24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Jako że Lian był raczej dość stały w swoich przyzwyczajeniach, o ile harmonogram pozostawał niezmącony czymś nieoczekiwanym, popołudniami smakował rooibosem i miodowymi ciasteczkami, do których miał ewidentną słabość. Gdyby Daniel pocałował go rano, prawdopodobnie odnalazłby cierpkość zielonej herbaty i winogronową landrynkę, koło południa gorycz drugiej kawy, a późnym wieczorem imbir przełamany konfiturą z osmantusa lub yuzu. Podobnie jak nawyki, rzadko zmieniał upodobania smakowe.
Tę samą niezmienność lubił odnajdywać u Daniela. Laboratoryjny zapach którymi przesiąkały swetry i bluzy, ten sam szampon i pasta do zębów, której ślad w postaci małej plamki lub smugi znajdywał pod jego szczęką już któryś z kolei raz dawały mu osobliwe poczucie bezpieczeństwa wynikające przynajmniej z tak prowizorycznych stałości pewnych rzeczy w życiu.
Uda Daniela obejmowały gościnnie jego biodra, węższe i teraz pchające się w przód jak i cała reszta, sprawiając, że pierwszy raz od dawna czuł się naprawdę chciany dokładnie tam gdzie się znajdował. Tak, jakby ciało Moore'a prosiło by został, a on przecież nie potrafił mu odmawiać.
Na drugi... raz... 一 wykładał mu cierpliwie pomiędzy pocałunkami, prosto w chętne i wilgotne wargi. 一 ...po prostu powiedz zamiast... 一 kolejny pocałunek, mocny, zadany z determinacją i wyraźnym pragnieniem ułaskawienia wiercącego się pod nim ciała. 一 ...udawać, że nie wiesz. Wiedziałeś.
Lian tylko raz wyhamował ostro gdy przed oczami błysnęła mu jasna, bezbronnie wychylająca się spod bluzy szyja i impulsywnie poczuł konieczność by przenieść ciężar zainteresowania w te okolice, jednak koniec końców powstrzymał się i finalnie jego tracące cierpliwość usta skupiły się ponownie na już poszukujących go wargach.
Nie wiedział dokąd z tym zmierzali, nie planował niczego dalej jak na kilka oddechów do przodu, a może i jeszcze mniej po tym jak Moore wbił mu się kolanem z brutalną precyzją w nerkę i Lian poczuł jak powietrze umyka mu z płuc. Okazało się, że nie tylko jemu, ale do tego doszedł ze znacznym opóźnieniem.

Coś... Daniel? 一 zaryzykował pytaniem, podczas gdy jego nieskoncentrowane spojrzenie ślizgało się bezradnie po twarzy ściągniętej nowym, obcym grymasem. Mei mrugnął krótko, jego wzrok odzyskał część klarowności, po czym podniósł się na sztywno wyprostowanych dłoniach zaalarmowany brakiem odpowiedzi i... czymś, co działo się na jego oczach, a czego zupełnie nie rozumiał. Przez moment fala paniki uderzyła w niego tak gwałtownie, że znów utracił zdolność logicznego myślenia i stracił kolejne cenne sekundy na bezproduktywne patrzenie i kurczowe zaciskanie palców na flanelowym kocu. Coś było nie tak, ale nie wiedział co.
Hej... 一 zaczął z zawahaniem i wyprostował się nad nim, niezbyt pomocnie próbując przetoczyć Moore'a na bok jakby to miało cokolwiek zmienić. Poszatkowane informacje z pięciominutowego, skróconego kursu pierwszej pomocy jaki oglądał kiedyś jednym okiem w środku nocy nie okazały się w żadnym stopniu praktyczne, a ich wybiórczość wywołała w nim tylko większą frustrację. 一 Hej! 一 W jego głos zaczynała wkradać się histeria, ale wówczas przypadkiem zwrócił uwagę na dłonie, które wcześniej zdawały mu się sięgać bez celu w przestrzeń. Dopiero teraz zauważył, że wskazywały mu na coś w przedpokoju i jakimś nadludzkim szóstym zmysłem Lian wypercypował, że chodzi o porzucony i zapomniany plecak.
Nie pamiętał kiedy ostatnio pokonał taki dystans w tak krótkim czasie, ani czy to fizycznie możliwe, by dopaść z kanapy pod drzwi za pomocą trzech skoków. Wiedział tylko, że plecak który przyciskał do siebie kurczowo był z jakiegoś powodu ważny.

O to chodzi? Tak? Tutaj? Nie? W tej kieszeni? Nie w tej? Kurwa no to w któ... czekaj, nie tak! 一 Oklepywanie na oślep każdego zamka, jakich Daniel musiał mieć tak absurdalnie niewiarygodną liczbę okazało się bezowocne i finalnie nie miało to większego sensu, więc zanim trafił go szlag - oderwał klapę zamiast pieprzyć się z marynarskimi supełkami, prawie wypatroszył kilka zamków i całą zatrważająco liczną zawartość wywlókł na koc licząc na to, że coś zwróci jego uwagę.
Albo nie. Żadna bajecznie kolorowa pierdoła nie miała logicznego zastosowania w tej sytuacji.

No i kurwa twoja mać, KTÓRE?! CO JA CI MAM... kurwa, to chyba... TO TO?!
Podczas grzebania wśród tych wszystkich radosnych, a chwilowo bezużytecznych klamotów przypadkiem w ręce wpadło mu coś, co wyglądało jak inhalator i nawet Lian nie był na tyle głupi by w takim momencie nie pokojarzyć faktów. Jego blada, stężała w paroksyzmie bezgranicznego przerażenia i desperacji twarz wyglądała jakby sam przechodził właśnie przez stan przedzawałowy, a oczy studiujące gorączkowo ten sakramencko nieczytelny font na etykiecie błyszczały niezdrowo ilekroć mrużył je bardziej. Niewiele potrafił odczytać - za mało światła, zbyt wiele emocji - ale wyłowił słowo klucz: astma.

Okay, no dalej, chodź tu ty mała głupia klucho, głowa. Trzymaj, pokaż mi j-jak... trzymasz? 一 Musiał oprzeć go sobie o pierś i pieczołowicie włożyć inhalator w dłonie, nakierowując ich roztrzęsione ręce w stronę twarzy Moore'a, która obrosła w tak intensywne odcienie czerwieni jakich Lian dotąd nie widział. Mei natomiast wreszcie przypominał aspirującego upiora za jakiego i tak uchodził na co dzień, pokutującego nad każdą decyzją jakiej w życiu dokonał. 一 I teraz co, w-wdech? MÓWIĘ - WDECH? Naciśnij, świetnie. Oddychasz? Kurwa, ja pierdolę. Jezu, Daniel, pojebało cię? Czemu nie powiedziałeś, że jesteś astmatykiem?!
Po kilku płytkich, ale w miarę regularnych oddechach po stronie Moore'a Lian odkrył, że sam przez ten czas wstrzymywał oddech i zaczynało brakować mu powietrza, na dodatek upocił się nie wiedzieć kiedy i sweter zaczynał gryźć go w wilgotną skórę. Dopiero gdy Daniel nie przypominał już dojrzałej wiśni i samodzielnie nabierał powietrza, Mei wymamrotał coś o nieodpowiedzialnych gówniarzach, rozluźnił się jak bezkostna ryba i odchylił do tyłu czując, że z nerwów zebrało mu się na łagodne mdłości. Na krótko schował twarz w dłoniach i ucisnął sobie powieki palcami, aż pejzaż kolorowych plamek zatańczył mu przed oczami.

Żyjesz?


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
Welkom in Canada
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Komunikacja na migi drżącymi dłońmi aktywnie odmawiającymi współpracy nie należała do najprostszych zadań, a poczucie beznadziei wywołane brakiem inhalatora w zasięgu ręki w towarzystwie osoby kompletnie niewtajemniczonej w jego stan zdrowia nie poprawiało sytuacji. Rozpędzone serce waliło mu w uszach, wygłuszając słowa Liana jakby mówił do niego zza szklanej szyby, a wyraźna bariera blokująca przekazywanie informacji popchnęła Daniela do rozważania na ile byłby w stanie dotoczyć się do swojej torby samopas. Mógł mu powiedzieć. Nie miał pojęcia dlaczego zdecydował się przemilczeć tak istotny element swojego życia, jedyne czego chciał uniknąć to wyglądanie w jego oczach jak słaby i chorowity dzieciak, za jakiego i tak miała go rodzina i większość rówieśników. Starczyło mu, że podczas pierwszego spotkania złożył go zarówno alkohol jak i bezlitosna migrena, z którą nie umiał poradzić sobie bez leków.
Gwałtownie zrywający się we wskazanym kierunku mężczyzna wywołał w spiętym ciele łagodne tknięcie ulgi i nadziei, że przekaz został zrozumiany. Pierwszy raz od utraty zdolności wzięcia dostatecznie głębokiego oddechu Daniel był w stanie przymknąć oczy i zmusić się do przypomnienia sobie metod na opanowanie ataku w sytuacji awaryjnej.
Miał pustkę w głowie.
Bardziej czując niż słysząc dudnienie zbliżających się kroków, spojrzał na Liana jak przez mgłę i spróbował sięgnąć po plecak by znaleźć swoją zgubę, jednak samemu nie dał rady się podnieść, a Mei zdawał się mieć inne plany. Zrywnie kręcąc przecząco głową na każdą próbę odnalezienia odpowiedniej kieszeni poruszył uchylonymi wargami w ramach zagłuszonych świszczącym oddechem instrukcji. W końcu po kocu potoczyły się jego klucze ciągnące za sobą sprezentowany breloczek z Japonii, pudełeczko z lekami, kilka różnych figurek pokemonów wielkości naparstka, o których obecności w plecaku całkowicie zapomniał, błękitny portfel w białe chmurki, garść pastelowych długopisów, zakreślacze i sok jabłkowy w kartoniku. Lwią część plecaka zajmowały jednak dwie pluszowe kocobluzy w kształcie fauny z głębi oceanu i to właśnie w parzydełkowym kapturze zaplątał się wyczekiwany inhalator. Daniel mógłby rozpłakać się z ulgi, gdyby wilgoć nie sączyła się z kącików jego oczu już od jakiegoś czasu.
Roztrzęsione palce desperacko pochwyciły znajomą puszeczkę, wpasowując się między brokatowe gwiazdki i miniaturową Tardis przyklejone do opakowania. Korzystając ze stabilizacji ze strony Liana wziął ustnik między wargi i po drugiej próbie wciągnął słodkawy proszek, a już sam smak kojarzony z ulgą dał radę rozluźnić ściśnięte w panice gardło jeszcze zanim leki zaczęły w pełni działać. Odzyskując kontrolę nad dłońmi wstrząsnął inhalatorem i dla pewności zaaplikował drugą dawkę, a po pierwszych, głębokich oddechach przepływających gładko przez rozkurczone drogi oddechowe Moore opuścił ręce i rozpłynął się bezsilnie oparty o klatkę piersiową Liana. Przez chwilę po prostu oddychał, powoli i głęboko, odzyskując po kolei wszystkie przytłumione brakiem tlenu zmysły, a gdy poczuł się dostatecznie stabilnie by się poruszyć, przekręcił się tylko na bok zwinięty w kulkę, opierając policzek o miękki, czarny sweter, spod którego słyszał szaleńcze bicie serca. Pokiwał głową w ramach potwierdzenia swojej jeszcze nie dobiegającej końca egzystencji i wciągnął powietrze nosem by zebrać się w sobie. Właściwie nie miałby nic przeciwko by ziemia w tej chwili postanowiła jednak go pochłonąć.
- Przepraszam - wychrypiał, nie potrafiąc znaleźć lepszego rozpoczęcia po wszystkim co właśnie miało miejsce. Pociągnął nosem i wytarł wilgotny policzek o materiał, na którym się opierał. - Bolało? Nie chciałem - przyznał, ściskany przez poczucie winy z przynajmniej dwóch różnych powodów. Skoro już poruszył kwestię jednego z nich, po dłuższym milczeniu zebrał się do odpowiedzi na pytanie wrzucone między wiązankę przekleństw.
- Nie było o-... Nie sądziłem, że to ta-tak istotne - mruknął, uparcie nie podnosząc głowy by móc dalej chować się przed wzrokiem mężczyzny robiącego mu za podpórkę. - Jesteś... Bardzo jesteś zły?

Lian Mei
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Lian jeszcze chyba nigdy w życiu nie był tak wdzięczny, że coś go bolało. Nerka ćmiła przygasającym bólem, owszem, ale był to zarazem znak, że bardziej dramatyczny problem został rozwiązany i jego ciało mogło wobec tego znów pozwolić sobie na luksus odczuwania czegoś poza paniką.
Przez dłuższy moment nie odzywał się, wsłuchany w jeszcze nieco świszczący oddech spoczywającego mu na piersi Daniela, który w tym momencie wyglądał nawet żałośniej niż wtedy, gdy kac rozbroił go w jego mieszkaniu kilka miesięcy temu. Nadal co prawda nie podobał mu się gruźliczy charkot wibrujący w drobnym ciele Moore'a, ale świadczył przynajmniej o tym, że łapał powietrze i odzyskiwał jakieś zdolności kognitywne, bo zaczął zagajać go pytaniami.
Pierwsze zignorował. Nad drugim musiał się zastanowić.
Jestem zły 一 obwieścił nareszcie, leżąc wciąż płasko i bez ruchu, ze spojrzeniem wbitym twardo w nudnawą biel sufitu. 一 Ale nie dlatego, że miałeś atak, tylko dlatego, że mi nie powiedziałeś. Rozumiesz różnicę, tak?
Jego ramię odnalazło kłębowisko koca i człowieka, zagarnął go od strony pleców i chyba sam do końca nieprzekonany czy powinien unosić się teraz dumą czy nie, palcami powiódł po uciekającym spod flaneli biodrze. Jeżeli Daniel miał ochotę obrazić się za ten brak delikatności w uprzedniej komunikacji Lian nie miałby nic przeciwko. Dąsać mogli się tylko żywi.

To jest w chuj istotne. Nie wiem czy jest coś, co mogłoby być ważniejsze niż... jak ty to sobie wyobrażałeś? 一 Mei praktycznie syczał na niego przyciszonym głosem, a chociaż chwilowo chrzanił decorum i nie próbował dla odmiany silić się na stoicki spokój, czuł potrzebę zachowania przynajmniej jakichś pozorów. 一 To było oczywiste, że to się kiedyś stanie. Nie przyszło ci do tej genialnej głowy, że warto by było uprzedzić? Żebym w razie czego, nie wiem, nie stał bezczynnie jak palant i nie zgadywał dlaczego zmieniasz kolory?
Jego klatka piersiowa podskakiwała z każdym bardziej uczuciowym wyrzutem produkowanym naprędce, a wraz z nią głowa Daniela, bo Lian wciąż nie pozwalał im na zmianę pozycji.

Masz pojęcie z czym ja bym tu został gdyby coś ci się stało? Gdybyś... no kurwa mać. Jesteś niemożliwy, nie wiem co ci powiedzieć! 一 I to był finisz jego pretensji, zaraz później rozległo się długie, pełne emfazy westchnienie i druga ręka pomknęła w stronę twarzy przyjmującego kolejne uwagi Moore'a. Był zły. Był cholernie zły, ale jednocześnie trzymał go przy sobie jak coś niezwykle cennego i wartego tej złości, nerwów i adrenaliny. Objął go ciaśniej - nie za mocno, wciąż chyba nie do końca wierząc, że najgorsze mieli za sobą i że nie wywoła w ten sposób kolejnego ataku - jeszcze raz odetchnął sobie od serca i pocałował go krótko w czubek głowy. Gniewnie. Tylko raz, ale cóż innego miał zrobić?
Musisz wytłumaczyć mi jak to działa. Ta cała astma, bo ja nigdy nie miałem styczności. I jak masz więcej tych inhalatorów... tak to się nazywa? Możesz zostawić jakiś na wszelki wypadek u mnie, byłbym wdzięczny.
Jego ręce poruszały się czasami bez celu, tak jakby Lian nieustannie musiał sprawdzać czy Daniel na pewno oddycha i ma się dobrze, choć wyglądało na to, że zagrożenie minęło. Pozostało tylko niejasne przeczucie, że w tym wszystkim obaj mieli więcej szczęścia niż rozumu.

No dobrze, wystarczy. Bao bei, spójrz na mnie. 一 Lian przełknął ostatnią gorycz niezadowolenia i pomniejszych niezaadresowanych żali, wchodząc ponownie w komunikację angażującą więcej niż jedną stronę. Dłoń, która dotąd urzędowała w okolicach potylicznego zagłębienia i przeczesywała niespokojnie potargane loczki chwyciła Daniela pod brodą i dopiero wtedy, gdy odciągnął ją sobie żądając przynajmniej kontaktu wzrokowego, nadszarpnięty nerw ułożył się w nim wreszcie i złagodniał. 一 Musisz mi powiedzieć co jest wyzwalaczem. Przygniotłem cię? Za mało... 一 przerwał, przewrócił oczami i prychnął, wciąż trochę rozeźlony, ale przynajmniej tym razem w jego głos wkradło się jakieś rozbawienie. 一 Za mało powietrza?


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
Welkom in Canada
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Naprawdę chciałby być w stanie potwierdzić pojmowanie różnicy w powodzie złości Liana, jednak byłoby to kłamstwem. A przynajmniej nic to dla niego nie zmieniało. Zawiesił się na informacji o wywołaniu w nim negatywnych emocji, kuląc się odrobinę bardziej i zastygając w miejscu jakby zajmowanie coraz mniejszej przestrzeni i nie zwracanie na siebie uwagi miało ostatecznie pozwolić mu zniknąć. Nie miał dla niego odpowiedzi i oceniając po tonie wątpił by były od niego oczekiwane, zwłaszcza że jego hipotetyczne wyobrażenia poradzenia sobie z sytuacją bez informowania mężczyzny o chorobie nie mogły już niczego zmienić. Mentalnie kopał się za zniszczenie atmosfery podczas ich pierwszego spotkania od ponad dwóch tygodni (szesnastu dni i czterech godzin), spodziewając się, że w każdej chwili mniej lub bardziej dosadnie otrzyma informację, że powinien wracać do domu. A może sam powinien się wyprosić by oszczędzić Lianowi dodatkowego kłopotu? Sama myśl kłuła go w klatce piersiowej, tym razem bliżej serca niż oskrzeli i cicho pociągnął nosem w próbie opanowania nawracających w kąciki oczu łez.
Przerwał bezruch tylko by pokręcić przecząco głową w ramach odpowiedzi, jako że jego genialna głowa sugerowała mu, że wszystko będzie dobrze i nie było najmniejszego powodu by miał dostać ataku astmy podczas spotkania z Lianem. W tej odrębnej rzeczywistości, do której wchodził przekraczając próg jego domu, mógł udawać, że astma zwyczajnie nie istniała. Przynajmniej do teraz.
Milczał, uparcie i lękliwie, nie mając pojęcia kiedy powinien dołączyć do rozmowy by nie wywołać w mężczyźnie większej irytacji. Jakby dzięki braku odzewu przez dość długi czas mógł przeczekać jego złość i wymknąć się niezauważony by zakopać się pod kołdrą we własnym łóżku do poniedziałku, albo zapomnieć o sprawie i wrócić do zachowywania się tak, jakby ten mały kryzys nie miał miejsca.
Podniósł wzrok dopiero, gdy został do tego fizycznie zmuszony.
Napotkane spojrzenie głębokiej czerni emanowało mniejszym rozdrażnieniem niż się spodziewał, zamiast twardych, karcących rysów twarzy znalazł tego samego Liana co wcześniej, jedynie bardziej stanowczego i poddenerwowanego. Nic dostatecznie strasznego by Daniel całkowicie zamknął się w sobie. Zwłaszcza, gdy podszycie humoru dało radę złagodzić splot w jego żołądku. Na chwilę nawet kącik jego ust podskoczył w minimalnym uśmiechu.
- Nie... Nie, żadne z tych - zapewnił, chociaż szybko przestało być mu wesoło, kiedy przypomniał sobie co dokładnie pociągnęło tę reakcję łańcuchową. Uciekł wzrokiem z dół, tym razem z innych powodów niż strach przed konsekwencjami swoich niedopowiedzeń. - To... uh, zwykle jakiś większy wysiłek fizyczny, bieganie, za dużo schodów i... i inne takie. Niektóre pyłki, kurz... dym - zaczął wyliczanie od najbardziej neutralnych czynników, z czego żaden nie odpowiadał na pytania Mei'a. - Czasem jak się czegoś przestraszę, stres... ogólnie, hm, silne emocje - podkreślił mając nadzieję, że to wystarczy w ramach wyjaśnień. Naprawdę nie miał ochoty tłumaczyć się z tego, jakie bodźce zadziałały tym razem.
Zwykle potrafił przewidzieć potencjalne ataki, podczas mrozów, okresów większego pylenia czy jeździe na deskorolce nie rozstawał się z inhalatorem na krok, za to nigdy nie przeszłoby mu przez myśl, że leżenie pod Lianem i kilka pocałunków może wywołać nagły kryzys układu oddechowego. W końcu wcześniej nie miał okazji by to przetestować.
- To jest... w sumie zapalenie, kurczą mi się drogi oddechowe i, no, widziałeś co dalej - mruknął kontynuując temat, już spokojniej i dalej od granicy płaczu niż jeszcze chwilę wcześniej. Jak zwykle opowiadanie o czymś na czym się znał pomagało mu odzyskać względną stabilizację. - Inhalatorów mam kilka, mogę... mogę przynieść... Jeśli chcesz - zaoferował wedle sugestii, chociaż w ton głosu wdarła mu się niepewność, jakby pomimo uratowania mu życia, głaskania po włosach i ciągłego trzymania w objęciach Lian w każdej chwili miał zmienić co do niego zdanie.

Lian Mei
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Nie potrafił obchodzić się z ludźmi. Słyszał wielokrotnie, że bywał zbyt szorstki, zbyt apodyktyczny, że miewał fanaberie i potrafił być cholernie kapryśny. Wiedział, że stać go było na bezczelność, swoje ruchome granice naprawiał nieumiejętnie i czasami zapędzał się za daleko, i że brakowało mu równowagi, w szerokim tego słowa znaczeniu. Dla Daniela starał się jednak być delikatny, choć tu niestety również - wychodziło różnie, i tak zamiast odpuścić, pakował się w dalszą dyskusję. Właściwie może i dobrze, bo nie wyobrażał sobie pozostawienia tak ważnego tematu bez rozmówienia go na części pierwsze.
Moore miał trochę zbyt wilgotne oczy by Lian nie nabrał podejrzeń, ale choć przyglądał się im z dziwnym wyrazem zacięcia i skupienia na twarzy, kiwał jednocześnie głową na każdy wyliczony potencjalny powód do astmatycznego ataku. Notował je w pamięci i nie posiadając jeszcze pełnej informacji już próbował przypasować je do sytuacji sprzed kilkunastu minut.
Koniec z kadzidłami 一 oświadczył z naciskiem, bardziej do siebie niż do Daniela, nieszczególnie poruszony tym wyrzeczeniem. Lubił ich zapach, ale jeżeli niósł ze sobą ryzyko, że pewnego dnia Moore udusi mu się na dywanie w salonie, wolał odpuścić. 一 Zestresowałeś się?
To była pierwsza rzecz jaką wyłowił ze wszystkiego co usłyszał, w pierwszej chwili nie łącząc wspomnianych silnych emocji z tym, czym byli zajęci zanim Moore zaczął się dusić. W wyobrażeniu Liana istniało niskie prawdopodobieństwo by Daniel świadomie poprosił go o coś, co mogłoby doprowadzić do ataku, skoro wiedział czego powinien unikać, stąd nie pokojarzył pewnych faktów.

I zamieniasz się w rybę rzuconą na płyciznę 一 dokończył za niego pomocnie, widząc że poczucie humoru sprawdzało się w roli narzędzia łagodzącego emocje. Kolejny loczek znalazł swoje miejsce za uchem gdy Lian bezwiednie przeplatał je, zupełnie nie robiąc sobie nic z faktu, że te uparcie wracały na swoje poprzednie miejsca. 一 Chcę. Myślę nawet, że to byłoby rozsądne.
Mdłości przestały mu dokuczać odkąd zyskał pewność, że Daniel nie udusi mu się w ramionach w najbliższym czasie, ciśnienie także wracało do normy, ale serce wciąż jeszcze łopotało mu niespokojnie w piersi. Nie pamiętał kiedy ostatnio coś tak bardzo wypchnęło go poza wewnętrzne zen. To i kilka pomniejszych niedogodności opóźniło zadanie kolejnych pytań, z którymi nagle znów mu się nie spieszyło, jak chwilę przed atakiem.

Na razie chciałbym również zauważyć, że znów potrzebuję prysznica, twoja herbata całkiem wystygła i zapomniałem wyjąć tartę mandarynkową z lodówki. Nie ciesz się tak, nie miałem czasu stać w kuchni, jest zamawiana.
Nie trzeba było wytrawnego obserwatora by wskazać, że prawdziwą słabością Daniela były słodycze. Lian także był tego świadom, więc jeszcze siedząc w taksówce podczas nużącej przeprawy z lotniska przez miasto przewertował możliwe opcje i wybrał mu coś, co składowo nie przypominało przodu koszulki jaką często nosił pod swetrami; Mei nie rozpoznawał większości nadrukowanych na niej symboli, ale wiedział, że chodziło o bodaj chemika z nazwiskiem na M. i pierwiastki. Raczej. Chyba?
Koliste ruchy jakimi rozmasowywał mu plecy w okolicach łopatek paradoksalnie uspokajały również jego, więc pomimo deklaracji o zamiarze wzięcia ponownego prysznica, nie spieszył się z ruszeniem z miejsca.

Jest coś jeszcze co powinienem wiedzieć? Coś, co potencjalnie mogłoby doprowadzić mnie do zawału w przyszłości? Hmm? Tak? Nie? No dalej klucho, pomyśl. 一 Przewałkował go w końcu na bok, bo nie dość, że w trakcie incydentu z inhalatorem upocił się z nerwów, to jeszcze grzała go teraz warstwa swetra, szlafroka i Daniela grzejącego nie gorzej niż rozpalona do czerwoności farelka. Ostatnie co Moore miał okazję zobaczyć zanim Lian usiadł na skraju kanapy i wycofał się naciągając luźne rękawy były jego czarne, rozpuszczone włosy, bo pośród kotłowaniny zgubił jedną ze swoich jedwabnych gumek.
Mogę zostawić cię tu samego na pięć minut? Możesz w tym czasie przywitać się z tartą.


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
ODPOWIEDZ

Wróć do „#16”