ODPOWIEDZ
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Strange fascinations fascinate me
Ah, changes are taking
The pace I'm goin' through

Obrazek

Salomon Dykman rzadko kiedy uciekał się do googlowania pytań, które wydawały mu się istotne w skali świata. Nie pytał, na przykład, o wpływ mikrograwitacji na organizm człowieka, mechanikę orbitalną i prawdopodobieństwo istnienia życia poza Ziemią. Po pierwsze dlatego, że już od lat, wyuczony powtarzalnym doświadczeniem, zdawał sobie sprawę, że często nawet zadanie odpowiedniego pytania wcale nie gwarantuje, że otrzyma się na nie wyczerpującą - albo, w gruncie rzeczy, jakąkolwiek odpowiedź. Po drugie, ponieważ świetnie rozumiał, że odpowiedzi na pytania tego kalibru rzadko kiedy dało się zamknąć w kilkuzdaniowej responsie wyplutej przez wyszukiwarkę. O wiele częściej zatem, zamiast wbijać w wirtualne okienko kolejne sekwencje wyrazów zakończone znakiem zapytania, udawał się do bibliotek, laboratoriów i, choć nie zawsze z sukcesem, do tych mądrzejszych od siebie.

Nie wyobrażał sobie jednak, że z nurtującą go dziś kwestią mógłby zwrócić się do jednego z profesorów, z którymi w przeszłości dywagował o największych sekretach wszechświata. Był pewien, że nawet teraz, po latach, dawni akademiccy mentorzy, z którymi po zakończeniu własnej kariery naukowej nie utrzymywał już wprawdzie regularnego kontaktu, ale których nadal szanował i podziwiał, nie odesłaliby go z kwitkiem.
Nie mieściło mu się jednak w głowie, że mógłby stanąć przed jednym z nich z dłońmi w kieszeniach i skonsternowaną miną, i zamiast o obroty sfer niebieskich spytać, na przykład...

is it inappropriate to date someone 18 years younger
About 152,000,000 results (0.41 seconds)

Westchnął ciężko i zamknął kartę, jednym, zdecydowanym ruchem wspartych o krawędź biurka dłoni odpychając się od niej na krześle obrotowym, na którym siedział od przeszło dwóch godzin.
Wczesny czerwcowy wieczór w Toronto był gorący ale nie duszny. Przez uchylone okno do domu Sala wpadał zapach nagrzanego asfaltu, oddającego falę ciepła po krótkim popołudniowym deszczu, zmieszany z wonią lip kwitnących gdzieś na końcu ulicy i dymu sączącego się z czyjegoś grilla. Wentylator pod sufitem obracał się leniwie, chyba bardziej z poczucia obowiązku niż w próbie przyniesienia mężczyźnie jakiejkolwiek faktycznej ulgi.
Kepler, rozciągnięty w swoim legowisku pod ścianą, obserwował Dykmana z wyraźnym rozczarowaniem malującym się na kostropatym pysku. Co jakiś czas, mieszaniec przenosił wzrok ku rozwartym szeroko drzwiom szafy, jakby próbując przypomnieć swojemu właścicielowi o czynności, którą ten porzucił żenująco długą chwilę temu.

Zanim stracił cały animusz, Sal jakimś cudem wytypował trzy koszule, z których jedna wyglądała, jakby wyciągnął ją przysłowiowemu psu z gardła, druga okazywała się zdecydowanie zbyt elegancka, a trzecią pokrywały hawajskie kwiaty w kolorach tak jaskrawych, że wystarczył jeden rzut oka aby nabawić się migreny.
Oprócz tego w grę wchodził jeszcze czarny podkoszulek, szary podkoszulek, i biały podkoszulek. I garnitur, który Sal ostatni raz miał na sobie na własnym ślubie.
Boże, pomyślał. W czym właściwie ludzie chodzą zwykle na r -
STOP. Urwał myśl w połowie tak stanowczo, że Kepler przekrzywił głowię i zastrzygł uszami, co dopiero teraz uświadomiło szatynowi, że od parunastu minut pozornie wewnętrzny dialog prowadził... no cóż. Na głos.
Pokręcił głową. Na głos, czy nie, ważne było ustalenie faktów. To nie była randka.
To było spotkanie. Rozmowa. Drink. Niezobowiązujące towarzyskie wydarzenie, niemające nic wspólnego z perspektywą, że mogłoby zamienić się w cokolwiek więcej.

A mimo to się ogolił (i zaciął tylko raz, co samo w sobie stanowiło sukces). A mimo to upewnił się, że użył dezodorantu, a nie, jak raz przed paroma miesiącami, brokatowego lakieru do włosów porzuconego w jego łazience przez córkę. A mimo to wygrzebał z wnętrza łazienkowej szafki wodę kolońską, i oklepał nią lekko kanty własnej twarzy, starając się nie myśleć, że ten sam flakonik kupiła mu była żona.
W lustrze dostrzegł kilka nowych siwych włosów przy skroniach, i zmarszczki wokół oczu, zdecydowanie głębsze niż jeszcze kilka miesięcy temu. Przez krótką chwilę zaczął odruchowo liczyć. Ile lat miała River, kiedy on kończył doktorat?
Pokręcił głową, upewnił się, że Kepler ma wystarczającą porcję wody w misce, i chwycił z półki czarny podkoszulek, parując go w biegu z jeansową kurtką. A potem wyszedł z domu (trzykrotnie, bo raz musiał wrócić się po telefon, a potem po klucze do samochodu).

Bar okazał się dokładnie taki, jak lubił. Niewielki i bezpretensjonalny, z przygaszonym światłoem odbijającym się ciepłą poświatą w rzędach butelek ustawionych za ladą. W głośnikach cicho grał rock na tyle stary, że Sal bez problemu pamiętał daty wydania albumów, zagłuszany od czasu do czasu stukotem szkła i śmiechem dochodzącym z jednego z narożnych stolików. Dopiero zatrzymawszy się przy barowym kontuarze, uświadomił sobie, że przyszedł trzynaście minut za wcześnie co stanowiło niezaprzeczalny dowód, że się denerwował. Kiedy był zrelaksowany, był też - zawsze - spóźniony.
Zamówił piwo. Jedno, bo przecież prowadził. Nawykowym zwyczajem odmówił kuflowi, zadowalając się butelką, którą przez chwilę obracał w dłoniach, rozglądając się przy wnętrzu. Zauważył parę nieopierzonych jeszcze studentów siedzącą przy oknie. Grupę młodych mężczyzn w jasnych koszulach, ewidentnie świętujących jakiś zawodowy sukces odniesiony przed paroma godzinami. Starszego mężczyznę siedzącego samotnie i czytającego gazetę z taką nabożnością, jakby zależało od tego jego życie. Dopiero kiedy drzwi lokalu otworzyły się po raz kolejny, Sal uświadomił sobie coś, o czym przez ostatnie parę godzin w ogóle nie myślał.
Zbyt skupiony na obawie, że River zwyczajnie go wystawi, ani przez moment nie zastanowił się nad tym co zrobi, jeśli dziewczyna jednak pojawi się na miejscu. Jak ją przywita? Co jej powie? Jak poprowadzi rozmowę, by nie spalić jej w ciągu pierwszych pięciu minut?
Dłoń odruchowo pobiegła w stronę kieszeni, w której Sal zwykł nosić telefon. I napotkała pustkę bo, oczywiście, musiał go zostawić teraz w samochodzie.

River Cross
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

016
Nie musiała zadawać sobie dodatkowych pytań. Należała raczej do tych, które zawsze uważają, że mają rację. A przynajmniej starała się sprawiać takie wrażenie, bo podświadomie często zdawała sobie sprawę, że jest bardzo daleko od słuszności i jakiegokolwiek sensu. Ale żeby dostrzegać coś nieodpowiedniego w randce z facetem starszym od niej o osiemnaście lat? Nie ma szans. Może gdyby ich pierwsze spotkanie wyglądało inaczej, miałaby powody do zmartwień. To nie tak, że uważała takie relacje za najzdrowsze na świecie, ale sama różnica w roku urodzenia to trochę za mało, aby nakręcić aferę. Sal nie próbował jej przecież w żaden sposób oszukać. Nie było tu mowy o żadnej manipulacji czy groomingu. Jakby już trzeba było wskazać na kogoś, kto wykorzystuje swoją przewagę, by zadziałać na tę drugą osobę, to byłaby to River. Wyczuwała w nim dziwny rodzaj zdystansowania i stresu, którego jeszcze nie potrafiła nazwać. Może to faktycznie wynikało z wieku? Wspominał coś o córce, a ona nie pytała o żadną żonę. Może tej kobiety nie było już na horyzoncie? Albo bardzo mu zależało, żeby zniknęła i wyszukiwał takich pretekstów, jak spotkanie z Cross, by do tego doprowadzić? To też nie robiło jej większej różnicy, mogli równie dobrze w ogóle o tym nie rozmawiać. Była w stanie wymyślić tysiąc ciekawszych tematów. No, chyba że okaże się, że trafiła na wyjątkowo miękkie serce. Wolała nie zakładać z góry, co będzie musiała zrobić, jeśli facet zacznie sypać się jak łupież.
Rzuciła ostatnie spojrzenie na panel komiksu otwarty w programie graficznym. Wymagał jeszcze dopracowania, ale nie miała już na to czasu. Czuła też, że potrzebuje odświeżenia głowy, zanim usiądzie z powrotem do pracy. Goniły ją terminy, ale nie miała zamiaru się zmuszać do robienia czegoś, co było z nią niezgodne. Jeszcze się przekona, jakie zdanie na ten temat będzie miał jej wydawca. Teraz mogła się wreszcie zrelaksować i przygotować do wyjścia. Chłodny prysznic nastroił ją bardzo pozytywnie. Nachyliła się bliżej lustra, by przyjrzeć się kresce przy oku i ocenić jej równość. Poprawiała ją już trzy razy i zaraz dojdzie do momentu, w którym wpada się w nieskończoną pętle dorysowywania, aż nie zamieni się pandę. Na szczęście tym razem rezultat był akceptowalny. Cofnęła się o kilka kroków, by zobaczyć swoją sylwetkę w pełnej krasie. Poprawiła czarną, kończącą się wysoko na udach sukienkę na cienkich ramiączkach, z materiału, który pod światłem zdradzał delikatny, koronkowy wzór. Góra układała się blisko ciała, zapinana i ściągnięta po bokach metalowymi oczkami oraz krótkim sznurowaniem, przez co wyglądała trochę jak gorset. Przesunęła dłonią po kabaretkach o dużych oczkach, upewniając się, że żadne nie pękło. Pierścionki na palcach zastukały o siebie, gdy sięgnęła po torbę i wreszcie ruszyła w stronę wyjścia.
Nie miała zamiaru się spieszyć, bo nie należała do tych, którzy traktują ramy narzucane przez zegarek z jakąś wielką obsesją. No dobra, nie traktowała w ten sposób żadnych ram. To oczywiście nie tak, że nie szanowała swojego towarzysza. Wychodziła z założenia, że kilka minut w jedną lub drugą stronę nie powinno zrobić nikomu żadnej różnicy, szczególnie w przypadku zwykłego spotkania przy drinku. Ostatecznie weszła do baru spóźniona tylko o kilka minut. Rozejrzała się uważnie, szukając znajomej sylwetki. Przy okazji przesunęła spojrzeniem po wszystkich pozostałych gościach, szukając wśród nich najciekawszych obiektów albo dodatkowych znajomych twarzy. Nie planowała wymienić Sala na nikogo innego, a przynajmniej nie w pierwszych piętnastu minutach spotkania. To raczej był odruch. Lubiła obserwować ludzi i zapamiętywać (w jej mniemaniu) ciekawe szczegóły na ich temat oraz ich manieryzmy. Wszystko przelewała potem na papier, obsesyjnie wręcz gromadząc dowody na to, że ludzkość była całkiem fajnym wynalazkiem.
— Mam nadzieję, że nie kazałam ci czekać zbyt długo? — zapytała w ramach przywitania, gdy do niego podeszła. Położyła dłoń na jego ramieniu, nachyliła się i musnęła wargami policzek mężczyzny, rozkoszując się zmieszanym zapachem ich perfum. Usiadła na hokerze przy barze, przy którym go zastała, zakładając, że wybrał to miejsce całkowicie świadomie i najwyraźniej mu to odpowiada. Uśmiechnęła się do barmana, który zatrzymał się przy nich, widząc nową osobę w lokalu i zamówiła dla siebie Long Island Iced Tea.
— Tym się chyba nie wyluzujesz? — wskazała ruchem głowy na butelkę piwa, którą trzymał w dłoniach. Nie oczekiwała od niego jakiegoś skrajnego pijaństwa, ale zakładała raczej, że będzie próbował się nieco bardziej rozmiękczyć przed ich spotkaniem, skoro w sklepie plastycznym absolutnie nie miał do tego warunków.

sal dykman
Werka
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Manipulacja? Grooming?
Chryste. Już te dwa słowa wystarczyły, żeby po karku Dykmana nieprzyjemnym dreszczem rozszedł się niemal zwierzęcy lęk, motywowany nie tylko działaniem jego wrodzonego kompasu moralnego, ale także kilkuletnim doświadczeniem nabytym w roli licealnego nauczyciela. To były terminy, które pedagogom jeżyły włosy na głowie szybciej, niż umysł zdołał wszystko zracjonalizować i przekonać danego delikwenta, że przecież nie ma się czym martwić. Oskarżenie zgłoszone przez któregokolwiek z uczniów, że jakiś nauczyciel posunął się do tego, czy innego, niewskazanego kroku, były jednoznaczne z profesjonalnym samobójstwem. Nie wspominając już o fakcie, że Salowi w życiu nie przyszłoby do głowy zainteresować się kimś będącym w wieku jego córki w sposób inny, niż wyłącznie związany z nauczycielską odpowiedzialnością.
No, tylko, że River nie była w wieku jego córki. Nadal wydawała mu się niesłychanie młoda - boleśnie młodsza od niego, w każdym razie, z tą energią i entuzjazmem, które zdradzał żywotny ton jej głosu i iskry tańczące w tęczówkach, podczas gdy jego własne spojrzenie wydawało się Salowi po prostu zmęczone i zmatowiałe, a energia i entuzjazm zdawały się uciekać z niego jak powietrze z przebitego balonika z każdym rokiem coraz bardziej - ale z pewnością na tyle pełnoletnia, by spotkanie z nią nie robiło w jego własnym umyśle zwyrodnialca....
...ale desperata już tak.
Niezależnie od tego, jak bardzo starał się podchodzić do własnej sytuacji z choćby gramem empatii i zrozumienia, a nie tą wszechobecnym negatywizmem, którym ostatnimi czasy bezdusznie siebie katował, samokrytyczne słowa cisnęły mu się na myśl - i na język - niepowstrzymanie i odruchowo. Ten wewnętrzny narrator, który ewidentnie nie chciał mu dać świętego spokoju, cichł odrobinę tylko w trzech sytuacjach: gdy Sally uczył, spędzał czas z córką, albo kiedy pił. Profesjonalne i ojcowskie obowiązki na chwilę odwracały jego uwagę, nakazując szatynowi skupić się na tym, co było tu i teraz, a nie na bezustannej wewnętrznej bitwie prowadzonej z samym sobą. Ale to procenty były tym najprostszym, najbardziej dostępnym rozwiązaniem, rozmiękczając przyjemnie zbyt jaskrawe i ostre kontury świata, i łagodząc sposób, w który zwracał się do siebie w myślach. To nie tak, że Sal zapijał się dzień w dzień - zbyt często miał lekcje do poprowadzenia o ósmej rano, albo nastolatkę do odebrania z zajęć plastycznych, i odwiezienia na matczyny próg. Poza tym nadal jeszcze jakimś cudem trzymał się myśli, że wszystko to jest tylko przejściowym etapem, przystankiem na dłuższej, życiowej trasie, na którym nie wolno mu się zatrzymać na zbyt długo.
Co nie zmieniało faktu, że od jego rozwodu minęło już parę ładnych lat, a on nadal zdawał się mielić w głowie i sercu dokładnie te same tematy i wątki, powtarzane uparcie jak mantra.

Rozsądek podpowiadał mu dzisiaj, że owszem, naprawdę powinien pozostać przy tym samym, pojedynczym zamówieniu, przez cały wieczór, ewentualnie posiłkując się potem co najwyżej jego bezalkoholowym kuzynem albo jakimś niewinnym, gazowanym napojem, żeby tak nie siedzieć o suchym pysku, jeśli ich rozmowa rozciągnie się jednak na więcej niż piętnaście minut. Problem leżał w tym, że Rozsądek Sala zdawał się przegrzewać jak stary, i dawno nieaktualizowany system, zwłaszcza wtedy, kiedy w polu jego wzroku pojawiły się niezwykle dekoncentrujące zakłócenia: obszerne oczka kabaretek opinające szczupłe nogi River; sposób, w jaki krótka sukienka przylegała do jej ciała; i wreszcie, co było chyba najtrudniejsze do zniesienia, pewność siebie i komfort bijący ze sposobu, w jaki dziewczyna przywitała się z nim lekkim, niemal eterycznym pocałunkiem w policzek i swobodnie wsunęła się na hoker sąsiadujący z tym, który zajmował sam Dykman.
- Co sprawia, że zakładasz, że nie jestem wyluzowany? - Rzucił w odpowiedzi, posiłkując się autoironią jak zwykle wtedy, kiedy dyplom doktorski, lata pracy w CSA i obszerna wiedza o sekretach uniwersum okazywały się kompletnie go zawodzić. Tak, Sal potrafił prowadzić wielogodzinne wykłady o tematach, o których zdecydowana większość społeczeństwa nie miała ani krztyny wiedzy, potrafił tłumaczyć trudne terminy w prostych słowach nawet raczej dość tępawym opornym studentom, i ustalać współrzędne odległych gwiazd z taką precyzją, że czasem nawet starsi stażem badacze kosmosu spoglądali nań z nieskrywanym zachwytem. Nie potrafił natomiast być singlem. W przeszłości nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że kiedykolwiek będzie musiał nauczyć się tego... na nowo.
W kompletnym kontraście do treści swojej poprzedniej wypowiedzi, obrócił się zaraz na barowym stołku w stronę uwijającego się za ladą mężczyzny.
- W takim razie poproszę jeszcze Old Fashioned - rzucił. - Z bourbonem, jeśli można. - To była prosta decyzja, szybka jak odruch bezwarunkowy. Old Fashioned należał do tych drinków, których Sal nigdy nie musiał się uczyć, zamówiony nie po to, żeby zrobić na kimkolwiek wrażenie, albo podtrzymać jakiś konkretny wizerunek. Szatyn lubił prostotę dobrze zrobionych i nieskomplikowanych rzeczy — kilka składników, odrobinę cierpliwości i żadnych zbędnych ozdobników. W pewnym sensie zawsze wydawało mu się to uczciwym sposobem picia, nawet jeśli przy okazji samemu sobie kłamał w żywe oczy, że skończy się tylko na jednej szklance.

Na pytanie, czy River kazała mu na siebie czekać - zadane, jak przypuszczał, głównie w ramach kurtuazji - odpowiedział tylko machnięciem ręki sugerującym, że nawet jeśli owszem, chwilę czekał, to sam był sobie winien, i nie było się czym martwić.
Zarejestrował treść zamówienia dziewczyny, na wypadek, gdyby miał nonszalancko prosić barmana o jeszcze raz to samo, dochodząc przy tym do wniosku, że Cross nie mogła być nowicjuszką. No, chyba, że naprawdę kompletnie nie miała pojęcia, że pakuje się właśnie w eliksir stworzony z pięciu różnych, wysokoprocentowych trunków.
- Na sam początek powinienem ci chyba podziękować - zaczął, starając się przy tym nie gapić - i bynajmniej nie dlatego, że makijaż River imitował ubarwienie pandy (nie imitował; dziewczyna ewidentnie zatrzymała się w porę, bo jej górne powieki znaczyły teraz dwie perfekcyjnie poprowadzone linie). - Młoda była zachwycona. Akwarelami. I od razu domyśliła się, że ktoś musiał mi pomóc w ich wyborze...

River Cross
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rzadko kiedy spotykała się z kimkolwiek spoza swojej bańki. Nie była to kwestia wyłącznie wieku. Obracając się w artystycznym środowisku, często trafiało się jednak na podobnych do siebie ludzi. Nie wszyscy musieli zajmować się zawodowo tworzeniem, mogli nawet nie mieć z nim absolutnie niczego wspólnego, ale skoro coś ich przyciągało do takich ludzi jak River, to też musieli być nieźle pokręceni. Z kobietami i mężczyznami, którzy poświęcali zbyt dużo energii na myślenie o rzeczach, które Cross nawet nie wpadłyby do głowy, spotykała się raczej w jednym celu. Współczesne aplikacje randkowe pozwalały błyskawicznie znaleźć sobie kogoś, z kim można spędzić noc (lub dowolną inną porę dnia) i potem już nigdy się do tego kogoś nie odezwać. Nie trzeba było nawet rozmawiać za dużo przed samym pójściem do łóżka, jeśli trafiło się akurat na kogoś, komu zdecydowanie nie zależało na rozmowie. River nie widziała w takich spotkaniach niczego złego i raz na jakiś czas się w taki pakowała. Nie zakładała jednak, że dzisiejsza randka będzie miała cokolwiek wspólnego z szybkim załatwieniem fizycznych potrzeb i rozejściem się w stroje strony. Dykman nie sprawiał wrażenia mężczyzny, któremu na tym zależy. A może po prostu się dobrze ukrywał? Miała nadzieję, że nie, bo chciała z nim najpierw porozmawiać. W innym wypadku pewnie po prostu zaprosiłaby go do siebie, żeby zaoszczędzić czas i pieniądze.
— A to nie jest tak, że jak człowiek zostaje nauczycielem, to automatycznie wyparowuje z niego cały luz? — zażartowała i bez żadnego skrępowania wyciągnęła przed siebie rękę. Przejechała paznokciem po świeżej rance na jego policzku. Nie próbowała jej oczywiście rozdrapać, a raczej wytknąć, że zdecydowanie zbyt słabo się ukrywał. Cross zresztą była dość kiepskim obiektem do takiego testowania własnych możliwości na świeżo. Miała oko do detali i potrafiła je bardzo dobrze zapamiętywać. Uważała, że na tym polegała siła jej sztuki, która w jej mniemaniu była co najmniej świetna. Nie miała jeszcze okazji udowodnić tego Salowi, ale to pewnie tylko kwestia czasu. Rozmawiali już o kwestiach technicznych, co jej zdaniem było tym dużo nudniejszym aspektem, ale też absolutnie niezbędnym. Nie miałaby nic przeciwko płynnemu przejściu na temat efektów pracy właściwymi narzędziami. Cholera, mogła go jednak zaprosić do siebie. Przynajmniej miałaby pod ręką całą masę prac, które mogłaby zaprezentować.
Uśmiechnęła się, słysząc, jak szybko zmienił zdanie względem alkoholu. Oby faktycznie przyniosło mu to jakieś korzyści. Nie była jedną z tych, które zakładały, że bez procentów nie da się prowadzić szczerych rozmów albo dobrze się bawić. Wręcz przeciwnie. Coś jej jednak podpowiadało, że to może im pomóc. Przyspieszy rozluźnienie mięśni, a potem wszystko zacznie toczyć się samo. Uniosła własną szklankę w geście toastu, gdy jej rozmówca otrzymał swojego drinka i upiła kilka łyków. Nie chciała się spieszyć, bo zdawała sobie sprawę, że napój, który wybrała, należał raczej do tych mocniejszych. Zdecydowanie rozsądniej będzie się rozkoszować jego smakiem. Jakby chciała zerować, to pewnie zmówiłaby szoty. Nie dość, że wyszłoby taniej, to jeszcze dużo wygodniej.
— Cieszę się, że moje wścibstwo przyniosło jakieś pozytywne rezultaty. — Skinęła głową na znak, że nie potrzebowała żadnych dodatkowych podziękowań i wystarcza jej sam fakt, że młoda była zadowolona. Nie żeby ją to jakkolwiek dziwiło, przecież znała się na rzeczy i nie miała żadnych wątpliwości, że dobrze doradza. Równie dobrze mogła trafić po prostu na kogoś, kto nie ma bladego pojęcia o malowaniu i wszystko mu jedno. Chociaż w sumie czy miała jakąkolwiek pewność, że jego córka miała pojęcie o sztuce? Może próbowała po prostu docenić ojca przez sam fakt, że się dla niej postarał? To wcale nie było takie oczywiste wśród tatusiów, więc może dziewczyna zdawała sobie sprawę, że należy go doceniać, żeby dać mu do zrozumienia, że dobrze robił?
— Sama całe życie stroniłam od jakichkolwiek profesjonalnych lekcji, ale to wyłącznie kwestia mojego buntowania się dla zasady. Jeśli będzie chciała, to ją na coś zapisz. Nic nie przyniesie jej tyle ulgi niż umiejętność przelania emocji na papier albo płótno. — Nie sprawiała wrażenia jakkolwiek speszonej faktem, że rozmawiają na temat jego córki. Jej rady brzmiały szczerze i swobodnie. Wierzyła całą sobą, że to sztuka uratowała ją od zakopania się w bardzo ciemnym miejscu, z którego pewnie nie dałaby rady już nigdy uciec. Nie miała pojęcia, co miała w głowie córka Sala, ale na pewno musiało ją coś gryźć chociażby przez wzgląd na sytuację rodzinną. River nie musiała znać szczegółów, żeby wiedzieć, że młoda odczuła to, co przydarzyło się w jej rodzinie. Dzieciaki są przecież jak gąbki na emocje.
— Kim byłam w tej opowieści? Ekspedientką czy jakimś kolegą ze studiów? — zapytała, spoglądając na niego z rozbawieniem. Odruchowo założyła, że Dykman zmyślił coś, co uwolniłoby go od potrzeby tłumaczenia córce, że całkowitym przypadkiem poznał w sklepie jakąś młodą kobietę, która następnie od słowa do słowa zaprosiła go na randkę. Nie miała własnych dzieci, ale pewnie sama uciekłaby się do takiego wytrycha, by uniknąć jakiejś skomplikowanej rozmowy. Nie była mistrzynią w szczerym opowiadaniu o swoich emocjach osobom, na której jej zależało. Z obcymi ten problem był dużo mniejszy. Niespecjalnie to wygoda cecha, ale cóż zrobić.

sal dykman
Werka
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W jakimś sensie, to pewnie byłoby wręcz łatwiejsze: spotkać się raz, przespać ze sobą, i rozejść każde w swoją stronę bez wszelkich możliwych wstrząsów tektonicznych, jakie nowa znajomość mogłaby nieść dla może nieszczególnie wesołego, ale z pewnością przewidywalnego życia Dykmana. Gdyby potrafił wyłączyć ten komponent we własnym mózgu, który nie tylko nakazywał mu bezustannie myśleć o konsekwencjach własnych zachowań i wyborów, ale też neurotycznie raz po raz rozbierać je na czynniki pierwsze, pewnie byłby pierwszym, który wpadłby w wir jednorazowych przygód zainicjowanych jednym kliknięciem w randkowej aplikacji. Było w końcu coś niesamowicie smutnego we względnie atrakcyjnym (podobno), ale jednocześnie niewątpliwie starzejącym się facecie, który w życiu spał z tylko j e d n ą osobą, a od ładnych paru lat pozostawał singlem. Czasami Sala dopadały momenty, w których łudził się, że mógłby podchodzić do seksu bardziej zadaniowo. Ale w praktyce tchórzył wycofywał się za każdym razem, kiedy każda, niepewnie prowadzona przezeń na tinderze konwersacja, zaczynała barwić się choćby nikłym cieniem aluzji, że kolejne wymiany zdań mogłyby skończyć się nie na luźnym spotkaniu, a po prostu w pościeli. Długa była przed nim, i raczej pokrętna droga, jeśli ze smutnego rozwodnika chciałby się przeobrazić w żigolaka.
- Wypraszam sobie. Ewidentnie nie byłaś na moich lekcjach, skoro myślisz, że... - zdążył się jeszcze żachnąć, z zaskoczeniem znajdując we własnych słowach cień niewymuszonego humoru, ale urwał w pół zdania gdy tylko kobiece opuszki zetknęły się ze skórą jego policzka. Nie spodziewał się tego, i nagły dotyk River przeszedł przezeń niczym elektryczny prąd - nie poważne porażenie, które może skończyć się śmiercią, ale raczej drobne kopnięcie, jak wówczas, gdy człowiek nieostrożnie i zbyt entuzjastycznie sięgnie dłonią ku nieodpowiednio zaizolowanej wtyczce. Salowi zdarzało się to notorycznie, więc powinien być przyzwyczajony. Ale najwyraźniej nie był. Nie wówczas, gdy wstrząs pochodził nie z wadliwego kontaktu, a interakcji z drugim człowiekiem.
- Wyszedłem z wprawy - Rzucił, choć na moment sam nie był pewien czy odnosi się do sztuki golenia się na gładko, czy reagowania na kobiecy dotyk. I jedną i drugą zdolność zaniedbał bardziej niż chciałby sam przed sobą Przyznać. Wiedział, że jego mikra, bojowa rana, nie wymagała jakichkolwiek wytłumaczeń, ale mimo to poczuł, jakby był River winien jakieś samousprawiedliwienie, skoro już tak uważnie dostrzegła rozcięcie na jego policzku. Odchrząknął, z niemałą ulgą sięgając zaraz po własną porcję alkoholu, przynoszącą ukojenie oraz pretekst, do zajęcia czymś dłoni. Pierwszy łyk był jak słodka obietnica, że jednak istnieje jakieś cudowne antidotum na wszystkie jego nerwy. - Jesteś kompletnym samoukiem? - Uniósł brew ze szczerym zainteresowaniem, tematu sztuki chwytając się jak koła ratunkowego gdy minęło zbyt wiele sekund (siedemdziesiąt pięć) podczas których uwaga Cross skupiała się wyłącznie na nim. - Skoro mówisz, że to tak skuteczne, to jeszcze sam się zapiszę... - Zamyślił się na moment. Żartował, ale tylko połowicznie. Pewnie i jemu przydałaby się jakaś forma dawania upustu własnym emocjom. W zdrowy i konstruktywny sposób.
Roześmiał się krótko na kolejne pytanie zadane mu przez brunetkę. W zupełności rozumiał, skąd brało się to przypuszczenie - w końcu który typowy rodzic dzielił się z własnymi latoroślami historiami ze swojego prywatnego życia? Cały szkopuł leżał w tym, że Salomonowi daleko było do podręcznikowego ojca, zaś jego córka należała do bystrych i wnikliwych istot, przed którymi niewiele dawało się ukryć. Sal pokręcił głową, dając River do zrozumienia, że sprawa była nieco bardziej złożona.
- Może się zdziwisz, ale ani jednym, ani drugim - Odparł szczerze, upijając kolejny łyk - Byłaś obiecującą, młodą artystką, która zlitowała się nad skonfundowanym czterdziestolatkiem bliskim załamania nerwowego między półkami w sklepie plastycznym - Tak, w tej narracji może i odjął sobie trzy lata, ale poza tym wszystko się zgadzało - Przepraszam. Powinienem był najpierw cię spytać, czy może jednak wolisz być kolegą ze studiów.
Bo kto wie, może to River wolała nie obnosić się z ich dzisiejszym spotkaniem?

River Cross
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na jej wargach pojawił się nikły półuśmiech, gdy tylko urwał zdanie pod wpływem dotyku. A może po prostu przepalił mu się jakiś styk i to nie miało niczego wspólnego z palcami Cross przesuwającymi się po jej policzku? Mogła sobie zdecydowanie za dużo wyobrażać. To by do niej pasowało, miała przecież wyjątkowo wybujałe ego i równie wybujałą wyobraźnię. Obie te rzeczy bardzo przydawały się w pracy artystycznej, ale też bardzo utrudniały nawiązywanie zdrowych relacji. Gdyby jednak zebrać do kupy wszystkie jej rozmowy z Dykmanem, to nie uzbierałaby się nawet doba, więc miała jeszcze mnóstwo czasu, by coś między nimi popsuć.
— To jest moment, w którym powinnam zacząć żartować, że chciałabym, żebyś mnie tej biologii trochę poczuł? Myślałam, że poczekamy z tym chociaż do trzeciego drinka. — Pokręciła głową z rozbawieniem. Bardzo żałowałaby, gdyby całkowicie odpuściła sobie ten żart. Wiadomo, że był wyjątkowo sztampowy, przewidywalny i arcynieśmieszny, ale no trzeba jednak go z siebie wyrzucić mając tak perfekcyjną okazję. Nie spotykała się nigdy z nauczycielami, a już na pewno nie biologii! Nawet osób pracujących w medycynie nie miała na koncie zbyt wielu. Była jedna, która uczyła się na patolożkę, ale to akurat był wyjątkowo niewdzięczny temat do żartów.
Skinęła tylko głową na znak, że rozumie i wcale jej ten brak wprawy nie przeszkadza. Do wszystkiego da się przyzwyczaić na nowo. River nie nadawała się wprawdzie na nauczycielkę, ale jeżeli Sal faktycznie był tak inteligentny, jakie sprawiał wrażenie, to nauka powinna trwać bardzo krótko i szybko wrócą na właściwie tory. Cross nie miała zacięcia pedagogicznego i cierpliwości. Była też ostatnią osobą, która mogłaby kogoś pouczać w kwestii uczuć. Nie musieli jednak na ten moment wchodzić w to wszystko aż tak głęboko. Spotkali się na niezobowiązującego drinka, nie wymagając od siebie nawzajem zbyt wiele.
— Próbowałeś się kiedyś wyżywać artystycznie? Piszesz, rysujesz, rzeźbisz w mydle? — Sprawiała wrażenie naprawdę zainteresowanej. Na pewno nie znał się na malarstwie, co udowodnił w sklepie plastycznym, ale sztuka miała przecież bardzo różne oblicza. Nie trzeba było z niej żyć, by czuć się na swoim miejscu, gdy tylko się w niej zatapiało. Jakby już miała wystawiać szczere wyroki, to pewnie musiałaby przyznać, że życie z rysowania niespecjalnie się opłaca. Nie tonęła w pieniądzach i sama siebie zmuszała do wpadania w wir emocjonalny, z którego potem nie zawsze potrafi się wydostać, żeby dzieło, do którego siadała, choć trochę ją zadowoliło. Kochała to życie ponad wszystko i nie zamieniłaby je na nic innego, ale rozumiała, że nie jest to ścieżka dla każdego. Trzeba było mieć porządnie napsute w głowie i nie mieć żadnych chęci, by to naprawić.
— Obiecująca, młoda artystka mi odpowiada. Wolałabym, żebyś nazwał mnie od razu wybitną, ale rozumiem ostrożność — zażartowała. A może wcale nie? To chyba też łapało się pod jej wybujałe ego. Dykman miał jednak pełne prawo nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. Nie widział żadnej z jej pracy. No chyba że ją w międzyczasie przestalkował w sieci. Mógł natknąć się zarówno na wydane przez nią komiksy, jak i social media, na których często dzieliła się z zainteresowanymi tym, nad czym aktualnie pracowała. Nie miała jednak jeszcze okazji pokazać mu niczego z własnej woli. Biografia na Wikipedii to jednak trochę za mało, by poznać czyjś artystyczny sznyt, a przynajmniej z takiego założenia wychodziła. Nie pokazywała tych samych prac każdej nowopoznanej osobie. Dobierała rysunki tak, by pasowały do myśli, jakie rodziły się w jej głowie na temat danego rozmówcy. Z pewnością znalazłaby coś, co spodobałoby się Salowi. Ściągnęła brwi i zaczęła przyglądać mu się dużo uważniej niż dotychczas. Wodziła spojrzeniem po jego sylwetce, badała skrupulatnie rysy twarzy, jakby już teraz tworzyła portret mężczyzny we własnym stylu w swojej głowie.

sal dykman
Werka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mimmo's Place”