-
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie podejrzewał, że jego ojciec miał tak wielu znajomych, ale przecież prawie nic o sobie nie wiedzieli..
Bardzo chciał płakać, ale to, co czuł, przypominało raczej pustkę niż smutek. Dlaczego nie potrafił uronić nawet jednej, symbolicznej łzy? Przerażało go, że śmierć ojca nie zrobiła na nim wrażenia. A może nadal był w szoku? W końcu ich ostatnia rozmowa przez telefon nie należała do przyjemnych.
Ale która właściwie taka była? Nigdy nie nauczyli się ze sobą rozmawiać.
Wstydził się swojej obojętności pośród ludzi, do których kompletnie nie pasował w swoim modnym, czarnym garniturze i błyszczących pantoflach. Kątem oka spojrzał na stojącego obok, starszego mężczyznę. Dostrzegł jak ten dyskretnym gestem otarł łzę z ogorzałego policzka i utonął pod kolejną falą wstydu. Zniecierpliwiony podwinął rękaw marynarki, spoglądając na srebrny zegarek i zastanawiając się, jak długo to jeszcze potrwa.
Musiał zapalić.
Spojrzenie miał wbite w ziemię, a ksiądz kontynuował swoją niekończącą się, monotonną przemowę.
Był wspaniałym mężem, dobrym ojcem i lojalnym przyjacielem, a teraz będzie miał okazję ponownie zjednoczyć się z ukochaną żoną.
Co za bzdura. Nie zniesie tego dłużej. Nie ma mowy.
Obrócił się na pięcie i przecisnął przez zgromadzonych, uciekając przed poczuciem winy i brutalną rzeczywistością. Zatrzymał się pod bramą cmentarza, wyjmując paczkę papierosów, wsunął jednego do ust i drżącymi dłońmi odpalił go dopiero za trzecim razem. Wydmuchiwał przed siebie dym i oparty o murek czekał, aż pierwsi żałobnicy zaczną schodzić się do samochodów. Wsiadł sam do swojego sportowego auta i zmusił się, żeby pojechać za nimi na stypę.
Okazało się, że uroczystość została zorganizowana w stodole. Ojciec zapewne byłby zachwycony, widząc wszystkich swoich przyjaciół zgromadzonych przy jednej, długiej ławie, która uginała się od beczułek z bimbrem i domowych potraw. Panowała serdeczna atmosfera, która zdawała się być czymś jednocześnie znajomym i odległym. Laurent natomiast poczuł, jak gula podchodzi mu do gardła. Mdłości stały się silniejsza, gdy jedna ze starszych kobiet w końcu go rozpoznała.
— Larry! Jak ty wyrosłeś! — podeszła i uściskała go serdecznie, a on sztywno odwzajemnił gest, rozpoznając w niej właścicielką małego, wiejskiego sklepiku, która zawsze obdarowywała go darmowym cukierkiem. — Nie poznałam cię. Musi ci być naprawdę ciężko — poklepała go po ramieniu, a on tylko skinął głową, będąc pewnym, że jeśli otworzy w tym momencie usta, to bez wątpienia się porzyga.
— Dopiero będzie ciężko. W końcu sezon dopiero startuje. Koniec z zabawą w studia i czas na prawdziwe życie, chłopcze. Na szczęście Logan ci we wszystkim pomoże-
Laurent w tym momencie przestał słuchać. Uniósł spojrzenie w kierunku siedzącego w przeciwnym końcu stołu Callahana. Fascynacja starych facetów Loganem była jakimś niezdrowym fetyszem. Nie potrzebował jego pomocy. Kierowanie cholernym ranczem nie wymagało przecież specjalnych umiejętności. Z ich dwójki to on miał dodatkowy dyplom z zarządzania. Poza tym i tak nie zamierzał zatrzymać farmy.
Sprzeda je jak najszybciej i nigdy tu nie wróci.
Jakimś cudem udało mu się przesunąć rozpoczęcie wymarzonej pracy o kolejny miesiąc, ale ckliwa historia o niespodziewanej śmierci ojca poruszyła serca nawet korporacyjnej matrony. Wątpił jednak, by poczekali na niego dłużej. Mieli wielu innych kandydatów na to jego miejsce.
Wymknął się ze stypy po pierwszym daniu, którego nawet nie tknął, bo doskonale pamiętał, jak matka co niedzielę przygotowywała go dla ojca dokładnie taki gulasz. Musiał dojechać do swojej kawalerki w Toronto, zabrać Beau i najpotrzebniejsze rzeczy na najbliższe dwa tygodnie. Jeśli będzie na miejscu, to na pewno szybciej uda mu się sfinalizować sprzedaż ziemi i rancza.
A potem będzie sobie mógł wymyślić jakąś nową przeszłość.
Pod dom podjechał po zmroku, ponieważ sportowe auto kiepsko radziło sobie na podmiejskich drogach. Wysiadając z samochodu wdepnął prosto w kałużę, ale jedynie zacisnął wargi. Niczego innego nie spodziewał się po tym miejscu. Trzymając pod pachą psa, a w drugiej ręce swoją walizkę w panterkę, stanął pod drzwiami. Nocną ciszę przerwało głośne ujadanie psów. Beau zastrzygł uszami i zerknął z wyrzutem na swojego właściciela.
— Nie patrz tak na mnie. Ja też wcale nie mam na to ochoty — odstawił zwierzę na ziemię, a następnie wyjął z kieszeni klucze.Otworzył drzwi i bez pukania wszedł do środka. Ten dom należał do niego, więc nie musiał się zapowiadać. Wciągnął za sobą walizkę na złotych kółkach, robiąc przy tym sporo hałasu. Beau plątał mu się pod nogami, kiedy dziarskim krokiem wszedł dalej.
Przecież był u siebie.
Logan Callahan
-
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitaktyp narracjiTrzeciaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Zrobił to nagle, padając na progu drwnianego ganka z dłonią przyciśniętą do piersi i twarzą wykrzywioną strachem. Logana nie było wtedy przy nim. Wyprowadzał na kwaterę pierwsze konie. Dowiedział się dopiero, kiedy wycie syreny karetki oderwało go od pracy i ściągnęło z padoku pod posiadłość. I tak nic nie mógł zrobić. Nikt nie mógł. Luke umarł jeszcze w karetce w otoczeniu ratowników, a więc jakby sam, skoro bez rodziny albo chociaż przyjaciół.
Był człowiek, nie ma człowieka. Tak po prostu.
A teraz Logan stał pod ostrym słońcem letniego Ontario i kładł jego kapelusz na lśniącym wieku trumny. Wokół kobiety pochlipywały cicho, a mężczyźni stali w milczącym skupieniu patrząc jak Luke odbywa swoją ostatnią podróż. Wieko straciło blask, gdy Travis jako pierwszy podniósł garść ziemi i rzucił ją do dołu.
Rozległ się głuchy dźwięk.
Nie on powinien to robić, jednak szczeniak Luke’a nie przyszedł, wyraźnie uznając, że jego głupie urazy są ważniejsze od śmierci ojca. Coś podobnego nie mieściło mu się w głowie. Gdyby dowiedział się o śmierci swojego, przyszedłby na pogrzeb mimo wszystko, a miał mu do zarzucenia zdecydowanie więcej niż Laurent Ashcroft kiedykolwiek mógł zarzucić swojemu.
Kiedy Travis ponownie stanął obok niego, Logan szorstkim gestem oparł rękę na jego karku i ścisnął lekko.
- Dobrze - pochwalił cicho.
Travis zacisnął wargi, krótko kiwając głową. Obaj wpatrywali się w rosnący na wieku kopczyk ziemi i zmieniających się nad trumną ludzi. Każdy kto nie wybierał się później na stypę, podchodził do nich żeby złożyć kondolencje. Logan ściskał dłonie znajomych mężczyzn i kobiet, przyjmując je z kamienną twarzą.
Dobry był z niego facet.
Jesteśmy z tobą, Logan.
Gdybyś czegoś potrzebował…
Znał tu prawie wszystkich - zaprzyjaźnionych hodowców, sąsiadów, pracowników i ich wspólnych przyjaciół. Ta część York Mills stanowiła odrębny świat, niezależny od Toronto tak, jak mogłoby się wydawać; zupełnie jakby trzymanie się ducha małomiasteczkowości, ludzie wzięli tu sobie za punkt honoru. Dlatego Logan czuł się wśród nich jak u siebie.
Bo był u siebie.
Ashcroft ranch było jego domem - tu pochował żonę i wychował syna. Nie wyobrażał sobie życia nigdzie indziej. Był drzewem z korzeniami zbyt głęboko w ziemi, którego się nie przesadza. Nie, bez żadnej szkody.
Problem w tym, że jego spokojna egzystencja stanęła teraz pod potężnym znakiem zapytania.
Widział go na stypie. Spóźnionego, ulizanego, w garniturze i butach, które straciły blask po kilku krokach na piaszczystej drodze. Zbyt jaskrawego na tle tłumu składającego się w większości z prostych, szczerych ludzi, którzy wznosili za Luke’a toasty szklankami bimbru. Nie pasował tu i wiedział o tym. Wszyscy wiedzieli. Większość po prostu go ignorowała, jakby wcale nie został dziedzicem Ashcroft Ranch, a reszta, szczególnie starszych, próbowała zobaczyć w pedantycznym adwokacie dzieciaka ze zdartymi kolanami, który kiedyś biegał po ranczu. Ale nie było go tam. Został zduszony przez blichtr wielkiego miasta. Więc wszystkie kondolencje składano przede wszystkim jemu i Travisowi, co może było okrutne, ale było też całkiem zasadne, skoro pierworodny Luka nie pojawił się nad trumną żeby rzucić ojcu symboliczną garść ziemi.
Źle zaczął, ludzie to zapamiętają. I będzie zbierał tego żniwo. Nie drogim garniturem zdobywa się ich uznanie, a szacunkiem i ciężką pracą. On najwyraźniej pozbawiony był pierwszego i czuł niechęć do drugiego, co na starcie uplasowało go na samym końcu tutejszej hierarchii.
Ich spojrzenia spotkały się przez całą długość stołu, na który Mary z córkami stawiała właśnie wazy z parującym Son-of-a-Bitch Stew, ulubionym daniem Luke’a. Twarz Logana była ponura i nieprzystępna, była kalką rozczarowania jego ojca, leżącego teraz sześć stóp pod ziemią. Nie poświęcił mu więcej niż to jedno, krótkie spojrzenie i nie zdziwiło go, że kilka minut później zniknął ze stypy razem ze swoim niepraktycznym, sportowym samochodem.
Ale Logan wiedział, że wróci. A jeśli nie on, to jakiś inny ulizany ważniak w garniaku, który zadecyduje o losie całego rancza i związanych z nim ludzi.
Tego wieczora, kiedy uprzątnęli już stodołę, z powrotem adaptując ją do jej przeznaczenia, Logan nie spodziewał się gości. Wszyscy opuścili ranczo i teraz było na nim tak cicho, jak zazwyczaj. Z oddali czasem niosło się jedynie rżenie koni albo beczenie owcy. Nic się nie zmieniło, bo Luke też nie należał do głośnych ludzi, których wszędzie pełno. Dom bez niego nie wydawał się bardziej pusty niż zwykle, a jednak wszyscy pozostali domownicy odczuwali jakiś brak.
Właśnie pomagał Margaret, ich gosposi, a właściwie gosposi Luke’a, schować do spiżarni resztki ze stypy, kiedy Jet, czekoladowy owczarek Australijski należący do Travisa podbiegł do drzwi, ujadając jak głupi.
Logan gwizdnął na niego i pies posłusznie przybiegł, ale wciąż zerkał w stronę drzwi, kuląc uszy i nieśmiało merdając ogonem.
- Kogo niesie? - Oddał Margaret pudełko z jedzeniem ruszając do drzwi, spodziewając się usłyszeć pukanie, ale zamiast tego rozległ się brzęk kluczy i kliknięcie zamka. Jet nastawił uszy i zatańczył przy jego nodze, zdecydowanie bardziej ciesząc się z odwiedzin niż Logan, który powitał gościa z marsową miną i potężnymi ramionami założonymi na piersi.
Spodziewał się zobaczyć Laurenta. To musiał być on, skoro miał klucze. Nie spodziewał się jednak zobaczyć go ze szczurem plączącym się u nóg i niedorzeczną walizką w panterkę na pieprzonych złotych kółkach.
- Och, Larry! - Margaret, korpulentna kobieta po pięćdziesiątce z grubym, rudym warkoczem i piersiami w rozmiarze, który powinien utrudniać jej nie tylko pracę, ale i oddychanie, wyszła zza Logana, serdecznie uśmiechając się do gościa. - Nie wiedzieliśmy, że dzisiaj przyjedziesz. Przygotuję ci pokój. Zjesz coś? Zostało dużo gulaszu.
Jet zrezygnował z bycia posłusznym i podbiegł przywitać się z kolegą przypominającym wyjątkowo czysty kłębek kurzu.
Ostry gwizd Logana znów przeciął ciszę, przywołując psa do porządku.
- Na górę! - rozkazał, a pies posłusznie, z podkulonym ogonem, pobiegł do schodów i zniknął na piętrze. - Travis, weź psa! - zawołał, sprawiając że od gromkiego głosu zadrżały ściany.
- Ktoś przyszedł? - syn odkrzyknął mu, a potem wychylił się przez balustradę, trzymając Jet’a za obrożę. Był wysoki jak na szesnaście lat, wyraźnie dziedzicząc wzrost po ojcu, tak samo jak ciemne, lekko kręcone włosy, i ogorzały jak każdy człowiek dużo przebywający na świeżym powietrzu.
Tym sposobem wszyscy obecni mieszkańcy Ashcroft Ranch znaleźli się w holu.
- Tak, syn marnotrawny - odpowiedział Logan, łypiąc na adwokata w sposób, który równie dobrze mógł być obojętnością, co niechęcią, w zależności czy znało się go na tyle dobrze, by stwierdzić to po zaciśnięciu ust. Teraz była to niechęć.
- Na długo przyjechałeś? - Uniósł brwi, mając nadzieję usłyszeć “nie, zostanę tylko do jutra i zniknę z waszego życia na zawsze, powierzając wam prowadzenie rancza bo się do tego nie nadaję i nie będę wam wchodził w drogę”.
Logan się nie łudził. On i Larry nigdy za sobą nie przepadali. Co nie miało żadnego sensu, skoro praktycznie się nie znali, ale zbyt wiele czasu spędził z Luke'm, by nie być wobec niego uprzedzonym. Przede wszystkim samo to, że zostawił ojca samego z całą robotą i nie chciał mieć nic wspólnego z ranczem, już czyniło go w jego oczach, delikatnie mówiąc, nieużytecznym. Nie wspominając o innych drobiazgach, jak choćby przyjeżdżanie tu wcześniej w towarzystwie chłopaka.
Żyli w zupełnie odrębnych światach i Logan wolałby żeby tak pozostało. Jak dobrze wiedział, ze wzajemnością.
Laurent Ashcroft
-
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Najwyżej go na nich z tej farmy wyniosą.
Na Margaret trudno było jednak się gniewać. A Laurent nie miał w zwyczaju trzymania urazy zbyt długo, dlatego kąciki jego ust same uniosły się ku górze w odpowiedzi na niej uśmiech. Nie należało odrzucać oferty przyjaźni, bo prawdopodobnie nie otrzyma ich tu zbyt wiele. A potrzebował sojuszników.
Bo przecież przyjaciół miał całe mnóstwo w Toronto. Teraz po prostu byli zajęci. Komu zresztą chciałoby się przyjeżdżać do tego zapomnianego przez cywilizację miejsca, prawda?
I na dodatek nikt nie lubi pogrzebów.
— Pokój wystarczy. Bardzo dziękuję, Margaret — zwrócił się do starszej kobiety z czarującym uśmiechem i przyjaznym tonem człowieka, który doskonale wie, jak mówić, żeby zostać wysłuchanym. Nabrał niezłej wprawy w gejowskich klubach, choć nie spodziewał się, że przyjdzie mu testować swój talent na starszej gospodyni i mrukliwym wielkoludzie. Spojrzał na niego krótko. Niechęć Logana była niemal fizycznie odczuwalna. W oczach Laurenta pojawił się wesoło, przekorny błysk. — A właściwie… zostało trochę ciasta cytrynowego?
Kobieta uradowana klasnęła dłonie, a następnie wytarła je w fartuszek. Była typem starszej pani, która uwielbiała częstować ludzi wypiekami, a prośba o dokładkę sprawiała jej ogromną przyjemność.
— Już ci kroję. Taki zabiedzony i blady przyjechałeś z tego miasta. Karmią was tam samą chemią, ale pomieszkasz z nami chwilę i od razu nabierzesz kolorów i masy — pocieszyła go troskliwie i następnie dziarskim, choć odrobinę rozchwianym na boki krokiem ruszyła z powrotem do kuchni.
W tym czasie Beau podbiegł do Logana i szczeknął, zwracając na siebie uwagę i dość ostentacyjnie dopominając o porcję głaskania. Niecierpliwie przebierał łapami, skrobiąc równo przyciętymi pazurkami o deski, a jego puszysty ogon pozostawał w ciągłym ruchu. Laurent ponownie przeniósł oceniające spojrzenie na gospodarza. Zmierzył go nim od stóp po czubek głowy. Nie miał pojęcia, co ojciec widział w Loganie. Mógł docenić imponujący biceps ciasno opięty przez koszulkę, perfekcyjny zarost i to bez żadnego przeszczepu, czy tembr głosu, który uniesiony zjeżył mu włoski na karku, ale naprawdę było się czym ekscytować?
No dobra. Na imprezie Logan z tą swoją surową urodą zrobiłby furorę. Cóż. Dopóki nie otworzyłby ust.
Prezentował się jednak jak bomba testosteronu, a Laurent zastanawiał, jak wiele dzieli go od wybuchu.
— Zawsze jesteś taki gościnny? — mruknął, przechylając głowę w bok i zsuwając spojrzenie na jego oczy. Laurent wyglądał na pobłażliwie rozbawionego. Oparł się, bo uniesioną rączkę walizki i lekko przechylił w bok. — Cześć — machnął w stronę wychylonego za balustradę Travisa.
Nie chłopaka wina, że ma takiego sympatycznego ojca, choć Laurent w ich towarzystwie zaczynał się czuć jak Guliwer po dopłynięciu na występ olbrzymów i z tego, co pamiętał, ta historia nie skończyło się to dla niego najlepiej.
Z ciężkim westchnieniem odstawił swoją stylową walizkę pod ścianę. Beau nadal kręcił się wokół nóg Logana, domagając uwagi, a Laurent ani myślał go przywoływać. Poza tym pewnie pies i tak by go nie posłuchał. Nadal miał też na sobie garnitur z pogrzebu.
— Zostanę tak długo, jak będzie trzeba — stwierdził niefrasobliwie i lekko wzruszył przy tym ramionami, postępując krok w stronę mężczyzny, który tarasował cały korytarz swoim ciałem. Nie ma mowy, że będzie się przed nim tłumaczył. Z bliska cieszył się, że różnica wzrostu między nimi nie jest aż taka znacząca. Inaczej zadzierałby właśnie głowę jak nierozważny wędrowiec w obliczu potęgi górskich szczytów. Imponująca sylwetka Logana wymuszała respekt. — Przepuścisz mnie? — zapytał, rzucając mu wymowne spojrzenie i spoglądając zaraz za jego ramię.
Nie cofnął się i pozwolił napięciu między nimi narosnąć. Czekał, aż Logam mu ustąpił z tym zainteresowanym błyskiem w oku. Laurent potrafił sobie radzić ze stresem. Na studiach poznał smak rywalizacji, poradzi sobie z tym przerośniętym przystojniakiem. Nie jest pewnie nawet w połowie tak wredny jak Ann z drugiego roku, która doniosła dziekanowi, że zorganizował w nocy w bibliotece małą imprezę z przyjaciółmi.
— Logan, tobie też ukroić jeszcze ciasta? — głos Margaret wkradł się w narastające między nimi napięcie, ale ono wcale nie ustąpiło.
— Dołączysz do mnie? — zagadnął uprzejmie, ale uśmiechał się przy tym tak, jakby właśnie rzucał mu wyzwanie. W końcu im szybciej będą mieli tę rozmowę za sobą tym lepiej.
Logan Callahan
-
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitaktyp narracjiTrzeciaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kiedy widział go ostatnio, a było to dobre ponad pięć lat temu (nie licząc przypadkowych spotkań, gdy jakimś cudem wiatry go tu przywitały) nie wydawał się taki… gładki. Jak wąż przemykający w trawie. Ale wtedy nie miał jeszcze dyplomu i dopiero odnajdywał się w adwokackimi gronie. Teraz już cały przesiąkł tą mieszczańską obłudą i jak każdy mieszczuch pod krawatem, ukrywał ją za czarującym uśmiechem. Logan dostawał od tego dreszczy.
Nawet nie spojrzał na psa (bo to musiały być pies, choć bardziej przypominał kłębek kurzu) który rozradowany merdał ogonem i próbował zwrócić na siebie jego uwagę.
Na wesołość Laurenta ani na jego zbyt długie, oceniające spojrzenie też nie odpowiedział, chociaż lekkie zmrużenie oczu mogło uchodzić za jakąś reakcję.
Nie podobał mu się sposób w jaki na niego patrzył.
Zbyt natarczywie, jak zwierzę ustalające hierarchię. Dostrzegł w tym spojrzeniu dzieciaka z opowiadań Luck’a, upartego łobuza, który zawsze chciał grać tylko według własnych reguł.
Przeczuwał kłopoty, a naprawdę nie miał ochoty na konfrontację z jego śliskim obyciem akurat dzisiaj, kiedy pochował człowieka, który był dla niego jak ojciec. Jakby szczeniak nie mógł poczekać do jutra. Albo do nigdy.
Na zaczepkę nie odpowiedział tym bardziej. Gościnny, też coś! Na dobrą sprawę nie był nawet gospodarzem tego miejsca. Nie tak, jak marzył o tym w skrytości serca.
Obdarzony uwagą Travis, w kontraście do ojca, wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Praktycznie nie znał Laurenta, jedynie z mało pochlebnych plotek, ale to nie przeszkadzało mu być po prostu miłym, skoro facet sam był miły. Poza tym, według niego każdy kto miał psa, musiał być dobrym człowiekiem.
– Hej! Dziadek nie mówił, że masz pomeraniana, jak się wabi? - zagadnął, czochrając własnego pupila po łbie. Owczarek przymrużył ślepia, wywieszając język. Uderzał ogonem o podłogę w wyrazie szczerego, psiego zadowolenia.
– To jest Jet, jest owczarkiem australijskimi, świetnym w pracy z owcami - przedstawił go, a pies nadstawił uszu słysząc swoje imię. - Jestem pewien, że się dogadają. Jest łagodny jak owieczki, które gania.
Logan znosił tę paplaninę z anielską cierpliwością, w duchu żałując, że Travis nie ma już siedmiu lat i nie może ot tak kazać mu iść do swojego pokoju bo “dorośli rozmawiają". To znaczy, nadal mógł i Trav by posłuchał, ale nie chciał nadużywać swojej władzy w tym momencie, chociaż wiedział, że ufny i otwarty na ludzi, na pewno też da się złapać na obłudny, adwokacki uśmiech. A już tym bardziej, kiedy rzeczony adwokat przyjechał tu z psem. Travis miał szajbę na punkcie psów.
Logan istotnie był równie wielki, obojętny i nieprzyjazny jak górskie zbocza. Nawet jeden mięsień nie drgnął mu na szczęce, kiedy elegancik stanął przed nim z wyzwaniem w oczach. Callahan nie zamierzał zagradzać mu drogi i w normalnych okolicznościach przepuściłby go naturalnie, ale widząc, że Laurent próbuje tym ugrać jakąś przewagę i coś udowodnić, zawahał się. Poczuł głupią chęć, żeby stać tak w nieskończoność i zmusić go żeby się obok przecisnął, żeby ta iskra buty w jego oczach wreszcie zgasła. Na Boga, właśnie pochował ojca, a zachowywał się jakby nic się nie stało. Mógłby mieć odrobinę więcej pokory.
Pytanie Margy przerwało tę niedorzeczność, ale nie sprawiło, że Logan odwrócił wzrok od jego twarzy. Lekko przechylił tylko głowę w bok, gdy zwracał się do kobiety.
– Nie, już się objadłem, dzięki Margy.
Do Laurenta zwrócił się po chwili.
– Porozmawiamy jutro. Mam dużo pracy, muszę wstać o świcie.
W domyśle: przygotowanie pogrzebu na którym powinieneś być i stypy, przy której powinieneś pomagać, rozpieprzyło mi rutynę i teraz muszę poskładać ją w całość więc nie mam czasu na twoje głupie, szczeniackie gierki.
Sam go wyminął, ale zatrzymał się i odwrócił.
– Laurent? - wymówił jego imię twardo, bez francuskiego brzmienia i prawdopodobnie zrobił to pierwszy raz odkąd w ogóle się znali. - Przyjmij moje kondolencje.
Zabrzmiał sucho, ale szczerze. Dzieciak mógł być narwanym elegancikiem bez krzty szacunku, ale nie zmieni rzeczywistości. Luke był jego ojcem, krwią z krwi, a teraz odszedł. Kondolencje należały mu się jak psu kość.
– Dobranoc. - Skinął głową i ruszył po schodach do pokoju, który po śmierci Harper zajmował w rezydencji Ashcroftów.
Następnego ranka nie wyglądał Laurenta ani na niego nie czekał. Podejrzewał, że dzieciak spał jeszcze snem sprawiedliwego i nie zwlecze się z łóżka przed jedenastą. I dobrze, nie chciał z rana psuć sobie humoru. Wiedział, że rozmowa o przyszłości rancza go nie ominie, ba! Wiedział nawet, jak przebiegnie i że wcale mu się nie spodoba, więc mógł łudzić się jeszcze chwilę, że wszystko jest na swoim miejscu.
Nie tylko dzisiaj zebrał się do pracy wcześnie rano. Zwykle był na nogach jeszcze zanim ranczo na dobre się obudziło i zjechali wszyscy pracownicy. Lubił poranny bezruch, rosę na trawie i szarugę świtu. Zaczynał od obchodu stajni i kontroli stanu koni, potem zaglądał do reszty zwierząt, przynosił do domu jajka, z których Margaret przygotowywała mu drugie śniadanie i konno sprawdzał zewnętrzne ogrodzenia. Potem zwykle przyjeżdżali już pracownicy więc mógł oddelegować ich do prac, które w danym dniu były priorytetem. Miał cały zastęp ludzi odpowiedzialnych za wiele rzeczy, ale nigdy nie wyręczał się nimi, jeśli sam mógł w czymś pomóc. I chociaż miał swoje biuro, to w praktyce bardzo rzadko z niego korzystał. Nawet gdy układał grafiki treningów robił to gdzieś na ranczu, najczęściej w stajni albo po prostu pod chmurką jeśli pozwalała na to pogoda.
Tego ranka Laurent znalazł go stojącego na placu przed stajnią, otoczonego grupą ludzi. Słońce świeciło jasno, kładąc cienie kowbojskich kapeluszy na twarze zebranych. Byli to w większości mężczyźni w spranych dżinsach i wyblakłych koszulach. Ludzie przyzwyczajeni do pracy na zewnątrz, ze śniadymi twarzami i spracowanymi dłońmi. Logan ubrany w prosty t-shirt i znoszone dżinsy nie powinien się w śród nich wyróżniać, a jednak biła od niego oczywista charyzma gdy wszyscy w milczeniu słuchali jego poleceń. Nikt mu nie przerywał, nikt nie uśmiechał się głupio. A on nie podnosił głosu. Wywoływał imiona i przydzielając zadania, robiąc dokładnie to, co robił każdego ranka.
Nie zobaczył niepasującego do krajobrazu elegancika, bo stał tyłem do drogi, ale wśród pracowników zapanowało nagle ciężkie do przeoczenia poruszenie. Niektórzy trącali się łokciami, paru coś do siebie zaszeptało. Ktoś zarechotał głośniej. Logan nie musiał się odwracać żeby wiedzieć kto nadchodzi. Nie lubił rewelacji, ani gdy ktoś przeszkadzał mu w pracy.
Jakby nie mógł poczekać chwilę zamiast pakować się w środek zebrania.
Przydzielił kilka ostatnich obowiązków, krócej, bardziej szorstko.
– Dobra, do pracy! - przebił się poszum niezdrowej ekscytacji. Faceci zaczęli się rozchodzić, ale wciąż rzucali przez ramię zaciekawione spojrzenia. Logan odwrócił się, by stanąć oko w oko z przeznaczeniem Rancza. Przeciągnął dłonią po włosach i nasadził na głowę kapelusz, który do tej pory trzymał w drugim ręku. Połowę twarzy przesłonił mu cień, ukrywając wyraz oczu, ale jak Laurent mógł podejrzewać, nie było w nich nic więcej prócz niechęci.
Laurent Ashcroft
-
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
To jedno wypowiedziane w naturalny i nieświadomy sposób uderzyło w niego z zaskakującą mocą, a następnie wielokrotnie odbiło się echem w jego myślach. Skoro Luke bawił się z tą dwójką w dom, to wyglądało na to, że został… wujkiem? Spojrzał na Beau, który poirytowany brakiem uwagi spróbował wdrapać się na nogę Logana, a potem jeszcze raz niezadowolony szczeknął.
— To się doskonale składa, bo Beau wygląda jak owieczka — zażartował, mając szczerą nadzieję, że pies ze złości nie zacznie szarpać Loganowi nogawek. Nonszalancko oparty o krzykliwą walizkę doszedł do wniosku, że z powodzeniem sprawdziłby się w roli wujka. Szczególnie że Travis w odróżnieniu od swojego ojca sprawiał całkiem sympatyczne wrażenie.
Nie zamierzał jednak zostać tu na tyle długo, by to sprawdzić.
Tak naprawdę nie chciał tu w ogóle przyjeżdżać.
Patrzył na Logana tak długo, że odmowa prawie go rozczarowała. Udał, że w jego tonie nie wychwycił nagany i już miał wejść do kuchni, ale słowa mężczyzny sprawiły, że zatrzymał się wpół kroku.
Po raz pierwszy tego dnia usłyszał szczere kondolencje i ciężar straty spadł na jego barki tak niespodziewanie, że potrzebował chwili, by przypomnieć sobie, jak się oddycha. Cieszył się, że są zwróceni tyłem, bo Logan miałby używanie, gdy dostrzegł łzy, które nagle zapiekły go pod powiekami.
— Dziękuję — wydusił z siebie z trudem po długim milczeniu i tak cicho, że nawet nie wiedział, czy Callahan usłyszał jego odpowiedź, gdy schody skrzypiały już od jego ciężkich kroków. Beau podążył za nim, ale zatrzymał się w połowie drogi na górę, oglądając za swoim właścicielem.
— Aniołeczku, idziesz na to ciasto?
— Tak. Oczywiście — odparł szybko, gdy ciepły głos Margy wyrwał go z zamyślenia i uświadomił, że cały dzień nic nie jadł. Otrząsnął się z otępienia, próbując pozbyć przytłaczającego smutku, który dopadł go zupełnie niespodziewanie.
Laurent od lat nie miał dobrego kontaktu z ojcem, ale nie utrzymywał go też z dalszą rodziną. Został sam. Bogate grono znajomych zostawił w Toronto. Jego ostatni poważny związek skończył się rok temu. Wymagające studia pochłaniały niemal cały jego czas. Nagle wszystkie relacje wydały mu się powierzchowne i kruche. Tonął pośród tych myśli, nad ciastem cytrynową i szklanką mleka, jakby znów miał sześć lat, podczas gdy Margaret krzątała się wesoło po kuchni, mówiąc o tym, jakie piękne pożegnanie Logan zorganizował Luke’owi.
Nagle poczuł jej spracowaną dłoń na ramieniu. Uniósł zmęczone i zagubione spojrzenie na kobietę, której prawie nie znał, a ta posłała mu pełen współczucia, wyrozumiały uśmiech. Zaskoczyła go swoją serdecznością.
— Dołożę ci jeszcze ciasta.
W nocy długo nie potrafił zasnąć. Cisza domu go przytłaczała. Brakowało mu nieustannego szumu samochodów na ulicach i hałasu sąsiadów z góry. Nienawidził zostawać sam ze swoimi myślami, dlatego zdesperowany odpalił podcast na YT i głos internetowego twórcy opowiadający o morderstwa sprzed pół wieku ukołysał go do snu. Z tego też powodu nawet promienie słońca wpadające przez okno go nie obudziły. Ciężko podniósł się z łóżka niedługo przed południem. W kuchni czekało na niego pozostawione przez Margery śniadanie. Zjadł je i popił mocną kawą, wyglądając przez okno i dyskretnie obserwując życie na ranczu.
Musiał przyznać, że na pierwszy rzut oka wszystko zdawało się funkcjonować jak w zegarku.
To dobrze. Mógł mieć nadzieję, że dostanie za ranczo dobrą cenę.
Przed wyjściem wziął prysznic i ułożył wilgotne włosy. Ostatecznie zdecydował się ubrać białą, lnianą koszulę z szerokim kołnierzykiem i oliwkowe chinosy. Zapinając skórzany pasek zegarka, dostrzegł, że dochodziło południe. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem pozwolił sobie na tak długi odpoczynek.
Wyszedł z domu w poszukiwaniu zarządcy. Szybko zrozumiał, że białe adidasy były naprawdę kiepskim wyborem, ale poza nimi w jego szafie było tylko eleganckie obuwie, które nosił na co dzień. Odnalazł Logana z grupą mężczyzn. Oni również szybko go dostrzegli, nie dając szansy na wycofanie się. Dostrzegł znaczące uśmiechy na ich ustach. Dokładnie ten sam grymas oglądał na twarzach swoich kolegów z miasta podczas pierwszego roku studiów.
Jasno dających mu do zrozumienia, że do nich nie pasował.
Zignorował ich, zdeterminowany, żeby odbyć rozmowę z Loganem. Im szybciej to załatwi, tym szybciej będzie mógł stąd wyjechać. Cierpliwie czekał, aż mężczyzna skończy rozdawać zadania. Trudno było nie dostrzec, że pracownicy darzyli Callahana głębokim szacunkiem. Nie był to jedynie respekt związany ze stanowiskiem i monumentalną sylwetką. Laurent potrafił czytać ludzi.
— Ktoś by mógł pomyśleć, że próbujesz unikać rozmowy ze mną — zarzucił mu żartobliwym tonem, zachowując się z otwartością, która była dla niego naturalną postawą. — Możemy przejść do biura? Chciałbym przejrzeć dokumenty z ostatnich pięciu lat, a wolałbym nie robić tego pod twoją nieobecność.
Logan Callahan
-
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitaktyp narracjiTrzeciaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
No, może właśnie o tę koszulę. I o to, że zaraz usłyszy informacje, które w ogóle mu się nie spodobają.
I że Laurent nie zjawił się na pogrzebie.
I że nigdy nie pogodził się z Luke’m, chociaż stary tak na to czekał.
Więc dobra, może jednak był trochę zły.
– To nie ja sypiam do południa- zauważył szorstko, ignorując lekki ton i uśmiech, którym pewnie nie zostałby obdarzony, gdyby nie jakiś adwokacki odruch urabiania ludzi. I nie miało znaczenia, że był to całkiem ładny uśmiech. On nie miał zamiaru dać się nabrać na ten czar. Wkurzał go, skoro jedyne co powinien wiedzieć teraz na tej jego ładnej buźce, to smutek po stracie ojca.
Prośba o obecność przy przeglądaniu dokumentów wydała mu się dziwna i podejrzana. W jego głowie powinna brzmieć: “pokaż mi wszystkie istotne dokumenty z ostatnich pięciu lat”, a nie jak sugestia, “urażę twoje uczucia, jeśli zrobię to sam”.
Na usta cisnęło mu się proste dlaczego?. Czy jako adwokacik nie powinien znać się na papierkowej robocie?
A jako obecny właściciel nie musiał pytać nikogo o zdanie.
Chociaż pewnie kwestia spadku nie została jeszcze rozwiązana.
– Możemy, tylko załatwmy to szybko. Legacy jest gotowy na pierwszy trening i nie chcę przekładać go w nieskończoność.
Zawsze sam prowadził młode konie więc nie miał zamiaru zlecać tego komuś innemu tylko dlatego, że elegancik potrzebował towarzystwa do sprawdzenia dokumentów.
Gestem wskazał mu szeroką piaszczystą drogę, którą Laurent przed minutą pokonał, brudząc przy tym kurzem białe buty.
Białe. Buty.
Tutaj.
Cóż, jego brak przygotowania świadczył o tym, że pewnie długo tu nie zostanie. Logan nie wiedział jednak czy to dobrze czy źle. Nie orientował się jak dużo czasu zajmują sprawy spadkowe w przypadku tak dużej nieruchomości i firmy. On i Harper nie posiadali wiele, zresztą byli małżeństwem więc wszystkie oszczędności jakie prawnie do niej należały i tak przeszły na niego i Travisa, a dalsza rodzina uznała, że jakakolwiek walka o marne parę tysięcy po prostu się nie opłaca. Wiedział przecież jacy byli ludzie i co perspektywa zdobycia pieniędzy z nimi robiła. Znał mnóstwo kochajacych się rodzin, które rozpadły się przez spadek. Śmierć członka rodziny to tragedia często wieloetapowa, ale jak miała się sprawa w tym przypadku, nie miał bladego pojęcia.
Może potrwa kilka tygodni, a może miesięcy?
Jedno było pewne, dzisiaj pozna przynajmniej część odpowiedzi na pytania, których wolałby nigdy nie musieć zadawać.
Przez kilka chwil szli w milczeniu, odprowadzani cichym rżeniem koni i brzęczeniem owadów w parnym powietrzu południa. Polne kwiaty, rozsiane w skraju drogi, kołysały się na leniwym wietrze. Ashcroft Ranach żyło jak zawsze, spokojne, nieświadome i nieprzygotowane na zbliżające się zmiany.
Laurent Ashcroft