
Milagros nie była wyjątkowa — tak jak każdy noworodek nie zapamiętała żadnych wydarzeń z tego okresu życia, a jednak… jej układ nerwowy doskonale zakodował traumę, jakiej doznała w tamtym czasie. Nie miała (i w dalszym ciągu nie ma) pojęcia, że ten niewytłumaczalny lęk jaki odczuwa przy każdym huku wziął się z trudnych początków jej życia. Już na starcie jej mózg zapisał świat, jako miejsce pełne zagrożenia i potrzebowała wielu lat, by odzyskać poczucie bezpieczeństwa.
Była dzieckiem pod opieką państwa, założono jej niebieską teczkę i przypisano nazwisko Jones. Początkowo wędrowała od jednej rodziny zastępczej do drugiej, aż mając jakieś dziesięć lat trafiła do tzw. Group Home, domu w którym mieszkała z kilkoma dzieciakami pod opieką wychowawców. Podobno sprawiała trudności wychowawcze, a lądując w takim domu podobno szanse na adopcję drastycznie spadały. A jednak los jednak się do niej uśmiechnął, bo zaledwie po roku jej profil adopcyjny wpadł w ręce państwa Fontaine, którzy po sprawie w sądzie rodzinnym adoptowali ją, a ona w końcu odcięła się od CAS i pozbyła tego nudnego nazwiska Jones zmieniając je na Fontaine.Notatka wstepna z dnia 12 września 2001 r. sporządzona przez Starszego Pracownika ds. Ochrony Dzieci J. Lance. pisze:
Dziecko (Milagros) zostało przekazane do CAS po incydencie o charakterze kryminalnym, jaki miał miejsce w szpitalu Mount Sinai. Tożsamość matki zmarłej w wyniku ran postrzałowych — nieznana. Ojciec biologiczny — nieznany. Brak jakichkolwiek roszczeń ze strony innych krewnych.
PS. I nie okazała się wcale taka trudna w wychowaniu.
𝄟
All down your street
They say we're freaks
I'm saying they're with me
We're so unique
We are black sheep
We're one big crazy family
Milagros początkowo sprawiała wrażenie wycofanej dziewczyny, gdy trafiła do rodziny Fontaine, gdzie była już trójka adoptowanych dzieciaków. Potrzebowała czasu, by odnaleźć się w tym chaotycznym (to akurat była ta najłatwiejsza część, bo group home było równie chaotyczne) domu pełnym miłości (i to ta część, która sprawiła jej najwięcej kłopotu). Często szukała miejsca dla siebie, schowka, potterowskiej komórki pod schodami, gdzie znalazłaby święty spokój, bo rodzina Fontaine okazała się głośna, ekspresyjna, artystyczna, pełna pasji, otwarta na świat i bez żadnego tabu. Było głośno, radośnie, chaotycznie… niekiedy za bardzo. Rodzice byli artystami — malarka i rzeźbiarz. Żyli w miłości, wolności i bez tabu dlatego na porządku dziennym przy wspólnym posiłku toczyły się dyskusje o śmierci, seksie, polityce, religii i okultyzmie. Początkowo ją to przerażało, czuła się osaczona, często sądziła, że jakimiś wariatami bo matka przypominała Sybillę Trelawney, a ojciec Danny’ego Devito, a pozostałe adoptowane dzieci też były nie z tej ziemi, ale z czasem ta ich dziwność okazała się plastrem na jej traumy. Z czasem okazali się jej bezpiecznym miejscem. To w tej rodzinie odkryła, że potrafi śpiewać, nabrała pewności siebie i odkryła swoje własne dziwności, a wierzcie, że wcale taka normalna to ona nie jest. Z kim przystajesz takim się stajesz, co nie?
Dorosła w rodzinie dziwaków i nie skończyła żadnych studiów — choć próbowała! Zamiast jednego konkretnego kierunku miała na swoim koncie niezliczone kursy w przeróżnych dziedzinach. Często przedziwne, durne i kompletne niepotrzebne w dorosłym życiu. Posiadała dyplomy i certyfikaty ukończenia: profesjonalnego masażu dla kotów, wytwarzania witraży, a po warsztatach z wypychania martwych zwierząt na które zabrał ją ojciec jak jeszcze była dzieckiem ma nie tylko dyplom, ale jeszcze traumę! Fajnie. Była też na kursie przetrwania w dzikim otoczeniu i kursie czytania z tarota i podstaw astrologii. Próbowała też skończyć kurs hipnozy, ale zamiast się czegoś uczyć to zasypiała przy kojących dźwiękach. Potrafi też zrobić drinka, który się dymi, zmienia kolor i bywa kontrolowanie wybuchowy, bo organizujący kurs barmani byli bardzo przystojni i żal było nie skorzystać. Zapisała się też na kurs z mamą, na którym mieli uczyć komunikacji ze zwierzętami, bo mama chciała pogadać z szopami praczami, których w mieście nie brakuje, a Mili poszła dla żartu. Co z tego że teraz próbuje tą metodą gadać ze zwierzętami w zoo. Finalnie jest zlepkiem tego, czego nauczyła się na fali chwilowych zajawek, pracuje w zoo jako pomoc opiekuna zwierząt, wieczorami śpiewa w barach i hobbystycznie nakręca podcast gdzie snuje luźne teorie o lokalnych zbrodniach.
ᯓ★
ᯓ★
ᯓ★
ᯓ★

