25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Możliwe, że nawet całkiem świadomie podniosła się z tego łóżka i uciekła do walizek, aby właśnie Dante nie zdążył się nią nacieszyć jeszcze na materacu. Bo przecież wystarczyłoby, że złożyłby pocałunek pod jej uchem, a już nie mogłaby się podnieść. Nogi by kompletnie zmiękły, a rozum uciekł na wakacje, powodując, że to ich wspólne cieszenie się swoim towarzystwem zajęłoby im nieco dłużej niż mogliby początkowo zakładać. A przecież tak bardzo chciała jeszcze wieczorem pochodzić po mieście, napić się tej jednej lampki wina i chyba także coś zjeść, zważywszy na to, że od kilku godzin nie mieli okazji spożyć jakiegokolwiek posiłku. Takie były konsekwencje tego, że przespali czas wydawania obiadu w samolocie.
Ale prysznic wydawał się wcale nie taką najgorszą alternatywą. Nawet jeśli nie był największych rozmiarów to przecież nie potrzebowali ogromnej przestrzeni, żeby znaleźć dla siebie miejsce. Wystarczyło kilka kroków, odrobina dobrej woli i świadomość, że i tak za moment będą sobie przeszkadzać bardziej, niż pomagać. I chyba właśnie o to w tym chodziło. O przypadkowe muśnięcie mokrej skóry, o ten delikatny pocałunek w bark. I nawet jeśli jeszcze chwilę temu chciała jak najszybciej opuścić hotelowy pokój tak jej stanowczość zdecydowała się topnieć wraz z ciepłym strumieniem wody, który padał na ich rozgrzane ciała z deszczownicy. W końcu miasto im nigdzie nie ucieknie, a lampka wina będzie smakować tak samo za godzinę lub dwie. A Dantemu, tak jak wcześniej sobie postanowiła, zamierzała poświęcać każdą wolną chwilę.
Po wyjściu spod prysznica nie zamierzała się jakoś szczególnie szykować – ubrała granatową przewiewną sukienkę, a kilka kosmyków włosów spięła z tyłu głowy kokardą w tym samym kolorze. Podarowała sobie makijaż, jedynie zakrywając ślady zmęczenie korektorem. I przede wszystkim postawiła na płaskie sandały – żadnych obcasów przez cały wyjazd, ceniła swoje stopy i komfort ponad wszystko.
– Skoro tak to mam nadzieję, że naładowałeś telefon… bo jak się zgubimy to nie wiem jak wrócimy. – Uśmiechnęła się lekko, dając mu się ciągnąć między uliczkami. Nocna Florencja miała w sobie coś niezwykle przyjemnego. Powietrze było już chłodniejsze, ale wciąż przyjemnie ogrzewało skórę. Z otwartych restauracji dobiegał gwar rozmów i zapach jedzenia, który skutecznie przypominał jej o tym, jak bardzo była głodna. Co jakiś czas go zatrzymywała, aby mogła się przyjrzeć witrynom pozamykanych już sklepów bądź zrobić zdjęcie urokliwej alejce pełnej kwiatów. Aż w końcu dotarli do małej restauracji ukrytej pomiędzy dwoma kamienicami. Nie wyglądała jakoś szczególnie imponująco – brakowało ogromnego szyldu, kolejki klientów przed wejściem, ale ciepło światło i cicha muzyka wydobywające się z zewnątrz skutecznie przyciągnęły ich i zachęciły do sprawdzenia, co lokal ma do zaoferowania.
Usiedli przy wolnym stoliku przy ścianie i za moment młody kelner przyniósł im po karcie dań, win, w międzyczasie zapalając stojącą na środku świeczkę. Elsa podziękowała mu niepewnie po włosku, a gdy mężczyzna odszedł sięgnęła po menu, aby przejrzeć czy aby na pewno znajdowała się w niej jakaś pozycja, którą mogłaby zamówić. Potrzebowała dosłownie trzech minut, aby zaśmiać się nerwowo, ukrywając przy tym buzię w trzymanej nadal w dłoniach kartą.
– Kompletnie nic nie rozumiem… – odparła z szerokim uśmiechem. Cóż, nie była to restauracja typowa dla turystów, więc wszystkie dania były zapisane po włosku. – Chyba tylko ravioli ze szpinakiem… i jest przy niej narysowany listek, więc chyba nie znajdę tam nagle baraniny albo innej świnki… a jestem taka głodna… – Westchnęła ciężko. Umawiali się co prawda tylko na lampkę wina, ale pić na pusty żołądek to chyba nie powinni i kto jak kto, ale Dante raczej o tym doskonale wiedział, więc miała nadzieję, że nie odmówi im kolacji. Zwłaszcza, że z kuchni unosiły się jeszcze piękniejsze zapachy niż te, których uraczyła spacerując między przypadkowo wybranymi przez chłopaka uliczkami. No ślinianki momentalnie zaczęły intensywniej pracować, a żołądek ściskać się nieprzyjemnie, dając jej jasno do zrozumienia, że jeszcze chwila i sam się zacznie trawić jeśli nie dostarczy mu odpowiedniej ilości jedzenia. Zaraz jednak odłożyła menu na stół i złapała dłoń ukochanego, przykładając ją sobie do policzka i przymykając przy tym powieki.
– Cieszę się, że tu jestem, ale chyba bardziej cieszy mnie to, że przyleciałeś ze mną. Ja… chyba bym zwariowała, gdybym miała cię nie widzieć przez te trzy tygodnie – wymruczała cicho. Może brzmiała trochę jak jakaś psychofanka, ale nie kłamała. Od kiedy się odnaleźli, nie mogła przestać o nim myśleć. Nawet jak bardzo chciała to nie potrafiła wyrzucić go z głowy. Bo to wszystko, o czym próbowała zapomnieć po ich rozstaniu po prostu do niej wróciło i było dużo intensywniejsze. – To trochę śmieszne, prawda? – Uśmiechnęła się niepewnie. – Człowiek tyle czasu próbuje poukładać sobie wszystko w głowie, a później wystarczy jedno spojrzenie i cały ten misterny plan idzie w pi… daleko stąd.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po jej uwadze, mimowolnie sięgnął do kieszeni, na moment wyciągając z niej telefon, by przynajmniej rzucić okiem na stan baterii. I oczywiście, że – jak można było się spodziewać, choćby po tym, że w zasadzie nie bardzo pamiętał nawet, kiedy dokładnie go ładował – ta nie miała się najlepiej. Nic nowego, ale też nic, czym miałby się jakkolwiek przejąć.
Może nie będzie aż tak źle – zaśmiał się, chowając telefon i raczej nie zamierzając dłużej zawracać sobie głowy ani nim, ani tym bardziej dogorywającą baterią. – A na wszelki wypadek możesz zacząć sypać za nami okruchy, czy inne kamyki.
Bo rzeczywiście, może i wybieraną zupełnie losowo drogę raczej dość trudno byłoby zapamiętać i bezbłędnie odtworzyć w drodze powrotnej, ale… może i w tym przypadku mogliby liczyć na nieco szczęścia? Albo przynajmniej nie taką najgorszą orientację w terenie – nawet jeśli co do tej można byłoby mieć poważne wątpliwości, jeśli którekolwiek z nich wciąż pamiętało o tym, jak tych kilka lat temu całkiem skutecznie zgubili się w lustrzanym labiryncie, będącym przecież atrakcją dedykowaną nieco młodszym osobom od nich w tamtym czasie… Z drugiej strony – w końcu nie po raz pierwszy zdarzało mu się wybierać drogę w mieście, zdając się przy tym na kompletny przypadek. I chociaż najwięcej czasu spędził w ten sposób w całkiem nieźle już znanym mu Toronto, to jednak miał okazję zwiedzić tak również przynajmniej kilka innych miast. Jak dotąd wciąż jeszcze nie udało mu się zgubić tak na dobre, więc… może rzeczywiście nie miało być aż tak źle.
Zresztą, tym chyba żadne z nich nie miało zamiaru przejmować się tak na poważnie – na pewno nie Dante… – zwłaszcza podczas odkrywania kolejnych, coraz to bardziej urokliwych uliczek, na których rzeczywiście warto było zatrzymać się na chwilę lub dwie. A tym bardziej trafiając w końcu do restauracji, która już na pierwszy rzut oka wydawała się o wiele bardziej zachęcająca niż którekolwiek z mijanych wcześniej miejsc, w których turystów było zdecydowanie więcej niż tego specyficznego uroku, którego tutaj z całą pewnością nie brakowało. Nawet, jeśli faktycznie i on dość szybko mógł się zorientować, że podobnie jak ona, nie miał zbytnio szans na wyczytanie z karty czegokolwiek, co miałoby być dla niego zrozumiałe. Choć chyba i tego nie zamierzał uznawać za jakiś problem – w końcu… czemu niby i tym razem nie miałby zdać się po prostu na przypadek, licząc przy tym, że rzeczywiście nie zdążył jeszcze wyczerpać limitu szczęścia…?
Pewnie tylko to, co nie zdążyło z tego szpinaku uciec… W każdym razie, wygląda raczej bezpiecznie – uśmiechnął się, odnajdując wzrokiem ravioli, przy którym faktycznie znajdował się ten bezpieczny listek. I… zdecydowanie było to jedyne, czym mógłby się sugerować doradzając jej wybór dania.
Zanim zresztą miałby dodać w tym temacie cokolwiek jeszcze, całkiem skutecznie odwróciła jego uwagę, chwytając go za dłoń. Przeciwko czemu absolutnie nie miał zamiaru protestować, zamiast tego gładząc czule jej policzek i uśmiechając się nieco szerzej w odpowiedzi na jej słowa. Bo tak, z całą pewnością też cieszył się z tego, że mogli być tutaj razem. Może i te trzy tygodnie nie były wcale aż tak strasznie długim czasem, ale… prawdopodobnie mogłyby ciągnąć się stanowczo za bardzo, gdyby musieli spędzić je osobno. A po tym idiotycznym i całkowicie bezsensownym rozstaniu po zakończeniu szkoły… chyba naprawdę nie miał ochoty rozstawać się z nią na dłużej – choćby i tych kilka tygodni…
Albo po prostu zajęłabyś się tymi swoimi suszarkami i czesaniem modelek, nie zwracając przy okazji uwagi na nic innego – oczywiście jednak, że nie mógłby tak po prostu odpuścić sobie tej nieco przekornej odpowiedzi. Bo przecież i tak chyba choćby z samego jego spojrzenia mogła bez większego problemu wyczytać, że absolutnie nie chciałby być w tej chwili nigdzie indziej. Albo raczej… że mógłby być gdziekolwiek, byleby właśnie z nią. Nawet jeśli już od jutra faktycznie większą część uwagi miały zajmować nożyczki, prostownice i inne fryzjerskie akcesoria, których przywiozła ze sobą z Kanady zdecydowanie za dużo…
Wiesz… jakoś wcale mi nie przeszkadza, że tylko tyle wystarczyło, żeby popsuć ci te plany – i chociaż wciąż się uśmiechał, przynajmniej te kolejne słowa wypowiedział już nieco poważniej. W końcu… naprawdę sporo mogło się przecież nieodwracalnie posuć przez ten jego durny wyjazd. Mogli wcale na siebie nie wpaść, w dodatku w – paradoksalnie – całkiem sprzyjających okolicznościach. Mogła zareagować wtedy na jego widok dokładnie tak, jak należałoby się po niej spodziewać i co bardziej odpowiadałoby temu, na co sobie zasłużył. Albo wreszcie – mogła w ciągu tych kilku lat znaleźć kogoś, przy kim czułaby się naprawdę dobrze i kto mógłby pasować do niej o wiele bardziej niż on. Tymczasem… miał chyba całkiem sporo szczęścia. I zdecydowanie nie zamierzał na nie narzekać ani tym bardziej żałować, że przez cały ten czas nie udało jej się nieco trwalej poukładać wszystkiego w głowie.
Tylko na chwilę – w dodatku niezbyt chętnie – oderwał od niej spojrzenie, kiedy do ich stolika wrócił kelner. Dając jej najpierw czas, żeby mogła zamówić coś dla siebie, w kolejnej chwili po prostu wskazał jakąś losową pozycję z karty, na szczęście raczej nie musząc obawiać się o to, że trafi mu się przez to coś stanowczo zbyt niekonwencjonalnego, nawet jak na jego standardy. Nie byli przecież w Azji, zamawianie jedzenia w ciemno nie było więc aż tak wielkim ryzykiem…
Kocham cię, Els – odezwał się znowu, kiedy już kelner odebrał ich zamówienia i ponownie zostawił ich samych. – I też się cieszę, że jestem z tobą.
Nie tylko tutaj, czego całkiem celowo nie zawarł w swojej wypowiedzi. Równie dobrze mogliby przecież być w Toronto, czy gdziekolwiek indziej na świecie, co pewnie i tak nie miałoby aż tak wielkiego znaczenia jak właśnie to, że mógł być z nią.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Kątem oka zerknęła także na swoją komórkę, aby sprawdzić stan baterii i cóż… może nie umierała jeszcze śmiercią naturalną, ale była naprawdę bliska. A zwłaszcza, że podczas ich spaceru po mieście zamierzała robić zdjęcia, więc miała słuszne obawy co do tego, że ta nie byłaby w stanie wytrzymać do ich powrotu do hotelu. I pewnie gdyby następny dzień zamierzali spędzić na leniuchowaniu to nie miałaby nic przeciwko, żeby zgubić się z chłopakiem w jednej z tych pięknych, włoskich uliczek i znaleźć się w swoim pokoju dopiero nad ranem, ale ten odpowiedzialny głosik w jej głowie dosyć stanowczo sprzeciwiał się podobnym atrakcjom. Dlatego pozostało im liczyć na więcej szczęścia niż mieli w tamtym labiryncie luster. Bo choć początkowo zgubienie się w tej dziecięcej atrakcji zapowiadało się dosyć przyjemnie tak do teraz kojarzyło jej się głównie z płaczem i bolesnym ściskiem pod żebrami.
Szkoda, że sama nie zdążyła sobie sprezentować żadnego powerbanka na podobne okoliczności. Na dodatek miała wrażenie, że ten, który kilka tygodni temu kupiła Dantemu, leżał sobie grzecznie na stoliku w salonie, gdzie go położyła przed wyjazdem, prosząc chłopaka, aby schował go do swojego bagażu podręcznego. Nie wiedząc dlaczego była święcie przekonana, że o nim zapomniał, mimo że w odpowiedzi usłyszała to denerwujące mhm w jego wykonaniu.
Wywróciła więc tylko teatralnie oczami, kiedy nawiązał do jednej z baśni braci Grimm. Miała jednak nadzieję, że na końcu podróży czekała na nich restauracja z dobrym winem, a nie czarownica gotowa wrzucić ich do pieca, aby następnie pożreć na kolację. I tutaj chyba po raz kolejny dopisało im szczęście – lokal nie dość, że był naprawdę śliczny w swojej prostocie to na dodatek zapewniał im swego rodzaju intymną atmosferę. Chyba byli jedynymi turystami, którzy do niego trafili o tej porze, pozostałą część gości ewidentnie stanowili tubylcy, ale każdy był zajęty sobą. Nikt nic sobie nie robił z pojawienia się kanadyjskich obywateli, nikt poza oczywiście kelnerem, który grzecznie ich obsługiwał.
Co prawda Dante nie powiedział o tym ani słowa, ale po jego minie wiedziała, że podobnie jak ona nie był w stanie nic wyczytać z włoskiej karty i naprawdę ją to pocieszało. Najwyżej oboje się zatrują i faktycznie spędzą cały dzień w łóżku – tylko zamiast na słodkim lenistwie to na umieraniu i błaganiu o dobicie.
– Będzie to zawsze dodatkowe białko, ale chyba wolałabym jednak nie wiedzieć, że do farszu zmielili mi jakieś robaczki… więc lepiej już nic nie mów, bo skończy się tym, że sam sobie zjesz to moje ravioli, a potem całą drogę będziesz musiał słuchać mojego zrzędzenia, że umieram z głodu. Twój wybór, kochanie. – Zatrzepotała zalotnie rzęsami, chwytając zaraz jego dłoń. A gdy poczuła jak gładził jej policzek palcami, mimowolnie przymknęła oczy, rozkoszując się tym ciepłem. Zdarzało się, że wracała myślami do dnia ich pożegnania na dworcu. Wracała także do dnia, kiedy wysłała mu chyba dziesięć smsów i na żaden nie odpisał. Ale od dłuższego czasu miała wrażenie, że tamto to był tylko zły sen, bo od kiedy się na nowo zeszli to wszystko było takie samo jak w liceum – jego uśmiech, rozbawione spojrzenie, głupie żarty, ale także pocałunki, dotyk… nadal wiedział, gdzie powinien ją musnąć ustami, aby przeszły ją dreszcze, a mózg przestał racjonalnie myśleć. Nadal pamiętał jak uspokoić ją przy napadach paniki i jak sprawić, że przestawała się smucić.
– A to nie oznacza, że jestem po prostu łatwa? Może powinnam dłużej się opierać, kłócić się… chociaż pewnie wtedy byś szybko odpuścił. W końcu jeszcze nic nie powiedziałam, a już chciałeś się ulatniać. – Westchnęła ciężko, przypominając sobie ich spotkanie w salonie, kiedy to odwiedził ją z Murphym i buraczanym kotletem. Pocałował ją, no… ledwo musnął jej usta swoimi i tak od niej odskoczył jakby się poparzył. Ewentualnie przestraszył, że czymś się od niej zarazi. Na przykład taką odpowiedzialnością…
Z zadziornym spojrzeniem zsunęła sobie jego dłoń do ust i zaraz go ugryzła we wskazujący palec. Tak po prostu. Może za karę, za to co wtedy zrobił? I może zaraz by kontynuowała swoją małą degustację, ale kelner im przeszkodził, chcąc przyjąć zamówienie. Elsa poprosiła więc o to ravioli ze szpinakiem i kiedy Dante wskazał palcem na pozycję, której chyba nie byłaby w stanie w żaden sposób przeczytać choćby po angielsku, a co dopiero po włosku, poprosiła jeszcze o dwie lampki wina chianti sangiovese. Widziała je w karcie, a że kojarzyła nazwę z zapasów swojego ojca, więc miała nadzieję, że jakoś to przeżyją. A przynajmniej byłoby na pewno miło.
Kocham cię, Els… uśmiechnęła się do niego rozczulona, słysząc te słowa. Miała wrażenie, że tylko on skracał jej imię. W końcu nie było ono najdłuższe na świecie, więc nikt nie czuł potrzeby, aby je zdrabniać. Podobnie było ze Śnieżynką, kolejnym określeniem, które wypowiedziane przez niego niegdyś wywoływało napad złości, a teraz sprawiało, że serce zdecydowanie przyspieszało swój rytm.
– Ja też cię kocham, bardzo… – wymruczała, znów chwytając go za rękę. I wtedy do niej dotarło, co miał założone na nadgarstku. Skórzana bransoletka, którą dostał od niej tamtego dnia jako prezent z okazji ukończenia liceum. I jakby miała sobie teraz przypomnieć, to chyba nosił ją także w klubie, gdy spotkali się pierwszy raz od ich rozstania. Mimowolnie przejechała palcem po jej zapięciu, chcąc się upewnić czy było w nim coś wcześniej majstrowane – nie było. Czyli jeszcze nie widział…
– Chyba udał mi się ten prezent skoro go nadal nosisz.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że kupiony przez nią powerbank spoczywał aktualnie w Toronto, dokładnie na tym samym stoliku, z którego podobno Dante miał nie zapomnieć zgarnąć go do którejś z walizek. Bo przecież tak samo oczywiste było to, że zapomniał o tym mniej niż chwilę po tym, jak swoim mhm zapewnił ją, że na pewno będzie o nim pamiętał. Bardzo mało prawdopodobne było jednak to, by miał w tym widzieć jakikolwiek problem. Podobnie jak w tym, że istniała całkiem spora możliwość, że ich telefony rzeczywiście rozładują się w trakcie tego dość przypadkowego spaceru i że odnalezienie drugi powrotnej do hotelu mogło okazać się w takim przypadku dość skomplikowane.
Właściwie… jakiekolwiek obawy z tym związane chyba nawet nie miały okazji nasunąć mu się na myśl. Najwyraźniej ten odpowiedzialny głosik mógł odezwać się tylko i wyłącznie w głowie Elsy, całkiem słusznie podpowiadając jej, że najpewniej nie byłby to zbyt dobry pomysł, skoro następnego dnia powinna jak najlepiej zaprezentować się podczas pracy – co niekoniecznie mogłoby udać się po kolejnej nieprzespanej nocy, spędzonej tym razem na włóczeniu się po całkiem urokliwych włoskich uliczkach…
Choć skoro póki co wszystko wskazywało na to, że szczęście mogło im mimo wszystko sprzyjać… może nie było sensu przejmować się podobnymi drobnostkami. Restauracja, do której trafili zapowiadała się faktycznie całkiem nieźle, a przeważająca w niej liczba tutejszych mieszkańców mogła sugerować, że nie przyjdzie im się wkrótce dość mocno rozczarować po spróbowaniu oferowanych w karcie dań. Pod warunkiem oczywiście, że w zamówionym przez Elsę ravioli rzeczywiście nie miałoby znaleźć się dodatkowe białko… I chociaż przez moment ewidentnie Dante miał ochotę dodać coś w tym temacie, ostatecznie skwitował jej słowa krótkim śmiechem, mimo wszystko może rzeczywiście uznając jej groźbę za dostatecznie przekonującą i nie mówiąc nic więcej.
Trudno za to byłoby w podobny sposób przemilczeć jej kolejne słowa – nawet jeśli w pierwszej chwili mogłoby się to wydawać dość kuszące. Głównie dlatego, że gdyby rzeczywiście chciał się nad tym poważniej zastanowić, najpewniej musiałby dojść do wniosku, że… tak, gdyby od samego początku podczas ich ponownego spotkania dała mu do zrozumienia, że nie miała ochoty widzieć go w swoim najbliższym otoczeniu, prawdopodobnie uznałby, że najlepiej byłoby dać jej właśnie ten należny jej spokój.
Pewnie powinnaś, w końcu dalej miałoby to na pewno więcej sensu, ale… ej! – już na początku swojej wypowiedzi, nie zamierzał mimo wszystko podchodzić do tematu zbyt poważnie, na co dość jasno mógł wskazywać rozbawiony ton. Czując jednak ugryzienie na palcu, tym bardziej nie mógłby zareagować inaczej, jak po prostu rozbawionym parsknięciem. – W porządku, mówiłaś, że jesteś głodna, ale naprawdę mogłabyś przynajmniej jeszcze chwilę poczekać na to swoje ravioli…
Zwłaszcza, że pewnie istniała nawet całkiem spora szansa na to, że rzeczywiście mogliby dostać swoje jedzenie w stosunkowo niedługim czasie, na co nadzieję nadawało zarówno pojawienie się kelnera przy ich stoliku, jak i jego ponowne ulotnienie się zaraz po tym, jak ten odebrał od nich zamówienie. I to nawet bez rzuconego uprzednio niedowierzającego spojrzenia, co z kolei mogłoby wskazywać na to, że wybrane przez Dantego danie wcale nie plasowało się na liście tych niezbyt jadalnych i raczej niezbyt często wybieranych przez kogokolwiek, kto jakoś cenił swój żołądek…
Co…? – rzucił w pierwszej chwili, dopiero po czasie przenosząc spojrzenie na wspomnianą przez nią bransoletkę i uzmysławiając sobie, że… faktycznie, miał ją przecież od dnia swojego wyjazdu z Toronto i – nawet jeśli przez większość czasu, zwłaszcza tego spędzonego poza rodzinnym miastem, nie zwracał na to większej uwagi – miał ją właśnie od niej. – No tak, chyba faktycznie trafiłaś całkiem nieźle. Zwłaszcza, że dalej wygląda nie najgorzej…
Uśmiechnął się, wzruszając lekko ramionami, bo… właściwie niespecjalnie przychodziło mu na myśl coś, co mógłby powiedzieć na ten temat tak na poważnie. Rzeczywiście nie dało się zaprzeczyć temu, że zdążył się przez cały ten czas przywiązać do tej bransoletki – szkoda, że nie na tyle, by po założonym początkowo roku faktycznie wrócić do osoby, która mu ją sprezentowała… – a fakt, że przez tych kilka lat udało mu się jej nie zgubić i nie uszkodzić, stanowił w tym przypadku niewątpliwy pozytyw.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Czasem mu zazdrościła tej niefrasobliwości – życiem tym, co miał w tej konkretnej chwili, nie minionym dniem, nie nadchodzącymi minutami, nie wspominając o jakiejś dalekosiężnej przyszłości. Może gdyby zaczęła pobierać u niego korepetycje to pozbyła się nawracającej migreny, która z pewnością miało swoje źródło w tych wszystkich zmartwieniach, które Norweżka nosiła w sobie. Bo przecież nie chodziło tylko o nich, o ich rozterki. Elsa w końcu miała tendencję do brania na swoje barki również problemy innych, a że tuż przed wyjazdem Noe zrzucił na nią prawdziwą bombę… choć kochała Dantego to jednak nie wspominała mu o tym z dosyć prostego powodu – jakoś tak jej się wydawało, że miał on alergię na samo jego imię. Czy to przez tamten wieczór? Cóż, gdzieś jej schlebiało, że był zazdrosny, ale akurat o tego konkretnego osobnika to nie miał żadnych powodów. Zresztą, czy ktoś kogo raczyła tym swoim roziskrzonym spojrzeniem i promiennym uśmiechem mógłby mieć naprawdę jakiekolwiek wątpliwości? Przecież ona poza nim świata nie widziała! A to że czasem spędzała czas z przyjaciółmi… to tak jakby to ona miała być zazdrosna o Erica. Chociaż już nie raz się śmiała, że zarówno ona jak i Sher były dla nich tylko przykrywkami dla ich sekretnego romansu.
No ale w każdym razie – ona nadal pozostawała Elsą, tą samą, która nie potrafiła wyjść z domu, kiedy nie miała konkretnie ustalonego celu. Dlatego aby mogła doświadczyć chociaż odrobinę spontaniczności, tym celem musiało być spotkanie z Dante, a reszta pozostawała już w jego rękach. I raczej nie zdarzało jej się żałować podjętych decyzji, choćby w tej konkretnej chwili – gdyby nie ciągnął ją za rękę i nie skręcał w losowo wybrane uliczki, z pewnością nie trafiliby do tej restauracji, która dzięki małego odsetka turystów wśród klientów, zdawała się mieć naprawdę dobre jedzenie i to jeszcze o przyzwoitych cenach! Tak, zdecydowanie dobrze się uzupełniali, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.
– Myślałam, że lubisz, kiedy cię gryzę… – powiedziała cicho, nachylając się lekko nad stolikiem, tak jakby bała się, że ktoś jeszcze mógłby usłyszeć ich rozmowę i zinterpretować jej słowa już po swojemu. Bo co jeśli wzięliby ją za krwiożerczego chomika, który codziennie podgryzał swojemu właścicielowi palce?
W tym samym czasie na nowo sięgnęła po jego dłoń, aby skupić się na tej skórzanej bransoletce, którą miał na nadgarstku. Słysząc lekkie zdezorientowanie w głosie chłopaka, uśmiechnęła się pod nosem. No tak. Zapomniał, że była od niej… a więc na pewno nie odkrył tego grawera, który ukryła w zapięciu i… czyżby nosił ją, gdy poznał Ivy? Miał ją na ich pierwszych randkach, tych drugich i trzecich, podczas kłótni i godzenia się…? I choć bardzo się starała to wspomnienie ich pierwszego spotkania w klubie pozostawało dosyć nieostre – mimo że przecież nie wypiła nawet kropelki alkoholu – i nie mogła sobie przypomnieć czy wtedy dostrzegała ją na jego nadgarstku. Ale jeśli tak… to mogła niemal z całą pewnością założyć, że miał ją na sobie również wtedy, gdy zakończył tamten związek.
– Prawdziwa wiedźma ze mnie – wymamrotała po nosem swoje własne myśli, jeżdżąc palcem po miękkiej, skórzanej teksturze bransoletki. Bo przecież podarowała mu kawałek ozdobnej skóry, który uparcie trwał na jego nadgarstku. I choć Dante zdawał się zapomnieć, to on nieświadomie mu przypominał o tym, kogo zostawił w Toronto i od kogo los najwyraźniej nie zamierzał go uwolnić, splatając ich ścieżki na nowo ze sobą.
– Trochę lat minęło, a ona naprawdę dobrze wygląda. Czyli nie służyła za popielniczkę czy coś na czym można było zgasić skręta. – Uśmiechnęła się lekko, puszczając zaraz jego dłoń, ponieważ dostrzegła jak kelner zmierza do stolika z ich kolacją. Kucharz miał tak dobre tempo czy ona straciła rachubę czasu podczas tych ckliwych wspominek? Najpierw postawił przed nimi talerze i Elsa wyjątkowo zainteresowała się tym, co znajdowało się przed chłopakiem, bo… wyglądało naprawdę nieźle! Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że się nie obawiała tego jego losowego wyboru, a tutaj proszę, gdyby nie to, że nie jadła mięsa to pewnie już by otwierała dziób, aby dał jej spróbować. Z kolei jej ravioli wyglądało… jak ravioli. Tylko w zdecydowanie większej ilości niż miała w zwyczaju jadać w restauracjach w Toronto. Ale to dobrze, w końcu była cholernie głodna!
Mężczyzna oddalił się od ich stolika, ale to dosłownie na kilka sekund, bo zaraz wrócił z dwoma kieliszkami i butelką wina, którą przy nich otworzył i nalał każdemu, życząc po wszystkim Buon appetito i zostawiając ich na nowo samych.
– To co? Za wspólne wakacje? Myślałam, że najpierw pojedziemy nad jakieś jezioro i spędzimy kilka nocy w rozpadającym się domku, ale Włochy nie brzmią najgorzej – odparła z szerokim uśmiechem, unosząc swój kieliszek w geście toastu.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przynajmniej jedno z nich prawdopodobnie powinno wykazywać się na co dzień jakąkolwiek odpowiedzialnością, dzięki czemu podejście Elsy rzeczywiście stanowiło całkiem niezłe uzupełnienie i kontrast dla absolutnej lekkomyślności Dantego. I nawet jeśli ten uparcie trwałby przy swoim przekonaniu, że zdecydowanie nie zaszkodziłoby jej – a wręcz przeciwnie… – gdyby przynajmniej od czasu do czasu odpuściła sobie zamartwianie się wszystkim i wszystkimi dookoła, czy choćby analizowanie każdej możliwej opcji przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, pewnie wciąż trudno byłoby nie zgodzić się z tym, że niekiedy jej podejście ratowało również jego. W końcu… gdyby od pierwszych minut po wylądowaniu we Florencji kierowali się tylko tym, co miałoby przyjść do głowy Dantemu, ostatecznie najpewniej mieliby dość niewielkie szanse na to, by faktycznie wylądować w tej przypadkowo odnalezionej restauracji. Za to z dużą dozą prawdopodobieństwa wciąż tkwiliby na lotnisku, usiłując wytłumaczyć włoskim służbom, że żadne z nich wcale nie próbowało napaść jakichś przypadkowych turystów i pozbawić ich bagażu…
Skoro więc raczej nie zdarzało mu się dopuszczać do słowa tego wewnętrznego głosu rozsądku – który podobno mimo wszystko od czasu do czasu wciąż podejmował beznadziejne próby odzywania się – pewnie całkiem nieźle składało się, że mógł przynajmniej liczyć na ten zewnętrzny, należący do Elsy. Nawet jeśli ten czasami okazywał się krwiożerczym chomikiem.
Jasne, zazwyczaj nie narzekam – zaśmiał się w odpowiedzi na jej słowa, w przeciwieństwie do niej nie fatygując się jednak jakimś przesadnym ściszaniem głosu. Może i angielski pozostawał dość uniwersalnym językiem, by można było śmiało założyć, że ich rozmowa mogłaby zostać bez większego problemu zrozumiana przez większość osób, które miałyby okazać się wystarczająco znudzonymi, żeby podsłuchiwać innych, ale… tym raczej nie zamierzał się przejmować. Dokładnie tak samo, jak nie zamierzałby nawet, gdyby znajdowali się właśnie w Kanadzie, czy jakimikolwiek innym anglojęzycznym kraju. – Ale tym razem zdecydowanie za często wspominałaś o tym, jak bardzo umierasz z głodu, żeby nie uznać tego za oczywistą groźbę.
Oczywiście, że wciąż nie mówił poważnie, z czego doskonale powinna zdawać sobie sprawę – jeśli nie przez zdradzający rozbawienie ton wypowiedzi i szczery uśmiech, to… choćby przez fakt, że znała go chyba dość dobrze, by mieć świadomość, że te całkowicie poważne wypowiedzi zdarzały mu się raczej niezbyt często i w naprawdę szczególnych sytuacjach.
I chociaż na moment zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc co miała na myśli poprzez stwierdzenie, że miałaby być wiedźmą, wciąż nie sposób byłoby nie zauważyć błyszczącego w jego spojrzeniu rozbawienia, kiedy przeniósł je znad tej nieszczęsnej bransoletki, ponownie na twarz Elsy. Zdecydowanie wolał nie zastanawiać się nad wszystkimi sytuacjami, w których ta ozdoba towarzyszyła mu przez ostatnich kilka lat, a podczas których on sam zdawał się kompletnie nie pamiętać o czym – o kim – powinna mu przypominać, traktując ją po prostu jako całkiem lubiany dodatek, noszony niejako z przyzwyczajenia. Choć może rzeczywiście powinien potraktować to jako całkiem oczywisty znak od losu, który zwyczajnie i dość uparcie przez cały ten czas ignorował.
Mam spodziewać się jakiejś klątwy, jak już zdarzy mi się ściągnąć ją na dłużej niż parę dni? – raz jeszcze parsknął śmiechem, odnosząc się do tej wspomnianej przez nią wiedźmy. W kolejnej chwili zerknął natomiast w kierunku kelnera zmierzającego w ich stronę z zamówionymi wcześniej daniami. I chyba powinien pogratulować zarówno jemu, jak i kucharzowi całkiem niezłego wyczucia czasu, które pozwalało mu dość wygodnie uniknąć głębszego analizowania losów ten skórzanej bransoletki w ciągu ostatnich kilku lat. Bo nawet jeśli ta zdecydowanie nie służyła ani za popielniczkę, ani za coś, na czym miałby gasić skręty, to… nie zmieniało to faktu, że na zbyt długi czas udało mu się całkiem skutecznie wyprzeć większość wspomnień i przemyśleń, jakie powinna wywoływać. Uświadamianie sobie tego, czy – co gorsza – wspominanie o tym na głos, mogłoby pewne dość skutecznie popsuć atmosferę tego wieczoru, więc… stanowczo bezpieczniejszą opcją zdawało się skupienie na własnym talerzu i przekonanie się, co właściwie udało mu się zamówić.
Wygląda… zaskakująco dobrze – stwierdził, zerknąwszy na to tajemnicze jak dotąd pappardelle al cinghiale, chyba nie do końca świadomy, że w jego wypowiedzi mogło przy okazji wybrzmieć coś na kształt rozczarowania, że jednocześnie danie okazywało się również zaskakująco zwyczajne. Choć to może akurat powinno być raczej powodem do ulgi, nie rozczarowania…
Ponownie uśmiechnął się za to, bez zastanowienia unosząc swój kieliszek, by lekko stuknąć nim w ten trzymany przez Elsę.
Rozpadający się domek nad jeziorem raczej trudno jakoś przebić. Zwłaszcza taki z cholernie niewygodnym i skrzypiącym łóżkiem albo z zimną wodą pod prysznicem. Ale… może jakoś wytrzymamy te trzy tygodnie – znów chyba nawet nie musiał w żaden szczególny sposób podkreślać, że jego słów nie powinno się w żadnym razie brać na poważnie. Chociaż… pewnie nawet taki rozpadający się domek, w którym mogliby liczyć jedynie na chmary komarów i zimną wodę pod prysznicem, mógłby mieć swój niezaprzeczalny urok. Choćby z uwagi na towarzystwo, w jakim miałby w nim spędzić czas. – No i po tych wakacjach pewnie i tak przyda ci się jakiś odpoczynek, więc może ten domek nie jest jeszcze tak całkiem stracony…
Bo przecież jakkolwiek sam pewnie faktycznie mógłby traktować pobyt we Włoszech jako całkiem przyjemne wakacje, trudno było mimo wszystko zapomnieć, że dla Elsy miała to być przede wszystkim praca. W dodatku zapewne dość wyczerpująca, by rzeczywiście po powrocie do Toronto mogła potrzebować prawdziwego odpoczynku…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

I tak jak on się kompletnie niczym nie przejmował, tak Elsa przejmowała się totalnie wszystkim — dlatego zmarszczyła groźnie brwi, kiedy to zniwelował jej próby pozostania dosyć anonimową wśród pozostałych klientów restauracji, nie siląc się na żadne szepty czy ściszanie głosu. Całe szczęście, że nie nawiązał w żaden bezpośredni i dosadny sposób do sytuacji, w których to nie przeszkadzało mu owe gryzienie. Ale żeby mu jeszcze pokazać jak bardzo ją tym zdenerwował, chapsnęła jeszcze zębami w powietrzu, pokazując mu jak naprawdę mogła wyglądać ta oczywista groźba.
A reszta wieczoru minęła na milutkich rozmowach o wiedźmach i klątwach. Głównie tej jednej dotyczącej nagłej utraty tych cudownych, brązowych loczków, więc jeśli Dante lubił je chociaż w jednej ósmej tak bardzo jak Elsa to lepiej powinien trzymać się na baczności i pilnować, aby bransoletka nie opuszczała jego nadgarstka na zbyt długi czas.
Po zjedzonej kolacji i wypiciu JEDNEGO kieliszka wina, co dziewczyna bardzo pilnowała, pozwoliła mu uregulować rachunek, bo w końcu to on ją zaprosił, a następnie bez większych problemów wrócili do hotelu. O dziwo droga okazała się dosyć prosta, a jej telefon jeszcze nie zdążył się do końca rozładować, więc nawigacja zaprowadziła ich do miejsca noclegu w niecałe pół godziny. Potem szybki prysznic i walnięcie się do łóżka… już bez przyjemniejszych atrakcji, bo przecież oboje byli padnięci, więc pozwolili sobie na kilka czułych całusów i zaśnięcie we własnych objęciach. W końcu na ochrzczenie tego konkretnego łóżka będą mieli jeszcze trochę czasu.
Jakby ktoś miał wątpliwości co do zdrowia psychicznego Norweżki to jej poranna pobudka bez budzika powinna je szybko rozwiać.
Wstała o szóstej. I ciężko było określić czy to stres pierwszym dniem pracy nie pozwalał jej na dłuższe wylegiwanie się w łóżku czy jednak wewnętrzna dyscyplina, którą odznaczała się już za czasów szkolnych. W każdym razie, podniosła się z wyrka, starając się nie obudzić przy tym Dantego i szybko przebrała się w sportowy strój, żeby zaraz pójść pobiegać nim słońce stanie się bardziej nieznośne. Musiała dosłownie wybiegać szalejące w niej emocje, bo fakt, że znajdowała się we Włoszech, spełniając jedno ze swoich największych marzeń najwyraźniej nadal do niej nie docierał.
Biegła bez konkretnego celu, pozwalając nogom prowadzić ją przed siebie. Mijała wąskie uliczki, kolorowe kamienice z kwiatami zwisającymi z okien i niewielkie place, na których pracownicy restauracji dopiero ustawiali stoliki dla pierwszych gości. Co kilka minut zerkała na telefon tylko po to, by upewnić się, że nie oddaliła się od hotelu bardziej, niż powinna. Bo co jak co, ale ostatnie czego chciała to zgubić się we Florencji, finalnie spóźniając się na pierwsze spotkanie ze swoim pracodawcą.
Kiedy zegarek zawibrował, informując o piątym przebiegniętym kilometrze, zwolniła do marszu, podejmując decyzję o zawróceniu. Serce nadal biło szybko, ale przyjemny wysiłek skutecznie zagłuszył chaos myśli. Strach nie zniknął całkowicie, jednak przestał wywoływać nieprzyjemne ściski gardła i tego miejsca pod żebrami. Po drodze powrotnej zatrzymała się jeszcze przy niewielkiej piekarni. W środku pachniało tak intensywnie świeżym pieczywem, że aż zaburczało jej w brzuchu. Kupiła dwie maślane brioche i kilka jeszcze ciepłych cornetti z kremem pistacjowym, mając cichą nadzieję, że Dante nie obrazi się za to, że śniadanie wybrała za niego. W hotelu zahaczyła jeszcze o znajdującą się tam kawiarnię i zamówiła dwie czarne kawy z podwójnym espresso, i tak obładowana weszła w końcu do ich pokoju. Odłożyła wszystko na stolik i zaraz nachyliła się nad śpiącym jeszcze chłopakiem, racząc go kilkoma całusami w policzek.
— Wstawaj śpiochu… no już… ja idę pod szybki prysznic i zaraz będziemy się zbierać. Śniadanie jest na stole, kawa dla królewicza również. Duża. Czarna. I taka siekiera, że na pewno wykręci ci język, ale taką lubisz najbardziej. — Zaśmiała się cicho i jeszcze raz cmoknęła go, tym razem we włosy, po czym zniknęła za drzwiami łazienki, aby doprowadzić się do względnego porządku po porannym biegu. Ciuchy naszykowała im dzień wcześniej — dla siebie muślinowy, granatowy kombinezon z długimi nogawkami i bez rękawów, a dla niego ciemne spodnie i białą, lnianą koszulę. Oczywiście, że zrobiła to wszystko w panice, że jak zaśpią to nie będzie czasu niczego szukać. Tak jakby Elsa Eriksen miałaby kiedykolwiek na cokolwiek zaspać i się spóźnić…
Z łazienki wyszła po jakichś dwudziestu minutach, już ubrana, pomalowana i uczesana. Tak naprawdę gotowa do wyjścia… no może jedynie trochę głodna.
— I jak? Mogę tak iść? Nie wyglądam zbyt normalnie? Za mało elegancko? Może się jeszcze przebiorę? Garsonki chyba żadnej nie wzięłam, ale jednocześnie… pomyślałam, że musi być mi przede wszystkim wygodnie i w ogóle… Ale może jednak powinnam to traktować jak spotkanie biznesowe? Zrobić dobre wrażenie, pokazać, że biorę to wszystko na poważnie i udowodnić już samym wyglądem, że nie mogli lepiej trafić? Tak, chyba powinnam się przebrać, zdecydowanie — I pewnie gadałaby jeszcze więcej i jeszcze szybciej, gdyby nie to, że musiała zrobić przerwę na oddech. Znów zaczęła się stresować i denerwować, a skoro przejmowała się strojem to potem mogło być tylko gorzej.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zbyt wczesne wstawanie zdecydowanie nie było jego domeną – zwłaszcza jeśli mowa była o jakiejś absurdalnej godzinie, którą śmiało można byłoby uznać za środek nocy. I to całkiem dosłownie, jeśli wzięło się pod uwagę różnicę czasową pomiędzy Toronto i Florencją… Do tej najwyraźniej Dante nie miał przystosować się tylko z uwagi na zmianę lokalizacji, więc… oczywiście, że wciąż jeszcze smacznie spał, gdy Elsa zrywała się o tej nieludzkiej porze, by iść pobiegać. Na swoje szczęście nie cierpiał również z powodu zbyt czujnego snu, toteż ryzyko, że miałaby obudzić go podczas krótkiej krzątaniny po hotelowym pokoju, było naprawdę niewielkie. Tak samo zresztą, jak szanse na to, że sam miałby obudzić się w czasie jej nieobecności…
Mhm… – mruknął nieprzytomnie, czując jej usta na swoim policzku i rejestrując mniej więcej co drugie słowo z tego, co do niego mówiła. Od wstawania, znacznie bardziej kuszącą opcją wydawało się być sięgnięcie po poduszkę i nakrycie nią głowy – na znak protestu, czy też po to, by skuteczniej odciąć się od ewentualnych kolejnych prób wyrwania go ze snu. I rzeczywiście wyciągnął nawet rękę, ostatecznie sięgając jednak nie po poduszkę, a po leżący obok telefon, by na nim sprawdzić godzinę. Oraz – tak przy okazji – to, jak bardzo Elsa przesadzała z tym całym zaraz będziemy się zbierać.
Nie mówiłaś, że zaczynasz jakoś popołudniu…? – tak jak mógł się spodziewać, pora była stanowczo zbyt wczesna. Po odjęciu sześciu godzin, jakie dzieliło ich od aktualnego czasu w Toronto… nietrudno było dojść do wniosku, że o tej godzinie powinien raczej kłaść się do łóżka, a nie z niego wstawać.
Słysząc jednak zamykające się za Elsą drzwi od łazienki, musiał chyba dojść do jedynego słusznego wniosku – jakiekolwiek protesty najwyraźniej nie miały najmniejszych szans na to, by coś zdziałać. To znaczy… prawdopodobnie mógłby uznać, że przecież nie był jej tam absolutnie do niczego potrzebny i że na pewno świetnie mogłaby poradzić sobie bez niego. To oznaczałoby przynajmniej, że sam wciąż mógłby spędzić w łóżku jeszcze trochę czasu i wstać z niego o jakiejś bardziej przyzwoitej porze… I chociaż faktycznie ta wizja wydawała się być całkiem niezła, to… z przeciągłym westchnięciem musiał ją od siebie odpędzić. Jednocześnie podnosząc się ospale z łóżka, by przejść przez pokój i sięgnąć po tę wspomnianą przez Elsę kawę. Cała nadzieja w tym, że ta – zgodnie z zapowiedzią – faktycznie mogłaby przynajmniej jakoś postawić go na nogi.
Bo przecież niezależnie od tego, jak bardzo wolałby porządnie się wyspać, nie mógł jej tego pierwszego dnia zostawić tak po prostu samej sobie. Znał ją przecież wystarczająco, by domyślać się – albo raczej zwyczajnie wiedzieć – jak bardzo się stresowała i jeśli istniała jakaś szansa na to, że miałby pomóc jej denerwować się przynajmniej odrobinę mniej… warto było zwlec się dla tej szansy z łóżka, choćby i o tej absolutnie nieludzkiej porze…
W ciągu dwudziestu minut, których Elsa potrzebowała na przygotowanie się do wyjścia, on zdążył… wypić mniej więcej jedną trzecią kawy. Oraz przynajmniej kilka razy obrzucić przygotowane dla niego ubrania dość niechętnym spojrzeniem, w którym całkiem sporo zawierało się zarówno niezrozumienia dla faktu, dlaczego nie mógłby po prostu ubrać się normalnie, jak i powątpiewania w to, czy rzeczywiście pozostawianie kwestii pakowania w całości w rękach Elsy, było najlepszym możliwym posunięciem. Zanim jednak mógłby pofatygować się do walizek, by przekonać się, czy przypadkiem nie znalazłoby się w nich coś lepszego, dotarł do niego ten nerwowy słowotok jego dziewczyny.
Tak, jeśli jakimś cudem wciąż mógłby mieć wątpliwości co do tego, czy faktycznie aż tak stresowała się tym wszystkim… te chyba właśnie powinny do reszty się ulotnić.
Els… – musiał wtrącić się w tej krótkiej przerwie na oddech, nie zostawiając jej zbyt wiele czasu na ponowne podjęcie tematu. – Podobno masz tam czesać modelki, nie? Jakoś nie wydaje mi się, żeby ktoś miał uznać, że bierzesz to na poważnie, jak wyskoczysz w jakiejś garsonce, czy innym cholerstwie, w którym nawet nie będziesz mogła się swobodnie ruszać…
Wywrócił oczami, odstawiając na stół niedopitą kawę. Z kolei spojrzenie, które na moment mimowolnie zatrzymał na wciąż niezałożonej przez siebie koszuli – mniej więcej w tym samym czasie, gdy wspomniał coś o jakimś innym cholerstwie – z pewnością można było uznać za całkowicie przypadkowe. W każdym razie na pewno nie coś, czym należałoby jakkolwiek zaprzątać sobie głowę. Zwłaszcza, że w kolejnej chwili zdecydował się podejść do Elsy, by ostatecznie cmoknąć ją krótko w policzek, jakby ten drobny gest miał ją faktycznie powstrzymać przed przekopywaniem walizek w poszukiwaniu bardziej odpowiednich ubrań.
Wyglądasz dobrze, zresztą jak zwykle – stwierdził jeszcze, po chwili uśmiechając się nieco szerzej, z tym zaczepnym błyskiem w oku, który mógł dość jasno sugerować, że kolejne słowa nie mogły być niczym innym, jak tylko podszytym lekką uszczypliwością żartem. – Ale jak już będziesz się przebierać, to nie zapomnij o jakichś kilkunastocentymetrowych szpilkach. Wiesz, żeby przypadkiem nie było ci za wygodnie w trakcie pracy…
Zresztą, na ewentualną zmianę koncepcji pewnie wciąż miałaby całkiem sporo czasu, choćby podczas oczekiwania na to, aż on sam miałby doprowadzić się do stanu pozwalającego na wyjście do ludzi… Zwłaszcza, że do tego najwyraźniej jakoś tak wcale mu się nie spieszyło…
I powiesz mi, po co właściwie chcesz wychodzić tak wcześnie…?

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Zazwyczaj pobyt w łazience zajmował jej znacznie więcej czasu. Zwłaszcza, że przecież była po bieganiu, więc sam prysznic obejmował nie tyle umycie ciała co i włosów. Potem należało je wysuszyć, wystylizować… chociaż tutaj Elsa postawiła na wysoki kucyk, owijając gumkę granatową wstążką, którą związała w imponującą kokardę. Jeśli zaś chodziło o makijaż, to nigdy nie robiła go jakoś mocnego, wyjątek stanowiły chyba tylko wyjścia do klubu, kiedy to albo zaznaczała usta czerwoną szminką, albo używała nieco ciemniejszych cieni do powiek. Ale tutaj? We Włoszech? Przecież ona pod przyszyciem czuła jak się zaczyna topić. Zdecydowanie południowy europejski klimat jej nie służył. Niby urodziła i wychowała się w Toronto, gdzie temperatury również przekraczały trzydzieści stopni, ale możliwe, że to jej norweskie geny zaczynały się buntować i informować jej organizm, że wkrótce nastąpi nieprzyjemne przegrzanie. I dlatego niemalże wylała na całą skórę krem z filtrem o najwyzszym współczynniku ochrony przed słońcem, a na buzię nałożyła tylko korektor, tusz do rzęs i różową pomadkę — oczywiście wszystko wodoodporne, na wypadek jakby jednak miała się zalać potem — czy to z powodu nieopuszczającego ją stresu czy też niesprzyjających warunków atmosferycznych.
Kiedy wyszła z łazienki i zobaczyła, że Dante jeszcze siedział w bokserkach, w których poszedł spać z roztrzepanymi włosami i kawą w ręce… prawie dostała palpitacji serca. Ale mózg szybko jej podpowiedział, że na pewno czekał aż zwolni łazienkę, bo przecież po dosyć ciepłej nocy wypadałoby się odświeżyć, więc nie było sensu zakładać przygotowanych przez nią ubrań. Nawet jeśli niechętnie spoglądał na ten rozłożony na jednym z krzeseł zestaw.
— Już nie patrz na te ciuchy jak na szubienicę… kupiłam to przed wyjazdem, zresztą to wszystko jest z oddychających i przewiewnych materiałów, więc będziesz wyglądał mega seksownie, z nutą elegancji i będzie ci wygodnie… przecież bym cie nie ugotowała już pierwszego dnia… — mruknęła, widząc te jego niezadowoloną minę, która w jakimś stopniu ją zakuła w przestrzeń miedzy czwartym a piątym żebrem.
I była mu naprawdę wdzięczna, że wykorzystał tę krótką przerwę w jej słowotoku i sam się wtrącił, nie pozwalając jej, aby mu jakkolwiek przerwała, zmuszając ją tym samym do wysłuchania całkiem trafnych spostrzeżeń. Bo miał rację. Podczas kiedy on najprawdopodobniej siedziałby na jakiejś kanapie, ewentualnie przechadzał się po tych wszystkich stanowiskach, aby rozprostować kości, tak ona miała być ciągle na nogach z odpowiednim zakresem ruchu zarówno we wspomnianych nogach, aby biegać między jedną a drugą modelką, jak i w rękach, aby czasem nie zabrakło jej przestrzeni na wyprostowanie długich włosów, bo splecenie ich w skomplikowanego warkocza. Tak, garsonka odpadała.
— Tylko dobrze? To może założę te fioletową koszulę nocną z prześwitującą koronką na piersiach, żeby zasłużyć na wyglądasz super? — zapytała z niewinnym uśmieszkiem. I choć westchnęła nieco zawiedziona, że otrzymała buziaka jedynie w policzek, to nie domagała się pocałunku w usta. Nie umył jeszcze zębów, a bez tego nie zamierzała się zbliżać do jego warg swoimi.
— Nawet nie mam takich butów! Wiesz kiedy ostatni raz założyłam takie szpilki? Na nasz bal absolwentów. Wtedy, co ściągnęłam je po godzinie i od razu wywaliłam do śmieci — parsknęła cichym śmiechem, przypominając sobie tamtą sytuację. I tak była z siebie dumna, że wytrzymała aż sześćdziesiąt minut, podczas których i tak w znacznej mierze trzymała się ramienia Dantego albo siedziała przy ich stoliku. I jak ją pamięć nie myliła to chyba właśnie na jego prośbę w końcu je ściągnęła, pozwalając sobie na korzystanie z zabawy. Chociaż powrót do domu na boso należał już do tych mniej przyjemnych wspomnień tamtego wieczoru.
— Emmm… bo nie chcę się spóźnić? Wszystko zaczyna się o piętnastej, więc i tak wolałabym być jakieś dwadzieścia minut wcześniej. Jak sprawdzałam trasę na Google maps to droga autem zajmuje pół godziny, ale jak doliczymy czas na ewentualne korki to powinniśmy wyjechać tak o trzynastej pięćdziesiąt, a jest… — Zerknęła pospiesznie na swój zegarek, aby po chwili nieco zblednąć. — …. siódma pięćdziesiąt dwa… — wymamrotała niepewnie, bo wreszcie do niej dotarło co zrobiła. Oczywiście, że siała panikę, bo co innego mogła robić? W końcu w tym była mistrzynią. — Przepraszam! Chcesz jeszcze pospać? Obudzę cię za jakieś trzy godziny albo trzy i pół! Albo pójdę po coś lepszego na śniadanie? Bo kupiłam tylko bułki i rogaliki z nadzieniem pistacjowym… pewnie w hotelowej restauracji dostanę coś lepszego czym się bardziej najesz… jajecznica? Albo jajka sadzone? I może jakąś wędlinę? — I znów to samo. Znów gadała. Za szybko. Za dużo.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie tak, że kompletnie nie doceniał tego, że jeszcze przed wyjazdem postanowiła zadbać o jego garderobę i znaleźć czas na zakupy, którymi w zasadzie wcale nie musiała zawracać sobie głowy. Po prostu… no dobra, trochę może jednak nie doceniał. Uznając mimo wszystko tę nieszczęsną koszulę za zdecydowaną przesadę. Nie musiał się przecież stroić na ten cholerny pokaz, jakby to on sam miał w nim brać udział. Zwłaszcza, że głównym założeniem było to, by dotrzeć na miejsce razem z Elsą, upewnić się, że przed tym jak miałaby całkowicie skupić się tylko i wyłącznie na włosach modelek, nie zamierzałaby na przykład paść trupem ze stresu i… być może ulotnić się na jakiś czas, gdyby już uznał, że jego dalsza obecność była całkowicie zbędna.
A do tego zdecydowanie nie była mu potrzebna koszula.
Niezależnie od tego, jak bardzo oddychająca i przewiewna by ona nie była…
A czemu zamiast tego nie mogę wyglądać po prostu normalnie…? – jasne, przerabiali to już wczoraj, kiedy tylko zorientował się, w co chciała go ubrać kolejnego dnia, ale… najwyraźniej wciąż jeszcze nie zdążył uznać tej kolejnej próby wyperswadowania jej tego za kompletnie beznadziejną. Albo po prostu jeszcze nie dopuszczał do siebie możliwości, że taka właśnie musiała być. Choć możliwe, że powoli rzeczywiście to do niego docierało, co być może dałoby się wywnioskować z kolejnego przeciągłego westchnięcia, w którym przy odrobinie dobrej woli pewnie dałoby się wychwycić niewypowiedziane w porządku, nieważne oraz uznać za kapitulację.
Po prostu musiał zapamiętać na następny raz, by może jednak dodać od siebie nieco więcej do całego tego pakowania i odpowiednio wcześnie zainteresować się zawartością walizek. Najlepiej jeszcze przed wyjściem z domu.
Skoro mówisz, że nigdzie jednak nie idziemy, to tak, to mógłby być lepszy strój – może i był kompletnie nieobiektywny w ocenie tego, jak Elsa miałaby wyglądać w czymkolwiek, bez większego namysłu mogąc uznać, że w każdym swoim wydaniu wyglądała po prostu świetnie, ale… wspomniana koszula nocna faktycznie mogłaby stanowić całkiem mocną konkurencję dla większości możliwych strojów. Pod warunkiem, że rzeczywiście mieliby zostać w tym hotelowym pokoju i zapomnieć o tym, że tak w zasadzie przyjechała tu przecież do pracy. On z kolei mógł co najwyżej robić za dodatek, który przy okazji mógłby być przynajmniej na tyle użyteczny, żeby jej tej pracy nie utrudniać.
A skoro tak… koszula nocna musiała najwyraźniej poczekać na nieco lepszy moment.
Nawet jeśli już teraz jej wspomnienie mogło wywołać zarówno uśmiech na twarzy, jak i zmusić do rozważenia przynajmniej przez moment, czy mimo wszystko nie mieli jednak dość czasu, by przynajmniej przekonać się, czy faktycznie miałaby wyglądać na niej lepiej od tego kombinezonu…
A trzeba było nie skreślać ich tak od razu… Teraz pasowałyby wręcz idealnie – zaśmiał się krótko na jej kolejne słowa, całkiem skutecznie wypierając – albo po prostu ignorując – najwyraźniej fakt, że chyba sam zasugerował jej wtedy, że kosz na śmieci mógłby być idealnym miejscem dla tych idiotycznych butów… I że pewnie lepiej byłoby, żeby znalazły się w nim jeszcze przed tym, jak ona sama miałaby wylądować na izbie przyjęć z pewnie całkiem efektownym, ale raczej mało przyjemnym złamaniem. Albo i kilkoma, zależnie od tego, jak bardzo spektakularny miałby być jej upadek, który prędzej czy później miałby się wydarzyć, gdyby zdecydowała się zostać w tych szpilkach jeszcze trochę dłużej.
Oparłszy się plecami o futrynę drzwi prowadzących do łazienki, nie zamierzał za to w żaden sposób przerywać jej wyjaśnień odnoszących się do tego, po co tak właściwie zrywała się – a przy okazji i jego – z łóżka o tej niedorzecznej godzinie. Po prostu czekał cierpliwie, aż sama wyciągnie odpowiednie wnioski, co najwyraźniej nie miało potrwać zbyt długo. Choć widząc jej zmieszanie po tym, jak już zerknęła na zegarek i uświadomiła sobie, jak bardzo te wszystkie jej plany nie zgrywały się czasowo… chyba nawet nie był w stanie w żaden sposób się na nią złościć, czy choćby mieć jej za złe tej przedwczesnej pobudki… A chociaż powrót do łóżka rzeczywiście był opcją wyjątkowo kuszącą – nawet jeśli miałyby to być te ledwie trzy godziny – chyba całkiem słusznie domyślał się, że i tak nie miałoby to najmniejszego sensu.
A później wrócisz z tym śniadaniem i znowu zaczniesz się zastanawiać, czy druga nerka faktycznie jest ci niezbędna do życia…? – parsknął z rozbawieniem, wspominając jej rozterki z poprzedniej nocy. Chyba powinien już pogodzić się z tym, że w najbliższym czasie nie będzie miał zbyt wielu okazji, by rzeczywiście się wyspać. Może w kolejnym hotelu, w jakim przyszłoby się im zatrzymać, powinien poprosić o oddzielny pokój…? Z zastrzeżeniem, by nie wpuszczać do niego Elsy przed wybiciem jakiejś rozsądnej godziny. Chociaż coś – pewnie całkiem słusznie – podpowiadało mu, że i to mogłoby nie pomóc.
Lepiej już nigdzie nie idź. Daj mi chwilę i… – sam jeszcze zerknął na własny zegarek, jakby wciąż jeszcze nieco zaspany umysł nie do końca zarejestrował fakt, że w zasadzie przecież Elsa powiedziała przed momentem, która była godzina. Zbyt wczesna to wciąż mógł być jedyny słuszny wniosek. – …możemy pójść na to śniadanie razem. A później pewnie zdążymy jeszcze dojść na miejsce nawet na pieszo, może po drodze będziesz miała okazję kupić gdzieś odpowiednie buty…
Raz jeszcze przeszedł przez pokój, żeby zgarnąć z krzesła te nieszczęsne ubrania – przy czym nawet dość skutecznie powstrzymał się, by nie powiedzieć już absolutnie nic na ich temat – a następnie na kilka chwil zniknąć z nimi w łazience. Bo tak, poranny prysznic mógł być całkiem niezłym pomysłem – tak dla odświeżenia się, jak i dobudzenia, gdyby jednak kawa miała nie okazać się wystarczająca.
To jak…? Śniadanie, czy wolisz wyjść na nadgorliwą i jechać na miejsce o tych parę godzin za wcześnie? – rzucił, wychodząc wkrótce z łazienki w nieco już bardziej ludzkim wydaniu. Jeśli za takie można było uznać fakt, że skoro już musiał zakładać tę koszulę, to wolał zrobić to po swojemu. Z całą pewnością nie zamierzając jej bezsensownie zapinać pod samą szyję, rozpięte pozostawiając również mankiety, by rękawy dało się przynajmniej podwinąć na jakąś sensowną długość. Przy okazji musiał też uznać za bezsensowną jakąkolwiek próbę porządniejszego układania włosów, które nawet po ich umyciu i względnym przesuszeniu ewidentnie wciąż miały swój własny pomysł na to, jak powinny się układać. Jemu zaś pozostawało co najwyżej uznać ich autonomię w tym względzie i – nie przejmując się najwyraźniej tym, że być może jako dodatek do stylistki ogarniającej fryzury modelek podczas pokazu, być może powinien podjąć tę nierówną walkę – pozostawić je bez własnej ingerencji.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”