex ex ex
26 y/o
For good luck!
162 cm
barmanka Emptiness
Awatar użytkownika
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Chloe westchnęła, słysząc to, że BYŁA zazdrosna - a słyszała ten tekst już któryś tam raz z kolei, a nie wiedziała, który dokładnie, bo zwyczajnie NIE liczyła. Oczywiście miał rację i to też wiedziała, bo rozpad ich związku leżał po OBU stronach jednocześnie.
- No cóż… było, jak było. Czasu nie cofniemy. Rozlanego mleka nie zbierzemy z powrotem do butelki. - odpowiedziała, wzruszając ramionami, a zaraz nie omieszkała dodać wtrącenia po hiszpańsku.
- Nada. - co znaczyło dosłownie nic, specjalnie chcąc podkreślić, iż nic nie można już było zrobić. Podobało jej się u facetów, kiedy wiedzieli czego chcieli i potrafili walczyć o swoje. Uniosła lekko kąciki ust, kiedy usłyszała deklarację Caleba, choć doskonale wiedziała, że Chloe Wilson należała WYŁĄCZNIE do Chloe Wilson.
- Nigdy powiadasz? - spytała, unosząc brwi, doskonale znając odpowiedź, ale no… dalej się chciała nieco podroczyć. Nie przeszło jej tak szybko i… pewnie nie przejdzie. Jej stosunek do pijanych osób był różny - wiele zależało od sytuacji. Byli tacy, co ją wkurwiali i to bardzo, drudzy ją bawili, a jeszcze inni byli połączeniem pierwszych i drugich. Caleb zaliczał się na razie do tej trzeciej kategorii, choć udawała, że ANI TROCHĘ jej nie bawił.
- Nie? To na czym Ci zależało? - zapytała, domyślając się odpowiedzi - zwykłym prawnikiem. No chyba, że miał jakiegoś asa w rękawie, którym planował ją zaskoczyć.
- Wiesz jak to mówią… kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, a tak się składa, że ja BARDZO lubię szampany. - powiedziała zgodnie z prawdą. Może nie posiadała zbyt wielkiej kolekcji szampanów w swoim pokoju, ale kilka różnych win stało za drzwiami szafki, które były na gorszy lub wyjątkowy czas.
Prychnęła, kiedy usłyszała propozycję podyskutowania o pieniądzach. Czy ich potrzebowała? Tak.Czy chciała kogokolwiek prosić o pomoc? Absolutnie. Wierzyła, że sama sobie poradzi. Wystarczy, że będzie wyrabiać nadgodziny. Bo przecież czynsz się sam nie opłaci… mimo wszystko i tak dobrze, że mieszkała ze współlokatorkami, bo dzięki temu koszta były rozdzielone.
- Kiedyś pewnie bym to rozważyła aktualnie… nie martw się, radzę sobie, jak widzisz. Mam gdzie spać. Mam co jeść i pić też. - odpowiedziała, posyłając Calebowi jeden ze swoich przeuroczych uśmiechów. Nie miała rodziców - dosłownie - więc żadna bliska rodzina nie mogła jej wesprzeć. Ale nie przeszkadzało jej to, bo przynajmniej musiała nauczyć się życia sama. Znaczy, jasne, miała brata (kuzyna) ale wiadomo, jak to bywało, kiedy każde miało swoje życie i swoje obowiązki.
- O proszę.. - parsknęła śmiechem, kiedy usłyszała o wielkim przemijaniu, lecz zaraz jej skupienie przeniosło się na to, jak zgarnął JEJ epapierosa i sam się zaciągnął. Zamrugała kilka razy, jakby przetwarzała, co przed chwilą miało miejsce. Zaskoczył ją tym.
- Czy… Ty mi właśnie groziłeś? - spytała wreszcie, unosząc brew, jednocześnie próbując zrozumieć, co miało oznaczać, że może tego żałować.
- Potraktuj to jak chcesz. - odpowiedziała, unosząc ręce do góry, będąc bardzo ciekawą, do czego chciał się posunąć. Co dokładnie chciał zrobić?
Uniosła kąciki ust i odebrała swojego epeta z ręki Caleba, by ponownie się zaciągnąć.
- Wiesz że nie lubię od razu odkrywać wszystkie karty. Chyba nie zapomniałeś, jak się gra w pokera, prawda? - tak właśnie było. Czy się zmieniła odkąd się rozstali? Raczej nie. Ona po prostu lubiła zakładać maskę ze znakiem zapytania na czole, choć wiedziała, że były osoby, których wkurzało bycie tajemniczym i woleli usłyszeć proste tak bądź nie. Cóż, jeśli zaczynała irytować Caleba, zawsze mógł wyjść, prawda? A jednak dalej stał przed nią…
- Chcesz tej wody czy nie? - spytała.

Caleb Fairchild
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Tak, zrozumiałem to już ostatnim razem — rzucił ostrzej, niż początkowo zamierzał. Po zerwaniu, które z pewnością było dość gwałtowne i emocjonalne, ze względu na ich nieco skrajne osobowości, Caleb pojawił się u niej jeszcze raz, żeby porozmawiać o tym wszystkim na spokojnie. Może liczył wtedy, że jeszcze dojdą do jakiegoś porozumienia, ale padły podobne słowa, co przed chwilą, więc Fairchild prędko zakończył temat. Koniec to koniec; to wydawało mu się konkretne i zrozumiałe, a jednak jakimś magicznym sposobem, pojawił się w jej mieszkaniu tej nocy. Podejrzewał, że rano, gdy będzie próbował odgonić kaca, poczuje się naprawdę żałośnie, że skończył tuż przy niej. Jak wygnany pies, który próbował wrócić do swojej właścicielki.
— Nigdy. Po co mi sława, skoro mam już wszystko, co się z nią wiąże? — zapytał retorycznie, stukając palcami w blat kuchenny, jakby próbował zliczyć zalety swojej pozycji. — Mam pieniądze. Dużo pieniędzy. Karierę, która od samego początku idzie naprzód. Kontakty i tych samych przyjaciół. No i dziewczyny, dużą ilość dziewczyn — zaśmiał się, bo nawet z tego był dumny. Jak na tak inteligentnego człowieka, Caleb potrafił myśleć o niektórych sprawach bardzo płytko. Na szczęście tyczyło się to głównie jego związków. — No i mam piękną, byłą dziewczynę, która jest w chuj uparta i nieprzyjemna, ale nadal cholernie gorąca — powiedział prosto z mostu, na nowo otaksowując spojrzeniem jej sylwetkę. To też mógł uznać za swój prywatny sukces, prawda? Nawet, jeśli nie byli już razem od dłuższego czasu.
— Wiesz, że jak byłem młodszy, to chciałem zostać piłkarzem? — parsknął, przesuwając palcami po swoich włosach, zanim zawiesił na niej spojrzenie. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek wcześniej jej o tym mówił. — Zanim zmarła moja siostra, byłem przekonany, że będę sportowcem. Wtedy zależało mi na sławie — powiedział ponuro, po chwili wzruszając łagodnie ramieniem, jakby to wszystko nie miało już zbyt dużego znaczenia. — Zamiast na byciu popularnym prokuratorem, zależało mi na byciu dobrym prokuratorem. Takim, na którego można liczyć — mruknął, uśmiechając się krzywo, bo chciało mu się śmiać, gdy myślał o tym wszystkim. Życie potrafiło być naprawdę brutalne i nieprzewidywalne.
— Nadal tak dużo pracujesz? — zagaił. Kolejne pytanie, które nieznacznie nawiązywało do ich przeszłości. Wspólnej przeszłości. Gdyby powiedziała, że jest lepiej i luźniej, może nawet by się ucieszył i to nie ze względu na siebie, ale na nią. Oboje potrafili zatracić się w pracy do tego stopnia, że… Zapominali o sobie. I o innych sprawach, które przecież też były istotne.
— Może. Już zadziałało? — zaśmiał się złośliwie. Caleb Fairchild sam nie wiedział, czego od niej oczekuje; może po prostu litości, bo potrzebował towarzystwa kogoś, kto nie znudzi go po paru minutach płytkiej rozmowy. Ludzie, z którymi widział się na co dzień byli raczej… poważni, niezbyt skłonni do dyskusji, które on wprost uwielbiał. Poza tym spotkanie z Aidenem w pewnym sensie go przygnębiło; potrzebował zapomnieć o pewnych myślach, które zasiał w nim przyjaciel.
Ciebie chcę, ale wodą też nie pogardzę — mlasnął marudnie, czując że zaczyna powoli trzeźwieć. W końcu. Wolałby się położyć, nie mając w sobie już tak wiele alkoholu, dzięki czemu rano mógłby wstać i jeszcze pobiegać. — Tylko żartuję. Nie najeżaj się — parsknął po chwili, unosząc dłonie w obronnym geście.

Wilson
26 y/o
For good luck!
162 cm
barmanka Emptiness
Awatar użytkownika
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Tak? To dobrze. Jak chcesz, mogę ponownie powtórzyć. - powiedziała, wzruszając ramionami - bo skoro już przed chwilą to zrobiła, mogła powiedzieć te same słowa kolejny raz. Już było jej naprawdę wszystko jedno.
Uważnie wysłuchała o sławie Caleba, dochodząc do wniosku, że faktycznie przy takich osiągnięciach, sława była mu niepotrzebna.
- Super. Gratuluję. - przez krótką chwilę biła brawo. - Skoro masz TAK dużo dziewczyn, to dlaczego przyjechałeś akurat do mnie, hm? Nie jedna pewnie skakałaby z radości, jakby Cię tylko zobaczyła. - stwierdziła brunetka, przewracając oczami. Nie była pewna, czy jej były chłopak w tym momencie się chwalił, czy może żalił. Spojrzała na niego, unosząc brew, nie spodziewając się tekstu, jaki dotarł do jej uszu. Czy on naprawdę… to powiedział. Lubiła komplementy, nawet bardzo - powodowały, że z automatu robiło jej się jakoś tak… milej? Jakby ktoś podczas chłodnego wieczoru opatulił ją ciepłym płaszczem albo wręczył pyszne, słodkie kakao. A co jak co, ale kakao to ona wręcz UWIELBIAŁA. Nieważne, że bliżej jej było do 30-stki niż dalej, bo przecież ten czekoladowy napój, nie posiadał przedziału wiekowego i KAŻDY mógł go pić. Westchnęła głośno, patrząc w oczy Caleba, nie wiedząc, co powinna mu na to odpowiedzieć. Gdyby byli razem, za taki tekst pewnie by się na niego rzuciła, a tak? Zaczęła nerwowo paznokciem palca wskazującego lewej dłoni przejeżdżać po skórce na kciuku.
- To słodkie, że nadal tak o mnie uważasz. - odpowiedziała w końcu, posyłając Calebowi - uwaga - MIŁY uśmiech. Tak, był on szczery, bo uznała, że ten JEDEN raz Fairchild zasłużył, by go otrzymać.
- Tak? Jakbyś został, to pewnie chodziłabym na Twoje mecze i zakładałabym koszulkę z Twoim nazwiskiem. - tak pewnie by było, bo przecież tak właśnie robiły partnerki piłkarzy, prawda? Nagle przed oczami stanęła jej wizja bycia WAG i w sumie… może faktycznie powinna to rozważyć? Zaczęłaby chodzić na treningi oraz mecze lokalnej drużyny, dzięki czemu może któryś z piłkarzy by ją dostrzegł? Zaraz jednak przestała o tym myśleć, ponieważ słysząc o śmierci siostry Caleba, ogarnął ją smutek oraz współczucie, które również zaczęły widnieć na jej twarzy. Poczuła się, jakby ktoś wylał kubeł zimnej wody. Mimowolnie sięgnęła do ramienia byłego chłopaka, aby je poklepać.
- A to nie jesteś tym i tym? - spytała, ponieważ nie przypuszczała, aby Caleb należał do grona tych złych prokuratorów. Gdyby taki był, nie dostawałby spraw.
Skinęła głową, gdy usłyszała pytanie o to, czy nadal dużo pracowała.
- Dzięki temu przynajmniej czas mi szybko leci. No i zawsze trochę więcej hajsu wleci. - takie właśnie były plusy nadgodzin. Często, kiedy sporo ludzi postanowiło odwiedzić Emptiness, żałowała, że nie miała jeszcze jednej pary rąk, by sprawniej każdego obsługiwać. Oczywiście, niektórzy bywali wyrozumiali, a niektórzy chrząkali, jakby nie widzieli, ile osób przed nimi czekało na drinki. Plusem intensywnej pracy był także fakt, że nim się oglądała, wstawała w piątek - aczkolwiek ona w weekendy także pracowała, więc nie żyła wyłącznie pięciodniowym trybem, marząc i oczekując na piątek.
- Może. - wzruszyła ramionami, chcąc, aby Caleb sam się domyślił. Uniosła lekko kąciki ust i parsknęła, kiedy usłyszała, że ona należała do tego, czego aktualnie chciał. Pokręciła rozbawiona głową, zaciągnęła się vapem, wyminęła Caleba i poszła nalać wody, do której dorzuciła dwie kostki lodu. Sobie także napełniła szklankę, lecz nie wodą, a sokiem pomarańczowym - świeżo wyciskanym.
Wręczyła chłopakowi szklankę.
- Masz i pij. - rozkazała stanowczo.
- Jeśli pozwolisz, dosuszę włosy. - poinformowała, zmierzając w kierunku swojego pokoju. Obojętne jej było, czy Caleb pójdzie za nią, czy poczeka w kuchni lub salonie. Sięgnęła po leżącą na szafce suszarkę, wpięła do kontaktu, a następnie zaczęła suszyć swoje ciemne włosy. Cała ta czynność trwała może z dziesięć minut, bo podczas gadania z Calebem, włosy zdołały jej nieco podeschnąć.

Caleb Fairchild
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”