Miałam słać wiadomość na drugi koniec świata Valowi, że się boję? Więc bała się go? Jak dziwnie musiał się zachowywać ten mężczyzna, skoro wprawił w niepokój kobietę, która potrafiła uciąć zaczepki natrętów jednym gestem?
Zaczęło się cztery miesiące temu. C z t e r y miesiące nękania i znoszenia jego ekscentryczności, nachodzenia i prezentów, których nie sposób było uciąć ani ostrym słowem, ani wymierzonym policzkiem. Nie potrafił sobie wyobrazić Franceski bezradnej i przez to jeszcze bardziej nie umiał pogodzić się z myślą, że dźwigała ten ciężar sama i nie powiedziała o nim żadnemu z nich.
Choć nie przyznał tego głośno, jakaś cząstka niego cieszyła się z tego, że facet był martwy i już jej nie zagrażał. Wolał nie myśleć o tym, gdzie mogłaby zaprowadzić ich ta historia, gdyby wciąż miał się dobrze i mógł działać dalej. Po raz pierwszy poczuł się również tak bliski pierwotnemu, irracjonalnemu gniewowi, który zwykle nosił w sobie Valentin i który krzyczał, by działać, a nie stać z boku i zimno próbując, próbując rozstrzygnąć sytuację jak kolejną, wyrachowaną partię szachów. (Nie)stety ze względu na okoliczności nie mógł już go wyładować, a jego pogłos wciąż wypełniał jego żebra i powodował poczucie subtelnej sztywności w karku i ramionach.
Gdy zajechali pod kamienicę Theodore nie tracił czasu, wysiadł pospiesznie z samochodu i otworzył tylne drzwi, by móc ułatwić wyjście swoim kochankom. Szybkim krokiem przemierzyli ulicę, a następnie wpadli do klatki zanim drzwi zdołały się zamknąć za sąsiadem, który właśnie wychodził z kamienicy. Gdy Valentin gmerał kluczami przy zamku dłoń Theo wślizgnęła się pod jego bluzkę i zaczęła gładzić dół jego pleców, a prawe ramię owinęło się wokół Franceski, by przyciągnąć jej drobne ciało do swojego torsu. Potrzebował ich fizycznej obecności i choćby zwykłego dotyku, by móc odzyskać utracony spokój, który tylko pozornie zdołał osiągnąć za kierownicą i który okazał się jedynie cienką warstwą opanowania, podczas gdy w jego wnętrzu wciąż buzował gniew, strach i bezsilność. Gdy przekroczyli próg domu, poczuł się w końcu dobrze. Ciepło bijące od ich ciał i zapach mieszkania – mieszanki ich perfum, drewna starych podłóg, książek i bibelotów zniesionych z pchlich targów przez brunetkę – otuliły go niczym koc i pozwoliły zapomnieć o tym, że za drzwiami była jakaś inna rzeczywistość.
– Głodna? – zapytał odgarniając zabłąkany kosmyk z twarzy kobiety. – Mogę ci coś przyrządzić lub zamówić. Może masz ochotę na te chińskie pierożki z tej nowej knajpki na rogu? – Zrzucił buty ze stóp, nie schylając się nawet po to, by porządnie rozsznurować sznurowadła i ściągnął płaszcz pozostając w białym long sleeve. – Albo przyrządzić ci kąpiel, skarbie? – troska rozbrzmiewała w słowach zmiękczanych francuskim akcentem.
– Et toi, mon amour… dis-moi, je peux faire quelque chose pour toi? – zwrócił się do Valentina.
Francesca de Villiers Valentin Vega