ODPOWIEDZ
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Grudzień 2022

Zima na dobre zagościła w Toronto, a ulice, chodniki, budynki i samochody przykryła gruba warstwa śnieżnego puchu. Biel spowiła całe torontońskie przedmieścia, gdy August leżała w mieszkaniu na kanapie i kompletnie nie miała na siebie żadnego pomysłu. A ponieważ leżenie i gapienie się w sufit zaczynało jej już działać na nerwy, postanowiła podnieść się z łóżka, ruszyć do kuchni i upiec muffinki oraz ciastka dla pracowników szpitala, do którego ostatnimi czasy coraz częściej uczęszczała po ostatniej operacji. Tej, po której dorobiła się dodatkowych metalowych części wspomagających jej biodro i cały ten skomplikowany proces zwany poruszaniem się bez wyglądania jak źle złożony mebelek z Ikei. Walczyła z Ewing sarcomą, odkąd ledwie skończyła szesnaście lat, a po wielu latach walki, z małymi przerwami na złapanie oddechu i udawanie, że wszystko jest absolutnie w porządku, w końcu kilka miesięcy wcześniej miała okazję uderzyć w ten cholerny dzwon, ogłaszając całemu światu - no dobra, rodzinie, swojemu przyjacielowi i szpitalnemu personelowi... że pozbyła się tego cholerstwa. Chciała chwytać dni i noce tak, jak robiła to przez ostatnie lata - jakby każda mogła być jej ostatnią. Bo nigdy nie było nic wiadomo. Życie stało pod jednym wielkim znakiem zapytania, a Winters? Ona chciała obok niego stawiać wykrzyknik. MNÓSTWO wykrzykników.

Więc kilka godzin po tym, jak zaczęła pichcić, miała już ze sobą dobre trzy blachy wypieków. Owinęła je starannie, wskoczyła pod prysznic, przebrała się, a potem zamówiła Ubera. Po jakichś trzydziestu minutach była już w szpitalu, gdzie przywitała się z personelem, ułożyła ciacha, tłumacząc każdemu, co jest czym i dlaczego absolutnie powinno się tego spróbować, po czym zapytała, gdzie znajduje się jej fizjoterapeuta, Kenneth Black. Zajebiście przemiły facet. Taki, który nie raz wybijał jej z głowy ociąganie się i patrzył na nią tym swoim spojrzeniem mówiącym - Winters, nawet nie kombinuj... Bardzo chciała mu powiedzieć, żeby przypadkiem nie przeoczył tych rarytasów, które im zaserwowała. Pielęgniarka Smith wskazała, gdzie się znajdował, a August, pomimo wszelkich rozsądnych zasad mówiących, że może jednak nie powinna hopsiać po szpitalnym korytarzu, zahopsała sobie w stronę sali. Tylko zanim zdążyła tam dojść, Kenneth wyszedł na korytarz.

I cóż...

Nie widziała go dawno w takim stanie. Wyglądał na zirytowanego i zmartwionego jednocześnie, co w jego wykonaniu oznaczało mniej więcej tyle, że ktoś doprowadził go do granic cierpliwości, ale jeszcze nie było świadków, więc nie mógł legalnie udusić tej osoby smyczą od identyfikatora. - Kenneth? Wszystko dobrze? - zapytała, marszcząc brwi, a on rzucił na nią spojrzeniem i odpowiedzial, - August, co ty tu robisz?
- Och, przywiozłam ciastka. Dla was. Chciałam się upewnić, że się na nie załapiesz - odparła z szerokim uśmiechem. Kenneth położył dłoń na jej ramieniu. - August, dzięki. Naprawdę przyda mi się przerwa, ale słuchaj… zrób mi przysługę. - Podrapał się po tyle głowy i rozejrzał, jakby sprawdzał, czy nikt ich nie podsłuchuje. - W środku jest chłopak. W twoim wieku. Nazywa się Oleander Everhart. Stracił nogę na służbie. Weź, daj mu tego… - machnął ręką w stronę całej jej osoby, unosząc brew - tego czegoś. I nakłoń go, żeby ze mną współpracował. Dzięki! - Rzucił to tak szybko, że August nawet nie zdążyła zamrugać, a on już ruszył w stronę pielęgniarek. - Ale…! - zaczęła, ale Kenneth zniknął w nicości szpitalnego korytarza. No pięknie... - Eh… no dobra - westchnęła do siebie.

Wyjrzała przez małe okienko w drzwiach i zobaczyła chłopaka siedzącego w pomieszczeniu. Przez chwilę tylko mu się przyglądała, a potem wzruszyła ramionami i otworzyła drzwi, jak gdyby nigdy nic.
- And for youuuu I keep my legs apart, and forget about my tainted heart- zaśpiewała pod nosem, udając, że kompletnie go nie widzi. Wyciągnęła lizaka z kieszeni, rozwinęła go z papierka i wsadziła sobie do ust, po czym bez żadnego ostrzeżenia usiadła obok niego z impetem. Dopiero wtedy przesunęła głowę w dramatycznie teatralny sposób i spojrzała na niego. Najpierw zerknęła na jego nogę. Potem na tę drugą, amputowaną od kolana w dół. Następnie uniosła spojrzenie i przyjrzała mu się dokładniej, zatrzymując wzrok na jego brązowych tęczówkach. Przesunęła lizaka w bok, żeby móc mówić z patykiem w buzi. Welp, trochę niewyraźnie, ale co tam. - August jestem… Widziałeś może typka, który niezbyt chętnie współpracuje z panem Blackiem? - Zmrużyła oczy, wyjęła lizaka z ust i wysunęła go w jego kierunku, zatrzymując dosłownie przed jego ustami. - Śmietankowo-jagodowy. Zajebisty. Spróbuj. Polecam. - Uśmiechnęła się szeroko, w dalszym ciągu trzymając tego cholernego lizaka przed jego twarzą. Everhart miał właśnie możliwość poznać się bliżej z zamiecią śnieżną, jaką była August Winters.

just lick it
29 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oleander Everhart nigdy wcześniej nie miał większego problemu ze szpitalami, od dziecka traktując je jak taką część własnej rzeczywistości, której zwyczajnie nie dało się uniknąć - nie było co też się przeciwko niej buntować, czy też próbować jakoś dyskutować z jej istnieniem. Oddziały ratunkowe, izby przyjęć i całe szpitalne skrzydła poświęcone rehabilitacji przewijały się w konwersacjach prowadzonych przez Everhartów nagminnie - przy rodzinnych kolacjach, weekendowych śniadaniach, a nawet nad bardziej odświętnymi nakryciami, które z pokaźnej komody matka Ollie'go wyciągała na specjalne okazje. Czego innego (nie, nie specjalnych nakryć - rozmów o wypadkach, urazach i konieczności dochodzenia do siebie przez wiele miesięcy po ich wystąpieniu) można było się spodziewać po strażackiej rodzinie, w której przed mundurem od pięciu pokoleń nie uchronił się prawie żaden przedstawiciel męskiej linii? To, że prędzej czy później wyląduje się wśród sterylnych przestrzeni, z jakimś oparzeniem, nogą w gipsie albo ręką na temblaku, było takim samym pewnikiem, jak zamiecie śnieżne w Toronto w grudniu.
Przed lipcem sam Ollie też zresztą nie był na oddziale ratunkowym Mount Sinai kompletnym nieznajomym. Przy jednej akcji, dosłownie w pierwszych miesiącach pełnoprawnej służby w strażackim zastępie, dorobił się dość paskudnego urazu nadgarstka. Przy innej - podtruł się dymem, i potrzebował przeczekać noc na obserwacji na wypadek, gdyby konsekwencje zatrucia okazały się poważniejsze, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Teraz jego pobyt w szpitalu miał zupełnie inną wagę, zupełnie inne znaczenie, i zupełnie inną długość - rozpocząwszy się latem, i ciągnąc się aż do zimy, choć od paru miesięcy Oleandra przynajmniej wypuszczano do domu na noc.
W grudniowym wystroju kliniki było coś szczególnie okrutnego — jakaś parszywa ironia skryta w tych wszystkich lampkach rozwieszonych przy recepcjach, w papierowych gwiazdkach przyklejonych do szyb oddziałów, w ściszonych taktownie wersjach popularnych świątecznych piosenek sączących się z radiowęzła gdzieś nad głowami pacjentów. Jakby personel szpitala uparcie próbował wmówić temu miejscu, że nadal należało do świata żywych i zdrowych, choć przecież pachniało głównie środkami dezynfekującymi, zmęczeniem i strachem.

A sam Ollie? Cóż. On pachniał teraz głównie potem i irytacją.

Ubrany w wyciągnięty wygodny, biały tiszert i szare, dresowe spodnie podwiązane niewprawnie tam, gdzie kiedyś było jego ciało siedział na kozetce wskazanej mu - jak zawsze - przez rehabilitanta. Ramiona miał skrzyżowane na piersi; zdrową nogę - wyciągniętą przed siebie; protezę porzucił zaś gdzieś w zasięgu ręki, pod takim kątem, jakby przedmiot był niechcianą lalką odrzuconą przez rozpieszczone dziecko. Kenneth Black mówił do niego od dobrych trzydziestu minut, a Ollie z równą konsekwencją ignorował połowę jego zaleceń. Nie potrzebował kolejnych ćwiczeń. Nie potrzebował nauki „adaptacji”. Nie potrzebował słuchać, że bla bla bla proces wymaga czasu.

Bo to właśnie czas był chyba największym problemem, płynąc dalej, podczas gdy prawdziwy Oleander utknął pod zgliszczami tamtej lipcowej nocy, zastąpiony przez jakąś swoją nieudaczną, wybrakowaną wersję.

— Ollie, jeśli dalej będziesz przeciążał biodro, za trzy miesiące wrócisz tu z jeszcze większym problemem — rzucił wcześniej Kenneth tonem człowieka, który znajdował się o jeden oddech od użycia przemocy fizycznej, na co brunet zapewnił go, że to sobie zapamięta. A następnie, ostentacyjnie, kompletnie zapomniał o przestrodze rehabilitanta jeszcze zanim ten zdążył skończyć zdanie, i wyjść z sali, chyba po to, żeby poćwiczyć medytację, ćwiczenia oddechowe, i trochę ochłonąć.
Kiedy drzwi otworzyły się ponownie, Ollie był zatem święcie przekonany, że to znowu Kenneth, który wraca kontynuować ich małą wojnę pozycyjną. Już nawet nabrał powietrza, gotów uraczyć mężczyznę kolejną złośliwością — ale zamiast fizjoterapeuty, do pomieszczenia wpadł jakiś nieznany mu dotąd, zimowy piorun kulisty. Żywy, kolorowy i rozśpiewany.
Brwi Oleandra uniosły się minimalnie, gdy dziewczyna przemknęła przez salę z energią huraganu ze śniegiem nadal topniejącym na jej butach, niosąc z sobą powiew chłodnego powietrza, ale i zapach cukru i wanilii. I z jakiegoś absurdalnego powodu ten właśnie zapach uderzył Everharta mocniej niż szpitalna sterylność.
Przez przedłużony moment, Ollie patrzył na dziewczynę bez słowa — na sposób, w jaki po prostu zajęła miejsce obok niego, jakby znali się od lat; na jej jasną dłoń; na lizaka trzymanego przez blondynkę w palcach, którego podetknęła Oleandrowi niemal pod sam nos, w oczekiwaniu, że co? Że brunet tak po prostu go poliże?
Zebrawszy w myślach wszystkie te fakty, Oleander zaskoczył nawet samego siebie, momentalnie parskając krótkim, niedowierzającym śmiechem (pierwszym od wielu dni).
— Jezu Chryste — mruknął pod nosem, kręcąc powoli głową — Kenneth naprawdę jest już aż tak zdesperowany?
W jego głosie nadal tkwiła jakaś szorstkość, ale wypadła mniej groźnie, niż początkowo planował, zabarwiona głębokim zmęczeniem. Przez chwilę jeszcze mierzył August ostrożnym spojrzeniem, przyzwyczajony, że każda nowa relacja zawarta w ostatnich miesiącach i tak zawsze kończyła się dla niego współczuciem albo litością. Ale dziewczyna nie wyglądała, jakby przyszła go naprawiać. Gorzej. Sprawiała wrażenie, jakby - z jakiegoś niezrozumiałego dla Oleandra powodu - naprawdę chciała się zaprzyjaźnić.
- Jestem pewien, że zajebisty - Westchnął cicho, szykując się do kłamstwa: - Ale mam uczulenie na jagody.

august winters
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Winters nie oczekiwała, że będzie łatwo. W żadnym wypadku! Zdawała sobie sprawę, że jej przeciwnik nie będzie kimś, komu mogłaby sprostać tak o, bez żadnych zbędnych przeszkód. Jej urok osobisty nie zawsze wygrywał ludzkie serca, ponieważ natura jej osobowości zostawiała wiele do życzenia. To nie tak, że August miała problemy z poznawaniem ludzi… ba! Nie miała żadnego problemu. Rzadko kiedy się rumieniła, zastanawiała nad następnym krokiem, analizowała jakiekolwiek gesty albo to, co powinna powiedzieć, żeby zabrzmiało taktownie lub odpowiednio względem sytuacji, w której akurat się znajdowała. Uważała, że to była jedyna w swoim rodzaju strata czasu i kompletne jego marnotrawstwo.
Dlatego też, gdy już wparowała do tego pomieszczenia, które samo w sobie sprawiło, że ciarki i gęsia skórka postawiły jej skórę na dęba, rozejrzała się tylko pobieżnie, zanim jej oczom ukazał się ten smutno wyglądający mężczyzna. Nie miała ochoty na żadne zabawy. Chciała przejść do rzeczy, wybadać, o co dokładnie mu chodziło, jaka była jego historia. Widziała, że stracił część nogi… w jakim wypadku albo dlaczego, tego już nie wiedziała, jednak miała świadomość, że Kenneth miał z nim nie lada problemy, a ona nie zamierzała przechodzić obojętnie obok irytowania jej ulubionego fizjoterapeuty.

Zajmując ‘swoje’ miejsce obok niego, wysunęła lizaka z buzi, wystawiając go w jego kierunku i oczekując, no, żeby go polizał. W końcu zajebisty smak, kto mógłby mu się oprzeć? Już nie wspominając o fakcie, że przed chwilą miała go w ustach, a tego rodzaju aktywność można było prawie sklasyfikować jako buziaka. Przynajmniej w świecie August. Oh, look at you, girl. You don’t even know this sad puppy-eyed guy and you are already thinking about sharing a kiss with him. Przewróciła oczami na samą siebie, jednak w dalszym ciągu trzymała tego nieszczęsnego lizaka, gdy się odezwał. Uniosła brew, mrugając kilkakrotnie, zanim wydobyła z siebie oburzone westchnienie. - Wypraszam sobie! - rzuciła, zanim od razu dodała, - Powinieneś się cieszyć moim towarzystwem, bo jestem w tym szpitalu rozchwytywana. - Za moje wypieki i niewyparzoną buzię, która dostarcza personelowi rozrywki, już nie dokończyła, ale miała to na myśli, więc również się liczyło. Zmarszczyła nos, wpatrując się w jego ciemne tęczówki z nadzieją, że ten koleś, który z początku wyglądał dosłownie jak jakiś grumpy cat, w końcu się uśmiechnie… nie wiem, poczęstuje lizakiem, którego w dalszym ciągu trzymała przed jego nosem, zadziwiając się, że jeszcze ręka jej nie ścierpła.

Uśmiechnęła się delikatnie na jego kolejne słowa, ale zaraz zmarszczyła brwi. To były już dwie odpowiedzi z rzędu, które w żadnym wypadku nie dały jej jakiejkolwiek satysfakcji. Przysunęła lizaka z powrotem do swoich ust i wsunęła go do środka, przesuwając w stronę jednego policzka tak, że patyk wystawał na zewnątrz. - Nudziarz z ciebie, wiesz? - Oparła się ramionami do tyłu i spojrzała na sufit, zanim zerknęła z powrotem na niego. - Na uśmiechanie się też masz alergię? - Zeskoczyła z kozetki i zrobiła kilka kroków wokół, zastanawiając się, jak powinna go podejść. Nie wyglądał na zbytnio zainteresowanego nowymi znajomościami, ale też nie do końca kazał jej spływać… Podskoczyła z jednej nogi na drugą, zanim odwróciła się na pięcie i podeszła do niego bardzo blisko. Aż za blisko. Oparła dłonie po obu stronach jego bioder i przysunęła się do jego twarzy. - Everhart, tak? - Uniosła brew. - Kiedy ostatnio dobrze się bawiłeś?- Zapytała autentycznie zaciekawiona. Nie obchodziły jej boundaries, nie obchodziła jej strefa osobista… mógł zaraz równie dobrze zejść przez tę swoją alergię na jagody, w którą i tak nie chciało jej się w tamtym momencie wierzyć, ale upewniała się, żeby nie dotknąć go wystającym z ust patyczkiem. Tak dla zasady, o. Jedyne, czego chciała się dowiedzieć, to czy zdecyduje się dać porwać jej pomysłowi, w zależności od swojej odpowiedzi. Czy zostanie tutaj, użalając się nad sobą i swoim życiem? Czy da się porwać wyobraźni i przygodzie, która pojawiła się w formie roztopionego lodu na podeszwach i uśmiechu planującego coś szalonego.

everhart
29 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

W ostatnich miesiącach, ludzie obchodzili się z nim (aż nader) ostrożnie.
Jak z ranną zwierzyną. Jak z otwartą raną. Jak z jakimś wyjątkowo kruchym obiektem, który mógł rozsypać się w dłoniach za sprawą jednego nieważnego dotknięcia.
Nawet, a może zwłaszcza ci, którzy kochali go najmocniej.
Matka ściszała głos gdy przekraczał próg salonu, jeszcze do niedawna na wózku, a w ostatnich dniach, żałośnie i bez większej wprawy, o kulach. Ojciec milczał w sposób sugerujący, że zwyczajnie nie wie co miałby mu powiedzieć; ten mężczyzna, o którym zawsze mówiło się, że zwyczajnie musi mieć ostatnie słowo. Starszy brat zaczął zadawać pytania, na które wcześniej nigdy nie potrzebował odpowiedzi, a młodszy przestał zadawać je w ogóle. Koledzy z jednostki pojawiali się tłumnie przez pierwszych tygodniach oleandrowej rekonwalescencji, potem coraz rzadziej, aż w końcu ich obecność skurczyła się do wiadomości wysyłanych późno wieczorem i okazjonalnych telefonów, podczas których nikt nie wiedział do końca, o czym rozmawiać, jakby wszystkie tematy między nimi zgasły z tym samym pożarem, który nieomal kosztował Olliego życie.
Oleander nie miał im tego za złe.
Rozumiał, że próbowali być przy nim uważni, poprawni, wyczuleni na każdą rzecz, jaka mogłaby wyrządzić mu fizyczną lub emocjonalną krzywdę.
A August? August najwyraźniej nie otrzymała żadnej z podobnych instrukcji.

Patrzył, jak dziewczyna przemieszcza się po sali z energią zimowej zawiei — gwałtowną, nieprzewidywalną i całkowicie obojętną na fakt, że ktoś mógłby chcieć od niej chwili spokoju. Nawet siedząc, sprawiała wrażenie osoby będącej w ciągłym ruchu. Irytujące. Nieznośnie irytujące!
A mimo to Ollie nie potrafił zmusić się do tego, by kazać jej spadać opuścić salę rehabilitacyjną.
— Mam alergię na wiele rzeczy — odparł w końcu, obserwując, jak lizak znika z powrotem między jej wargami. Pamiętał, że w podstawówce stosowało się mniej więcej takie zasady: picie z tej samej butelki było równowartością pocałunku, a lizanie tego samego lizaka miało taką samą wagę, co przelizanie się z kimś na ławkach pod wielkim krzakiem bzu, który rósł bujnie w najdalszym kącie szkolnego podwórka. Nie przyszłoby mu jednak do głowy, że stojąca przed nim dziewczyna - młoda, na pewno, ale jednocześnie zdecydowanie pełnoletnia - mogłaby wyznawać podobne zasady. — Na jagody. Koty. Na ludzi z niepokojącą ilością neurotycznej energii...
Kącik jego ust drgnął minimalnie. I mimowolnie. Może w ramach uśmiechu. A może tylko za sprawą skurczu zmęczonego mięśnia. Everhart sam nie był pewien.

Gdy dziewczyna zeskoczyła z kozetki i zaczęła krążyć po pomieszczeniu, śledził ją wzrokiem z rezygnacją osoby szykującej się na koniec świata. I z taką samą miną przywitał jej zdecydowanie zbyt bliską obecność, gdy wpakowała się prosto w jego sferę osobistą bez zapowiedzi i prośby o pozwolenie. Mięśnie jego ramion napięły się odruchowo.
Jeszcze kilka miesięcy temu, pracując w środowisku, w którym ludzie nie tylko notorycznie zmuszeni byli do praktycznej bliskości na akcjach i ćwiczeniach, ale i z codziennym, zawodowym stresem radzili sobie za sprawą żartów i przekomarzań, które za nic miały sobie prywatność, nie zwróciłby na podobny gest większej uwagi. Teraz jednak każdy człowiek naruszający jego przestrzeń wywoływał ten sam nieprzyjemny odruch czujności. Jakby ciało Oleandra nieustannie spodziewało się kolejnej inwazji, kolejnego badania, kolejnego współczującego spojrzenia, kolejnej rozmowy o tym, jak bardzo wszystko się zmieniło. Tylko, że August Winters nie patrzyła na niego jak lekarze i zmartwieni bliscy, a wyłącznie tak, jakby usilnie starała się rozwiązać jakąś wyjątkowo irytującą zagadkę.

Kiedy ostatnio dobrze się bawiłeś?


Pytanie uderzyło go z siłą zupełnie nieproporcjonalną do swojej prostoty. I przez chwilę był przekonany, że odpowie od razu: W zeszłym tygodniu. Miesiąc temu. Przed operacją. Przed wypadkiem.
Ale zamiast konkretnych odpowiedzi, pojawiło się tylko niemożliwe do ubrania w słowa wspomnienie.
Lutowy mróz szczypiący w policzki na placu przed remizą. Czyjś śmiech odbijający się echem od ścian strażackiego hangaru. Kubek kawy pozostawiony na stole podczas nocnego dyżuru. Zmęczenie, które nie wiązało się z fizycznym bólem. Dwie nogi. Dwie sprawne nogi, za które nigdy nie musiał być wdzięczny. Dopiero teraz zrozumiał, że nie pamięta, kiedy po raz ostatni myślał o czymkolwiek innym.
Powoli wypuścił powietrze z płuc.
— Nie pamiętam — Odparł ze szczerością, którą zaskoczył nawet, a może przede wszystkim, samego siebie. Zawiesił na dziewczynie wzrok, w którym malowało się oczekiwanie zmieszane z rezygnacją. Proszę, skapitulował. W obliczu jej niezachwianej determinacji, by jakoś przebić się przez ten twardy mur, którym odgradzał się od świata. Zabawne, Winters ewidentnie nie musiała nawet aż tak bardzo się starać.
W końcu przełknął ślinę, wraz z jakimś kąśliwym i niepotrzebnym komentarzem.
— Ale zakładam... — dodał ciszej. — Że nie pytałabyś, gdybyś nie miała jakiegoś pomysłu na to, jak to zmienić.
Nie wyglądała mu w końcu na osobę, która pytałaby ot tak, z nudów albo tylko dla zasady.

august winters
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Może I Kenneth rzucił ją na pożarcie w sidła tego chłopaka, który za każdym razem, gdy do niego mówiła wyglądał jakby wzrokiem mógłby zabić. No, ale cóż. Lubiła wyzwania, a jeżeli mogła sobie tą przysługą zapunktować u swojego ulubionego fizjoterapeuty… to co jej szkodziło, no nie?
Zamrugała kilka razy, no bo musiała przetworzyć całą listę śmiertelnych zagrożeń, którą właśnie przed nią rozłożył...

Jagody. Koty. Ludzie z niepokojącą ilością neurotycznej energii...

No pięknie. Czyli miała przed sobą nie tylko ponuraka, ale w dodatku takiego z bardzo konkretnym gustem w kwestii tego, co było warte jego c i e r p i e n i a. No dobra, nie raz dawała sobie radę z cięższymi przypadkami... Wyciągnęła lizaka z ust z cichym pyknięciem i spojrzała na niego z udawaną urazą. - Wypraszam sobie. Moja energia nie jest neurotyczna - oznajmiła, unosząc dumnie brodę. - nie moja wina, że za mną nie nadążasz! - przekrzywiła głowę, mrużąc oczy, gdy zauważyła ten ledwo widoczny ruch kącika jego ust.

Och. No proszę. Czyżby pan grumpy cat jednak posiadał mięśnie twarzy odpowiedzialne za coś innego niż wyglądanie, jakby cały świat był przeciwko niem dodatkowo zostawiając rachunek za sam byt istnienia, o który de facto nikt się nie prosił???? - Oh my goooddd - wyrzuciła z siebie, wskazując na niego lizakiem z przejęciem. - Ty się prawie uśmiechnąłeś.- Uśmiechnęła się szeroko, tym bardziej zadowolona z siebie, domyślając się, że bardziej prawdopodobne było to, że zaraz spróbuje się tego wyprzeć. - Spokojnie, nikomu nie powiem. Twoja reputacja smutnego, niedostępnego typa z alergią na wszystko, co żywe, jest ze mną bezpieczna - dodała, po czym wsunęła lizaka z powrotem między usta. Tylko na sekundę, zanim znów go wyjęła i przysunęła mu znowu pod nos - na bank nie chcesz? jest yum. Swoją drogą... ładnie wyglądasz jak się prawie uśmiechasz... powineneś robić to częściej - Zsunęła się z kozetki, lądując lekko na podłodze, i zadając mu najważniejzse pytanie dnia.

‘’Nie pamiętam.’’

Przez moment tylko na niego patrzyła. No i cholera jasna, co miała zrobić z taką odpowiedzią? Zaśmiać się? Rzucić kolejnym głupim tekstem? Mogła. Pewnie nawet powinna, bo to byłoby bardziej w jej stylu. Tylko że coś w sposobie, w jaki to powiedział, odrobinę za mocno uscisnęło jej na klatce piersiowej. Wsunęła lizaka do ust i zacisnsęła je wokół niego, zastanawiając się nad odpowiedzią. Po chwili wyciągnęła go i wskazała nim na niego, podejmując decyzję za nich oboje. - No dobra. faktycznie z ciebie tragiczny przypadek - stwierdziła z pełną powagą, chociaż kącik ust drgnął jej zdradziecko. Przechyliła głowę, mierząc go spojrzeniem od góry do dołu. - Masz szczęście, bo ja, zupełnie przypadkiem, jestem specjalistką od głupich pomysłów i bardzo dobrych deserów - dodała, a po chwili nachyliła się odrobinę w jego stronę i ściszyła głos zdradzając mu sekret, - W tym szpitalu jest jedno miejsce, gdzie mają najlepsze deserki. I nie mówię tutaj o tych smutnych galaretkach, które wyglądają, jakby ktoś zrobił je z wody i cholera aż strach się bać z czego jeszcze. Mówię o samych delicacies... sernik.... tarta cytrynowa. Nieeebo w gębie, Everhart! - Odsunęła się odrobinę, ale tylko po to, żeby wyprostować się z dumą, no bo cholercia, sprzedała mu takie info! - Zabieram cię na deser. - Zerknęła na jego kule, potem znowu na jego twarz, jakby od razu chciała w jakikolwiek sposób uprzedzić każdy protest, zanim jeszcze zdąży wyjść z jego ust. - I zanim zaczniesz warczeć, że nie, że nie możesz, że to bez sensu, że Kenneth cię zabije albo że masz alergię na chodzenie po szpitalu z ładnymi dziewczynami- tutaj teatralnie odgarnęła sobie włoski do tyłu puszczając mu perskie oczko - spokojnie. Nie każę ci przebiec maratonu. - Uśmiechnęła się szerzej, a potem wyciągnęła w jego stronę dłoń. - Chodź. Pokażę ci, gdzie w tym smutnym budynku chowają something worth smiling for. - powiedziała w dalszym ciągu trzymając swoją dłoń przed nim, z nadzieją, że jednak ją za nią chwyci. Nie znał jej, to fakt, ale gdzieś w głębi serca wiedziała, że może faktycznie była najlepszą osobą… przynajmniej w tamtym okresie, aby do niego dotrzec.

everhart
29 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kolejna chwila - i kolejna, buńczuczna wypowiedź August - ponownie utwierdziły Everharta w niesłabnącym przekonaniu, że jej miejsce istotnie było w szpitalu, ale raczej w psychiatrycznym, bo dziewczyna ewidentnie do reszty postradała zmysły, i właśnie dawała temu najlepszy dowód. Bo...

Ładnie wyglądał, kiedy się prawie uśmiechał?

Powiedziała to z taką naturalnością, z tak oczywistym przekonaniem, jakby komentowała kolor jego swetra albo pogodę za oknem, nie zaś coś, czego sam Oleander od wielu tygodni kompletnie u siebie nie zauważał, przekonany, że wszelki urok osobisty i jakąkolwiek urodę, pozostawił tam, gdzie plany na przyszłość: na pogorzelisku domu, którego ratowanie kosztowało go niemal najwyższą możliwą cenę. Naprawdę trudno było mu uwierzyć, że ostało się w nim jeszcze cokolwiek ładnego - choć przed pożarem zdarzało mu się przyznać (nigdy na głos, lecz po cichu, w myślach), że może faktycznie trafił dość nieźle w genetycznej loterii, i jest w gruncie rzeczy całkiem atrakcyjnym chłopakiem. Jego hipotezę potwierdzały spojrzenia, które ściągał na siebie często na imprezach i ulicach, i ilość osób starających się czasem wślizgnąć do jego wiadomości prywatnych na Instagramie. Co więcej, i co najważniejsze, jego hipotezę potwierdzał też oczywiście Malcolm, jakkolwiek dawno nie miała miejsca ich wspólna historia.
Ale Malcolm go zostawił, a po pożarze wiadomości na Instagramie ucichły - z wyjątkiem tych z lokalnych organizacji charytatywnych, proponujących, że zorganizują jakiś kretyński piknik albo bieg w jego imieniu. Kiedy dochodził do siebie, i praktycznie nie opuszczał szpitala, ludzie nie patrzyli już na jego twarz - na jej przystojne proporcje, ostre kanty szczęki i prostą, klasyczną linię nosa dzielącą krajobraz jego oblicza w perfekcyjnej niemalże proporcji. Zamiast tego, gapili się na smutno-pustą nogawkę spodni. Na kule, o których dopiero uczył się chodzić. Na protezę, i przesadną ostrożność z jaką uczył się jej używać. W ostatnich miesiącach nikt nie zwracał uwagi na kolor jego oczu. Na trzy zagubione piegi malujące się na czubku nosa. Nikt nie mówił już o jego uśmiechu.
Bo też Ollie rzadko miał okazję go używać.
Odwrócił wzrok, bardziej odruchowo niż świadomie, jakby w ten sposób łatwiej było mu zignorować ciepło, które zupełnie nieproszone rozlało się w jego wnętrzu. Czuł, że powinien odpowiedzieć czymś ciętym. Zbagatelizować to. Obrócić w żart. Postawić między nimi jeszcze jedną cegłę muru, który od miesięcy budował wokół siebie z imponującą konsekwencją.
Tylko, jakimś cudem, nie potrafił. Jedynie cicho parsknął nosem, kręcąc głową.
— Szokujące stwierdzenie — Rzucił w końcu po chwili. — Uważaj. Jeszcze ktoś ci uwierzy.

Przez moment wydawało mu się nawet, że na tym rozmowa się zakończy, i że Winters ostatecznie jednak uzna go za przypadek beznadziejny i odpuści, tak jak prędzej czy później odpuszczała większość ludzi, zmęczona jego mrukliwością i uporem, by ze wszystkim radzić sobie samemu.
Zamiast tego August... zaprosiła go na deser.
Oleander popatrzył na nią chyba trochę tempo, jakby jego umysł potrzebował chwili, by przetworzyć fakt, że ktoś właśnie zaproponował mu coś równie absurdalnie zwyczajnego.
W swoim poprzednim życiu, zgodziłby się bez zastanowienia. Na deser, na kawę, na spontaniczny spacer przez zaśnieżone miasto. Na wyjazd za Toronto. Na udział w jakimś durnym zakładzie. Na wszystko, co pachniało życiem.
Teraz każde zaproszenie urastało do rangi decyzji wymagającej wewnętrznej narady. Jakby własny organizm należało najpierw przekonać, że świat nadal pozostaje miejscem, do którego wolno - i warto wyjść. Że nie wszystko kończy się bólem, i nie każda droga prowadzi do kolejnej straty. Że czasem deser, to po prostu... Deser. A nie akt miłosierdzia, albo sprawdzian, czy los się nad nim zlituje, czy też znów spróbuje go skrzywdzić.
Gdyby kłócił się aktualnie z rodzoną siostrą, natychmiast powiedziałby jej, żeby nie prawiła sobie komplementów, bo nie jest aż taka ładna. Problem polegał jednak nie tylko na tym, że August nie należała do jego rodzeństwa. Jeśli Ollie zaprzeczyłby jej urodzie, byłoby to nie tylko aktem zupełnie niepotrzebnej złośliwości, ale także po prostu zwyczajnym kłamstwem.
— Nie przypuszczam, żebym miał alergię na chodzenie z ładnymi dziewczynami. Po szpitalu, czy gdziekolwiek indziej — odparł z kamienną powagą — Tę przypadłość będę musiał dopiero przebadać.
Dopiero kiedy słowa opuściły jego usta, zorientował się, że właśnie... prawie zażartował. I całe szczęście, że wcześniej odmówił jej tego lizaka, bo teraz na pewno by się nim zadławił.
W wyciągniętą ku niemu dłoń wpatrywał się tak, jakby August zamiast własnych, smukłych palców, machała teraz przed nim żywym i jadowitym pająkiem wielkości obiadowego talerza. Nie chodziło o to, że bał się dziewczyny. Bał się wszystkiego, co symbolizowała jej propozycja: Wyjścia z sali na korytarz pełen ludzi; ich spojrzeń; własnego, nierównego kroku; spontanicznie podejmowanych decyzji; ryzyka, nawet jeśli wiązało się ono tylko z niewinną, szpitalną eskapadą po słodkości. Bał się, że kiedy podąży za August, na jakimś etapie dziewczyna będzie musiała zwolnić i poczekać, aż nadrobi tempa. Że będzie musiała się do niego dostosować, i wtedy zrobi to samo, co robili inni. Zacznie mu współczuć.
Kurwa, jak on tego nie znosił.

Zamiast ująć jej dłoń, sięgnął najpierw po kule. Powoli, z wprawą wypracowaną przez ostatnie tygodnie, uniósł się z kozetki, prostując swoje absurdalnie wysokie ciało z ostrożnością świadczącą, że dopiero uczy się nowego środka ciężkości. Póki co, nie fatygował się jeszcze ponownym mocowaniem protezy. Przecież jeszcze nawet się nie zgodził na całą tę jej propozycję...
— Jesteś nieznośna — Stwierdził, mówiąc bardziej do kul niż do August — Masz tego świadomość? Absolutnie nieznośna — Marudził, ale jego upór ustępował coraz bardziej, jak lutowy lód lizany regularnie przez pierwsze promienie słońca po długiej zimie. — I przysięgam, jeżeli ten sernik okaże się przeciętny... - Urwał na moment, jakby naprawdę rozważał konsekwencje. A potem, zamiast dokończyć, zapytał o wiele bardziej praktycznie, spojrzeniem wskazując rozmówczyni swoją protezę — Będę tego potrzebował?

august winters
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie należała do osób, które łatwo odpuszczały. Była w sumie żywym proof na to, że czasami upór działał cuda, bo udało jej się pokonać tamto cholerstwo kilkakrotnie. Teraz była to już tylko kwestia czekania, badań i sprawdzania, czy nie wracało jak te kilka razy wcześniej. Nie traktowała Oleandra jak beznadziejnego przypadku, a raczej jak osobę, którą chętnie mogłaby poznać, gdyby tylko jej na to pozwolił, zamiast zachowywać się jak Ebenezer Scrooge szpitala. Momentami, kiedy na niego patrzyła, miała nawet ochotę zaszlochać, ale nie pamiętała już, kiedy ostatni raz płakała, więc ciężko byłoby jej to zrobić na zawołanie. Aż tak dobrą aktorką chyba nie była?

Deser w tamtym momencie wydawał jej się najbezpieczniejszą opcją. Uwielbiała piec, kochała słodkie, a poza tym nic nie łączyło ludzi bardziej niż seks, alkohol, wspólne zainteresowania czy też właśnie… um… desery? Wszystko inne na razie odpadało, więc została jej ta ostatnia opcja i miała nadzieję, że ten na nią przystanie. Jej buzię spowił szeroki uśmiech, gdy usłyszała komplement wydobywający się z jego ust i coś, co brzmiało niemal jak żart??? - Ohoho, jejku, zaraz się zarumienię - rzuciła, chowając twarz w dłoniach na krótką chwilę. Zaraz potem jednak wysunęła dłoń w jego kierunku, chcąc zachęcić go do wyruszenia w tę jakże ekscytującą podróż po szpitalny deser.
Był interesujący.
Chciała wiedzieć o nim więcej.

Odsunęła dłoń, przyglądając się mu, gdy starał się ustać przy pomocy kuli. Uśmiechnęła się szeroko, widząc, że jednak się pofatygował i skusiła go myśl o tym jakże zajebiście smacznym deserze w szpitalnych czeluściach. - Yaddayaddiyay, blablablah - przewróciła oczami, wyduszając z siebie brzęk randomowych słów. - A ty jesteś marudny - prychnęła pod nosem. - Rób tak dalej, a zacznie mi się to podobać, Everhart. Uznam to za twój love language i wtedy co? - Uniosła brew, zakładając rękę na rękę, po czym zadowolona podskoczyła w kierunku drzwi. Jednak gdy nazwał sernik przeciętnym, dosłownie poczuła, jak nad jej głową pojawia się momentalna chmura oburzenia. Zatrzymała się w miejscu. - Jak na szpitalne standardy to jest Michelin serników! Nie tak dobry jak mój, ale też nie tak zły jak podróba z Walmartu. Musisz użyć troszkę wyobraźni, Lands, dobra? - Stwierdziła, że zacznie bawić się różnymi zdrobnieniami jego imienia i nazwiska, żeby zobaczyć, co najlepiej zasmakuje jej na końcu języka.

Spojrzała na protezę opartą obok i przez moment przeszło jej przez myśl, że może czuć się skrępowany, idąc bez niej przez cały szpital. Musieli przecież dostać się na inne piętro i trochę przemierzyć. - Hm - wydusiła z siebie, podchodząc do niego. Ukucnęła przy nim. - Tylko nie płacz - rzuciła, zerkając na niego z dołu. Wysunęła dłonie i chwyciła materiał dresu, podsuwając go troszkę wyżej, tak by miejsce amputacji było bardziej widoczne. Przyjrzała się bliźnie, która swoją drogą wyglądała według niej obłędnie, po czym wstała z uśmiechem. - Nie ma, że będziesz się ukrywać. Ta blizna? Pikuś. Ledwo kto zauważy i zwróci na ciebie jakąkolwiek uwagę, Hart. - Uniosła podbródek, zahaczyła jednym butem o drugi zsuwając je z siebie na ziemie, mrużąc oczy, po czym położyła palce na guziku i rozporku swoich spodni. Chwilę później po prostu zsunęła je z siebie, zostając w samych majtkach w kapibary XD i wysoko podwiniętych, dwukolorowych skarpetkach, bo August nigdy nie traciła czasu na szukanie skarpetek do pary. - Teraz będziesz miał godną sobie konkurencję. - Ustawiła się niczym jakiś superhero i parsknęła śmiechem, podchodząc do drzwi. Teraz sam będzie mógł zobaczyć efekty kilkunastu operacji, które przeszła. Jej blizna nie była ładna. Była zgrubiała, długa, wciąż różowo-czerwona, bo potrzebowała czasu, by wyblaknąć, ale jej to nie ruszało.
Chciała, żeby poczuł się trochę pewniej.
Ona? Ona będzie okej.

Wyjrzała za drzwi, widząc kilku pacjentów i pielęgniarzy, po czym zrobiła krok naprzód. - August Winters, czyś ty zwariowała?! - rzucił znajomy, wysoki kobiecy głos. August wygięła twarz w czymś, co wyglądało niemal jak cierpienie. - Tak, nurse Colbert? - uśmiechnęła się szeroko. - Chyba zapomniałaś dolnej części ubrania! - wyrzuciła z siebie zbulwersowana kobieta. August tylko spojrzała w dół na swoje skarpetki. - To? To… nie… piecze mnie blizna, wiesz? Mam spodnie w innej części, już po nie ideeeee. Ooo, zobacz, ktoś tam upadł i potrzebuje pomocy! - Zaczęła wskazywać palcem w zupełnie innym kierunku i jak na znak od cholera wie czego, ktoś faktycznie tam potrzebował pomocy. Wysunęła głowę zza framugi i zerknęła na Oleandra, wybuchając śmiechem. - No chodź już, a nie się ślimaczysz. Czekam!- Stanęła w przejściu, czekając, aż do niej dołączy. - Będziemy liczyć spojrzenia. Jeżeli ja wygram, to zrobisz wszystko o co cię poproszę... deal?

scrooge
29 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

To prawda. Nawet, jeśli przed wypadkiem Oleander starał się być względnie przyzwoitym obywatelem, z pewnością nie należał do świętych, i powodowany młodzieńczą ciekawością i niepowstrzymanym głodem życia sięgał po wszystko to właśnie gdy tylko nadarzała się okazja. Po alkohol, choć zawsze w raczej rozsądnych ilościach, zapewniających przyjemny, chwilowy zawrót głowy, nie zaś prowadzących do zatrucia procentami i koszmarnego kaca następnego dnia. Po seks, choć zawsze, jak to mówili, safe, sane and consensual, tylko wtedy gdy był pewien, że na bliskość taką samą ochotę miały obydwie strony, i że nie grozi im jakaś niechciana ciąża albo choroba weneryczna, która stanowiłaby wyjątkowo wysoką cenę za ulotną chwilę ekstazy. I, oczywiście, po słodycze, nawet jeśli nie robił tego zbyt często w trosce o wpływ, jaki puste kalorie miały na jego metabolizm i ogólną sprawność ciała, będącego wszak do tej pory jego głównym narzędziem pracy.
O seks i alkohol byłoby jednak w ich aktualnych okolicznościach raczej ciężko, przede wszystkim dlatego, że znajdowali się w szpitalu, i nawet jeśli Kenneth Black postarał się o to, by dano im chwilę prywatności podczas której August mogłaby choćby spróbować zmiękczyć trochę oleandrowe serce, nigdy nie wiadomo, kto zaraz wtargnąłby do sali rehabilitacyjnej, raz na zawsze burząc ten ich cenny moment jeden na jeden. Poza tym co mieliby niby pić? Płyn do dezynfekcji ran?
Największa trudność leżała jednak w fakcie, że Oleander Everhart był święcie przekonany, że już na nic z tego po prostu nie zasługuje. Na przyjemność i na frajdę, na chwile zapomnienia pomagające przez moment pozbyć się codziennych trosk, zatapiając się w rozkoszy bez zmartwień o jej konsekwencje. Przez ostatnie miesiące ciągle przypominano mu, że nie był już Oleandrem sprzed pożaru. Że musi ciągle myśleć o tym, jak chwila zapomnienia może wpłynąć na jego zdrowie. Że musi uważać, bo zapomnienie o dawce określonego leku, albo jeden nieostrożny krok mogą skończyć się poważnie. Albo wręcz tragicznie.
Poza tym za każdym razem gdy spoglądał w lustro po zwleczeniu się, jakimś cudem, z łóżka, zadawał sobie jedno i to samo, gorzkie pytanie. Kto mógłby go jeszcze chcieć? Tak wybrakowanego, tak pokiereszowanego jak zabawka z usterką, której nie dało się naprawić.
Miał dwadzieścia pięć lat i - podobno - całe życie przed sobą, w dodatku darowane mu cudem. A mimo to uparcie czuł się tak, jakby przychodziło mu teraz żyć za karę.

- Wtedy będziemy mieć problem - Zawyrokował kwaśno, bo przecież nie mógł pozwolić sobie na przyznanie, że taki scenariusz zwyczajnie by mu schlebił. Kiedyś nie dziwiło go, kiedy dziewczyny (i nie tylko zresztą), rumieniły się w jego towarzystwie i zabiegały o jego względy. Dziś, gdy otrzymywał od otoczenia głównie litość, było to limitowanym rarytasem.
Starał się nadążyć za całą tą feerią różnych zdrobnień, którymi August traktowała jego imię i nazwisko. I co? I nie nadążał. Zawsze był Oleandrem. Dla matki i siostry, czasami - z rzadka - Ollie'm. Raz czy drugi ktoś spróbował przezwać go Leo, i szybko zrezygnował, widząc niepewne skrzywienie wykwitłe na twarzy bruneta, przekonanego, że taka forma imienia zwyczajnie do niego nie pasuje. Zostawiał ją DiCaprio.
Ale Lands? Hart!? Skąd ona to wszystko, na miłość boską, brała?
Nie bez przerażenia rejestrował, jak dziewczyna kuca przed nim i wyciąga dłonie ku miejscu, w którym kiedyś miał łydkę, a teraz znajdował co najwyżej ból fantomowy i tęsknotę. Wmurowało go za bardzo, by mógł w porę zareagować (jak widać, swój refleks strażaka pochował wraz z karierą pod zgliszczami tamtego domostwa, które tak się starał uratować...), więc tylko wpatrywał się dość tępo w jej kolejne zabiegi i sposób, w jaki zapoznawała się z jego blizną. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła ją jego matka, minę miała taką, jakby właśnie skończył się jej cały świat. Twarz jego ojca pozostawała natomiast kamienna - co było chyba jeszcze gorsze, bo Oleander nie potrafił zgadnąć, jakie myśli kłębiły się w głowie rodziciela, ale domyślał się, że żadne pozytywne.
Ale Winters? Winters wyglądała jakby była pod wrażeniem chirurgicznej precyzji, z jaką połączono rozszarpane tkanki.
- Jesteś nienormalna - Powiedział w końcu, i jak na potwierdzenie jego własnych słów stanął zaraz twarzą w twarz z... yyy... ze stadem kapibar? Wszystko działo się zbyt szybko żeby był w stanie przetrawić, co tak naprawdę August próbowała zrobić, wiedząc tylko jedno: że jeszcze przed chwilą miała na sobie komplet ubrań, a teraz stała przed nim w bieliźnie i skarpetkach, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby wcale nie poznali się pięć minut temu. Jak gdyby bynajmniej nie byli dwojgiem obcych sobie ludzi. Na. Szpitalnym. Oddziale. - Czyś ty... - zgłupiała?, zamierzał zapytać, ale urwał w połowie gdy dziewczyna ruszyła przed siebie, odwracając się tym samym ku niemu pod innym, nowym kątem. I wtedy też jego wzrok padł na jej własne zbliznowacenia, biegnące wzdłuż ciała jak brzydki, jadowity w barwie wąż. Chryste. Oleander nie był pewien, jaką tkankę empatii poruszył w nim właśnie ten widok, ale poczuł, jak lód spowijający jego serce topnieje choćby odrobinę, ustępując natychmiast jakiejś nowej formie porozumienia. Nawet jeśli niechętnie.
Mozolnie, powoli, ruszył za dziewczyną o kulach, zaskoczony posłuszeństwem, z jakim podążał za jej głosem. Stanął na korytarzu w samą porę by stać się świadkiem jej wymiany zdań z siostrą Colbert, i tego, jak sprytnie August odwróciła kobiecą uwagę od ich eskapady.
- Powodzenia, jeśli liczysz, że będę szybki - Mruknął autoironicznie, ale jego głos brzmiał teraz nieco inaczej. O pół tonu łagodniej, niż wcześniej. Podążył za August, starając się nie pozwolić, by rumieniec strawił go jak żywy ogień - Chryste, niech ci będzie. Deal - Westchnął, orientując się, że niespodziewanie dojrzewa w nim kolejny głupawy żart - Tylko nie każ mi gasić pożarów, okay? Bo ewidentnie nie mam jednak do tego zbyt wielkiego talentu. A bez obydwu nóg będzie mi trudno polować na serniki.

august winters
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”