-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimęskietyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Wydostanie się z Toronto nie było trudne. Nie dla niego. Musieli zrobić szybki postój na wyrobienie jej nowych dokumentów. Nie ufał tym, które miała już w swoich kryjówkach. Skoro mieli jej wizerunek, z odpowiednimi środkami mogli poznać jej stare przykrywki. Lepiej było nie ryzykować. Chciał im dać jak najwięcej czasu na przygotowania. W samolocie nie mieli dla siebie zbyt wiele czasu. Magnus spędził większość czasu na swoim laptopie czy telefonie ustawiając swój grafik na najbliższe kilka dni, uprzedzając wszystkich, że przez tydzień czy dwa pewnie będzie niedostępny. Do tego wypadało przygotować jeszcze kilka niespodzianek dla potencjalnych nieproszonych gości. Więc Sierra mogła zobaczyć go w tej bardziej biznesowej wersji. Prezesa, filantropa. Słyszała go czasami na telefonie, lecz to była zaledwie namiastka. Tym razem mogła zobaczyć go w pełnej krasie. Tę część jego życia, której jeszcze nie widziała.
Na miejscu czekał już na nich samochód. Nie musieli czekać na bagaże. Podróżowali lekko. Wszystko było już przygotowane na miejscu. On siedział za kierownicą doskonale znając drogę. Nie zatrzymywali się w mieście. Mknęli na północ. W nieznane.
- Zawsze tędy wracałem do domu. Pochodzę z Norwegii, jednak zawsze stwarzam pozory tego, że żyję w Finlandii. Stąd przekraczam granicę w kilku tylko sobie znanych miejscach. Tak odseparowywałem swoje życie prywatne od zawodowego. - odezwał się w drodze na miejsce spoglądając w jej stronę na pustej, asfaltowej drodze - Staramy się stworzyć takie same pozory. Mam tutaj małe miasteczko. - uśmiechnął się do niej nieco zażenowany tym jak to brzmiało - Nie jestem aż tak bogaty. Tu po prostu założyłem pierwszą siedzibę, później wykupowałem kolejne nieruchomości pod różnymi spółkami i po kilku latach... nikt tego nie wie, ale miasteczko o populacji kilkuset osób jest właściwie moje. - wzruszył ramionami wracając wzrokiem do drogi.
- Papiery powinny sprawić, że będziemy mieli chwilę dla siebie. Gdy ktoś niecodzienny pojawi się w okolicy będę o tym wiedzieć. Mam opłaconych ludzi na lotnisku. To moje królestwo. - położył wyraźniejszy nacisk na ostatnie zdanie - Znam każde wzgórze, każdy zagajnik i każdą jaskinię. Nie ma lepszego miejsca by ich zaskoczyć. - powiedział z delikatnym uśmiechem pewności siebie na ustach.
Może powrót w prawie rodzinne strony to z nim robił. Doskonale wiedział, że jakakolwiek arogancja mogła prowadzić do zguby. Niemniej tutaj był u siebie. To jego teren łowiecki, a teraz przemawiał przez niego łowca, którym był przez większość swojego życia. Tu wiedział, że był w stanie ją obronić. Tutaj mógł być po prostu sobą.
Sierra Valencia