ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To śmieszne jak wiele razy mówił sobie, że już dosyć.
Jak wiele dni spędzał na tęsknocie za ludźmi, którzy byli tuż obok. Tak blisko, a jednak zawsze niewystarczająco.
Jak często uśmiechał się fałszywie gdy ktoś mówił sugestywnie “wszędzie zabieracie go ze sobą”; jak często musiał słuchać odpowiedzi, że tylko się przyjaźnią. Jak wiele razy patrzył na Fran wtuloną w jego ramiona na jakiejś zasranej gali albo proszonym obiedzie u rodziców?
Bo przecież im było wolno. Byli razem.
Łykał tyle tych kłamstw, że powinien się nimi udławić, albo przynajmniej poznać ich smak na tyle, by nie robił wrażenia, ale każde zostawiało na jego sercu kolejną rysę. Każde było wyjątkowo ostrą żyletką. Cięło płytko, precyzyjnie, niewystarczajaco by zabić, nawet by mocno zabolało, ale ile takich cięć jeszcze wytrzyma, zanim zamieni się w pieprzone mielone?
Jak na razie szedł na rekord.
Każdy cholerny dzień, był kolejnym rekordem.
Ale czasem mu się ulewało. Tak jak dzisiaj.
Ponurym spojrzeniem odprowadził dwójkę facetów, jakichś ważniaków z pracy Tygryska, którzy wpadli na nich w barze akurat dzisiaj. Nie żeby dzisiaj było specjalne. Czasem wybierali się na drinka albo kilka, najczęściej w piątkowy wieczór żeby zmienić scenerię z domowej sielanki. I tak rzadko wychodzili gdzieś razem bez obaw, że trafią na kogoś znajomego. Jak się okazywało słusznie.
Przez bite pół godziny (Val wiedział dokładnie, bo więcej siedział w telefonie niż rozmawiał z ulizanymi dupkami) zawracali Theo dupę, a on jakoś nie potrafił ich spławić. Gdyby był na randce z laską, pewnie nawet by nie podbili. Pewnie nie zrobiliby tego nawet gdyby oficjalnie był jego facetem. Ale nie był.
Nie oficjalnie.
Val z trudem powstrzymywał się od warknięcia żeby spierdalali na wieżowiec z którego zeszli, huśtać się na krawatach. Nigdy nie rozumiał jak Theo mógł uczestniczyć w tej korporacyjnej szopce. To było wykańczające. Ale pieprzyć jego preferencje miejsca pracy. Miałby to gdzieś, byle by był szczęśliwy i się spełniał, gdyby tylko nie wpierdalała mu się w prywatę.
Gdyby oni nie byli od niej zależni.
Siedział więc przy stoliku z brodą podpartą na dłoni. W drugiej obracał prawie pustą szklankę piwa. Ciemne linie tatuaży wiły się po jego przedramionach, znikając pod rękawami czarnej koszulki. Dzisiaj byli ubrani całkiem podobnie, nie licząc tego, że Val jak zawsze miał na tyłku dżinsy, będąc święcie przekonanym, że w gaciach w stylu Theo wyglądałby idiotycznie. Do niego po prostu lepiej pasowały. Val wyglądał więc nieźle, ale był przeraźliwie znudzony. I wkurzony. Nie musiał nawet tego mówić, bo jego facet widział to jak na dłoni. Zresztą, mieszkając z kimś tyle czasu dostrzega się o wiele subtelniejsze rzeczy, a Val nie był teraz subtelny. Właściwie rzadko bywał. Następował moment, w którym gówno się wyleje, bo czasem musiało, żeby nie wybuchnąć komuś w twarz.
Wyprostował się ze złowróżbną leniwością i dopił resztkę. Siedzieli ramię w ramię. Dwa puste krzesła, które zostawili po sobie ci dwaj fagasi już zgarnął ktoś z licznego w piątkowy wieczór tłumu. Mieli więc widok na plecy ludzi przy barze i wszystkich, którzy kręcili się w przestrzeni między stolikami.
Odstawił szklankę ze stukotem, który utonął w szumie i zawiesił ciężkie spojrzenie na kochanku. Trwało to tylko chwilę, niewystarczająco by Theo powiedział więcej niż kilka słów prośby, przeprosin, zaprzeczenia czy cokolwiek miał teraz na końcu języka, widząc pociemniałe spojrzenie Vala.
Chwycił go za przód koszulki, szarpiąc w swoją stronę, co z boku wyglądało jakby chciał mu przywalić. Bo może chciał, chociaż nigdy naprawdę by go nie skrzywdził.
Jego usta znalazły się tak blisko jego warg, że Theo poczuł na nich gorzki od piwa, gorący oddech. Val mógł go pocałować, robił to niezliczoną ilość razy w zaciszu własnego domu, czasem w hotelach, na backstage'u, nawet w chacie swoich przyjaciół, ale prawie nigdy w zatłoczonym barze.
Kiedy wyczuł jak Theo instynktownie się spina, uśmiechnął się złośliwie.
- Tchórz - syknął w jego usta, na chwilę zsuwając na nie spojrzenie. Potem go puścił, odwracając wzrok wystarczająco szybko żeby nie dostrzegł w nim bólu. Co z tego, skoro i tak wiedział, że tam był? To nie pierwszy raz kiedy nazywał go tchórzem i nie pierwszy gdy ulewała się gorycz.
- Idę po kolejne, co chcesz? - zapytał, wstając z miejsca z miną tak przeraźliwie obojętną, jakby już mu się po prostu nie chciało, co w jakiś sposób było dużo bardziej przerażające niż ogień, w którym spalał zwykle siebie i świat.

Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Theodore Tellier od zawsze był nieco zamknięty w sobie. Jako dziecko rodzice zaszczepili w nim myśl, że na wszystko w życiu należy sobie zapracować. Zwłaszcza na miłość. Dlatego też nieustannie dawał z siebie wszystko, by móc na nią zasłużyć. Niestety, jego ojciec z matką nie należeli do ludzi, których można było łatwo zadowolić, wzgardzali wszystkim, co przeciętne, zwykłe lub typowe, odbierając mu tym samym cały arsenał środków, jakimi dysponuje większość dzieci, by zdobyć uznanie i uwagę dorosłych. Własnoręcznie namalowana laurka wydawała się błahostką; dobre oceny obowiązkiem; sukces punktem wyjścia dla kolejnych osiągnięć. Nie potrafił im zaimponować, a jego bystry umysł były brany za normę, bo w końcu nie mogli oczekiwać niczego innego po własnym dziecku, sami byli zdolni i zaradni – ich pierworodny nie mógł być inny.
Jako młodzieniec próbował się buntować, lecz jego wybryki nie zdawały się robić na nich wrażenia. Ani jawne łamanie zasad miru domowego, ani niepoważanie reguł socjety. Nawet wtedy, kiedy podnosił głos, albo gdy przychodził pijany lub skacowany na spotkania towarzyskie (będąc zdecydowanie zbyt młodym, by móc pozwolić sobie na takie ekscesy) wciąż wypadł lepiej na tle innych dzieciaków. Nie potrafił na tyle zbrukać własnego idealnego wizerunku, który zdołał zbudować, jednocześnie wciąż nie będąc wystarczająco idealnym, by zasłużyć sobie na rodzicielską czułość.
Pojawienie się Franceski w jego życiu okazało się punktem zwrotnym. Nie tylko wydawała się rozumieć reguły gry, które zostały im narzucone, lecz podobnie jak on widziała fałsz, który niczym rysa na szkle ramki, szpecił z pozoru idealny obrazek. I, jakkolwiek banalnie to brzmi, wydawała się dostrzegać prawdziwą naturę jego osoby, a nie ten skrojony na miarę potrzeb wizerunek, który przyległ do niego niczym druga skóra. Jej finezja pozbawiała go nieco tej surowości, którą przyjmował na co dzień. Otworzył się przed nią, jak przed nikim innym. Zaufał jak nikomu przedtem. Pokochał po raz pierwszy.
I Vega, miłość, która pojawiła się nieco później, lecz z siłą równie wielką, wywróciła jego świat do góry nogami. Dzięki Frankie Theodore nauczył się ufać, lecz dla Valentina zaufanie i oddanie wydawały się niewystarczające. Pragnął uwagi i miłości, na którą Theo pozwalał sobie jedynie w zaciszu, poza spojrzeniem świata. Było to cholernie dobre, sama świadomość tego, że ktoś akceptował cię takiego jakim jesteś i takim chciał cię przedstawiać światu, bez skrupułów i bez wstydu). Obezwładniająca. I przerażająca.
Nie potrafił oddać się im całkowicie. Nie był gotowy na pytania, które pojawiały się, gdy ktoś poczuł się zbyt swobodnie (dzięki własnemu tupetowi lub za sprawą alkoholu): Widziałem, jak na niego patrzysz, nie jesteś przypadkiem z Frankie? Gdy wydaje ci się, że nikt nie patrzy, wodzisz za nimi wzrokiem jak jakiś zakochany kundel, nie widzisz, że oni są już razem? Nie było go na tyle, by przeciwstawić się wprost tym przytykom, więc wybierał półśrodki, które były jednocześnie bezpieczne dla utrzymywania pozorów, jak i niebezpieczne dla jego własnego związku.
Theodore wiedział, że na miłość należało zasłużyć, a on tchórzliwie nie potrafił zapłacić za nią tyle, ile była w rzeczywistości warta.
Dlatego, gdy szli pieszo do baru nie wziął go za rękę. Zamiast tego objął go ramieniem – gestem niejednoczonym, mogącym zarówno oznaczać przyjaźń jak i zażyłość okazywaną jedynie kochankom. Wystarczająco czułym, by zaspokoić własną potrzebę czułości, jednocześnie na tyle niewinnym, by nikt nie mógł domyślić się jego znaczenia.
W barze, gdy natknęli się na jego dawnych znajomych z działu, w którym rozpoczynał swoja karierę, przedstawił swojego chłopaka z imienia i nazwiska. Bez etykiet – to mój przyjaciel, to mój chłopak, to mój bliski. Nie sądził, że krótka interakcja przedłuży się o trzydzieści minut. Nie sądził, że nie będzie chciał, aby się kończyła, bowiem chłopaki zwolnili się z posad, by wstąpić do projektów badawczych i Theo miał do nich tysiąc pytań. Żałował, z każdą upływającą minutą, że nie przedstawił Vala jako swojego chłopaka, bowiem ten siedział z coraz bardziej nachmurzoną miną i Tellier doskonale znał powód, dlaczego tak było. Gdy spotkanie dobiegło końca, z obietnicą ponownego zdzwonienia się, Theo poczuł zarówno ulgę jak i strach.
Mężczyźni z naprzeciwka wstali od stolika żegnając się kilkoma ciepłymi słowami i pozdrawiając miło Valentina, który większość czasu spędził wlepiając oczy w telefon. Gdy tylko zwolnili swoje krzesła, ktoś inny pobiegł, by móc je porwać i przywłaszczyć do swojego stolika. W pomieszczeniu panował tłok, a dźwięki przeplatały się ze sobą tworząc nieustanny gwar – mieszaninę brzęku szkła, śmiechu, rozmów, muzyki puszczanej z głośników, której Theo nie był w stanie rozpoznać.
Przez chwilę wbijał wzrok w miejsce przed sobą, lecz nagle poczuł mocny uścisk na koszulce i gwałtowne szarpnięcie. Instynktownie napiął ciało i zmarszczył brwi w irytacji, lecz do jego ust wpadł zapach piwa i oddechu Valentina, którego się nie spodziewał. Zamarł w zdziwieniu, które nie było spowodowane samą próbą pocałunku, a bardziej gwałtownością gestu. Poniewczasie zdał sobie sprawę z tego, że nie takiej reakcji spodziewał się jego chłopak, lecz było już za późno. Dostrzegł ból malujący się w jego pięknych, dużych oczach, które tak bardzo kochał.

Tchórz.

Słowo wybrzmiało w jego myślach w tym samym momencie, w którym opuściło ono usta Valentina. Jego barki nieco opadły, a wzrok spoczął na oblepionym od napojów stoliku.
– Cokolwiek – mruknął, choć zwykle jego zamówienia były określane z niemal aptekarską dokładnością – od rodzaju alkoholu, jego producenta, przez proporcje składników, aż po ilość lodu i sposób podania. Odprowadził wzrokiem mężczyznę i ze smutkiem przyglądał, gdy jakaś fanka rozpoznała go pośród tłumu, a on zamienił z nią kilka słów i w miły sposób spławił jej zaloty nie pozwalając jej przekroczyć granicy dobrego smaku. Czy to dlatego, że był w związku, czy może z powodu awantur, które rozgrywały się w domu, gdy w przeszłości jego interakcje z innymi pozostawiały zbyt wiele miejsca na domysły? Nie było to jednak ważne, liczyło się to, że Vega zmienił się – dla nich. I zarazem cieszyła go ta myśl, w ten samolubny sposób, bo oznaczało to, że Val myślał o nich na poważnie, że łączące ich uczucie nie było czymś przelotnym i nie próbował go zastąpić kimś innym, jak i smuciła. Bo on sam nie był gotów na podobne sprostanie wyzwaniom swojego chłopaka. I bał się, że pewnego dnia zmęczy to jego kochanie do tego stopnia, że… Wystarczy.
Sięgnął po chusteczki stojące w rogu stolika, by zetrzeć rozlane piwo i drinki zostawione po wcześniejszych gościach. Mokry zwitek zostawił na rogu licząc, że w końcu pojawi się jakaś kelnerka, która zabierze ją ze sobą. Opal głowę o ścianę i wyprostował nogi pod blatem. Wydawał się zmęczony gwarem, który dochodził z każdego zakamarku lokalu, lecz tak naprawdę był wyczerpany hałasem we własnej głowie. Sekwencją odtwarzaną raz po raz – szarpnięcie za koszule, zapach piwa i oddechu na twarzy, tchórz. Liczył, że do powrotu Valentina uda mu się wypchnie wspomnienie poza krawędzi świadomości, lecz gdy brunet opadł na krzesło obok, ono wciąż tkwiło na powierzchni.
– Przepraszam – szepnął, pochyliwszy głowę ku jego skroni. W jego głosie dało się dosłyszeć prawdziwą skruchę, lecz wiedział, że temperament Valentina nie zawsze pozwał mu na szybkie rozładowanie napięcia. – Est-ce que je peux t’embrasser maintenant ? Pas pour m’excuser… –

Valentin Vega
gall anonim
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

“Cokolwiek"
Zmrużył oczy, przez moment wbijając ich spojrzenie w Theo, jakby starał się rozgryźć, co ta nagła obojętność znaczy. Nie lubił kiedy zgrywał styranego życiem starucha bez ikry. Zawsze wolał gorącą kłótnie od mdłego jęczenia, ale z nim bywały niemal niemożliwe. Co tylko sprawiało, że nabierał większej ochoty żeby nim potrząsnąć.
Jasne - odparł szorstko, ale kiedy składał zamówienie przy barze, wziął dokładnie to, co Theo najbardziej lubił. Z taką ilością lodu i składników, jakby miał wszystkie te przepisy wyryte w głowie równie trwałe, co teksty swoich kawałków. Bo tak było.
Wiedział o nim, o nich, zdecydowanie więcej niż coś tak prozaicznego jak ulubiony drink czy ilość cukru w porannej kawie.
I to też go teraz wkurwiało. Powinien przynieść mu najbardziej gorzkiego browara jaki mieli, żeby poczuł chociaż odrobinę goryczy, którą sam teraz czuł.
Ale nie, gorzki browar był dla niego.
– Hej, jesteś Vivi, prawda?
Wysoki, dziewczęcy głos rozległ się przy jego uchu, kiedy barman właśnie zabierał się do przygotowania zamówienia. Val odwrócił się i lekko odchylił, bo dziewczyna, całkiem ładna, to jej musiał przyznać, stała zdecydowanie zbyt blisko niego. Rozpromieniła się, gdy na nią spojrzał.
– Kurczę, miałam rację! - pisnęła uradowana, nie dając mu nawet dojść do słowa.
Uśmiechnął się leniwie, odruchowo, przyzwyczajony do podobnych reakcji.
– Może chciałbyś dołączyć do mnie i moich kumpeli przy tamtym stoliku? - Wskazała dłonią gdzieś za siebie, gdzie Val nawet nie spojrzał. - Uwielbiamy Reliq i super byłoby cię poznać.
Wydawała się niegroźna, może nawet na niego nie leciała, może była zwykłą fanką, która chciała pogadać chwilę z gościem, którego muzykę lubi. Nie obchodziło go to, nie miał ochoty na fanów i tak naprawdę na nic. Chciał wrócić na chatę i zamknąć się z gitarą w swoim pokoju. Ale kiedy odparł, że jest tu z przyjacielem (chociaż prawda uparcie cisnęła mu się na usta) i jest dobrym kumplem, który do nie oleje, jej ton się zmienił, a spojrzenie stało sugestywne.
– Też może do nas dołączyć. - Nawinęła kosmyk jasnych loków na palec.
To nie najlepszy moment. Właśnie zerwał z dziewczyną i jest mu bardzo smutno i na razie nienawidzi wszystkich lasek.
Dziewczyna zrobiła smutną minę, pewnie bardziej z racji odmowy niż współczucia dla gościa po rzekomym rozstaniu, ale zaraz zalotny uśmiech powrócił na jej usta. Nie wydawała się też speszona.
– Szkoda. Cóż, to w takim razie miłego wieczoru? - wyciągnęła do niego rękę, a kiedy ją uścisnął, poczuł złożoną kartkę.
Heh, oldschool.
Zgarnął ją z jej dłoni i mrugnął porozumiewawczo, ale nie odprowadził jej spojrzeniem. Już odwrócił się do barmana, który właśnie stawiał na blacie ich drinki. Zmiął karteczkę w trzech palcach i wrócił do ich stolika, podsuwając zamówienie swojemu facetowi. Zgniecioną kartkę rzucił obok, tak niedbale jakby była tylko kolejna porcją wilgotnych chusteczek, którymi Theo przed momentem wycierał stolik jak jakiś pedant.
Atmosfera siadła i powinni wrócić do domu. Val nie miał już ochoty na randkę, skoro miała tak wyglądać. Dobra, może zachowywał się jak fochnięta laska, ale ileż, kurwa, można znosić to pieprzone udawanie?
Zerknął na Theo spod uniesionej brwi, kiedy się przychylił. Przeprosiny omiatające ucho wydawały się szczere, ale co z tego? Theo zawsze szczerze przepraszał i szczerze wierzył we wszystko, co mówił. W to, że go kocha, że brak obnoszenia się z ich związkiem nie wpływa na uczucia, że dokładnie tak samo traktuje Fran.
Gówno prawda.
Bał się tego, co powiedzą ludzie, jak zareagują jego starzy, jakby wiecznie potrzebował ich akceptacji, chociaż miał już na karku ponad trzy dychy.
Całe, kurwa, szczęście że z nimi nie mieszkał.
Francuskie frazy podążyły za przeprosinami gładko i polubownie. Val prychnął cicho i odwrócił głowę tak, że niemal zetknęli się nosami. Już samo to jak blisko siedzieli było sugestywne.
Wiesz co wkurwia mnie najbardziej? - zapytał retorycznie głosem niskim od irytacji, bo zaraz i tak go oświecił. – Że myślisz, że musisz pytać. I że tego po prostu nie zrobisz. Ja pierdolę, jak szczeniak z podstawówki.
Chwycił go za kark i tym razem nie dbał o to czy Theo się spiął, czy go potem za to opierdoli, a może będzie się w ciszy gniewał. Jebać to.
Przycisnął wargi do jego ust. Mocno. Trochę jakby chciał go ukarać. I jeśli Theo spróbował się cofnąć, to przytrzymał go mocniej. Sam chciał buziaka, to niech ma. Nie mówił kiedy chce go odebrać.
Nie pogłębił pocałunku, chociaż zrobiłby to bez wahania, gdyby mu pozwolił. Przelizałby się z nim na oczach fanek, które na bank wciąż zerkały w jego stronę, uświadamiając im dlaczego nie przysiadł się do ich stolika - bo dzisiaj miał ochotę na twardego fiuta, a nie miękkie cycki. I to było w porządku, bo nigdy nie ukrywał tego ani przed fanami ani przed nikim.

Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Nightshade Lounge”