-
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Split-second glimpses and snapshots and sounds
I flicker through
I carry them with me like drugs in a pocket
Czerwiec nadciągnął z rytmem długich, dusznych dni i krótkich, nieprzynoszących wytchnienia nocy. Nawet teraz, gdy niebo dopiero zaczynało nasiąkać z wolna pierwszym indygo zmierzchu, centrum Toronto uparcie oddawało ciepło zgromadzone w ciągu dnia w lizanym promieniami słońca asfalcie, i między szklanymi fasadami biurowców. Powietrze stało, drżąc od spalin i miejskiego pośpiechu; i nawet ludzie, chcąc czy też nie, zdawali się zarażać od siebie nawzajem jakąś dziwną, frenetyczną energią; było w niej coś gorączkowego, coś, co każdego lata sprzyjało bójkom, wypadkom i pożarom.
Jeszcze kilka lat wcześniej, Oleander Everhart wyczekiwałby tego okresu z mieszaniną ekscytacji i niepokoju. Lato należało przecież do strażaków niemal równie mocno, co zima — tylko z zupełnie innych powodów. Okres wakacji zawsze niósł ze sobą więcej otwartego ognia, więcej ludzkiej brawury, więcej katastrof rodzących się z jednego nieostrożnego gestu wykonanego przez podpitego nastolatka. Noce pękały w szwach od interwencji. Świt brzmiał wyciem syren i zgrzytem strażackich węży odwijanych z bębna.
Dzisiaj jednak, w jego nowym życiu, czerwiec oznaczał dla bruneta coś znacznie spokojniejszego. Od trzymiesięcznych studenckich wakacji dzielił go już tylko ostatni tydzień egzaminów. Potem zostanie jeszcze biblioteka, kilka dyżurów pomiędzy regałami i studenci przygotowujący się do poprawek, którym — miał nadzieję — sam nie będzie musiał towarzyszyć jako jeden z nich. Cała reszta zapowiadała się niemal sielankowo: lipiec i sierpień miały być powolne, leniwe i lekkie. Jakby, o ironio, naprawdę nic się już nie paliło.
Oleandrowe urodziny rokrocznie stanowiły interwał w przygotowaniach do sesji, zaczynając się i kończąc dokładnie tak samo. Rano Ollie zmuszał się do przywdziania na wargi pogodnego, beztroskiego uśmiechu, z którym potem wytrwale znosił wszystkie tradycje i rytuały, jakim poddawała go jego rodzina i przyjaciele. Naleśniki na śniadanie, ze świeczką wbitą w placek ułożony na środku talerza. Prezenty, o które nie prosił, i których zwykle nie potrzebował. Kartki od członków dalszej rodziny, przysłane z wyprzedzeniem, ale starannie skrywane przed nim przez matkę aż do jego święta. Potem, co gorsza, życzenia spływające od członków dawnego zespołu - przez telefon, to fakt, choć coraz częściej na Facebooku, w krótkiej i bezosobowej formie. Jakby nadal wydawało się, że Everharta wypada raz w roku świętować. Choć przecież nie było już czego.
Dopiero wieczorem, gdy przymus celebracji zelżał i ludzie wracali do własnych zajęć, odhaczywszy z listy urodzinowe zwyczaje, Ollie wsiadał za kierownicę i udawał się na północ, z każdym kolejnym kilometrem zostawiając za plecami strzeliste sylwetki biurowców, i witając zielony horyzont Scarborough. Ta eskapada - choć podejmował się jej co roku - nigdy nie była wpisana do jego kalendarza, albo zaplanowana ze świadomym wyprzedzeniem. Po prostu na jakimś etapie dnia Oleander orientował się, że nogi — dawniej dwie, dziś jedna z ciała i jedna z włókna węglowego — prowadzą go w jednym, przewidywalnym kierunku, jakby pamięć potrafiła mieszkać nie tylko w głowie, ale również w mięśniach, ścięgnach i kościach.
Nie przyjeżdżał tutaj z nadzieją. Z tej wyrósł już dawno — nie za sprawą cynizmu, lecz zwyczajnej powtarzalności życia. Nie łudził się przecież, że Malcolm któregoś roku pojawi się nagle po drugiej stronie ścieżki, z włosami roztrzepanymi wiatrem i wargami rozciągniętymi tym samym uśmiechem, w którym Oleander się zakochał. Życie nie działało w ten sposób. Nie po jedenastu latach. Nie po tym, jak wyglądało ich pożegnanie.
Do Dunlap Observatory wracał wyłącznie z sentymentu, do wspomnień z przeszłości - wspomnień o Bremersie - podchodząc trochę tak, jak podchodzi się do dzieci. Niezupełnie poważnie, ale z ostrożną, cierpliwą czułością.
Przez pierwsze dwa lata po wypadku dostawał się tu taksówkami, z ciałem kompletnie nieprzyzwyczajonym do uciążliwej obecności protezy. Ale teraz prowadził już sam, pewnie i spokojnie, parkując zawsze w tym samym miejscu, z widokiem na białą kopułę budynku wyłaniającą się ponad rozległą połać otaczającej ją zieleni.
Witanie kolejnego roku własnej egzystencji - i, tym samym, żegnanie poprzedniego - właśnie w tym miejscu, wydawało mu się wyjątkowo adekwatne, bo przecież obserwatoria astronomiczne od zawsze zajmowały się przede wszystkim przeszłością. Światło potrzebowało przecież lat, dziesięcioleci, czasem całych stuleci, by dotrzeć do ludzkiego oka. Patrząc w gwiazdy, człowiek nigdy nie oglądał teraźniejszości, lecz właśnie przeszłość. Niektóre z tych gwiazd mogły już nawet nie istnieć.
Czytali kiedyś o tym wspólnie z Malcolmem w jakiejś darmowej, obserwatoryjnej gazetce i bez większego zainteresowania, o wiele bardziej zaaferowani możliwością scałowywania nawzajem z własnych warg słodkiego lukru w ukryciu przed całą resztą świata. Dziś Ollie rozumiał ówczesne odkrycia nieco inaczej, wiedząc, że ludzkie uczucia często zachowywały się dokładnie tak samo, jak światło.
Docierały do człowieka długo po tym, jak ich źródło dawno zniknęło z horyzontu.
Uzbrojony jedynie w termos z mrożoną kawą i książkę, której zapewne nawet dzisiaj nie otworzy, Oleander przecinał romb trawnika na wskroś ze wzrokiem zawieszonym na niemal eleganckiej geometrii rysującego się przed nim budynku. Bez zastanowienia zmierzał ku tej samej ławce co zawsze, za południową ścianą obserwatorium, tej samej, na której jeden, jedyny raz świętowali jego urodziny z Malcolmem. Jedli wówczas tani tort z cukierni na obrzeżach miasta (palcami, bo zapomnieli sztuciec), śmiejąc się z czegoś, czego dzisiaj Oleander nie potrafił już sobie przypomnieć. Zabawne, pomyślał mimochodem, jak pamięć potrafiła zachować smak pistacjowego kremu, zapach czerwcowego wieczoru i ciepło chłopięcego ramienia opartego o jego własny bark, jednocześnie bezpowrotnie gubiąc sens całych rozmów.
Usiadł na krawędzi ławki, odchylając głowę ku niebu, na którym zaczynały dopiero wykwitać pierwsze gwiazdy.
— Wszystkiego najlepszego, Everhart — mruknął cicho z tym rodzajem pobłażliwej autoironii, na jaki człowiek pozwala sobie wyłącznie wtedy, gdy jest przekonany, że nikt go nie słyszy.
malcolm bremers
-
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiobojętnetyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Rozpakowane kartony i porozwieszane w szafie ubrania nie budziły w Malcolmie przekonania, że wreszcie był w domu. Zdołał karmić się naiwną nadzieją, że Toronto znowu stanie się jego miejscem przez kilka tygodni, poprzedzających moment zdania kluczy i wciśnięcia ich w ręce nowych właścicieli i oszukiwał się też wygodnie nieco ponad miesiąc po samej przeprowadzce. Chociaż ściany nowego domu wydawały się trochę zbyt ciche, zbyt chłodne i niepasujące do ich rodziny, to pozwolił sobie uwierzyć, że któregoś dnia, gdy wspomni o powrocie do domu, słowo to nie odbije się nieprzyjemnym dreszczem, rozbiegającym po plecach.
Czas rzadko działał na jego korzyść — lekcję o tym powinien wyciągnąć już wcześniej, pamiętając to naiwne wyglądanie dnia, gdy wszystko samo się ułoży. Dostrzegał nawet pewną ironię w świadomości, że jako człowiek stale szukający l o g i k i, w kluczowych momentach pozwalał opierać życie na nadziei. Jak jednak można było się spodziewać Toronto wcale nie naprawiło tego, co sypać zaczęło się jeszcze w Ottawie.
Jakiś czas temu przestali przecież z Sarah m i e w a ć złe dni. Już nie były przypadkami, nie były sumą pojedynczych zdarzeń i wypowiedzianych niefortunnie słów, którymi wymieniali się tylko nad wspólnie zjadanymi kolacjami Ciche i pełne wyrzutów dni wpisały się w ich rutynę na stałe tak skutecznie, że powoli zapominał, że kiedykolwiek było inaczej. Nie pamiętał już przecież wieczorów spędzanych leniwie na kanapie, gdy wspólnie nadrabiali serial, ani tego błysku, z jakim pytała o jego dzień. Tego ciepła związanego z przekonaniem, że przebieg ostatnich godzin, spędzonych w pracy, naprawdę ją interesował. Terminy, których wówczas używał, które brzmiały jak wymyślone na poczekaniu słowa, przyjmowała zawsze ze skinieniem głowy, w rozczulający sposób udając, że ją to interesuje.
On też już nie pytał i się nie starał. Budziło to w nim cały ogrom frustracji, z którą nie umiał sobie poradzić. Chciał zmian, ale zamiast cokolwiek ułatwiać, stale obierał przeciwną stronę, poświęcając Sarah znikomą dawkę swojej uwagi. Czas w ciągu dnia zawsze rozkładał tak, by w domu, ze swoją żoną, spędzić go jakoś możliwie najmniej. Nie chciał być tym, który pierwszy wspomni o rozwodzie, nawet jeśli coraz częściej postrzegał to jako rozwiązanie ściągające nie tylko ten egoistyczny ciężar. Wiedział, że i sama Sara musiała mieć dość sytuacji, w której się znaleźli, ale znikoma ilość szans na poważną rozmowę, odsuwała ich od przyznania tego na głos.
Ten dzień prawie nie różnił się od pozostałych, gdy w głowie rozkładał czas na godziny, analizując, jak zapełnić sobie przestrzeń między pracą a snem, by uniknąć dzielenia jej z Sarah, w towarzystwie niewygodnej ciszy. Mógł spędzić popołudnie z siostrą, zamawiając jedzenie z jednej z ulubionych knajpek, siedząc nad małym stolikiem w jej mieszkaniu. Mógłby wtedy z wygodnym uśmiechem, odbijać wszystkie te pytania, które wydawały się niewygodne, pamiętając okazjonalnie, by nie przeczesywać palcami włosów w tym nerwowym geście, który zawsze ujawniał nieco zbyt wyraźnie, zdenerwowanie rozchodzące się po ciele Malcolma.
Kiedy wracał do Toronto, nie spodziewał się, że miejsce będzie aż tak oddziaływać na wspomnienia — że nagle tak irytująca okaże się ta kalendarzowa siedemnastka, którą kojarzył tylko z jedną osobą, z jednym uśmiechem, który regularnie nawiedzał go we wspomnieniach i żalem kumulującym się gdzieś wewnątrz za każdym razem, gdy w głowie odtwarzał te szczeniackie zarzuty i pretensje, Nie umiałby jednoznacznie określić, czy bardziej myśl o spotkaniu wydawała się nieunikniona i konieczna, czy pożądana. Po prostu żyła gdzieś w odmętach świadomości Malcolma, dając poczucie pozornego przygotowania na ten dzień — na spotkanie pozbawione dźwięku jego śmiechu, który czasami tłukł się po głowie Bremersa i — co mimowolne zakładał — podobnie niezręczną rozmowę, jak niezręczne bywały jego ostatnie, życiowe interakcje.
Wysiadał z auta z mieszaniną wstydu i przekonaniem, że powinien wyciszyć sentymentalną część swojej osobowości. Mógł nie spodziewać się tego spotkania, gdy jego kroki mimowolnie kierowały się w stronę ławki, wiążącej się z całą masą najróżniejszych wspomnień, ale nie zmieniało to poczucia, że robił coś nie tak. Jakby łamał dane komuś (sobie? swojej żonie?) słowo. Walczył z tą świadomością przesuwając wzrokiem po budynkach, które mimo upływu lat, prezentowały się prawie tak, jak to zapamiętał. Żałował, że nie wziął ze sobą książki, laptopa, czy czegokolwiek innego, bo myśl, że usiądzie tam i pozwoli wspomnieniom swobodnie dryfować — jak wtedy, gdy w środku nocy walczył z bezsennością — wydawała się przerażająca.
Lęk zniknął jednak w momencie, gdy spojrzenie niebieskich oczu, wylądowało na szerokich plecach mężczyzny. Plecach, które równie dobrze mogły należeć do kogokolwiek innego. Przyspieszone bicie serca nie musiało być uzasadnione obecnością osoby, którą c h c i a ł spotkać.
Skoro jednak tak, czemu wiedział, że to Everhart, zanim ten odchylił głowę i potwierdził to jednym, prostym zdaniem?
— Planowałem powiedzieć to samo — przyznał nienaturalnie lekkim i swobodnym tonem, siląc się na nonszalancje, która wcale do niego nie pasowała. Wydawało się to jednak lepszym sposobem na powiedzenie mu cześć. Wykonał zaraz potem dwa kroki do przodu, zatrzymując się w niezręcznej pozycji, która zdradzała, że planował usiąść tuż obok. — Mogę? — zapytał ostatecznie, oddając mu możliwość decyzji, czy chciał w ogóle jego towarzystwa, czy może spotkanie go, nawet po jedenastu latach, nie znajdowało się na szczycie listy rzeczy, na jaką urodzinowy Oleander miał ochotę.
oleander everhart
-
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osobaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Być może właśnie którąś z tych teorii łatwiej byłoby wyjaśnić to, co działo się tego wieczoru. Albo po prostu założyć, że Oleandrowi figla płatała aktualnie wyłącznie jego własna wyobraźnia — skażona sentymentem, wieloletnią tęsknotą i datą widniejącą dziś w kalendarzu — rysując sylwetkę Malcolma z wyrazistością tak doskonałą, że aż mało prawdopodobną.
Gdyby ktoś, kiedyś, zapytał go o ten właśnie moment, Oleander pewnie próbowałby się podeprzeć względnie romantyczną wersją wydarzeń, mówiąc, że przeczuł Malcolma w kościach, zanim jeszcze go zobaczył. Że rozpoznał jego obecność gdzieś pomiędzy szelestem klonowych liści a cichym oddechem czerwcowego wieczoru. Że zanim usłyszał jego głos w przestrzeni nad własnym barkiem, już wiedział, co zaraz się wydarzy.
Prawda była jednak znacznie mniej poetycka, bo zagubiony gdzieś pomiędzy własną wyobraźnią a firmamentem, Everhart opuścił wzrok z ciemniejącego nieba dopiero wtedy, gdy znajomy, i zaskakująco spokojny głos przeciął panującą wokół ciszę.
— Planowałem powiedzieć to samo.
W ostatnich latach tembr głosu Malcolma obniżył się może o pół oktawy, nabierając tej matowej chrypki, która przychodzi z wiekiem, permanentnym niewyspaniem i latami wypowiadania na głos zdań, których nigdy nie przychodzi wypowiadać nastolatkom. Mimo to, Oleander rozpoznał go natychmiast. Bo dźwięk, podobnie jak zapach czy dotyk, należał wszak do tych rzeczy, których pamięć nie wypuszcza ze swych objęć tak łatwo, choćby nawet człowiek świadomie starał się zostawić je za sobą.
Objął Malcolma spojrzeniem, rejestrując tym samym, że szatyn równocześnie nie zmienił się wcale.
I zmienił się całkowicie.
Nadal przechylał głowę lekko w bok tak, jak robił to zawsze gdy nie był czegoś pewien. Nadal stał z ciężarem ciała przeniesionym bardziej na jedną nogę niż drugą. Był podobnego wzrostu, i nie zmieniła się też nadto jego sylwetka, choć zmężniał, na kartkach kalendarza ewidentnie porzuciwszy rachityczność młodzieńczego ciała.
Było jednak coś innego w jego spojrzeniu, jakaś uważność i cień zmęczenia. Oprócz tego, zmienił się sposób, w jaki układał włosy i krój ubrań, zdradzający teraz kogoś, kto przez ostatnią dekadę nauczył się funkcjonować w świecie dorosłych.
A jednak, bez cienia wątpliwości, był to Malcolm. Ten sam, który zagadnął go na imprezie u wspólnych znajomych, w zadymionej kuchni rozmiarem przypominającej bardziej schowek na szczotki. Ten sam, który szybko zamieszkał między wersami jego ulubionej piosenki The Killers, którą to Oleander katował na okrągło na słuchawkach starego iPoda zakochując się w szatynie. Ten sam, którego pewnego popołudnia Ollie chwycił za rękę na pustym parkingu przed kinem, oglądając się przez ramię, czy przypadkiem nikt nie rejestruje wzrokiem tego niewinnego gestu. Ten sam Malcolm, z którym Everhart planował przyszłość z właściwą dziewiętnastolatkom naiwnością, wierząc, że wystarczy bardzo czegoś chcieć, by świat sam dopisał szczęśliwe zakończenie.
We wzroku bruneta mieszały się dwie skrajne emocje. Zaskoczenie właściwe ludziom spotykającym duchy. I ulga tak absurdalna, że aż trudna do uzasadnienia. Jakby właśnie do głosu triumfalnie doszła ta jego część, która przez jedenaście lat uparcie odmawiała pogodzenia się z myślą, że to już naprawdę koniec ich wspólnej historii.
- Mogę?
O ile Ollie dobrze pamiętał, w przeszłości żaden z nich nie pytał drugiego o pozwolenie. Podejmowali decyzje za siebie nawzajem nagminnie, i bez zastanowienia. Czasem odnośnie tego, co zjedzą na kolację, albo co włączą na ekranie śnieżącego telewizora w pokoju Bremersa. Czasem odnośnie tych ważnych, dużych rzeczy: Malcolm wyjechał, Oleander został. I każdy był przekonany, że postępuje właściwie.
Dzisiejszy Malcolm pytał. I chyba właśnie to poruszyło Olliego najmocniej.
— Jasne. — Słowa przecisnęły się przez jego gardło jak ość, którą próbuje się wypluć by móc znowu oddychać. Zaraz potem pokręcił głową bardziej w reakcji na niedorzeczność całej sytuacji niż na cokolwiek, co padło między nimi. Uszczypnij mnie, Mal, przemknęło mu przez myśl. Uszczypnij mnie, żebym wiedział, że nie śnię.
Oprócz tego, na język cisnęły się dziesiątki pytań. Co tu robisz, Malcolm?
Wróciłeś? Kiedy?
Zamiast wypowiedzieć którekolwiek na głos, Oleander tylko uniósł lekko trzymany w dłoni termos. Mimo czerwcowego upału, nadal miał na sobie długie spodnie, skutecznie ukrywające linię protezy, kiedy stał, ale nie wtedy, gdy siedział. Wolna ręka pobiegła ku udzie, wygładzając materiał spodni odruchem tak automatycznym, że sam zdał sobie z niego sprawę dopiero po chwili.
— Kawy? — Zapytał, jakby dla odwrócenia uwagi, spojrzeniem wskazując stojący obok kubek. — Ale mam tylko jeden. — Uśmiechnął się przepraszająco, choć być może nie było jeszcze jasne, do czego właściwie się odnosił. Miał przecież tylko jedno serce. Jedną duszę. Jeden umysł. I jedno życie, na zawsze już naznaczone ledwie widoczną z zewnątrz rysą pozostawioną przez obecność Malcolma. I przez jego zniknięcie. — Mam tylko jeden kubek.
malcolm bremers
-
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiobojętnetyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie dostrzegał tej desperacko poszukiwanej pewności chwilowo wcale. Nie było jej przecież nawet w tych kilku pojedynczych, wypowiedzianych w kierunku Oleandra słowach. A potrzebował poczuć się trochę bardziej, jak ten dawny Malcolm, pozbywając się wiszącego nad nim nieprzyjemnie wniosku, że Ollie nie polubiłby t e j wersji Bremersa. Jak miałby, skoro Mal sam jej nie lubił już wcale?
Czuł tak desperacką potrzebę przestąpienia z nogi na nogę pod wpływem jego wzroku, że drgnął nieznacznie, ostatecznie jednak zamierzając.
Nie było to długie, czy oceniające spojrzenie, ale sam fakt, że oczy Oleandra przesuwały się z taką uważnością wystarczył, by Malcolm poczuł się prawie nieswojo. W ten dziwny, znajomy i przyjemny spokój, będący jednocześnie tak bardzo niespodziewany i zupełnie mu obcy. Zdołał jednak — chociaż nie dałby sobie za to
Cisza, która między nimi zapanowała, może i nie trwała długo, ale nie musiała. I bez tego rozciągnęła się nieznośnie, sprawiając, że zadane mu pytanie wydało się jeszcze bardziej nie na miejscu. Gdyby nie zapytał o pozwolenie usiadłby już dawno, odrywając wreszcie spojrzenie, którym tak machinalnie sunął po jego sylwetce, wyłapując niuanse, które uległy zmianie za sprawą mijającego czasu. Nie przesunął jednak spojrzeniem na tyle nisko, by wyłapać lekko odgnieciony materiał, zdradzający, że dorosłość przygniotła go nieco mocniej, niż zrobiła to z Malcolmem.
Drgnął, gdy w końcu padło to jedno słowo, zwalniające go z konieczności stania dalej w tej niewygodnej pozycji. Usiadł obok, wyciągając nagle niezręcznie nogi na wydeptanym kawałku trawy, nabierając niespiesznie wrażenia, że wszystko w nim było spięte i nienaturalne. Wiązał to uczucie z dorosłością, bo poznał je już kilka lat temu. Nigdy jednak nie towarzyszyło mu ono podczas spotkań z Olliem — te dzień stanowił niewygodny wyjątek.
A kiedy Malcolm chwilami zastanawiał się nad tym, jak mogłoby wyglądać ich spotkanie po latach, nigdy nie było t a k i e. Mogło być pełne żalu, czy niezręczności, ale nie było pozbawione słów. Przy nim jednym, znajdował je z dziecięcą łatwością i układał w zdania bez wahania, formułując na głos najbardziej przypadkowe wnioski, swoje uczucia i pragnienia, których nie udało się nigdy zrealizować.
Po kilku chwilach zawieszenia, gdy jego wzrok sunął po krajobrazie znajdującym się tuż przed jego nosem, przekręcił w końcu głowę w jego stronę, chcąc coś powiedzieć. Po rozchyleniu nieznacznie warg z jego ust nie wypadły wcale słowa, a nerwowy śmiech, pozwalający zakładać, że chociaż Mal dostrzega w tej sytuacji cokolwiek zabawnego.
— Byłbym zaskoczony, gdybyś miał dwa — podsumował wreszcie tak luźno, jakby umiał żartować, jakby czuł się teraz swobodnie i jakby umiał wykrzesać namiastkę dawnego Malcolma. Wyciągnął jednak rękę po ten termos, chociaż doskonale wiedział, że nie ma ochoty na kawę. Gdyby mu odmówił, uciąłby jedyny temat, który w tej chwili między nimi wypłynął. Łapał się tych ochłapów chwilowo nieco nerwowo, oszukując się wygodnie, że potrzebowali przeskoczyć jedynie pierwsze dwa stopnie, zanim zdołają wdrapać się po pozostałych schodkach.
Kiedy przejął termos, zakołysał nim w pierwszej chwili lekko, zanim uniósł go do ust i przycisnął je do metalowej powierzchni, upijając łyk kawy. Zbyt gorzkiej i zbyt mocnej jak na gust Malcolma.
Chciał w tym momencie dodać za to coś wartościowego, co wyjaśniłoby jego obecność może nie tyle na tej ławce ile w samym Toronto. Nie umiał wskazać jednak, od czego właściwie miałby zacząć swoją historię. Od przeprowadzki do miasteczka, nowej pracy, od żony, z którą nie rozmawiał? Może od pytania, czy w ogóle chciał tego słuchać? Nie mógł brać takich rzeczy za pewnik — nawet jeśli cholernie chciał.
— Powinieneś zapytać, co właściwie tu robię. Ja bym zapytał — przyznał nagle, zaskakując tym trochę samego siebie. Nie tą potrzebą uporządkowania rzeczywistości i próbą znalezienia wyjaśnienia. Mal był logiczny do bólu, więc potrzeba szukania wyjaśnień, nie była obcą Oleandrowi cechą. Malcolm nie miał jednak na te pytania przygotowanej odpowiedzi, więc wystawiał się tym sposobem na wyjaśnienia, zahaczające niebezpiecznie o prawdę. Chciał jednak, żeby go to jakoś interesowało, żeby przyznał, że szuka na to jakiejś logicznej odpowiedzi i przypadkowa obecność Malcolma na tej ławce była czymś, co potrzebował wyjaśnić.
oleander everhart