ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#1
Stellan zacisnął szczękę i oparł się o ścianę, próbując chociaż na chwilę uspokoić oddech. Dłonie mu drżały, więc ukrył je głęboko w kieszeni spodni. Została tylko jedna myśl — dawka, reszta przestała się liczyć. Obserwował ludzi niespokojnym wzrokiem, czekając na odpowiedni moment, a każda sekunda wydawała mu się wiecznością, ale nie potrafił ustać w jednym miejscu. Szedł bocznymi uliczkami, a gdy wychodził na główną drogę, zatrzymywał się bez sensu — wiązał but, udawał, że coś ogląda w witrynach, nie stojąc w miejscu zbyt długo.
Co chwila odwracał głowę, reagując na każdy głośniejszy dźwięk – pisk opon, czyjeś nagłe zawołanie czy otwierane drzwi. Patrzył na każdego, kto mijał go na chodniku. Szukał portfeli, otwartych torebek, ludzi zbyt zajętych sobą, żeby zauważyć, że coś jest nie tak. Kiedy po raz kolejny minął kogoś, kogo nie dało się łatwo podejść, przeklął pod nosem i kopnął pustą puszkę leżącą na chodniku i znów ruszył przed siebie, niemal biegnąc, byle tylko zmienić miejsce i spróbować szczęścia gdzie indziej, cały czas nerwowo przeszukując wzrokiem otoczenie, żeby zgarnąć cokolwiek, co pozwoli mu w końcu załatwić towar.
Wspomnienia wracały urywkami. Jeszcze trzy lata temu miał pracę i mieszkaniea, a teraz została mu tylko pustka między kolejnymi próbami przetrwania. Nie musiał się zastanawiać czy będzie miał gdzie spać, ani myśleć skąd wziąć pieniądze na kolejny dzień. Wszystko wydawało mu się wtedy dużo prostsze. Przewijał w głowie momenty, w których mógł postąpić inaczej, wybrać inną drogę, ale za każdym razem odpuszczał. W uszach brzmiały mu słowa rodziców, których dawniej w ogóle nie brał do siebie. Pamiętał, jak powtarzali, żeby wziął się w garść, skończył szkołę, poszedł na studia i pomyślał o tym, co będzie później. Wtedy wydawało mu się, że oni nie mają pojęcia o życiu, a on sam wie wszystko najlepiej i bez problemu poradzi sobie sam. Teraz patrząc z perspektywy czasu czuł wściekłość na siebie. Te myśli wracały jednak tylko na chwilę. Szybko wypierała je rzeczywistość, a razem z nią głód narkotykowy, który był silniejszy niż wyrzuty sumienia. To uczucie skutecznie zagłuszało wszystko inne, nie pozwalając mu dłużej rozwodzić się nad tym, co było kiedyś.
Znalazł się pod klubem nocnym, stwierdzając, że tutaj najszybciej kogoś okradnie. Siedział na krawężniku i czekał na kogoś, kto wypił za dużo i przestał ogarniać się wokół niego dzieje. W głowie świdrowała mu myśl: musi zdobyć kasę. Musiał znaleźć cokolwiek, bo był pewien, że długo nie wytrzyma. Patrzył na ludzi wychodzących z klubu – dobrze ubrani, rozbawieni, czuł się przy nich jak ktoś obcy. Kiedyś był jednym z nich, pamiętał to jeszcze, a teraz siedział na zimnym betonie, zmęczony i zdesperowany. To było wszystko, co zostało z jego dawnego życia. Niebo zaczynało szarzeć, a Stellan czuł się coraz gorzej – był wykończony, niewyspany i cały się trząsł. Coraz trudniej było mu zebrać myśli, błądził wzrokiem po chodniku przed klubem, na którym praktycznie nie było już ludzi. Muzyka ze środka niemal całkowicie umilkła i wtedy usłyszał imię.
Jason.
Znał w tym pieprzonym mieście tylko jednego Jasona – swojego przyrodniego brata i już samo usłyszenie go sprawiło, że w środku aż się w nim zagotowało. Mrużył oczy patrząc na mężczyznę, którego nazwano Jasonem, ale obraz przed nim był sprzeczny z tym, co pamiętał. To nie on. To niemożliwe, powtarzał sobie w duchu. Przełknął ślinę, czując w ustach gorycz i postanowił zignorować wszystko, co działo się kilka metrów dalej i odczekał, aż większość ludzi rozeszła się spod klubu. Oparł się o zimny mur i obserwował mężczyznę skupionego na kobiecie. Ruszył powoli i wykorzystał moment nieuwagi, wprawnym, choć drżącym ruchem, wsuwając palce do tylnej kieszeni jego spodni. Poczuł znajomy kształt skóry, ale wtedy ręce zawiodły go bardziej niż zwykle. Głód, niewyspanie i narastający atak paniki sprawiły, że portfel wysunął mu się z palców tuż przy krawędzi kieszeni i upadł na chodnik z głośnym plaskiem. Stellan zaklął w myślach i rzucił się, by go podnieść, ale w tej samej sekundzie mężczyzna obrócił głowę w jego stronę.
TO KURWA, NIEMOŻLIWE — wyrwało mu się na głos, zanim zdążył to powstrzymać.
Wpatrywał się w osobę przed sobą z oszołomioną miną, próbując znaleźć wytłumaczenie, które miałoby sens, ale nic nie przychodziło do głowy. To nie mogła być prawda. Jakim cudem to był on? Ten sam Jason, którego pamiętał jako chudego, nijakiego chłopaka bez perspektyw, który teraz stał przed nim zupełnie inny. Ich spojrzenia się spotkały, a Stellan poczuł, jak w gardle rośnie mu gula.
- Co ty tu, do cholery, robisz? - wyrzucił z siebie, patrząc na brata z mieszaniną niedowierzania i wściekłości. - Myślałem, że… — urwał, kręcąc głową. — Nieważne.

Jason Choi
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
32 y/o
For good luck!
177 cm
Tanatokosmetolog St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
No one does it better than me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Wieczory Jasona były zawsze nieprzewidywalne w swej przewidywalności. Ilekroć decydował, że musi oderwać się od swojej codzienności, wiedział, że pora była uderzyć na miasto. Nawet lubił swoją pracę, jednak powiedzieć, że bywała momentami obciążająca psychicznie i sztywna to jak nic nie powiedzieć. Samo obcowanie z nieboszczykami już nie robiło na nim większego wrażenia - chyba że w bardzo ekstremalnych przypadkach. Dużo gorsze były długie godziny z rodziną pogrążoną w żałobie. Nawet jeśli Jason bardzo im współczuł, nie dało się ukryć, że wydobywanie informacji z zawodzącej familii zmarłego było zwyczajnie żmudne i momentami niestety irytujące. Na swoje nieszczęście, on naprawdę musiał kazać im zdecydować, czy trumna ma być z drewna bukowego czy dębowego.
Toronto było ogromne, więc Choi oczywiście nie był w stanie odwiedzić wszystkich lokali oferujących nocną rozrywkę, ale znał ich dość, aby wybrać miejsce w oparciu o swoje samopoczucie danego wieczora. Dziś potrzebował nieco się zapomnieć, zaszaleć, pozwolić aby noc sama porwała go, może czymś zaskoczyła. Zależało mu na głośnej muzyce, której mógłby dać się porwać na parkiecie oraz alkoholu - wcale nie musiał być dobry, wystarczyło mu że drinki będą słodkie i kolorowe.
Początek był niestety słaby. DJ nie potrafił się popisać, puszczane przez niego kawałki nadawały się ledwie do bujania. Po dwóch utworach chyba jednak się ogarnął, albo ktoś postanowił go zastąpić i wykazać się nieco większymi umiejętnościami. Rytm w końcu zaskoczył. Bas staje się cięższy, głębszy. Każde uderzenie wibrowało, aż Choi czuł je w klatce piersiowej. Znalazł sobie miejsce pośród tłumu. Błyskające światła skakały po twarzach nieznajomych. To właśnie tam, pocąc się w tańcu, dając się ponieść muzyce, kusił i nęcił, dając szansę nocy, aby stała się niezapomniana. Aby wydarzyło się coś nieoczekiwanego, chociaż pożądanego.
Nie od razu poznał jej imię. Z początku z resztą starczyło mu, że dziewczyna ocierała się o niego w tańcu jak kotka. Mignęła mu wcześniej gdzieś w tłumie, ale dopiero kiedy podeszła bliżej, Jason okazał jej większe zainteresowanie. Tańczyli, aż oboje mieli problem ze złapaniem tchu. Kiedy jakieś trzy godziny później opuszczali lokal, oboje byli już lekko wstawieni, ale przy tym bardzo napaleni. Jason zdążył co prawda obejrzeć sobie w miarę dokładnie jej walory w klubowej toalecie, ale oboje po krótkim porozumieniu zgodzili się, że lepiej będzie dokończyć ich dzisiejszą randkę w jego mieszkaniu. Nie miał nic przeciwko seksowi w miejscach publicznych, ale tak po prawdzie, te toalety były zwyczajnie syfiaste i okropnie śmierdziały...
- To serio niedaleko, obejdzie się bez ubera - zdecydował, gdy dziewczyna już chciała wzywać taksówkę. Chyba nie do końca jej się to spodobało, ale nie zaprotestowała. Choi tylko objął ją w talii, pocałował namiętnie choć krótko i pociągnął ją we właściwym kierunku. Pozytywy mieszkania blisko centrum, w sporą część miejsc miał jednak bardzo blisko. Obejrzał się za siebie jeszcze tylko raz, kiedy usłyszał jak ktoś woła jego imię. Znajomy, którego wcześniej nie zauważył w roztańczonym tłumie też właśnie opuszczał klub i wołał, chcą zwrócić na siebie uwagę mężczyzny. Choi jednak tylko odmachał mu ręką, kontynuując swój marsz. Wbrew pozorom to nie znalezienie towarzystwa na noc było skomplikowane. Trudniejszą sztuką było utrzymanie zainteresowania potencjalnego partnera lub partnerki. Nie mógł przystawać na pogaduszki, musiał zaciągnąć swoją kotkę do mieszkania, żeby móc się tam nią odpowiednio zaopiekować.
Ich spacer nie potrwałby dłużej niż dziesięć minut. Przez ten czas Jason był tak skupiony na swojej towarzyszce, że nie zauważył, że doczepił się do nich swoisty ogon. Dopiero odgłos czegoś upadającego na chodnik wyrwał go z cichej konwersacji ze swoją towarzyszką. Zaskoczony mężczyzna odwrócił się, napotykając wzrok nieznajomego chłopaka. I być może na tym skończyłaby się cała ta interakcja, gdyby nie słowa blondyna.
- Słucham? - odezwał się, absolutnie nie rozumiejąc, skąd u obcego takie oburzenie. Brak światła sprawiał, że ciężko było mu rozpoznać szczegóły jego twarzy, ale po krótkim zastanowieniu, wydała mu się ona nieco znajoma. Tylko właściwie skąd? - Znamy się? - cóż, sądząc po wypowiedzi chłopaka, owszem znali się. Jason jednak za nic nie mógł przypisać żadnego imienia do osoby stojącej w tym momencie przed nim. Jego pierwszym domysłem byłoby - że kiedyś się ze sobą przespali. Jason nie był wybredny, kiedy chodziło o dobrą zabawę. - I czy to jest mój portfel? - dopytał, zerkając na skórzany przedmiot leżący na chodniku.

Stellan Thompson
Solhy
Posty z AI
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wpatrywał się w niego, nie potrafiąc oderwać wzroku. Wszystko w tym mężczyźnie krzyczało o innym świecie — garnitur, pewna postawa, zapach drogiej wody kolońskiej, to nie pasowało do chłopaka, którego Stellan zapamiętał jako kogoś nijakiego.
W jego brzuchu wciąż wiercił się ból głodu, ale na widok brata żołądek zacisnął się jeszcze mocniej, tym razem z czystej zazdrości, bo Jason wyglądał na kogoś, kto ma zaplanowany każdy krok, kto nie musi się zastanawiać, czy wieczorem będzie miał na jedzenie.
Wstyd, który tłumił narkotykami, zamiast go upokorzyć, wywołał w nim jeszcze większą agresję. Nie potrafił stać spokojnie. Serce waliło mu w piersi, a w głowie pulsowało pytanie: jakim cudem on tu w ogóle jest i dlaczego wygląda jakby był właścicielem tego całego klubu? Chciał krzyczeć, chciał go popchnąć, zadać mu tysiąc pytań, ale głód narkotykowy zaciskał mu gardło, a dodatkowo widok zadbanego mężczyzny przy nim, tylko potęgował poczucie, że jest teraz kompletnym zerem.
I właśnie wtedy ich spojrzenia się spotkały, a Stellanowi odpłynęła krew z twarzy. Portfel nadal leżał na chodniku, ale w tej chwili przestał mieć znaczenie, bo liczyło się tylko to, że brat patrzył na niego, bez żadnego rozpoznania w oczach. Blondyn poczuł, jakby ktoś uderzył go w brzuch. Pytanie o znajomość zabolały go mocniej niż się spodziewał, a ciemnowłosy mężczyzna patrzył na niego jak na przypadkowego natręta, jak na ćpuna z ulicy, którego widzi pierwszy raz w życiu.
Znamy się? — powtórzył pod nosem, cedząc każde słowo przez zęby. — Naprawdę mnie nie poznajesz, Jason? - Zaśmiał się krótko, nerwowo i zrobił krok w jego stronę, nie dbając o to, że kobieta stojąca obok niego, może się przestraszyć. Miał gdzieś jej obecność, miał gdzieś wszystko. — To jest twój portfel — odparł szorstko, wskazując ruchem głowy na ziemię, ale nie schylił się, żeby go podnieść. — Prawie go ukradłem, bo nie mam za co żyć, ale to nie jest teraz najważniejsze, nie sądzisz? Widzę, że odcięcie się od rodziny wyszło ci na zdrowie. Wyglądasz jak milion dolarów, podczas gdy ja gniję w tym samym mieście, czekając, aż w końcu kopnę w kalendarz - wziął głęboki oddech, czując, że zaraz albo się rozpłacze z bezsilności, albo rzuci się na brata. — Nie poznajesz mnie, bo nie chcesz, czy dlatego, że w końcu możesz się uważać za lepszego ode mnie, po tylu latach gnojenia? - Nie wierzył, że go nie rozpoznał, najwidoczniej tak bardzo odciął się od rodziny, że postanowił udawać, że w ogóle nie istnieli.
Jason Choi
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
32 y/o
For good luck!
177 cm
Tanatokosmetolog St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
No one does it better than me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Kobieta u jego boku zaczęła nerwowo przestępować z nogi na nogę, zdecydowanie bycie zaczepianą przez agresywnego ćpuna nie było w jej dzisiejszym bingo. Jason odruchowo zasłonił ją trochę swoją osobą, chcąc ją w jakiś sposób odgrodzić od napastnika. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta, niemal dało się ją pociąć nożem - metaforycznie oczywiście.
Kolejne słowa padające z ust nieznajomego, były podpowiedzią, której Jason potrzebował. Szczególnie jedna wzmianka - ta o rodzinie. O odcięciu się od niej. Choi nie traktował tej części swojej przeszłości jako jakiejś tajemnicy. Jeśli ktoś go o to zapytał, poznał prawdę. Niemniej, nie chwalił się tym na prawo i lewo, więc niewiele osób o tym wiedziało. No i to przemożne poczucie, że gdzieś już tego chłopaka widział. Oczywiście że go widział. Widywał go przez niemal połowę swojego życia, chociaż wtedy ta twarz była dużo młodsza, dużo bardziej pucołowata i zadbana, wykrzywiona raczej pogardliwym uśmieszkiem, a nie wściekłością.
Zaniemówił. Na krótki moment doznał takiego samego szoku jak Thompson jeszcze kilka chwil wcześniej.
- Stellan. Jak...? - odezwał się cicho, jakby smakując to imię na języku. Nie wypowiadał go od dobrej dekady. Nie miał po co. Szok szybko minął, zastąpiony zaraz przez pewną irytację. Ależ im spotkanie po latach zafundowano, nie ma co.
Straciwszy niemal całe zainteresowanie kobietą, Jason puścił jej rękę, podchodząc do chłopaka bliżej - a raczej do swojego portfela, który w końcu podniósł z bruku. Otrzepał skórę i schował go do wewnętrznej kieszeni swojej marynarki - miejsca skąd trudniej byłoby go ukraść. Stojąc tak może ledwie pół metra od swojego brata, Choi zmierzył go bardzo uważnym i bardzo oceniającym spojrzeniem. Miał do czynienia z narkotykami, więc potrafił rozpoznać ćpuna na głodzie. Dostrzegł tez wszystko to, co bezdomność zrobiła z chłopakiem - złotym dzieckiem, które kiedyś miało podsuwane pod sam nos dosłownie wszystko. A kto stał przed nim w tym momencie? Ktoś głodny, brudny, zmarznięty, wychudzony, w znoszonych ciuchach. Zupełne przeciwieństwo Stellana Thompsona, którego Jason miał w pamięci.
- Nie schlebiaj sobie - odpowiedział starając się brzmieć beznamiętnie, chociaż to spotkanie jednak dość nim wstrząsnęło. Co on tu w ogóle robił? Przecież przenieśli się z rodzicami do Ameryki. I co robił na ulicy? - Nie poznaję cię, bo wyglądasz jak gówno - odpowiedział na pytanie. Już się przed nim nie kulił, już nie krył głowy w piasek, jak lata temu. Okazało się, że znacznie prościej było ogarnąć swoje życie i zbudować pewność siebie w momencie, kiedy twój gnębiciel znajdował się tysiące kilometrów od ciebie. Jason także zdawał sobie sprawę z przepaści, jaka ich teraz dzieliła. Może nie był bogaczem, może nie posiadał milionów na koncie, ale na pewno żył wygodnie i w miarę dostatnie, w przeciwieństwie do brata. Jakże się role odwróciły.
- Nie poznaję cię, bo przestałeś cokolwiek znaczyć w moim życiu - dodał. Miał ochotę powiedzieć mu jeszcze kilka miłych słów, jednak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak to się może skończyć. Siłowo położyłby Stellana na miejscu, jeśli jednak chłopak faktycznie tułał się po ulicach, kto wie czy nie chował gdzieś w kieszeni jakiegoś scyzoryka. Albo zużytej igły po jakimś gównie. Wolał uniknąć wycieczki na SOR. - I tak też pozostanie. Wracaj do domu, Stellan.

Stellan Thompson
Solhy
Posty z AI
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stellan dostrzegł, jak Jason odruchowo przesuwa się, by zasłonić swoją towarzyszkę. Ten gest był dla niego jak policzek, bo traktował go jak zagrożenie, jak kogoś obcego, kogo trzeba trzymać na dystans. Poczuł, jak w piersi wzbiera mu wściekłość, która na sekundę przysłoniła wszystko.
Zacisnął szczękę tak mocno, że aż poczuł ból w skroniach. Cały czas drżał – to był efekt odstawienia i wyczerpania. Przestąpił z nogi na nogę, bo nie potrafił ustać w miejscu. Spojrzał na portfel leżący na betonie, a potem z powrotem na Jasona, który wciąż nie wykonał żadnego ruchu, by go podnieść.
I nagle zauważył jak wyraz twarzy mężczyzny powoli się zmienia i w oczach brata pojawił wstrząs. Jason przez ułamek sekundy wyglądał na kogoś, kto próbuje dopasować obraz, który ma przed sobą, do wspomnienia przed laty. Wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu, słysząc, jak Jason wymawia jego imię. Brzmiało to w ustach brata jak coś całkowicie obcego, niepasującego do tego miejsca i czasu.
- Jak? - powtórzył pod nosem, drapiąc się nerwowo po przedramieniu, gdzie skóra była zaczerwieniona od ciągłego drapania. Zaśmiał się krótko, a dźwięk był suchy i nieprzyjemny. Przestał w końcu przestępować z nogi na nogę i oparł się plecami o mur, by choć trochę odciążyć drżące nogi. Czuł, że za chwilę może upaść, jeśli zaraz nie usiądzie, ale duma nie pozwalała mu zsunąć się na beton na oczach jego i tej kobiety. - To miasto wcale nie jest takie wielkie, Jason - splunął w stronę krawężnika, po czym poprawił kurtkę, która wisiała na nim jak na wieszaku. — Więc nie rób miny, jakbyś spotkał ducha. Jestem tu, śmierdzę, trzęsę się i próbowałem cię okraść. To jest właśnie to, co ze mnie zostało.
Widział, jak dłoń brata wędruje po portfel jednak nie cofnął się, chociaż chciał uciec, bo zdawał sobie sprawę, jak musi wyglądać w przeciwieństwie do niego. Przez moment blondynowi wydawało się, że mężczyzna zaraz odwróci się na pięcie i odejdzie, zostawiając go na tu, co byłoby chyba najbardziej logicznym pomysłem.
Wyglądasz jak gówno.
Słowa uderzyły w niego z taką siłą, jakby dostał prosto w twarz. Czuł, jak krew napływa mu do twarzy, mieszając się z brudem na policzkach. To nie była tylko obelga, to było stwierdzenie faktu, który on sam widział w każdym odbiciu szyby sklepowej, ale usłyszenie tego od kogoś, kto był kiedyś jego ofiarą, było nie do zniesienia. Ta pewność siebie, którą Jason nagle posiadał, sprawiała, że on sam czuł się mniejszy i jeszcze bardziej wyprany z czegokolwiek.
- No jasne. Łatwo się mówi o wyglądaniu jak gówno, kiedy samemu stoi w czystym garniturze i próbuje udawać ważniaka.
Przez sekundę chciał wyrzucić z siebie wszystko: to, że tęsknił za domem, którego już nie ma, że przeklinał każdy dzień w tym przeklętym mieście, że rodzice go zawiedli, ale słowa uwięzły mu w gardle. Zamiast tego, wpatrywał się w niego z zazdrością i pragnieniem, by tamten choć przez chwilę przestał być taki pieprzenie opanowany. - Ale nie licz na to, że będę cię prosił o litość. Nigdy bym się do tego nie posunął, nawet gdybym zdychał na tym chodniku.
Wściekłość, która do tej pory tliła się gdzieś pod skórą, w końcu wybuchła. To, że Jason stał przed nim z taką wyższością, było nie do zniesienia.
- Wracaj do domu? - Stellan zaśmiał się, a dźwięk był pełen goryczy i jadu. - Ty naprawdę masz tupet, pieprzony hipokryto. Wracaj do domu... może jeszcze wskażesz mi drogę, co? Może mam zapukać do drzwi, za którymi teraz obcy ludzie parzą sobie kawę w naszej kuchni, bo ty uznałeś, że sprzedasz nasze życie za garść dolarów?
Zrobił krok w stronę brata, nie zważając na to, jak śmiesznie przy nim wygląda. Nie obchodziło go już, czy wygląda przy tym jak wrak człowieka.
- Myślisz, że to było twoje? Że miałeś prawo tak po prostu to wyrzucić, jakbyś sprzątał pokój po zabawach? To mieszkanie mi się należało po tych wszystkich latach, kiedy rodzice traktowali mnie jak księcia, a ciebie jak niechciany dodatek. I co, teraz kiedy karta się odwróciła, kiedy ty się dorobiłeś, myślisz, że jesteś kimś lepszym?
Wskazał brudnym palcem prosto na skrojoną na miarę marynarkę brata, a jego głos przeszedł we wściekły szept.
- Jesteś nadal tym samym małym, sfrustrowanym dzieciakiem, który nigdy nie umiał wybaczyć, że to mnie kochali bardziej. Chciałeś mnie wymazać, a jesteś tak samo mały w tym garniturze, jak byłeś wtedy, gdy musiałeś błagać o uwagę, której nigdy nie dostałeś.
Czy czuł, że posuwa się za daleko? Możliwe, ale nie dbał o to, nie interesowało go już nic poza żółcią jaką właśnie z siebie wylał.
Jason Choi
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
32 y/o
For good luck!
177 cm
Tanatokosmetolog St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
No one does it better than me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszly
postać
autor

- Pomijając fakt, że tak, to miasto jest takie wielkie, z tego co wiem, wybyliście na Florydę. Po jakiego chuja tutaj wracaliście? - zapytał w końcu. Źle im było? Co, Amerykański Sen się nie spełnił? Kiedy w ogóle wrócili? Czy zjawili się tutaj we trójkę czy może Stellan postanowił wyłamać się z rodziny i wrócić na stare śmieci? Ponownie pojawiało sie pytanie - po co? Ale nawet jeśli go to ciekawiło, Jason nie zamierzał pytać o wszystkie szczegóły.
- Istotnie, łatwo - odpowiedział z pewnym rozdrażnieniem w głosie. Tak samo jak lata temu Stellanowi łatwo było gnoić Jasona, mając za plecami swoją helikopterową matkę. Różnica polegała na tym, że Choi nie zamierzał wcale wykorzystywać zaistniałej sytuacji na swoją korzyść. Po co miałby? Nic by w ten sposób nie osiągnął. Nie odczuwał nawet przesadnej satysfakcji z tego, że widział swojego braciszka w takim stanie. Niby zemsta smakuje najlepiej kiedy trzeba na nią trochę poczekać, ale on nie czuł nic, co mogłoby chociaż trochę przypominać zadowolenie. Więcej radości przynosiła mu myśl o tym, w jakiej sytuacji sam się teraz znajdował w porównaniu do tego, gdzie zaczynał. - I dobrze, bo żadnej litości ode mnie nie dostaniesz. A gdybyś zdychał na chodniku, mogę ci co najwyżej zadzwonić na karetkę.
Słysząc jak Stellan najwyraźniej przeżywa sprzedaż ich starego mieszkania, Jason nie mógł się powstrzymać przed śmiechem. Jak raz, autentycznie go to rozbawiło. Ten żal, te wyrzuty.
- Och, przepraszam. Zapomniałem że spędziłeś w tej klitce najlepsze lata swojego życia - parsknął - To mieszkanie nigdy nie było twoje, Stellan. Jak naiwny byłeś, sądząc, że podczas kiedy wy wynieśliście się do innego kraju, ta dziupla nadal przypadnie tobie? - mieszkanie w którym szczęśliwa historia Jasona zakończyła się po ledwie sześciu latach dzieciństwa. Jakże inne byłoby jego życie, gdyby jego matka wtedy nie umarła? - I co byś zrobił z tym mieszkaniem? Zamienił w melinę? W kryjówkę dla ćpunów takich jak ty? W imprezownię, gdzie co rusz policja waliłaby do drzwi za zakłócanie porządku, aż któregoś dnia cały budynek poszedłby z dymem, bo ty albo któryś z twoich koleżków, najebany jak szpadel, zaprószyłby ogień? Czy może sprzedałbyś je za bezcen, żeby mieć na kolejną działkę? - to mieszkanie było kupione przez jego matkę i jego ojca. Stellan nie miał prawa uważać, że cokolwiek mu się należało.
Będzie musiał odreagować. Jak chuj, w ruch pójdzie alkohol i może sam zdecyduje się coś wciągnąć albo łyknąć. A na dokładkę zadzwoni do jakiejś znajomej, podpytać czy przypadkiem nie wolałaby spędzić tej nocy w jego łóżku zamiast w swoim. Śmiał się teraz, ale to spotkanie wjechało mu na psychę.
- I gdzie jest to twoje książęce traktowanie teraz? Gdzie twoja mamusia, która potrafiła tylko ciskać lodowate sztylety w moim kierunku i rzucać pasywno-agresywne komentarze na mój temat? Czemu jej tu nie ma, czemu nie pędzi swojemu najukochańszemu syneczkowi na ratunek? Gdzie twój ojczym, wiecznie zapracowany tatuś, który wszystko zrzucał na mamusię? - zapytał rozkładając ręce. Stellan chciał mu wbijać szpile? Jason też już to potrafił. Musiał się tego nauczyć przez te lata kiedy żył sam, ale radził sobie całkiem nieźle.
- "Kochali", ha! - parsknął znowu - Miłość to gówno, Stellan. Miłość nie istnieje. Twoja matka doskonale o tym wiedziała, kiedy twój biologiczny ojciec ją zostawił. Chowała cię jak wystawowego kundla. Przelała na ciebie całą swoją uwagę, ale nie sądzę, żeby ta wiedźma kiedykolwiek była zdolna do faktycznej miłości. Ty też nie jesteś - przechylił lekko głowę, spoglądając na mężczyznę uważnie. Naprawdę? Naprawdę próbował mu wmówić, że wciąż miał nad nim jakąś przewagę, ledwo stojąc na nogach i trzęsąc się z głodu i zimna? - To ty jesteś sfrustrowanym dzieciakiem, bo mamusia już nie podsuwa ci wszystkiego pod nosek na złotej tacy. - już nawet nie dbał o to, czy Thompson się zaraz na niego nie rzuci. Mówił tak, żeby bolało. Należało mu się za tych kilkanaście lat koszmaru, jakim kiedyś było życie Jasona.

Stellan Thompson
Solhy
Posty z AI
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stellan niemal zakrztusił się własnym śmiechem, który przeszedł w suchy, świszczący kaszel. Oparł się mocniej o ścianę, czując jak chłód cegieł przenika przez jego brudną kurtkę. Wytarł wierzchem dłoni usta i spojrzał na Jasona z wyrazem czystej pogardy.
- Po co? - powtórzył, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. - A skąd mam wiedzieć? Pytaj swojego tatusia. Pewnie znudziło mu się słońce, albo znów poczuł, że musi udawać wielkiego biznesmena w kraju, w którym wszyscy wiedzą, kim naprawdę jest. - Splunął, celując nieco bliżej butów Jasona. Drżenie rąk stało się tak silne, że wcisnął je głęboko w kieszenie, żeby brat tego nie zauważył.
- Wróciliśmy do tego samego szamba, tylko z większymi wymaganiami. Rodzice myślą, że jak kupią sobie nowe mieszkanie w lepszej dzielnicy, to wszystko zacznie się od nowa. Że ja będę tym samym gnojkiem, który będzie siedział cicho i wykonywał polecenia. - Parsknął pogardliwie. - Jak widzisz, niezbyt im to wyszło. Ale ty mi nie wyjeżdżaj z takimi pytaniami, jakby to była moja decyzja. Ja tu nie wróciłem dla przyjemności, ja tu utknąłem.
Widział to rozdrażnienie, ale nie kupował tej obojętnej miny. Dla niego to było tylko kolejne kłamstwo, które Jason próbował mu sprzedać. Nie wierzył, że ten człowiek nie czuje triumfu - przecież to niemożliwe, żeby tak łatwo wymazał te wszystkie lata, kiedy to on był tym gorszym. Poczuł w żołądku narastający skurcz, ostrzeżenie, że jego organizm zaraz zacznie upominać się o swoje. Z trudem utrzymał pion, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę.
- Nie rób tej miny – rzucił, a jego głos był zachrypnięty. - Nie udawaj świętego, który jest ponad to. Widzę, jak na mnie patrzysz. Ta twoja obojętność to tylko kolejna maska, dokładnie taka sama, jaką ja nosiłem przez lata, kiedy rodzice nie spuszczali ze mnie wzroku. Myślisz, że nie widzę, jak ci się micha cieszy w środku? - Zrobił chwiejny krok w stronę Jasona, nie dbając o to, że jego śmierdzące ubranie narusza przestrzeń wokół brata. - Jesteś tu, masz kasę, masz laskę przy boku i patrzysz na mnie na kawałek gówna na podeszwie buta. Nie kłam, że nie czujesz satysfakcji. To przecież o to chodziło, prawda?
Zaśmiał się krótko, ale tym razem zabrakło w tym energii. Był zbyt wyczerpany, by dalej ciągnąć tę szaradę, choć jego duma wciąż kazała mu nie odpuszczać. Choć sam deklarował, że nie chce litości, usłyszenie tego od Jasona prosto w twarz sprawiło, że poczuł się bardziej samotny i bezbronny. Z trudem powstrzymał drżenie rąk, zaciskając dłonie w pięści w kieszeniach kurtki.
- Karetkę? - powtórzył z szyderczym, pełnym goryczy uśmiechem, który tylko podkreślał jego nędzny wygląd. - Wielkie dzięki, wielkie dzięki. Naprawdę.
Z trudem utrzymał kontakt wzrokowy, choć każda sekunda tego spotkania sprawiała, że chciał po prostu zniknąć. Czuł, że jego organizm powoli odmawia posłuszeństwa, a głód i odstawienie narkotyku zaczynają wygrywać z dumą.
- Nie licz na to, że kiedykolwiek o to poproszę. Jeśli padnę, to padnę, ale ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to widzieć twoją gębę przy telefonie dzwoniacego na numer alarmowy. - Splunął ponownie na chodnik, a potem lekko się zachwiał, tracąc na moment równowagę. Szybko się poprawił, żeby nie dać Jasonowi satysfakcji z oglądania swojego upadku.
Krew uderzyła mu do głowy, gdy usłyszał jego śmiech. To nie był śmiech kogoś, kto czuje współczucie - to był dźwięk chłodnej wyższości. Śmiech kogoś, kto nigdy nie rozumiał, że dla niego to mieszkanie było jedynym, co miało jakiekolwiek znaczenie, jedynym miejscem, gdzie kiedykolwiek czuł się panem sytuacji. Zacisnął zęby tak mocno, że aż poczuł ból w szczęce. Jego oddech stał się krótki i świszczący.
- A co cię to w ogóle obchodzi, co bym z nim zrobił? - wycedził w końcu, choć jego głos był teraz cichszy, pozbawiony dawnej agresji, a bardziej podszyty rezygnacją. - To było nasze mieszkanie, a ty je sprzedałeś, jakbyś wywoził śmieci.
Opuścił głowę, wpatrując się w czubki swoich brudnych butów. Czuł, że jeśli spojrzy Jasonowi w oczy, to całkowicie straci resztki panowania nad sobą.
- Nie twoja sprawa, czy zrobiłbym z tego melinę, czy wysadził w powietrze. To nie było twoje miejsce, Jason. Ty tam tylko byłeś. - Zaśmiał się pod nosem, ale był to dźwięk pozbawiony humoru, niemal płaczliwy. - Chciałeś się zemścić, więc to zrobiłeś.
To zabolało bardziej niż jakakolwiek obelga dotycząca jego wyglądu czy nałogu. Wzmianka o matce i ojczymie sprawiła, że w oczach zapiekło go z wściekłości i upokorzenia. Jason nie tylko wbijał mu szpile - on wyciągał na wierzch wszystko to, co desperacko próbował przed nim ukryć, żeby zachować resztkę dumy.
- Zamknij się - warknął, a głos mu drżał. - Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Nie wiesz, co się stało, ani gdzie są. - Wyprostował się nieco, choć nogi wciąż mu się uginały. Próbował patrzeć na Jasona z góry, tak jak robił to, gdy byli dziećmi, ale wiedział, jak żałośnie to teraz wygląda.
- Myślisz, że jestem od nich zależny? Że czekam, aż ktoś mnie uratuje? Nie ma ich, bo mam ich gdzieś. Tak samo jak mam gdzieś to, czy myślisz, że jestem książęcym syneczkiem. Nie potrzebuję ich pieniędzy, nie potrzebuję ich obecności i na pewno nie potrzebuję twojego współczucia. Jesteś taki sam jak oni, Jason. Ciągle oceniasz, ciągle wyliczasz. Myślisz, że jesteś lepszy, bo wstałeś z kolan? Wszyscy jesteśmy z tego samego syfu. Nie udawaj, że to, co ci zrobili, w ogóle cię nie ruszyło. Widzę, że wciąż jesteś tym samym wkurzonym dzieciakiem, tylko teraz masz okazję, żeby się odegrać na kimś, kogo zawsze nienawidziłeś. To nie jest sukces, to tylko kolejna forma twojej frustracji.
Zacisnął szczękę tak mocno, że poczuł, jak zaczynają go boleć zęby. Przez moment w jego oczach błysnęło coś na kształt szoku, jakby Jason właśnie zniszczył ostatni fundament jego świata, nawet jeśli ten fundament był zgniły.
Ty w ogóle wiesz, co ty pieprzysz? – jego głos był teraz cichy, zachrypnięty, niemal pozbawiony sił. W końcu puścił ścianę, której się wspierał i zachwiał się, próbując utrzymać pion. Przymknął na sekundę oczy, walcząc z zawrotami głowy. – Wystawowy kundel. Pięknie to ująłeś, naprawdę. Bardzo dojrzałe. - Otworzył oczy i spojrzał prosto w twarz Jasona, nie dbając już o to, czy jego własny wzrok jest mętny od nałogu i niewyspania.
- Wiesz co jest w tym najlepsze? Że nawet teraz, kiedy stoisz przede mną i udajesz, że przejrzałeś cały świat, jesteś tak samo zepsuty jak ona. Jesteś jej najlepszym uczniem, Jason. Tylko że zamiast pasywnej agresji, wybrałeś wyrachowaną obojętność. Gratulacje.
Zrobił krok w jego stronę, ignorując to, że niemal potknął się o własne nogi. Nie było w tym ruchu ataku, była tylko bezsilność. Stanął tak blisko, że czuł zapach płynu po goleniu brata – zapach, który w tym miejscu, w tym syfie, wydawał się wręcz obcy.
Jesteś z tego dumny? – zapytał, patrząc mu prosto w oczy, nie próbując nawet ukryć zniszczenia, jakie malowało się na jego brudnej twarzy. – Że po latach stania w cieniu w końcu masz kogoś, na kim możesz się wyżyć za te wszystkie krzywdy? Że patrzysz na mnie i widzisz dokładnie to, co chcesz widzieć?

Jason Choi
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
32 y/o
For good luck!
177 cm
Tanatokosmetolog St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
No one does it better than me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszly
postać
autor

- Jesteś dorosłym facetem, Stellan. Jak ci się nie widział powrót na stare śmieci, trzeba było zostać samemu na Florydzie - chociaż, czy wyszłoby mu to na dobre? Pewnie nie. Pewnie skończyłby dokładnie tak samo. Rodzice najwyraźniej nie mieli nad nim żadnej kontroli, odciął się, uciekł i nie kontaktował z nimi. Tyle Jason zdążył zrozumieć. A co gdyby chłopak został na Florydzie? Pewnie skończyłby tak samo. Bez nadzoru, bez samokontroli, może jedynie z mieszkaniem, które zostawiliby mu rodzice. Mieszkaniem, które pewnie zaraz zamieniłoby się w melinę.
- O co ci właściwie chodzi, Stellan? Czego ode mnie chcesz? Chcesz usłyszeć, że cieszy mnie twój widok na dnie? Że bawi mnie patrzenie jak ledwo potrafisz stać na nogach? I po co to? - nie rozumiał co Thompson chciał osiągnąć. Z jednej strony sam przyznawał się, że jego pozycja była opłakana, ale z drugiej wciąż próbował grać lepszego, tego ważniejszego. Wciąż próbował wbijać Jasonowi szpile, wciąż chciał mu dopiec. Najwyraźniej jeszcze nie znudziło mu się bycie gnębicielem. Ale Choi miał już takiego traktowania po dziurki w nosie. - Nie jestem tobą, gnojku. Nie jestem kimś, kto czerpałby satysfakcję z tego, że innym dzieje się krzywda. - chociażby z tego jednego powodu uważał że jest lepszy. Nie chodziło o pieniądze, o higienę osobistą, o dach nad głową czy nawet o kobietę - której z resztą Jason już po chwili nie miał. Mężczyzna dopiero po jakimś czasie zorientował się, że jego dzisiejsza towarzyszka postanowiła się oddalić. Pewnie była bardzo zniesmaczona tym teatrzykiem, za co Choi absolutnie jej nie winił. Też dałby sobie spokój na jej miejscu. Chciała się zabawić, a musiała wysłuchiwać awantury rodzinnej z bezdomnym ćpunem w roli głównej.
Widział jak chłopak się chwieje, jak coraz trudniej utrzymać mu jest pion. Jak wciska ręce w kieszenie, zapewne za wszelką cenę próbując jakoś opanować drżenie ciała. Jasonowi autentycznie zrobiło mu się go nawet żal. Żal, że nawet po tylu latach rozłąki, nawet po wyrwaniu się spod jarzma nadopiekuńczej, ale jednocześnie narcystycznej matki, jego brat nadal miał go za śmiecia. Że leżąc w rynsztoku wolał obrzucać go tym samym gównem w którym leżał, zamiast spróbować chociaż w minimalnym stopniu spróbować naprawić ich relację. Oczywiście że tak, przecież to by wymagało przełknięcia swojej dumy. Tego Stellan miał w nadmiarze.
- No tak, przecież to tam wydarzyły się wszystkie najszczęśliwsze momenty twojego dzieciństwa. To tam twoja matka wyżywała się na mnie, a ciebie głaskała po główce. Good times. - sarknął. Oczywiście że pozbył się tego mieszkania. Kiedy tylko nadarzyła się okazja by kupić coś o wyższym standardzie, w lepszej dzielnicy. Coś, co byłoby tylko jego, z czym nie wiązałyby się żadne negatywne wspomnienia. Miejsce, o którym nie wiedzieli ani jego rodzice, ani pożal się boże braciszek. Dziesięć razy wolał, żeby ich stare lokum trafiło w ręce jakichś nieznajomych, niż żeby miał nim rozporządzać Stellan.
- Nie zamknę się, bo mówię prawdę. Co, może mi teraz sprzedaż łzawą historyjkę, że nie żyją? - zapytał, przechylając lekko głowę na bok. Śmierć macochy w ogóle by go nie obeszła. Ba, świętowałoby to nawet. Odejście ojca pewnie trochę by go zabolało. To nie był zły człowiek, ale Jason wiedział, że i tak nie byłby w stanie mu wybaczyć. Jego zachowanie tylko utwierdziło mężczyznę, że miłość naprawdę nie istniała. Bo jeśli kochał matkę Jasona, dlaczego tak szybko przeszedł z jej odejściem do porządku dziennego i ożenił się z kimś innym? I dlaczego, jeśli kochał swojego syna, pozostawił go na pastwę okrutnej macochy?
- Ależ ty musisz kochać brzmienie własnego głosu - zauważył, kiedy Stellan wyrzucił z siebie kolejną porcję frustracji. Czy on naprawdę tak myślał, czy może ubierał w słowa swoje własne emocje, próbując wmówić, że należą one do Jasona? Choi parsknął, ale nie był to śmiech rozbawienia. Bardziej frustracji, jak bardzo słowa Thompsona były niedorzeczne - "Okazję by się odegrać"? Czy ty w ogóle się słyszysz, Stellan? Jak miałbym się na tobie odegrać? Zwyzywać cię? Obśmiać? Skopać? Tego chcesz? Dopiero się dowiedziałem, że wróciłeś do miasta. Wybacz, ale nie spędziłem ostatnich dziesięciu lat na planowaniu zemsty na tobie. Dużo lepiej mi było, kiedy myślałem, że mieszkasz sobie jak pączek w maśle z ukochaną mamusią. Chyba że masz na myśli, że moim "odegraniem się" jest fakt, że w ogóle żyję. Że nie zdechłem albo nie skończyłem na ulicy jak ty. Tego być pewnie chciał, prawda? Oglądać mnie znów w nędzy?
Zaczęło mu być niedobrze. Nie z powodu zapachu, jaki unosił się wokół Stellana. Czuł się chory na myśl o tym, ile niechęci i jadu do jego osoby nosił w sobie młodszy mężczyzna. I za co? Co właściwie Jason mu zrobił? Żył obok przez kilkanaście pierwszych lat swojego życia. Tylko tyle i aż tyle.
Chociaż większość słów Stellana była krzywdząca, żadne z nich nie dotknęło Jasona do żywego tak bardzo, jak nagłe porównanie go do macochy. W pierwszej chwili cała krew odpłynęła mu z twarzy, ale zaraz potem poczuł nagły, palący gniew. W życiu nie słyszał większych bredni! Stało się jednak, kropla przelała czarę i kiedy Stellan podszedł bliżej, żeby dalej wyrzygiwać mu swoje frustracje, Choi w końcu nie wytrzymał. Pięść, którą od pewnego czasu zaciskał, próbując nie pozwolić by jego frustracje znalazły ujście, w końcu wystrzeliła, trafiając brata w szczękę. Jak on śmiał... Jak on śmiał, bezczelny chuj!
- Gówno o mnie wiesz, więc zamknij w końcu mordę. Nie jestem taki jak ona. Nigdy nie byłem. Twoja matka była narcystyczną suką, która sprzedałaby mnie za garść miedziaków, gdyby ojca nie było obok. Krzywdziła wszystkich wokół dla własnej satysfakcji. To TY jesteś jej idealnym uczniem. Jej jebaną kopią!- warknął, rozmasowując dłoń. Nawet gdy przyszło opamiętanie, nie żałował. Stellan zasłużył. Zasłużył na jeszcze o wiele gorsze rzeczy, ale Jason nie zamierzał dawać mu tej satysfakcji - Wybrałem siebie. Wybrałem własny spokój i własne życie, z dala od dwójki toksyków, która zrujnowała mi życie. Jeśli to jest takim grzechem, jeśli TO właśnie uważasz za jakąś moją misternie planowaną od lat zemstę... to tak. Mszczę się okrutnie! Czy ty masz kurwa pięć lat Stellan? Przejrzyj na oczy, bezmózgu!

Stellan Thompson
Solhy
Posty z AI
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stellan drgnął, jakby Jason go uderzył, a na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech. Słowa o Florydzie trafiły dokładnie tam, gdzie najbardziej bolało. Poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a w uszach zaczyna mu szumieć z wściekłości i osłabienia. Rozejrzał się na boki, jakby szukał drogi ucieczki, ale ostatecznie znowu popatrzył na brata.
- Floryda, jasne - rzucił chrapliwie, machając lekko ręką, przez co o mało nie stracił równowagi. - Ty naprawdę myślisz, że tam miałem jakiś wybór? Że mogłem sobie po prostu powiedzieć: „O, zostaję”? Gówno wiesz. Gówno wiesz o tym, co się tam działo, jak już stąd wyjechaliśmy.
Zrobił przerwę na złapanie oddechu, bo w piersi zaczęło mu rzęzić. Oparł się plecami o chłodny tynk, żeby nie runąć na ziemię. Zimno cegieł na moment go otrzeźwiło, ale głód narkotykowy znowu dał o sobie znać ostrym skurczem w brzuchu. - Czekasz tylko, aż się przyznam, że jestem zerem, co? Że beze mnie i bez twoich pieniędzy sobie nie poradzę. Widzę twój wzrok, Jason. Układasz sobie w głowie scenariusze, jaki to ze mnie żul i jak skończę. No to patrz na mnie. Wygrałeś.
Stellan patrzył na Jasona, a w jego głowie aż huczało od pulsującego bólu. Słowa brata docierały do niego jak przez mgłę, ale ich sens uderzył go z pełną siłą. Chciał na niego krzyknąć, ale zabrakło mu powietrza.
- Czego chcę? - wycharczał, a w jego głosie nie było już złości, tylko zmęczenie. - Nic od ciebie nie chcę, Jason. Po prostu tu stoję, a ty robisz ze mnie jakiegoś potwora, który znowu chce ci dokopać. - Słowa Jasona uderzyły w niego mocniej niż jakikolwiek fizyczny cios. Ta pogarda w głosie brata sprawiła, że zacisnął zęby, a w środku znowu wezbrała w nim bezsilna wściekłość. Chciał złapać Jasona za kołnierz i zmazać mu z twarzy ten wyraz wyższości, ale jego ciało po prostu odmówiło posłuszeństwa. - Skoro nie czerpiesz z tego satysfakcji, to po co tu jeszcze stoisz? Droga wolna. Idź do swojego życia, do swojej kasy i zostaw mnie w spokoju. Przecież i tak masz mnie za gówno.
- Zamknij gębę - rzucił w końcu, cicho, ale z taką nienawiścią, na jaką tylko było go stać w tym stanie. Uniósł głowę i spojrzał na Jasona, a jego oczy były szeroko otwarte, przekrwione i mętne. - Nie mów o niej. Nie masz prawa nawet jej wspominać. - Otarł nos wierzchem dłoni, bo z zimna i wysiłku zaczęło mu z niego lecieć. Spojrzał na brata, niemal rzucając mu wyzwanie, choć wyglądał teraz bardziej jak wściekłe zwierzę niż człowiek, który kiedykolwiek miał nad kimś władzę. - Sprzedałeś to mieszkanie, bo się bałeś – rzucił z jadowitym uśmiechem. - Bałeś się, że jak tam wejdziesz, to znowu będziesz tym małym, zastraszonym dzieciakiem. Chciałeś wymazać wszystko, co z nami związane. I co, pomogło? Kupiłeś sobie nowe i myślisz, że jesteś kimś innym?
Gwałtownie opuścił ręce i uderzył pięścią w ścianę, aż rozciął sobie skórę na kostkach. Nawet nie poczuł bólu, cały płonął z upokorzenia.
- Nigdy nie chciałem widzieć cię w nędzy - wykrztusił, bo nie miał już odwagi podnieść wzroku. - Myślałem... myślałem, że jak tu wrócę, to chociaż ty... - Urwał, nie potrafiąc dokończyć, że w głębi duszy liczył na jakikolwiek ratunek ze strony jedynej bliskiej osoby, jaka mu została.
Uderzenie przyszło nagle i z taką siłą, że Stellanowi natychmiast odcięło film. Głowa odskoczyła mu w bok, a zęby kłapnęły o siebie z głośnym trzaskiem. Przez chwilę stał zamroczony, a w uszach piszczało mu tak głośno, że całkowicie zagłuszyło wszelkie słowa, w ustach poczuł smak krwi. Jęknął cicho, kurczowo łapiąc powietrze przez nos, powoli uniosząc dłoń, żeby dotknąć pulsującej bólem szczęki. Cała lewa strona twarzy drętwiała mu z każdą sekundą, a w głowie mu się kręciło. Drgnął, a w jego mętnych oczach na moment błysnęła wściekłość. Słowa o „narcystycznej suce” podziałały na niego jak prąd. Zapomniał o bólu, o rozbitej szczęce i o tym, że ledwo żyje.
- Zamknij mordę! - wrzasnął, aż zachłysnął się własną krwią. - Nie masz prawa tak o niej mówić! Słyszysz mnie?! Nie masz, kurwa, prawa! - wycharczał, a głos mu się załamywał z wściekłości i bezsilności. - Byłeś nikim, zwykłym bachorem, którego nikt tam nie chciał! Nawet własny ojciec miał cię głęboko w dupie, a ona przynajmniej była! - Zrobił krok w stronę brata, całkowicie ignorując fakt, że przed chwilą go znokautował. Zacisnął pięści, choć przez dreszcze ledwo trzymał pion. Kiedy jednak nazwał rodziców „toksykami”, a jego samego „bezmózgiem”, aż poczerwieniał na twarzy z wściekłości. Nie obchodziło go już, że rwie go cała szczęka, ani że kręci mu się w głowie. - Po prostu uciekłeś, ty egoistyczny chuju! - wrzasnął, podchodząc jeszcze bliżej, bo miał wrażenie, że z niego kpi, że pomiędzy pytaniem o bycie pięciolatkiem i nazwaniu bezmózgiem naśmiewa się z niego. Nie myśląc więc o konsekwencjach, ani o tym, że ledwo stoi na nogach, zamachnął się całą siłą, na jaką było go stać. Jego pięść wystrzeliła w stronę twarzy Jasona, ale ruch był niezdarny, chwiejny, pozbawiony jakiejkolwiek techniki – był to tylko rozpaczliwy akt bezsilnej wściekłości.
Jason Choi
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”