29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Logan był ostatnią osobą, z którą powinien rozpocząć tę rozmowę. Nie chodziło o jego gburowate usposobienie, choć to na pewno nie ułatwiało konwersacji, ale fakt, że dotyczyła ona również Callahana. W półmroku jednak obydwoje nie byli trochę sobą, a może odwrotnie byli bardziej sobą niż kiedykolwiek. Laurent potrzebował się wygadać przed kimś, przed kim nie musi zgrywać człowieka sukcesu.
Obrysował kciukiem gwint butelki, słuchając odpowiedzi Logana ze zmarszczonym czołem. Tkwili przez moment w kompletnej ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Laurent był pewien, że jego rozmówca nie ma już nic do dodania, dlatego zaskoczony przeniósł na niego wzrok, a potem parsknął z niedowierzaniem.
On cię lubił. Mało powiedziane. Uwielbiał. Nie mógł się nagadać o tym, jak sobie radzisz z końmi — potrząsnął głową, ale nie mógł w ten sposób uwolnić się od emocji. Spojrzał z wyrzutem na zegarek, czując, jak gorycz znów podchodzi mu do gardła. — Byłeś dla niego wszystkim tym, czym ja nigdy nie będę — stwierdził, skubiąc etykietę od piwa i wbijając spojrzenie w stół.
Może w takim razie powinien za to podziękować?
Wypił kolejny łyk piwa, opróżniając butelkę w niepokojącym tempie, a miał naprawdę słabą głowę. Co to jednak miało za znaczenie? Logan pewnie już miał o nim wyrobioną opinię i ta nie była najlepsza.
Ja go nie lubiłem. Kochałem, ale nigdy nie polubiłem — stwierdził z ponurym grymasem, orientując się, jak wiele bolesnej prawdy było w tym jednym zdaniu. — Zawsze bardziej obchodziło go co u koni niż co u mnie. W telewizji ciągle leciał tylko bejsbol, którego nie znosiłem, więc wolałem siedzieć w swoim pokoju i czytać komiksy. Zrezygnowałem przez niego z kółka teatralnego, bo mi powiedział, że to zabawa dla dziewczyn. Sprawił, że przez całą młodość wstydziłem się tego, kim jestem. A kiedy w końcu wyjechałem z tego cholernego rancza i poznałem kogoś, w kim odważyłem się po raz pierwszy zakochać, to nazwał to fazą — wypluwał z siebie słowa, chociaż Logan zapewne w każdym z tych punktów zgadzał się z jego ojcem. Przełknął łzy z zaciętą miną, unosząc butelkę do ust. Na jego twarzy wyraźnie malowały się wszystkie przeżywane emocje, a głębokie cienie podkreślały je, nadając im groteskowego wyrazu.
Laurent wpatrywał się z wyrzutem w zegarek. Czuł się żałośnie, mówiąc to wszystko Loganowi, ale skoro już zaczął, nie potrafił przerwać.
Wiesz, ile razy zapraszałem go do Toronto? Przyjechał tylko cholerny raz. Jedzenie było niedoprawione. Moi przyjaciele za głośni. Mieszkanie brzydkie. Ludzie nie umieli jeździć samochodami. Film w kinie głupi — wymieniał, doskonale pamiętając tę jedną nieudaną wizytę, którą planował przez tydzień, dopracowując każdy szczegół, by zakończyła się kompletną katastrofą.
Tak bardzo chciał pokazać ojcu wszystko to, co kochał od najlepszej strony.
Ten jednak nie dostrzegł w mieście nic pięknego i skrócił swoje odwiedziny, wyjeżdżając następnego dnia, bo powietrze mu szkodziło.
Laurent cicho pociągnął nosem, ale nie płakał. Zdarł już niemal całą etykietkę z piwa i wokół butelki leżały mały stosik białych okruchów.
I nigdy nie powiedział, że mnie kocha. Nigdy. Przez prawie trzydzieści lat. I nie próbuj go bronić. Nie mówię, że mnie nie kochał. Mówię, że nigdy mi tego nie powiedział — podkreślił gniewnie i niespodziewanie uniósł zaszklone oczy na Logana. Jego policzki były jednak suche. — Ty mówisz swojemu dzieciakowi, czy też liczysz na to, że może się domyśli? — zaczepił go gniewnie, mrużąc przy tym lekko oczy.
Czuł się naprawdę głupio z tym swoim żałosnym bełkotem, więc spróbował niefortunnie zmienić temat.

Logan Callahan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Beza
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie miał pojęcia jak odpowiedzieć na to oskarżenie. Wiedział, że tak było. Luke nie raz dał mu to do zrozumienia, chociaż Logan nie powiedziałby, że był przez niego uwielbiany. Doceniany, owszem. Jednak ich relacja wcale nie była tak zażyła jak wydawało się Laurentowi. Co prawda Logan mógł z ręką na sercu powiedzieć “był dla mnie jak ojciec", ale dla niego to stwierdzenie miało zupełnie inny charakter niż dla adwokata, bo nigdy nie szukał w postaci ojca czułości czy wyrozumiałości - szukał wzoru i ten wzór znalazł właśnie w nim.
Potrafił jednak zrozumieć potrzebę akceptacji, chociaż sam nigdy za nią nie gonił.
Przykro mi - powiedział cicho i naprawdę tak było. Szczególnie, że już nic nie dało się z tym zrobić. Został tylko żal i pretensje, których nigdy nie rozwiążą. Cała ta frustracja i miłość, wszystkie zaprzepaszczone szanse.
Boże, jak dobrze znał smak wszystkich tych emocji.
Jedyne, co Laurent mógł zrobić w tej sytuacji, to się z tym pogodzić, ale to wymagało ogromu czasu, a i tak nie było żadnej gwarancji, że po latach przestanie boleć.
Jego nie przestało.
Nie przerywał mu. Pozwalał żeby wylał z siebie wszystkie emocje, które bez wątpienia trzymał pod kloszem aż do tej pory, a sobie na bycie tego milczącym świadkiem. Przez moment patrzył w wykrzywioną w cierpieniu twarz, ale wreszcie odwrócił wzrok, bo obserwowanie go teraz wydawało się jeszcze bardziej intymne niż fantazjowanie o smaku jego skóry.
Sam nie byłby w stanie się tak otworzyć, szczególnie przed kimś, kto stanowił część problemu.
Była w tym swego rodzaju odwaga.
Albo brawura.
Albo słabość.
I właśnie przez tę ostatnią, Logan uznał, że nie może być obojętny. Nie kopie się leżącego. Może gdyby siedział przed nim ktoś inny, zbyłby go milczeniem, ale wobec dzieciaka Luke’a czuł, że to po prostu nie w porządku.
No i po części go rozumiał.
Podniósł wzrok akurat, kiedy Laurent wypluwał z siebie, by nie ważył się go bronić. Logan nie zamierzał, szczególnie gdy pełne łez i żalu oczy wbiły się w niego z siłą oskarżenia i bólu.
Zmarszczył lekko brwi, zaskoczony bezpośrednim pytaniem, które, jak się domyślał było tylko próbą odwrócenia jego uwagi od litanii żalu.
Co nie znaczyło, że nie dało mi do myślenia.
Sapnął cicho i upił łyk piwa, kupując tym sobie trochę czasu.
Być może za rzadko - przyznał po dłuższej chwili. Najpierw chciał odpowiedzieć milczeniem na to niewygodne pytanie, ale gdy się zastanowił i gdy znów popatrzył w zaszklone oczy Laurenta, dotarło do niego dokładnie to, co powiedział.
Że może jednak zbyt rzadko.
Nie chciał, by kiedyś to Travis znalazł się na jego miejscu, dławiąc łzy nie tyle po stracie ojca, co z żalu do niego.
Mój staruszek też nigdy mi tego nie powiedział - podjął, opierając ręce o brzeg blatu za sobą. Opuścił wzrok, spoglądając w podłogę. - Miał za to bardzo ciężką rękę, którą mówił aż za dużo - uśmiechnął się cierpko, a potem przetarł twarz dłonią, pozbywając się niechcianych wspomnień. Nie lubił do nich wracać.
Podniósł wzrok, spoglądając Laurentowi w twarz.
- Staram się powiedzieć, że lubiłem Luke’a bo nigdy nie byłem na twoim miejscu. Może gdybym był, miałbym do niego żal. - Zamilkł na chwilę, odwracając w bok głowę, a potem pokiwał nią do samego siebie. - Pewnie tak - przyznał cicho.
Myślę, że z nim było podobnie - powiedział po kolejnej chwili milczenia, wciąż tym samym miękkim głosem, prawie ocierającym się o szept. - Kochał cię, ale nie potrafił zrozumieć.
Umyślnie przeinaczył tamto wyznanie. Bo nie chodziło tu o lubienie, ale właśnie o to, że obaj wiedzieli świat zupełnie inaczej.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wzdrygnął się lekko, słysząc, że Loganowi przykro. Słowa, które nic nie zmieniały i wydawały się kompletnie nieadekwatne do sytuacji. Odetchnął przez nos, ale nic nie odpowiedział.
Zaczynał się obawiać, że już zawsze będzie czuł tę obrzydliwą mieszankę żalu i gniewu. Spróbował ją z siebie wyrzucić w tym butnym i pełnym pretensji monologu, ale spodziewana ulga nie przyszła. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo prawdziwy był w tym momencie, gdy obnażał emocje przed mężczyzną, którego po części, choć niesłusznie winił za swój ból. Logan wkradł się między niego a ojca. Wziął na siebie rolę idealne, przybranego syna i zrobił to z radością.
Być może — przedrzeźnił go zniecierpliwiony, bo przecież w jego oczach Callahan powinien natychmiast wziąć dupę w troki, pobiec na górę, obudzić Travisa i powiedzieć mu, że go kocha.
Z takimi rzeczami nie można było czekać.
Zaskoczony wyznaniem mężczyzny zamilkł na moment. Przyglądał mu się długo i w ciszy, próbując sobie wyobrazić, jak ktoś mógł w ogóle ośmielić się podnieść na Logana rękę. Pewnie nie zawsze był taki szeroki w barkach i posępny.
Przynajmniej masz jakąś wymówkę, żeby go nie kochać — dodał ciszej, ponownie wbijając spojrzenie w blat stołu. Laurent miał zamiast tego poczucie winy, że nie dość lubił swojego ojca. Obydwoje się starali, ale wszelkie próby zjednoczenia zawsze kończyły się fiaskiem. Może gdyby byli mniej uparci i bardziej wyrozumiali nie siedziałby teraz w kuchni i się nie zadręczał?
Upił łyk piwa. Logan zachowywał się tak, jakby próbował go zrozumieć, a nawet mu pomóc? Nie widział, że to wszystko przez niego?
Nie potrzebuję twojej litości. To twoja wina — oznajmił, za wszelką cenę nie chcąc się w tej sytuacji rozkleić. Przelała się czara goryczy, choć Laurent był pijany raczej żalem niż piwem. — A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? — wstał od stołu, szurając krzesłem. Niespodziewany hałas zburzył ciszę, a on stanął naprzeciw mężczyzny. — Kiedy tu jechałem, miałem nadzieję, że okażesz się nietolerancyjnym idiotą. Prostakiem. Chamem, który po prostu wie, jak trzymać cholerny młotek. Że będę mógł cię dalej nienawidzić. Ale nie — parsknął, wbijając oskarżycielsko palec w jego nagi tors. — Ty musiałeś okazać się inteligentnym i cierpliwym facetem, który poświęca swój sen, żeby mnie pocieszać, chociaż ja zamierzam zrujnować twoje życie — zarzucił mu ze złością, jakby nie zdawał sobie sprawy, jak wiele ciepłej prawdy kryje się w jego wściekłych słowach. — I wiesz co jeszcze? — pytał, choć nie dawał Loganowi dojść do słowa. Wbił mocniej palec w jego twardą pierś, co mimowolnie odnotował. Mówił przy tym tak, jakby Logan zrobił to wszystko mu na złość. — Jesteś na domiar złego zajebiście przystojny. Jakby spośród wszystkich zalet masz nawet sześciopak — zaśmiał się nerwowo, a potem zwiesił głowę i pokręcił nią z niedowierzaniem, a potem zerknął na wspomniane mięśnie, jednocześnie uświadamiając sobie, że właśnie brutalnie naruszył przestrzeń osobistą mężczyzn.
Nie powinien pić tego piwa.
Pójdę spać — zdecydował, płaską dłonią klepiąc jeszcze jego tors, a następnie zrobił krok w tył. Przystanął w progu kuchni i obrócił się jeszcze przez ramię do mężczyzny. — Logan? — zwrócił się do niego i poczekał, aż ich spojrzenia się spotkają. — Dziękuję — odezwał się wtedy i posłał mu blady uśmiech.
Bo rozmowa mimo wszystko pomogła.

Stał na ganku z dłońmi nonszalancko wsuniętymi w kieszenie szarego garnituru. Obserwował, jak srebrny SUV wzbija kurz na drodze, a następnie parkuje pod domem. Lekkim, sprężystym krokiem zszedł po schodach i wyciągnął dłoń do mężczyzny. Wymienili krótki, ale pewny uścisk.
Laurent Ashcroft.
— Gregory Vance, wyceniam nieruchomości komercyjne i rolne od dwudziestu lat — błysnął w uśmiechu idealnie białymi i równymi zębami. Z powodzeniem mógłby wystąpić w reklamie pasty do zębów. Laurent odpowiedział dużo bardziej oszczędnym grymasem.
Dziękuję, że zgodził się pan przyjąć to zlecenie. Czas jest dla mnie kluczowy, dlatego, jeśli nie ma pan nic przeciwko, przejdźmy od razu do rzeczy — zwrócił się do niego uprzejmym tonem i gestem dłoni wskazał mu kierunek, w którym mieli się wybrać. Wiedział, że Logan zajmuje się końmi, dlatego ruszył od razu do stajni, ignorując natarczywe spojrzenia innych pracowników rancza.
— To bardzo ładny teren.
Niepotrzebny komplement Vance’a sprawił, że w kąciku ust Laurenta pojawił się cień niezadowolenia.
A w jaki sposób to wpływa na cenę? — upomniał go obojętnym i rzeczowym tonem, gdy dotarli już do Logana. — Pan Callahan będzie nam towarzyszył podczas oględzin, odpowie na pytania techniczne. Doskonale zna każdy skrawek tej ziemi — wyjaśnił i poczekał, aż mężczyźni wymienią uścisk dłoni na powitanie.
Ruszył przez stajnie, ale zwolnił kroku przy jednym z boksów, w którym, gdy był dzieckiem, spędzał całe godziny. Był wtedy tak zakochany w podarowanej przez ojca klaczy, że jadł z nią nawet każdy posiłek. Niemal uśmiechnął się do tego wspomnienia i wtedy dostrzegł w nim ruch, a chwilę później Legacy wysunęła głowę, by się przywitać. Laurent odruchowo podszedł do niej i pogłaskał miękki pysk.
— Panele w tej stajni wymagają wymiany. Drewno jest stare, w niektórych miejscach widoczne ślady wilgoci. To obniża wartość użytkową o jakieś pięć do siedmiu procent całego obiektu.
Pięć do siedmiu procent? To śmieszne. I stwierdza pan to bez ekspertyzy konstrukcyjnej? — Laurent odwrócił się od konia i uśmiechnął się lodowato, a jego głos nabrał aksamitnie chłodnego tonu. Zrobił krok w stronę rzeczoznawcy, wpatrując się w niego spod przymrużonych powiek, które zdradzały zarówno wyższość, jak i subtelną pogardę. — Zaczynam się obawiać, że pańska wycena będzie oparta na subiektywnym wrażeniu, a nie na rzeczywistym stanie technicznym. Poza tym to modrzew kanadyjski i świadczy o autentyczności tego miejsca, a nie zniszczeniu.
Vance uniósł brew, ale nie stracił pewności siebie.
— Ślady wilgoci to wciąż minus — rzeczoznawca okazał godnym przeciwnikiem, przyzwyczajonym do trudnych negocjacji, ale to nie zniechęciło Laurenta, który wczoraj doskonale przygotował się do tej rozmowy.
Wszystkie stajnie w Ontario mają wyższy poziom wilgotności, ale ta konkretna ma dwa systemy wentylacyjne i suszenie mechaniczne, które uruchamia się przy podwyższonej wilgotności. Klimat w tej stajni jest idealny. Prawda? — tym razem wbił przeszywające spojrzenie w Logana, oczekując od niego potwierdzenia.

Logan Callahan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Beza
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Pokiwał głową, jakby nie dostrzegł irytacji i kpiny w powtórzonym “być może". Wiedział, że nie musi się z niczego tłumaczyć, a już tym bardziej z tego, jak wychowuje własnego syna, ale obarczony oskarżeniem poczuł nie tyle frustrację, co wstyd.
Travis, jak na dzieciaka wychowywanego bez matki i z takim ojcem jak on, nieźle radził sobie emocjonalnie. Logan nie miał jednak pewności, czy się nie myli. To zawsze Harper powtarzała im, że ich kocha, mówiła to, co należało, kiedy jemu brakowało słów. Wtedy to wyznanie wszystkim przychodziło łatwiej. Teraz… było jak było.
Przez chwilę próbował sobie przypomnieć kiedy mówił mu to ostatnim razem, ale porzucił tę próbę. Tu nie chodziło o niego, chociaż Laurent starał się, by tak było, ostatecznie o wszystko go obwiniając.
Logan pozwolił mu na to. W głębi ducha wierzył, że za jakiś czas dzieciak sam dojdzie do wniosku, że to nie on stanowił problem.
On był co najwyżej wygodną wymówką dla nich obu.
Pisk nóg krzesła brutalnie przerwał ciszę, wdarł się w nią jak fałszywa nuta. Mimo to Logan się nie poruszył. Zmrużył jedynie oczy, obserwując jak Laurent wstaje od stołu, a zimne światło księżyca załamuje się na krzywiznach jego ciała. Szczerze wątpił żeby chciał mu przyłożyć i jak się okazało, miał rację. Nawet słowa, które padły po chwili nie były ciosem, a jeśli już, to wymierzonym jedynie w samego siebie.
Zmarszczył brwi, kiedy palec oskarżycielsko wbił mu się w pierś. Nic, co Laurent mówił nie pokrywało się z tym jak mówił, co robił i jak wykrzywiał przy tym usta. Ten dziwaczny kontrast sprawiał, że Logan czuł się cholernie nieswojo. Ludzie rzadko prawili mu komplementy, a już na pewno nie rzucali mu ich w twarz jakby stanowiły największą wadę. Nie miał pojęcia jak się do tego odnieść i czy powinien. Pewnie nie. Laurent nie chciał rozmowy - potrzebował jedynie się wygadać, jakoś poradzić sobie z tym, co czuł, z całą tą frustracją. A on był pod ręką.
Wiedział o tym, a i tak czuł się piekielnie dziwnie, nie tylko z jego sprzecznymi z tonem słowami i wbitym w pierś palcem, ale przede wszystkim z naruszeniem osobistej przestrzeni. Bo Laurent stał tak blisko, że czuł bijące od niego ciepło i zwietrzały zapach żelu pod prysznic zmieszany z wonią jego ciała. Na domiar złego był prawie nagi, w cholernym świetle księżyca, w kuchni tak cichej, że nawet oddech wydawał się głośny i mówił mu, jak to jest zawiedziony, że nie okazał się ostatnim dupkiem.
To był najdziwniejszy monolog jakiego był świadkiem.
Westchnął ciężko, lekko odchylając głowę, by w ten sposób zasugerować, że jednak powinien się trochę odsunąć, ale wtedy padło ostatnie oskarżenie. I tak go zaskoczyło, że wyrwało mu się niedowierzające parsknięcie. To bardzo dosadnie przypomniało mu z kim ma do czynienia. Podobny komentarz nigdy nie opuściłby przecież ust heteryka.
Loganowi nie spodobał się fakt, że sprawił mu satysfakcję.
Nie powinien jej czuć.
Tak samo jak przyklejonej płasko do piersi, gorącej dłoni.
- Tak, powinieneś iść spać - mruknął nisko, prawie karcąco. Odchrząknął gdy odzyskał przestrzeń i niby naturalnie sięgnął po butelkę żeby ukryć zmieszanie.
Idiotyczne.
Ale akurat o zmieszanie nie powinien mieć do siebie żadnej pretensji. Każdy facet hetero w podobnej sytuacji czułby się dziwacznie. A to, że wciąż czuł jeszcze widmo dotyku na swojej piersi? Cóż. Nikt od lat nie kładł tam dłoni. Od lat nikt w ogóle go nie dotykał. To zrozumiałe, że zwrócił na to uwagę i nie powinien w ogóle się na tym fiksować.
Kiedy Laurent go wywołał, spojrzał na niego spod brwi przez całą przestrzeń pogrążonej w mroku kuchni. Kiwnął głową w odpowiedzi na nieoczekiwane podziękowania, a gdy wreszcie został sam, odwrócił się przodem do blatu, opierając na nim szeroko rozstawione ręce. Pochylił się ku uchylonemu oknu i na moment zwiesił głowę.
- Kurwa - mruknął do siebie. Potem westchnął i biorąc się w garść, sprzątnął butelki razem z naskubaną etykietą.
Przynajmniej utwierdził się w przekonaniu, że młody Luke’a naprawdę nie był pozbawioną serca wydmuszką człowieka z wielkiego miasta, a to w obecnym położeniu rancza było dużo ważniejsze niż czyjekolwiek seksualne preferencje.

Grant splunął w kurz i przesunął wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego.
- Logan, do cholery. Ile ten dzieciak będzie nas jeszcze trzymał w niepewności?
Grant, jeden z najstarszych pracowników rancza, który z powodzeniem mógłby być ojcem Callahana, stał wraz z grupką innych kowbojów pod stajnią, jak co rano zebranych na poranne spotkanie organizacyjne. Memłał w ustach wykałaczkę, a jego poznaczona zmarszczkami twarz przypominała korę starego drzewa.
Reszta zawtórowała mu pomrukami.
- Mamy rachunki do płacenia - odezwał się Curtis, opierając się ramieniem o słup. – Bank nie będzie czekał, aż paniczyk zdecyduje, czy chce bawić się w ranczera.
- A ja mam dwie córki na studiach - dorzucił Dean. - Chciałbym wiedzieć, czy za miesiąc nadal będę miał robotę.
- Ludzie już pytają po okolicy - mruknął Brett. - Sąsiednie rancza zwęszyły okazję. Jeszcze chwila i zaczną podbierać nam chłopaków.
Grant prychnął.
- Mówiłem ci już, Logan. Młody sprzeda ziemię deweloperowi albo jakiemuś nafciarzowi. Dla takich jak on to tylko kawał pola z końmi. Nawet nie wie, z której strony siodła się wsiada.
Kilku mężczyzn parsknęło ponurym śmiechem.
Logan wiedział, że się martwią. On sam też się martwił, ale na razie nie mógł dać im żadnych konkretów. Był jednak pewien, że nie pozwoli, żeby Ashcroft z dnia na dzień wywalił ich wszystkich na zbity pysk.
- Na razie nic się nie zmienia. Wszyscy pracujemy jak zawsze. Dajcie chłopakowi trochę ochłonąć, zanim podejmie decyzję.
- Ochłonąć? - Grant uniósł krzaczastą brew. - Ojciec jeszcze dobrze nie ostygł, a prawnicy już kręcą się po domu. - Wskazał brodą na Laurenta w oddali, właśnie witającego się z jakimś drugim garniakiem. - To jest ten czas na ochłonięcie?
- Nie będziemy go teraz szarpać. Stracił ojca - przypomniał szorstko Logan.
- My możemy stracić domy - odburknął Curtis.
Zapadła cisza.
Logan omiótł spojrzeniem twarze zebranych. Znał każdą z nich od lat. Niektórzy pracowali tutaj dłużej niż on sam. Widział ich dzieci dorastające między stajniami, widział, jak budowali domy na ziemi należącej do rancza. To nie byli zwykli pracownicy. Byli częścią tego miejsca.
- Posłuchajcie mnie uważnie. - Jego głos stwardniał. - Dopóki ja tu jestem, nikt nie będzie pakował swoich rzeczy. Jeśli Ashcroft będzie chciał zamknąć ranczo, najpierw będzie musiał porozmawiać ze mną.
Grant długo mierzył go wzrokiem, po czym westchnął ciężko.
- Ufasz temu chłopakowi?
Logan zawahał się ledwie na ułamek sekundy. Mignęły mu wszystkie ich niefortunne rozmowy i cała ta otoczka, która towarzyszyła młodemu Ashcroftowi od długiego czasu.
- Nie - odparł twardo.
Miedzy ludźmi przeszedł szmer.
- Ufam jego ojcu. A on nie wychowałby idioty. Dajmy mu kilka dni.
Grant wypluł wykałaczkę w kurz i przydeptał ją obcasem.
- Obyś miał rację, Logan.
- Mam.
- A jeśli nie?
Zacisnął szczękę.
- Wtedy będziemy się martwić.
Jeszcze przez chwilę nikt się nie ruszał. W końcu Logan klasnął w dłonie.
- Dobra, koniec narady. Curtis, sprawdź ogrodzenie na północnym pastwisku. Dean, weź chłopaków i dokończcie szczepienie jagniąt. Brett, z tobą gdzieś za godzinę pojadę obejrzeć pompę przy zachodnim zbiorniku. Robota sama się nie zrobi.
Pomruki niezadowolenia nie ucichły, ale mężczyźni zaczęli się rozchodzić. Każdy dobrze wiedział, że niezależnie od tego, co przyniesie jutro, zwierzęta nadal trzeba nakarmić, konie oporządzić, a płoty naprawić. Ranczo miało gdzieś to, że jego opiekun odwalił kitę.
Logan ruszył do stajni, mimo że widział kątem oka jak Laurent w towarzystwie rzeczoznawcy właśnie ruszają w jego kierunku. Pokręcił do siebie głową. Obaj idioci w garniturach wyglądali jak wklejeni tu z jakiejś głupiej adwokackiej broszury. Miał cichą nadzieję, że wdepną w końskie łajno tymi wyglancowanymi bucikami.
Miał zamiar wyprowadzić konie na popas, ale wstrzymał się z tym wiedząc, że zaraz i tak mu przeszkodzą. Zabrał się więc za olejowanie ogłowi w siodlarni. Wychynął z niej dopiero słysząc odbijający się echem w stajni głos Ashcrofta. Nie brzmiał na zadowolonego. Właściwie w niczym nie przypominał tego roztrzęsionego dzieciaka w ciemnej kuchni, któremu głos łamał się na każdym słowie.
Logan wyszedł do nich wycierając dłonie w bandanę przywiązaną do szlufki jeansów. Miał na sobie sprane spodnie i zieloną koszulkę bez rękawów. Ubłocone buty potęgowały wrażenie człowieka ciężko pracującego i niebojącego się brudu. W porównaniu do dwójki w garniturach, wyglądał jak prosty farmer i co tu dużo gadać, był nim.
Bez słowa uścisnął dłoń rzeczoznawcy, a potem ściągnął z haczyka przy jednym z boksów swój kapelusz i nasadził go sobie na głowę. Nie odzywał się, jedynie patrzył jak jeden garniak z drugim węszą mu po stajni jakby mieli o niej jakiekolwiek pojęcie.
Słysząc komentarz Vance’a rozejrzał się, próbując spojrzeć na przestrzeń okiem kogoś, kto widzi ją pierwszy raz. Nie mógł powiedzieć, że nie mieli problemów. Nie chodzi o wilgoć, ale ogólnie. Nie wszystko działało perfekcyjnie, ale radzili sobie. Nie znał się jednak na wycenie i nie miał pojęcia ile może być warte takie ranczo ani co zalicza się do “problemów z wilgocią”.
Brew Logana drgnęła, gdy Laurent poczęstował kolegę po fachu lodowatym tonem.
Tak, bez wątpienia nauczył się go w szkole dla adwokatów.
To ten ton, którym straszy się obrońcę przeciwnej strony. Wiedział to z filmów.
Kiedy Laurent wymówił sugestywne “prawda?”, wbijajac w niego przeszywający wzrok człowieka z sali sądowej, poczuł się nagle jakby brał udział w rozprawie.
Nie podobało mu się to.
Nie miał ochoty brać udziału w jego dziwacznych rozgrywkach, tym bardziej, że dotyczyły sprzedaży rancza.
Wzruszył ramionami.
- Konie nie narzekają - odparł obojętnie i równie obojętnie zniósł niedowierzające spojrzenie Laurenta, oraz pobłażliwe rzeczoznawcy, który miał na twarzy wypisz wymaluj opinię “no wsiur”.
- Ale szef dobrze mówi. Modrzew to dobre drewno konstrukcyjne, a stajnia ma wszystkie te bajery zgodne z wymogami, coby się nas nikt nie czepiał.
Rzeczoznawca odchrząknął i zapisał coś w tablecie, który trzymał w dłoniach.
- Rozumiem. W takim razie obejrzyjmy resztę zabudowań.
Logan skinął głową.
- Pewnie.
Ruszył przodem, niespiesznie, jakby oprowadzał gości po własnym podwórku, a nie po majątku wartym miliony dolarów.
Zatrzymał się przy szerokich drzwiach stodoły i klepnął ręką w deskę, jakby był to tyłek kelnerki w wiejskim barze.
- Tu trzymamy siano. Czasem myszy się zalęgną, ale koty się nimi zajmują. Jak koty nie zdążą, to sowy.
Rzeczoznawca uniósł wzrok znad tabletu.
- Rozumiem... a izolacja?
Logan zmarszczył czoło, idealnie udając wioskowego idiotę.
- No deski są.
Zapadła chwila ciszy.
Vance odchrząknął.
- Pytam o izolację termiczną.
- A. - Logan pokiwał głową, jakby dopiero zrozumiał. - No zimą jest zimno, latem ciepło. Tak jak w stodole powinno być.
Logan nie unikał spojrzenia Laurenta. Jeśli się skrzyżowały, uśmiechnął się do niego leniwie, na tyle wymownie, by było wiadomo, że nie jest aż tak takim idiotą, tylko właśnie robi z wyceny widowisko.
Przeszli kawałek dalej, do kolejnego murowanego budynku.
- A tu co się mieści? - zapytał Vance.
- Warsztat.
- W jakim jest stanie?
Logan otworzył drzwi, zapraszając go do środka gospodarskim gestem. Wnętrze prezentowało się dobrze, chociaż było zagracone narzędziami i maszynami do obróbki drewna. Po podłodze walały się trociny, które intensywnie pachniały w porannej duchocie.
- Dach jeszcze nie przecieka - odparł Logan, zadzierając głowę.
- Jeszcze? - Vance zmarszczył brwi, a potem przeniósł pytające spojrzenie na Laurenta.
- No. Kiedyś pewnie zacznie. Wszystko kiedyś zaczyna.
Rzeczoznawca spojrzał na dach odruchowo.
W rzeczywistości pokrycie wymieniono trzy lata wcześniej i od lat nic tu nie przeciekało. Poza tym, wszystkie naprawy robili na bieżąco, jeśli tylko mieli pieniądze na materiały.
Logana bawiła konsternacja rzeczoznawcy, chociaż podejrzewał, że Laurent nie podziela jego zadowolenia.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odpowiedź Logana zaskoczyła wszystkich. Laurent znów myślał, że źle usłyszał, ponieważ nie spodziewał się po ranczerze takiego zagrania. Wbił w niego zniecierpliwione i wyczekujące spojrzenie, ale Callahan jak gdyby nigdy nic brnął w tę bzdurę dalej, wywołując w rzeczoznawcy coś na kształt pobłażliwej wyższości. Nic dziwnego, skoro właśnie z wprawą odgrywał rolę wiejskiego głupka i robił to z takim przekonaniem, jakby startował w wyścigu po Oscara.
Laurent przechylił lekko głowę w bok, wsuwając dłoń do kieszeni eleganckich spodni. Uświadamiając sobie, że jego prawdziwym i naprawdę trudnym przeciwnikiem może okazać się Logan, a nie rozbawiony prawnik obok.
Niepotrzebnie zwierzał mu się tamtej nocy. Nie żałował tego, co powiedział, ale teraz miał wrażenie, że facet po prostu wykorzystał jego moment słabości. Może naprawdę go nie docenił?
Zrównał krok z idącym przodem mężczyzną i pochylił się w jego kierunku.
To ma być twoja ekspercka opinia? — upomniał go jadowitym tonem, a potem uśmiechnął się krzywo, kiedy Logan dalej odgrywał przed Vancem to idiotyczne przedstawienie. Jakim cudem rzeczoznawca nie widział, że to wszystko gra? Zapewne był równie bardzo zaślepiony przez stereotypy co sam Laurent.
Oby na wycenie rzeczy znał się lepiej niż na ocenie ludzi.
Nie odpowiedział na jego leniwy uśmiech spod kowbojskiego kapelusza. Może uznałby go nawet za pociągający, gdyby nie zniecierpliwienie dziecinną postawą Logana. Rzucił mu tylko twarde i niezadowolone spojrzenie, którym jasno mówił: wiem, w co grasz.
Izolacja jest z wełny celulozowej i spełnia wszelkie niezbędne normy — odpowiedział tak, jak powinien to zrobić Logan, chłodno i rzeczowo, przypominając tym samym, że jest znacznie więcej niż zagubionym szczeniakiem.
Może uznałby zachowanie Logana za zabawne, gdyby facet właśnie go nie sabotował.
Poczekał, aż rzeczoznawca odnotuje informacje na tablecie, a następnie kontynuowali spacer. Wczoraj miał okazję poznać szczegóły techniczne, dziś oglądał każdy z tych budynków na żywo, uświadamiając sobie, jak wielkim i odpowiedzialnym przedsięwzięciem było ranczo.
Wszedł za resztą towarzystwa do warsztatu. Naturalne zapachy mu nie przeszkadzały. Większość z nich budziła wspomnienia. Tym razem wrócił myślami do zbudowanego własnoręcznie przez Luke’a domku na drzewie, w którym pierwszego lata ciągle unosiła się woń ciętego drewna.
Przez trzy lata z rzędu przeprowadzał się do niego na wakacje.
Tam też pierwszy raz całował się z dziewczyną. Susana nosiła dwa rude warkocze, a cała jej twarz pokryta była piegami.
Dach został wymieniony trzy lata temu — wtrącił ponownie, pokazując, że wczoraj nie próżnował w gabinecie ojca. Poza tym miał niezwykłą pamięć do faktów i liczb, co w jego zawodzie było równie istotne co charyzma.
Dostrzegł zmieszanie na twarzy rzeczoznawcy i posłał mu chłodny uśmiech.
Pokażę panu odpowiednią dokumentację — obiecał uprzejmie, a następnie skierował surowe spojrzenie na Logana, który ewidentnie dobrze się bawił ich kosztem w tej sytuacji. — Dziękujemy za pomoc. Zawołam cię, jeśli będę jeszcze potrzebował jakiejś opinii. Możesz wrócić do pracy — zwrócił się do niego tym wypranym z emocji, stanowczym tonem. Tym razem głos mu się nie łamał, gdy dobitnie choć jednocześnie jakby od niechcenia wypowiadał polecenie.
Cierpliwie poczekał, aż Logan zostawi ich samych. Odprowadził go spojrzeniem, a następnie ponownie skupił się na Gregorym, który rozbawiony wziął się pod boki.
— Ach, te proste chłopy, nic nie wiedzą o biznesie — zaśmiał się serdecznie, ale zamilkł, nie dostrzegając na twarzy Laurenta śladu rozbawienia.
Możemy wrócić do wyceny? Naprawdę zależy mi na czasie — podkreślił, dając mężczyźnie do zrozumienia, że nie zamierza go więcej tracić na żarty.
Liczył na rzetelną pomoc Logana, ale tak naprawdę nie potrzebował go, żeby przejść z rzeczoznawcą po ranczu. Sam był świetnie przygotowany, a kwestiami technicznymi i tak musiał zająć się niezależny ekspert. Vance nie próbował już żartować, skupiając na robocie, co Laurent przyjął z ulgą.
Właściwie z każdym kolejnym krokiem i pomieszczeniem czuł rosnącą dumę z tego miejsca. W ostatnich latach ranczo zostało zmodernizowane, a ogromny teren po prostu zapierał dech w piersiach. Możliwość patrzenia na imponujące przestrzenie miała moc i urok. W mieście budynki nie pozwalały spojrzeć dalej niż kilkaset metrów w przód.
— Część płotów kwalifikuje się do wymiany.
Płoty mają naturalne śladu użytkowania.
— Są pochylone.
Stan techniczny ogrodzeń w tego typu ofertach jest ujmowany jako koszt modernizacji, nie jako czynnik obniżający wartość samej nieruchomości — poprawił go, recytując bez pośpiechu i precyzyjnie właściwą formułkę. — Panie Vance, rozumiem, że pana praca polega na szukaniu mankamentów, ale podchodźmy do siebie z szacunkiem — poprosił z tym swoim lodowatym uśmiechem.
Po zakończeniu oględzin nie zaprosił mężczyzny na kawę. Odprowadził go prosto do samochodu, pożegnał uściskiem dłoni i poprosił o przygotowanie wyceny do końca tygodnia. Vance nie zdążył jeszcze wyjechać za ogrodzenie, gdy Laurent już umawiał spotkanie z innym specjalistą.
Gdy odłożył słuchawkę, ruszył przez ranczo na poszukiwanie Logana. Domyślał się, że przy takiej pogodzie znajdzie go gdzieś na świeżym powietrzu. Ignorował ciekawskie i nieprzychylne spojrzenia pracowników. Doskonale wiedział, że powinien z nimi porozmawiać, ale potrafił też wyobrazić sobie ich reakcje na informacje o sprzedaży rancza i na razie nie miał do tego głowy.
Nie wiedział skąd te skrupuły, skoro oni nie mieli żadnych oporów, żeby okazywać mu swoją niechęć.
Albo robić z niego idiotę, jak Logan dzisiaj.
Chciałbym z tobą porozmawiać na osobności — zwrócił się do pochylonego nad pompą Logana chłodnym i poważnym tonem. Tym razem nie zamierzał na niego krzyczeć, a zachować się jak przystało na niezadowolonego szefa.
— Nie widzisz, że robotę mamy? — Brett zwrócił się do niego opryskliwym tonem, co jednak łatwo było wytłumaczyć tym, że był cały spocony i brudny, ponieważ wymiana pompy okazała się dużo bardziej kłopotliwa niż z początku z Loganem założyli.
Laurent zawahał się, ale zdjął marynarkę i przewiesił ją przez płot, a następnie sprawnie podwinął mankiety koszuli.
To jak wam pomóc?
Brett spojrzał na niego tak, jakby usłyszał, że papież zamierza wystąpić w najbliższym rodeo. Laurent nie miał pojęcia o wymianie pompy, ale im szybciej skończą tym szybciej, będzie mógł dać do zrozumienia Loganowi, co sądzi o jego dzisiejszym przedstawieniu. Zajrzał do dziury, ale zobaczył tam tylko rdzę, błoto i plątaninę rur.
Powiedzcie mi, co mam robić — powtórzył, kiedy żaden z nich nie kwapił się z udzieleniem instrukcji. — Bo wyglądacie, jakbyście naprawdę potrzebowali pomocy — dodał, znacząco spoglądając na ubranie Bretta, który zmiął przekleństwo w ustach. Nikt nie gardził dodatkową parą rąk do pracy.
— Weź klucz nastawny.
Laurent domyślił się, że to test, ale złapał odpowiednie narzędzie i przyklęknął razem z nimi, nie przejmując się stanem spodni. Po dzisiejszym spacerze i tak będzie je musiał oddać do pralni.
— Odkręć śrubę. W lewo — podpowiedział łaskawie Brett, posyłając mu krzywy uśmiech.
Wiem, jak się odkręca śrubę — odparł, zabierając się do roboty. Mocowanie odpuściło dopiero za trzecim razem, jak naparł na nie całym ciężarem.
— No to odkręcaj, jak wiesz.
Pracowali dalej w milczeniu, a Laurent wykonywał polecenia, ponieważ ta dwójka wydawała się doskonale wiedzieć, co robi. Przynajmniej dopóki nie nie kazali mu trzymać rury, z której niespodziewanie na jego tors i twarz popłynął wartki strumień lodowatej wody, kompletnie mocząc koszulę i ciemne włosy. Cienki, delikatny materiał przylgnął do jego torsu i ramion. Brett wybuchnął gromki i niepowstrzymanym śmiechem.
Ashcroft zawtórował mu po sekundzie, próbując otrzeć twarz dłonią. Ku jego zaskoczeniu kowboj wyciągnął w jego stronę swoją przybrudzoną bandamkę, ale nie był w sytuacji, by wybrzydzać, więc złapał za nią z wdzięcznością.

Logan Callahan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Beza
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ashcroft Ranch”