Ogólnie mama Erica uwielbiała kwiaty, dlatego zarówno przed domem jak i za nim, posadziła wiele różnych roślin o które dbała najlepiej jak tylko mogła. Niejednokrotnie prosiła średniego syna, by pojechał z nią do sklepu ogrodniczego po kolejne kwiaty oraz ziemię, a Stones… cóż, czasami jeździł, a czasami prośba musiała zostać skierowana do kogoś z rodzeństwa. Tak czy inaczej, kiedy z nią jechał, spędzał tam nawet kilka godzin, aczkolwiek, po jakimś czasie, zaczął podziwiać oczka wodne i marzył, by posiadać takowe, gdy już będzie posiadał swój własny dom. Często wracał zmęczony po takich zakupach i potrafił naprawdę szybko zasnąć. A następnego dnia, kiedy wracał ze szkoły, pani Stones prężnie działała - odnosił wrażenie, jakby była w swoim świecie. Taką samą minę miała także wtedy, gdy malowała obrazy, dlatego Eric wiedział, że sprawiało jej to radość. Miała do nich rękę, w przeciwieństwie do Erica. Jemu wystarczył kaktus na parapecie albo roślinka, której nie należało zbyt regularnie podlewać.
Pamiętaj, Ericu, każda dziewczyna jest jak kwiat. Delikatna i piękna. Doskonale pamiętał te słowa, wypowiedziane przez nikogo innego, jak jego mamę, gdy stał z konewką i podlewał tulipany. To ona była tą, która mówiła, by kupił kwiaty tej koleżance, którą naprawdę lubił.
Sher niejednokrotnie wspominała, jakie kwiaty lubi najbardziej, dlatego Eric zapamiętał tę - ważną dla niego - informację. Szukał strony, która posiadała słoneczniki, a kiedy na takową trafił, od razu kliknął kup. Wskazał adres, dokonał płatności i czekał na potwierdzenie dostawy. Otrzymał je w postaci wiadomości od przyjaciółki, tylko z podpisem, który wtedy go strasznie zakuł gdzieś tam wewnątrz klatki piersiowej. Patrz, dostałam kwiaty od Olivera! z drugiej strony, jakie miałaby powody, aby myśleć, że to Eric? Bardzo ładne. napisał wreszcie i wcisnął wyślij, choć wielokrotnie kasował to, co chciał pierwotnie napisać - a korciło go, by napisać To prezent ode mnie. Tylko z drugiej strony… Czy to nie wpłynęłoby na naszą przyjaźń? Chociaż, czy przyjaciele nie mogli sobie wręczać kwiatów z życzeniami? Ciekawiło go, co pomyślał sobie wtedy Oliver.
Za co naprawdę szanował Shereen?
Za to, że mógł być przy niej
Nie musiał udawać twardego, ani zgrywać nie wiadomo kogo. To przy niej po raz pierwszy wzruszył się z powodu śmierci Mufasy, choć oczywiście szybko przetarł oczy, bo nie chciał, aby widziała, jak to przeżywał. Płakał też przy niej, kiedy wywalił się na rowerze i złamał rękę, bo ból był nie do zniesienia. Był przyzwyczajony, że kiedy tylko miał wilgotne oczy, ojciec kazał mu się uspokoić i przestać mazgaić. Erica niejednokrotnie zastanawiało, czy jego własny ojciec kiedkolwiek płakał, czy przelewał na syna to, czego sam doświadczył… Niby dziadek był upartym człowiekiem, ale w sumie Eric nigdy nie pytał o to, jaki był dziadek w młodości - a może powinien, tylko Czy ojciec by mi cokolwiek powiedział? Prędzej babcia mogłaby cokolwiek powiedzieć…
Poza tym, co to byliby za przyjaciele - Shereen i Eric - gdyby nie mogli czuć się swobodnie w swoim towarzystwie i gdyby musieli udawać kimś, kim nie byli?
- NO WIESZ, CO?! Jeździłem SUPER! - nieprawda, nie jeździł, ba! Sam specjalnie wjeżdżał w innych dla funu, bo Nie po to się idzie na samochodziki, żeby jeździć grzecznie po kole. To nie gokarty. uważał.
- Nie wątpię. - odpowiedział co do tego, że Sher aktualnie była lepszym kierowcą niż kiedyś.
- Inaczej nie miałabyś prawka. - dodał jeszcze, chociaż… zdarzały się osoby, które, mając prawko, były BEZNADZIEJNE za kierownicą. Takim przykładem był jego wujek, który podczas zlotów rodzinnych opowiadał o tym, jak np. przejechał na czerwonym świetle, bo się zamyślił, jak musiał zjechać na pobocze, bo jechał zbyt szybko i policja wlepiła mu mandat, oraz jak skręcił w lewo, mimo zakazu skrętu. Eric zastanawiał się, jak długo wuj jeszcze będzie miał prawko. Zresztą Stones też zaliczył wtopę, która była rysą na szkle… Bo jak można pomylić wjazd z wyjazdem…
Oczywiście nie miał pojęcia, dlaczego Shereen miała gorzej, dlatego pokręcił głową, aby dać znać, iż nie wie albo raczej nie pamięta, co jej się przytrafiło i z uwagą wysłuchał krótkiej historii, która spowodowała, iż parsknął śmiechem, bo coś mu faktycznie zaczynało świtać.
- Oj… ale przynajmniej miałaś bardzo słodkie włosy. - choć domyślał się, że zmywanie pozostałości po wacie nie należało do najprzyjemniejszych. No ale cóż, no, nie zrobił tego wtedy specjalnie.
- Gdybyś mi pomogła, szybciej bym ją zjadł, a Ty wzięłaś może ją ze dwa razy i tyle. - dodał jeszcze, wzdychając głośno.
W swoim życiu, Eric usłyszał jedną sentencję, która została mu w głowie po dziś dzień.
Życie to sztuka, a każdy odgrywa w niej jakąś rolę. Jedni lepiej, drudzy gorzej. Jedni kryją się pod maskami, drudzy grają w odsłonięte karty. i w sumie zgadzał się z tym.
On ogólnie lubił chodzić do teatru, ponieważ to zawsze było coś innego. Film mógł być puszczany, a aktorzy grali na żywo i co za tym idzie, wypowiadali wyuczone kwestie, natomiast jeśli dojdzie do pomyłki, nikt tego nie przykryje ani nie usunie - to trochę jak z życiem. Scen z przeszłości nie dało się edytować.
Aktualnie Eric chciał grać w sztuce razem z Shereen. Shereen była jego główną bohaterką. Była jego muzą. Słońcem i księżycem. Jego kwiatem, o który planował dbać najlepiej, jak tylko potrafił.
Nie zamierzał
- Widzisz, dobry był ze mnie aktor. - powiedział, poruszając zabawnie brwiami. Przynajmniej nikt, kto nie był wtajemniczony, raczej nie posądzał go o to, co mógł robić poprzedniego wieczoru, aczkolwiek wystarczyło, że się podrapał albo poprawił kołnierz i całe zakrywanie szło na marne.
- Chociaż i tak najbardziej mi się chce śmiać, jak któryś z moich ziomków z klasy myślał, że to siniaki i pytał, gdzie się tak poobijałem. - ponownie parsknął śmiechem, gdy przypomniał sobie wspomnianą scenę. Ziomek nigdy wcześniej nie miał dziewczyny i należał do tych dobrych uczniów, którzy po lekcjach szli do biblioteki i codziennie przychodzili w koszuli oraz swetrze. Całkiem niedawno Ericowi mignęło jego zdjęcie na Instagramie i choć dalej ubierał koszule, skończył jako menedżer w jednej korporacji i nie narzekał na brak pieniędzy. Nawet miał całkiem ładną dziewczynę. bo mieli wspólne zdjęcia, choć oczywiście zdaniem Eryczka, najpiękniejszą dziewczynę to miał on sam. Widząc, jak ściąga bluzkę, miał ochotę za nią pobiec jak zgłodniały pies za panią - i pewnie tak nawet wyglądał, bo automatycznie oczy mu się powiększyły i zaświeciły. Fakt, że nie miała stanika, nie tylko go podniecił, ale także spowodował, że w myślach zaczął tworzyć różne nieprzyzwoite scenariusze - niczym nastolatek po przejrzeniu gazetki dla dorosłych. Choć pierwsze sekundy rozmowy nie były łatwe - wystarczyło usłyszeć jedno słowo, by wrócił do rzeczywistości. Krzątał się po kuchni, próbując nie walnąć głową o szafkę.
- Mhm… i znowu usłyszałem to samo. - odpowiedział, wzruszając ramionami i czując, jak zielonooka siada na nim okrakiem. Przymknał oczy, nie mogąc doczekać się masażu w wykonaniu swojej dziewczyny. Miał tylko nadzieję, że nie dopadnie go sen, aczkolwiek… po krótkiej chwili poczuł, że między jego ciałem a Shereen, nie istniała ŻADNA bariera. Osobiście nie był do końca pewien, czy to dotyk Sher czy fakt, że siedziała na nim bez bielizny spowodował nagłe ściągnięcie do tyłu łopatek. Miał wrażenie, że rozpływa się pod nią, szczególnie wtedy, gdy znaczyła go językiem wraz z pocałunkami. Wydał z siebie stłumiony jęk, który zniknął gdzieś w pościeli albo raczej poduszce, na której położył głowę, a pod którą umiejscowił ręce. Było mu tak cholernie dobrze, że pewnie jeszcze kiedyś poprosi ją ponownie o to samo. Otworzył oczy, gdy dotarło do niego, na co także i ona miała ochotę. Przełknął ślinę, wyobrażając sobie - zgodnie z tym, co mówiła - dłonie ulokowane we wspomnianych miejscach. Automatycznie wydał z siebie cichy pomruk, gdy usta zielonookiej musnęły jego ucho, a jednocześnie napiął brzuch. Nie zamierzał protestować ani udawać, że nie słyszał, bo słyszał wszystko D O S K O N A L E. Poza tym, to wystarczyło, by jego męskość także zareagowała.
Odwrócił głowę na tyle, na ile pozwalała mu szyja, wyciągnął rękę do tyłu, by klepnąć Sher w udo, czy zwyczajnie tam, gdzie sięgnął, i, koniec końców, żeby było jasne, o co mu chodzi, wsparł się na wyprostowanych przedramionach, przypominając trochę czworonoga, który właśnie wstawał z przednich łap i zaraz musiał unieść tylne. Czekał, aż Sher się podniesie, a kiedy to zrobiła, przekręcił się tak, by leżeć plecami na łóżku, a przed sobą widzieć Winfield.
- Proszę bardzo. Dotknij mnie i wsadź rękę tam, gdzie chcesz. Zrób ze mną, co tylko chcesz, Shereen. Zegnij każdy róg, by potem ułożyć na nowo jak pieprzone origami. - powiedział, samemu nachylając się do jej szyi, by nie tylko ją pocałować, lecz także ugryźć - jakby chciał tym zachęcić ją do działań (choć pewnie wcale nie musiał).
No…
ale
chciał.
Bo ta jej szyja
tak cholernie go kusiła.
put your hands on me