-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Powinno nieść ze sobą jakiś ciężar, złości, zawodu, smutku, czegokolwiek innego niż ten spokój, z jakim właśnie mówiła mu, że cały ich związek oparty był na kłamstwach. Jakby w miejsce emocji, które powinny znajdować się w jej głosie, w jego głowie natychmiast pojawił się sprzeciw - a później każda z nich, od żalu, przez złość, aż po jakiegoś rodzaju ponurą akceptację.
Czy nie dlatego sprzeciwiał się temu, by w ogóle się do niego zbliżała?
Czy nie dlatego trzymał ją na dystans wtedy, gdy jego ciało zdradliwie lgnęło w jej kierunku?
Miał tyle słów, którymi mógłby się wybielić, podjąć próbę zmycia choć części wypowiadanych przez nią plam, ale wiedział, że nie miały one znaczenia. Nie liczyło się to, że z początku walczył, nie chcąc jej okłamywać lecz nie mogąc oferować jej prawdy. Liczyło się wyłącznie to, że tę walkę przegrał i gdy wpuścił ją do swojego życia, nie odsłonił wszystkich trzymanych przez siebie kart.
Do samego końca licząc na to, że nie będzie musiał tego robić.
- Nie wszystkie te rzeczy były kłamstwem - zaprotestował, mimo wszystko, gdy wśród wymienianych przez nią z tym cholernym spokojem rzeczy były te, które w jego sercu zaklasyfikowały się jako najczystsza prawda. C h c i a ł ich wspólnego życia, chciał domu na przedmieściach, chciał być z nią na zawsze.
Ale gdy skończyły mu się karty, nie dostrzegł świata, w którym te rzeczy mogłyby się spełnić. Wręcz przeciwnie, widział wersję rzeczywistości, w której Margo wykrwawia się w jego oczach w najgorszym wypadku, w najlepszym - ląduje razem z nim za kratkami za współudział. Nie zdecydował się jej porzucić dlatego, że jego zapewnienia były kłamstwem.
Zrobił to, by mknąc w stronę piekła nie zabrać jej ze sobą.
- Wiesz, że nie były - mruknął wyłącznie, tak, jak ona nie miała teraz siły na rozgrzebywanie tego tak on nie chciał marnować ich czasu usiłując w jakikolwiek sposób się wybielić.
Ostatecznie, miała przecież rację. Niuans nie zmieniał tego, że tkwili teraz w tym miejscu ponieważ zaprowadził ich do tego łańcuch jego skomplikowanych kłamstw.
- Nie mamy żadnego dowodu, Margo - odpowiedział cicho, znów stając przed trudnym wyborem niewytrącania jej z równowagi a kłamstwa, po które mógł sięgnąć, zostawiając ten problem na później - jakby miało nadejść jakieś później. - W chwili, w której postawimy zarzuty Collinsowi, on wsypie i ciebie, i mnie za to, że w ogóle tam byliśmy. Nie ma możliwości, żebyśmy zamknęli ich w świetle prawa i sami pozostali na wolności - westchnął, unosząc wzrok znad ich złączonych dłoni na zmęczoną twarz leżącej obok kobiety. - A to doprowadzi nas do tego samego punktu, w którym byliśmy wczoraj. Tego chciałem uniknąć. W moich aktach nie ma ani jednej wzmianki o tym, żebyś wiedziała o tym wszystkim.
I właśnie dlatego teraz stały się nieaktualne, wiążąc Margo z przestępstwami Ventresci w sposób, którego teraz trudno będzie im uniknąć.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedziała, że nie wszystko, co jej mówił było kłamstwem. Czasami barwił rzeczywistość, a czasami wręcz przeciwnie, odbierał jej kolory, ale wyłącznie wtedy, gdy sądził, że w ten sposób będzie w stanie jej pomóc albo sprawić, że będzie bezpieczna.
W każdym innym przypadku wierzyła mu bezgranicznie. Był człowiekiem wobec którego jej ufność sięgała daleko poza wszelkie horyzonty. Mógł powiedzieć jej najbardziej absurdalną rzecz na świecie, a ona i tak słuchałaby go i przytakiwała. W i e d z i a ł a, że kiedy mówił, iż ją kocha, naprawdę to czuł. Wiedziała, że kiedy powtarzał, iż n i g d y nie spotkał kogoś takiego jak ona, również mówił prawdę. Wiedziała też, że kiedy roztaczał przed nią wizję i c h domu, naprawdę widział ich tam razem. W swoich planach, marzeniach i przyszłości.
Wytknęła mu wszystkie kłamstwa wyłącznie z przekory, bo nawet leżąc w szpitalnym łóżku, kompletnie wyczerpana, mając wrażenie, że na powierzchni utrzymuje ją już tylko jego dłoń, którą nieustannie obejmowała wciąż pozostawała sobą. Ta złośliwa część jej charakteru nadal tliła się gdzieś pod powierzchnią, uparcie nie pozwalając o sobie zapomnieć. - Będziesz musiał mi to udowodnić. Nie wierzę już w żadne twoje słowo - pokręciła głową, nadal się uśmiechając, zupełnie nie przejmując się tym, że jej słowa po raz kolejny stały w całkowitej sprzeczności z barwą głosu i czułością gestów. Dla niej, właśnie w tej chwili, w s z y s t k o było w porządku. Dokładnie takie, jakie powinno być.
Nawet jeśli zrobił jej na przekór i doprowadził swój plan do końca, wybierając wyjątkowo pokrętną drogę, nie miała już siły z nim o to walczyć. - Nikogo nie wsypie. Z a b i j ę go, Rhys - o dziwo właśnie w tej jednej kwestii jej głos zabrzmiał mocniej, pewniej, jakby zebrała wszystkie resztki sił, które jeszcze w niej zostały tylko po to, by wypowiedzieć właśnie te słowa. - Zrobię to z przyjemnością - była tego pewna jak niewielu rzeczy w swoim życiu. - Zabiję go dlatego, że próbował zabić mnie. Chciał zniszczyć moje plany na przyszłość. A w mojej przyszłości jesteśmy r a z e m - ignorowała wszystko, co mówił, skupiając się wyłącznie na własnych słowach.
Zresztą przy jej nazwisku wina widniała już od dawna. W chwili, w której dowiedziała się o wszystkich przestępstwach jakich Rhys się dopuścił. W chwili, gdy zrozumiała, że Collins tkwił w tym jeszcze głębiej. To właśnie wtedy powinna była pójść i złożyć zeznania. Tymczasem milczała, zanurzając się w ten świat coraz bardziej, wiedząc już, że jej własna moralność odeszła bezpowrotnie.
- Zabiję też ciebie, Skarbie, jeśli jeszcze raz spróbujesz mi to zrobić. Przysięgam, że zniszczę twoje mieszkanie, spalę tego rzęcha, a później cię oskóruję, jeśli choćby przez chwilę pomyślisz o tym, żeby mnie zostawić - patrzyła na niego z intensywnością na jaką było ją w tym momencie stać.
- Wiesz, że nie kłamię - drugi kącik jej ust uniósł się jeszcze odrobinę wyżej. - W przeciwieństwie do ciebie.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Myśl, że i on miałby do niego wrócić i spojrzeć w jego parszywą, wykrzywioną w złośliwym uśmiechu twarz była równie niemożliwa do zignorowania.
A jednak to o nią martwił się bardziej. Jeśli Collins żywił do niej emocje tak intensywne, że zdecydował się pociągnąć za spust, kto wie co jeszcze mogło wpaść mu do głowy?
- Znajdziesz się w jednym pomieszczeniu z nim wyłącznie wtedy, jeśli ja sam padnę trupem - odrzucił, choć w jego zmęczonym głosie nie wybrzmiewała chęć do prowadzenia kłótni. Nie był to moment, w którym mogli sprzeczać się o to, kto popełni czyn zabroniony i przekreśli swoją karierę policyjną na zawsze.
Choć z drugiej strony, czy kiedykolwiek był na to dobry moment?
- Najpierw musisz dojść do siebie, Margo - dodał, znów odwlekając to w czasie, ponieważ tak czy inaczej nie była obecnie w stanie do wychodzenia i mordowania kogokolwiek. Wysunął dłoń z jej palców by unieść ją w górę i odgarnąć splątane włosy w tył, odsłaniając pełne determinacji spojrzenie. - Będziesz leżeć spokojnie, albo przykuję cię do łóżka i zgłoszę personelowi szpitala, że jesteś niestabilna psychicznie i wymagasz zakneblowania.
Nawet zmęczenie nie było w stanie zdusić tej odrobiny złośliwości, którą zawsze trzymał zarezerwowaną wyłącznie dla niej. Jego wzrok mimo wszystko ześlizgnął się na zegarek na krótką chwilą, dłoń wróciła do jej, gładząc jej wierzch odruchowo.
- Wybrniemy z tej sytuacji - zadecydował, powracając do niej spojrzeniem. - Carbone ma wrogów.
Wrogów, których wcześniej wrzucał wraz z nim do jednego worka - obserwując ich w Mimmo's, w salach przesłuchań na komisariacie, na ulicach. Popychanych przez mafioza do dokonywania czynów, których nie chcieli dokonywać bądź wykorzystywanych jako kozły ofiarne.
- Wrogów, których możemy wykorzystać - dodał w zamyśleniu, nie mając żadnego, skrystalizowanego planu w głowie, jedynie myśl, szczelinę w tym otaczającym ich murze, która nie pokazywała drogi na zewnątrz, ale udowadniała, że ta droga w ogóle mogła istnieć. - Na razie śpij - mruknął, splatając swoją dłoń z jej. - Nigdzie nie idę.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedziała, że Rhys nigdy więcej jej na to nie pozwoli. Będzie chronił ją jeszcze bardziej niż dotychczas, a jej bezpieczeństwo, które od zawsze stawiał ponad wszystkim, właśnie awansowało na sam szczyt listy jego priorytetów.
Nie istniała już rzeczywistość, w której pozwoliłby jej ponownie wejść w to bagno i szukać dla nich wyjścia. Dla niego od dawna ono nie istniało, a wydarzenia ostatnich godzin zdawały się jedynie utwierdzić go w tym przekonaniu. Margo uparcie wierzyła jednak, że błąd popełniony przez Collinsa więcej im dawał niż odbierał.
Dla świętego spokoju mogła tylko przytaknąć. Z uśmiechem, który uparcie błąkał się po jej ustach, złośliwym i nieznośnym - takim, który sam w sobie zdawał się mówić, że mógł opowiadać jej, co tylko chciał, a ona i tak zrobi po swojemu. - Już dochodzę do siebie - wymamrotała cicho, przymykając oczy, gdy poczuła ciepło jego dłoni na swojej skórze.
Czuła, że jej organizm zaczynał domagać się tego, o co od dłuższego czasu bezskutecznie prosili ją wszyscy. Każda kolejna minuta przytomności kosztowała ją coraz więcej, powieki robiły się ciężkie, a myśli coraz wolniejsze. Walka z nadchodzącym snem była z góry skazana na porażkę. Mogła jeszcze przez chwilę próbować utrzymać oczy otwarte, mogła zmuszać się do rozmowy i udawać, że wszystko było w porządku, ale wiedziała, że tej potyczki nie wygra.
- Idź się ogarnąć, bo wyglądasz jak g ó w n o - wymamrotała jeszcze z wyraźnym trudem. Ostatnie słowa zlały się niemal w jedno, cichsze od jednostajnego dźwięku aparatury monitorującej jej stan.
Nie wiedziała nawet, w którym momencie zamknęła oczy.
Leki zrobiły swoje. Operacja, ból i emocje ostatnich godzin wyczerpały ją bardziej niż cokolwiek innego. Sen przyszedł cicho, niemal niezauważalnie, zabierając ją ze sobą zanim zdążyła pomyśleć o czymkolwiek jeszcze.
Tym razem nie śnił jej się magazyn.
Tym razem znowu czuła ciepły piasek przesypujący się między bosymi stopami i szum fal rozbijających się o brzeg. Był dom, dokładnie taki jaki budowała w swojej wyobraźni od miesięcy. Był ich śmiech, jego dłoń odnajdująca jej dłoń z tą samą łatwością z jaką robił to zawsze i pies leniwie przeciągający się na rozgrzanych deskach tarasu. Nie musiała już za nim biec, nie znikał jak w tych wcześniejszych snach. Nie odchodził, a kiedy wyciągnęła do niego rękę, po prostu ją złapał tak mocno, jakby tym jednym gestem chciał obiecać jej, że tym razem n a p r a w d ę nigdzie się nie wybiera.
Że tym razem to nie jest k ł a m s t w o.
Rhys Madden