Ah, changes are taking
The pace I'm goin' through

Salomon Dykman rzadko kiedy uciekał się do googlowania pytań, które wydawały mu się istotne w skali świata. Nie pytał, na przykład, o wpływ mikrograwitacji na organizm człowieka, mechanikę orbitalną i prawdopodobieństwo istnienia życia poza Ziemią. Po pierwsze dlatego, że już od lat, wyuczony powtarzalnym doświadczeniem, zdawał sobie sprawę, że często nawet zadanie odpowiedniego pytania wcale nie gwarantuje, że otrzyma się na nie wyczerpującą - albo, w gruncie rzeczy, jakąkolwiek odpowiedź. Po drugie, ponieważ świetnie rozumiał, że odpowiedzi na pytania tego kalibru rzadko kiedy dało się zamknąć w kilkuzdaniowej responsie wyplutej przez wyszukiwarkę. O wiele częściej zatem, zamiast wbijać w wirtualne okienko kolejne sekwencje wyrazów zakończone znakiem zapytania, udawał się do bibliotek, laboratoriów i, choć nie zawsze z sukcesem, do tych mądrzejszych od siebie.
Nie wyobrażał sobie jednak, że z nurtującą go dziś kwestią mógłby zwrócić się do jednego z profesorów, z którymi w przeszłości dywagował o największych sekretach wszechświata. Był pewien, że nawet teraz, po latach, dawni akademiccy mentorzy, z którymi po zakończeniu własnej kariery naukowej nie utrzymywał już wprawdzie regularnego kontaktu, ale których nadal szanował i podziwiał, nie odesłaliby go z kwitkiem.
Nie mieściło mu się jednak w głowie, że mógłby stanąć przed jednym z nich z dłońmi w kieszeniach i skonsternowaną miną, i zamiast o obroty sfer niebieskich spytać, na przykład...
About 152,000,000 results (0.41 seconds)
Westchnął ciężko i zamknął kartę, jednym, zdecydowanym ruchem wspartych o krawędź biurka dłoni odpychając się od niej na krześle obrotowym, na którym siedział od przeszło dwóch godzin.
Wczesny czerwcowy wieczór w Toronto był gorący ale nie duszny. Przez uchylone okno do domu Sala wpadał zapach nagrzanego asfaltu, oddającego falę ciepła po krótkim popołudniowym deszczu, zmieszany z wonią lip kwitnących gdzieś na końcu ulicy i dymu sączącego się z czyjegoś grilla. Wentylator pod sufitem obracał się leniwie, chyba bardziej z poczucia obowiązku niż w próbie przyniesienia mężczyźnie jakiejkolwiek faktycznej ulgi.
Kepler, rozciągnięty w swoim legowisku pod ścianą, obserwował Dykmana z wyraźnym rozczarowaniem malującym się na kostropatym pysku. Co jakiś czas, mieszaniec przenosił wzrok ku rozwartym szeroko drzwiom szafy, jakby próbując przypomnieć swojemu właścicielowi o czynności, którą ten porzucił żenująco długą chwilę temu.
Zanim stracił cały animusz, Sal jakimś cudem wytypował trzy koszule, z których jedna wyglądała, jakby wyciągnął ją przysłowiowemu psu z gardła, druga okazywała się zdecydowanie zbyt elegancka, a trzecią pokrywały hawajskie kwiaty w kolorach tak jaskrawych, że wystarczył jeden rzut oka aby nabawić się migreny.
Oprócz tego w grę wchodził jeszcze czarny podkoszulek, szary podkoszulek, i biały podkoszulek. I garnitur, który Sal ostatni raz miał na sobie na własnym ślubie.
Boże, pomyślał. W czym właściwie ludzie chodzą zwykle na r -
STOP. Urwał myśl w połowie tak stanowczo, że Kepler przekrzywił głowię i zastrzygł uszami, co dopiero teraz uświadomiło szatynowi, że od parunastu minut pozornie wewnętrzny dialog prowadził... no cóż. Na głos.
Pokręcił głową. Na głos, czy nie, ważne było ustalenie faktów. To nie była randka.
To było spotkanie. Rozmowa. Drink. Niezobowiązujące towarzyskie wydarzenie, niemające nic wspólnego z perspektywą, że mogłoby zamienić się w cokolwiek więcej.
A mimo to się ogolił (i zaciął tylko raz, co samo w sobie stanowiło sukces). A mimo to upewnił się, że użył dezodorantu, a nie, jak raz przed paroma miesiącami, brokatowego lakieru do włosów porzuconego w jego łazience przez córkę. A mimo to wygrzebał z wnętrza łazienkowej szafki wodę kolońską, i oklepał nią lekko kanty własnej twarzy, starając się nie myśleć, że ten sam flakonik kupiła mu była żona.
W lustrze dostrzegł kilka nowych siwych włosów przy skroniach, i zmarszczki wokół oczu, zdecydowanie głębsze niż jeszcze kilka miesięcy temu. Przez krótką chwilę zaczął odruchowo liczyć. Ile lat miała River, kiedy on kończył doktorat?
Pokręcił głową, upewnił się, że Kepler ma wystarczającą porcję wody w misce, i chwycił z półki czarny podkoszulek, parując go w biegu z jeansową kurtką. A potem wyszedł z domu (trzykrotnie, bo raz musiał wrócić się po telefon, a potem po klucze do samochodu).
Bar okazał się dokładnie taki, jak lubił. Niewielki i bezpretensjonalny, z przygaszonym światłoem odbijającym się ciepłą poświatą w rzędach butelek ustawionych za ladą. W głośnikach cicho grał rock na tyle stary, że Sal bez problemu pamiętał daty wydania albumów, zagłuszany od czasu do czasu stukotem szkła i śmiechem dochodzącym z jednego z narożnych stolików. Dopiero zatrzymawszy się przy barowym kontuarze, uświadomił sobie, że przyszedł trzynaście minut za wcześnie co stanowiło niezaprzeczalny dowód, że się denerwował. Kiedy był zrelaksowany, był też - zawsze - spóźniony.
Zamówił piwo. Jedno, bo przecież prowadził. Nawykowym zwyczajem odmówił kuflowi, zadowalając się butelką, którą przez chwilę obracał w dłoniach, rozglądając się przy wnętrzu. Zauważył parę nieopierzonych jeszcze studentów siedzącą przy oknie. Grupę młodych mężczyzn w jasnych koszulach, ewidentnie świętujących jakiś zawodowy sukces odniesiony przed paroma godzinami. Starszego mężczyznę siedzącego samotnie i czytającego gazetę z taką nabożnością, jakby zależało od tego jego życie. Dopiero kiedy drzwi lokalu otworzyły się po raz kolejny, Sal uświadomił sobie coś, o czym przez ostatnie parę godzin w ogóle nie myślał.
Zbyt skupiony na obawie, że River zwyczajnie go wystawi, ani przez moment nie zastanowił się nad tym co zrobi, jeśli dziewczyna jednak pojawi się na miejscu. Jak ją przywita? Co jej powie? Jak poprowadzi rozmowę, by nie spalić jej w ciągu pierwszych pięciu minut?
Dłoń odruchowo pobiegła w stronę kieszeni, w której Sal zwykł nosić telefon. I napotkała pustkę bo, oczywiście, musiał go zostawić teraz w samochodzie.
River Cross