ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Nieprosto było przyzwyczaić się do dwóch, kompletnie różnych rzeczy.
  Pierwszej – do funkcjonowania ze świadomością, że jej rodziców już nie ma. Że wraca do domu, w którym – jak zazwyczaj – ich nie ma, ale teraz z przykrą świadomością, że już nie będzie. Bo oczywiście – Lennoxów więcej nie było, niż byli w The Beaches, ale pojawiali się, kiedy mogli i kiedy było trzeba – na święta, na jej urodziny, w czasie przerwy na wykopaliskach lub między kontraktami. Ta nieobecność była wtedy akceptowalna, bo z warunkiem zmiany. Ta nowa… była bolesna, ciężka i niestety prawdziwa.
  Drugiej – do funkcjonowania ze świadomością, że obok niej, w mniej lub bardziej widoczny sposób, jest ktoś. Nie partner, nie przyjaciel, nie osoba bliska. Kompletnie obcy, który zajmował jej przestrzeń i orbitował w niej czy jej się to podobało czy nie.
  Interweniowała u Giovanniego Salvatore – najpierw musiano ją wynosić z piętra należącego do sekretariatu Avalon Industries, a później z gabinetu mężczyzny, który wzięła szturmem i podstępem. Salvatore wysłuchał jej – nie była ani obcesowa, ani nie pyskowała, ale nie przychylił się do jej prośby i powtórzył praktycznie to samo, co powiedział jej mężczyzna, który wtargnął do jej domu.
  Jej rodzice o to poprosili. To dla jej bezpieczeństwa.
  Obcy nieszczególnie jej przeszkadzał, jeśli miałaby być szczera – jego obecność nie była inwazyjna, ale chodziło o fakt, że była. I że była jego. A chociaż była wobec niego uprzejma, to nie potrafiła pozbyć się tego nieprzyjemnego poczucia, z jakim zapoznał ją przy pierwszej wizycie. Ani bólu w plecach, ani wyobrażenia nacisku na gardło, ilekroć tylko zauważyła, że napiął mięśnie bardziej, niż to naturalne.
Starała się go zaakceptować – w końcu nie miała wyboru. Podawała mu jedzenie, nawet jadła z nim – choć zwykle w ciszy. Potem zwykle znikała w swoim pokoju, za zamkniętymi drzwiami, ale nie mogąc się pozbyć przeczucia, że przez cały czas stał dosłownie za nimi.
  Znajomi coraz intensywniej próbowali zaprosić ją na pomniejsze wydarzenia, żeby wyszła do ludzi. Początkowo dalej, konsekwentnie odmawiała, wybierając zacisze domowe i (wątpliwą) samotność, ale kiedy jedna z przyjaciółek szturmem wzięła jej dom, cudem rozmijając się z jej ochroniarzem, po czasie po prostu uległa i dała się zaprosić na piątkowe wyjście w kameralnym towarzystwie.
  Nie na imprezę, ale posiedzieć i porozmawiać. Przy matchy i dobrym jedzeniu.
Zgodziła się chyba tylko dla świętego spokoju.
  Ubrała się schludnie – a nie w powyciągany dres żałobny, nawet pomalowała, choć w podstępnym stylu makeup-no-makeup; uczesała nawet ładnie, a następnie, choć nie bez dyskomfortu wywołanego świadomością, że nie idzie sama i do końca nie wie jak to miałoby wyglądać w przestrzeni publicznej, przeszła do garażu, aby wsiąść do samochodu – najpewniej ze swoim ochroniarzem – i pojechała na miejsce.
  Miała tyle szczęścia, że nawet nie szukała szczególnie długo miejsca parkingowego – choć powszechnie wiadomo, że piątkowy wieczór, centrum miasta, to tak naprawdę przepis na długie minuty krążenia po okolicy, by w końcu się poddać, zrezygnować i ostatecznie zaparkować i tak daleko od miejsca docelowego. I mieć walk of shame. Dwa razy.
  Spotkała się z trójką koleżanek, z czego jedna była nadpobudliwa i szczebiotała za pozostałe. Maelle raczej nie udzielała się za bardzo, ale słuchała. I naprawdę starała się brać czynny udział w spotkaniu, a także powiedzieć więcej niż dwa czy trzy słowa. Zwykle limit miała znacznie większy.
  Ale uśmiechnęła się parę razy nawet, co nie przeszło niezauważone.
Jej sympatyczny towarzysz był w pobliżu. Zakonotowała to, że zajął miejsce w innym lokalu, ale również   na zewnątrz i popijał… W zasadzie nawet nie wiedziała co. Nie obczajała go, okej?


Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrzebował wiele czasu, aby zaadaptować się do nowej rzeczywistości. W zasadzie, to nie on najbardziej musiał się dostosować. Był bardzo elastyczną osobą, która wiedziała jak się dopasować do nowych warunków oraz okoliczności. Fakt, że musiał zamieszkać z dziewczyną nie był dla niego niczym dziwnym. Chciał w końcu mieć ją na uwadze i być jak najbliżej. Nie był zwykłym „ochroniarzem”, którego można było zauważyć przy celebrytach. Był kimś nieco większego kalibru. Był cieniem człowieka, którego miał ochraniać. Żył przy nim, poznawał jego schematy, jego codzienność. Znał jego znajomych, rodzinę i przyjaciół.
Wiedział więcej niż przeciętny „ochroniarz”.
Mówił jej jak się skończy interwencja u Giovanniego, ale nie zamierzał jej przy tym zatrzymywać. W końcu lepiej było, aby sama się przekonała i porozmawiała z jego szefem, bo on mógł gadać, a ona i tak musiał to usłyszeć bezpośrednio od niego. Dlatego jak ją wynoszono z budynku, to w milczeniu po prostu podążał za ochroną, nie zatrzymując ich. Za drugim razem było podobnie, tylko wcześniej stał w milczeniu podczas jej monologu u Giovanniego, gdy chciała go przekonać, że nie potrzebuje ochrony.
Ale skończyło się tak, jak wszyscy, poza nią, się spodziewali.
Nie planował się z nią zakolegować. Nie miał też zdolności socjalnych na tyle rozwiniętych, aby jakkolwiek próbować przełamać tą niezręczną atmosferę. Zwłaszcza, że ta mu nie przeszkadzała. Był w pracy. Nie musieli się lubić, aby musiał ją chronić. Nie zamierzał też przełamywać ścian, które były między nimi. Nie uśmiechał się sztucznie, nie udawał miłego i na siłę się z nikim nie kolegował. Nie mówiąc o tym, że był zdania, że nie potrzebował też nikogo w swoim życiu. Po raz kolejny.
Dlatego można powiedzieć, że po prostu żyli obok siebie. Sprawdzał gdzie i z kim wychodzi. Kto przychodzi. Kim byli jej znajomi, co robili i z kim mogli mieć koneksje. Nie spędzali razem czasu. Gdy ona się zamykała, on zajmował się swoimi sprawami. Ogarniał ludzi i pobieżne, mniej ważne zadania. Zbierał informacje od rozsianych po różnych lokacjach ludzi i przekazywał je szefowi.
Gdy pewnego dnia stwierdziła, że wychodzi, on jej tego nie zabraniał. W zasadzie niewiele jej zabraniał. Po prostu w każdym wyjściu jej towarzyszył. Dzisiaj jednak wydawał się czuć… dziwnie nieswojo. Obudził się z tym dziwnym uczuciem, które mu towarzyszyło i nie chciało przejść. Starał się je ignorować, ale z każdą kolejną godziną stawało się coraz bardziej irytujące.
Miał jednak pracę do wykonania i nie zamierzał się tym przejmować.
Poczekał na nią przy wyjściu, a gdy się pojawiła, dość instynktownie zmierzył ją spojrzeniem. Na jego twarzy jednak nie odbiła się żadna reakcja ani wyraz. Nie skomentował też jej ubioru, uczesania ani makijażu. Po prostu otworzył drzwi wyjściowe, aby za nią ruszyć do auta, a stamtąd do miasta. Gdy wysiadła, wysiadł razem z nią, ale to było tyle. Obiecał, że będzie się trzymać dalej, ale wciąż w bezpiecznej odległości od nich. Damon kiepsko wtapiał się w tłum, będąc ubranym na czarno, wyrośniętym Azjatą, ale ten kto nie wie, raczej nie podejrzewa, że jest ochroniarzem. Prędzej psychopatą, który szykuje się do masowej masakry.
Siedział przy jednym ze stolików, popijając kawę, ale miał wrażenie, że ktoś coś do niej dosypał. Im dłużej siedział, tym bardziej zaczynało mu być dziwnie. W głowie się mu kręciło. Z jakiegoś powodu odczuwał dziwną słabość, ale też napady ciepła, a potem zimna. Z całych sił starał się sprawiać wrażenie, że nic mu nie jest, ale czuł po sobie, że coś było nie tak. Nie mogło mu to jednak przeszkodzić w pracy. W skupieniu.
Z minuty na minutę wydawało się być jednak ciężej.
Dopił kawę w nadziei, że to jakkolwiek mu pomoże i chociaż nie wyglądał, cały czas miał na oku blondynkę ze szczebiocącymi koleżankami, zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Opłacił rachunek i wstał, nieco chwiejnie, nie spodziewając się tego braku sił, który go uderzył. Oparł się o barierkę, jak gdyby nigdy nic. Jakby jedynie spoglądał za nią, a nie próbował ogarnąć swój własny organizm.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  To było nawet przyjemne, choć początkowo nie chciała tego przed samą sobą przyznać – w końcu wziąć głęboki oddech, na który pozwoliło jej dopiero wejście między ludzi bliskich. Tych, którzy tak skutecznie, nawet jeśli ulotnie, zapełniali swoją obecnością pustkę, która powstała w jej sercu. Potrzebowała tego – choć świadomość o tym odpychała od siebie całkowicie. Potrzebowała tego – dopiero teraz zdała sobie sprawę jak bardzo.
  Ten delikatny, nierówny, ale szczery uśmiech, który wpychał się na jej wargi, absolutnie nieproszony, był tego największym potwierdzeniem. Szybciej wyrzucone powietrze przez nos w reakcji na jedną z historii opowiedzianych przez koleżanki, było dowodem na to, że pomagało jej to leczyć złamane serce.
Tylko ukradkowo zerkała w stronę swojego ochroniarza, a to bardziej z ciekawości – co robi i jak się wtapia w otoczenie, a nie z potrzeby sprawdzenia, czy na pewno tam był i spełniał swoją funkcję. W pewnym momencie zauważyła, że jej wzrok uciekał w jego stronę znacznie częściej, niż planowała, choć nie dlatego, że był bardzo przystojny i trudno było od niego oderwać wzrok – choć przyznać należało, że owszem, był. Chodziło jednak o coś innego, o tę zmianę w jego spojrzeniu, które czuła na sobie, a do którego się przyzwyczaiła. Zmianę, która nie była przesunięciem ciężaru relacji; która nie zwiastowała, że u niego, względem niej, coś się zmieniło. Dlatego, że w samych oczach coś było innego – coś było nie tak.
  A nie siedział jakoś specjalnie daleko, by mogła to odnotować. Wszystko w granicy jego zasięgu i, zapewne przeliczonego w jego głowie, czasu reakcji i skrócenia dystansu, w razie potrzeby.
  Gdy jedna z koleżanek opowiadała kolejną historię ze swoich seryjnych podbojów – pozazdrościć barwnego życia towarzyskiego – ona wysunęła z torebki smartfona i napisała szybkiego SMS-a do mężczyzny z pytaniem, czy wszystko w porządku. Troska była u niej odruchem bardzo naturalnym, wkodowanym w DNA i nie ograniczała się wyłącznie do osób bliskich. Byeok, bo tak nazywała go w myślach od pierwszego dnia, w którym zaczęła się jej, bardzo wątpliwa przygoda z bycia ochranianą, należał do jej otoczenia – a przez to mogła znacznie sprawniej odnotować, że coś było nie tak.
  SMS był bardziej prośbą o formalne potwierdzenie wstępnej tezy – coś było nie tak – niż faktycznym pytaniem z prośbą o udzielenie odpowiedzi.
  Po tym, jak jej odpisał – mogła śmiało założyć, bez czytania, że odpowiedź będzie zbywająca – potrzebowała tylko kilku chwil, aby sprytnie wymiksować się z reszty spotkania. Podziękowała dziewczynom – choć mocno rozczarowanym, to jednocześnie rozumiejącym i nie naciskającym – za spotkanie i zapewniła, że na kolejne też się stawi, jak tylko znajdą termin.
  A potem ulotniła się z lokalu, wychodząc na ulicę i zmierzając, z krótkim tylko spojrzeniem w stronę ochroniarza, w stronę swojego samochodu. Wsiadła do pojazdu i odczekała tylko parę sekund, zanim i on znalazł się w środku, zanim wczepiła swoje uważne spojrzenie w jego twarz.
  Jego oczy błyszczały – i to nie w ten Disney’owski sposób – a gdy to odnotowała, najpierw rozwarła wargi, jak gdyby coś chciała powiedzieć. Ale wciąż milczała. Sięgnęła powoli, choć stanowczo w kierunku jego twarzy, dotykając wierzchem dłoni najpierw jego czoła, a później policzków.
  Poczuła na swojej skórze gorąco jego własnej i nie potrzeba jej było dłuższej analizy, by tę anomalię w dość prosty sposób sklasyfikować:
  — Jesteś chory — stwierdziła oczywistość. — Wracamy do domu — dodała, odejmując rękę od jego twarzy.
  Nie potrzebowała ani jego zgody, by podjąć taką decyzję; ani żadnego słownego potwierdzenia, czy faktycznie był chory, bo akurat co do tego faktu była pewna.
  — Po drodze zatrzymam się w aptece i kupię leki, bo nie pamiętam czy mam wszystko, czego będziesz potrzebował. — Wejście w roli kogoś, kto się chorym mężczyzną przyszło jej zaskakująco naturalnie; nawet jeśli nic większego ich nie łączyło, a dbanie o niego technicznie nie leżało w zakresie jej obowiązków. — Boli cię gardło? Masz katar? A masz na coś alergię? Na jakieś leki?— To było tylko kilka pytań, które musiała zadać, a w oparciu które miała dokonać późniejszych zakupów w aptece. W aptece, do której właśnie zmierzała.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wydawało się, że wszystko jest w porządku, dopóki to dziwne uczucie nie zaczęło być niebezpiecznie irytujące. Z całych sił starał się je ignorować i skupić na swojej pracy, ale miał wrażenie, że ból w pewnym momencie zaczął nachodzić także na jego oczy, które zaczęły się same z siebie mrużyć. I nawet jeśli znajdował się niedaleko dziewczyny, która go interesowała, to nagle wydawało się, że ta odległość jest jakaś… większa. Wszystkie dźwięki z minuty na minutę zdawały się być coraz bardziej przygłuszone i chociaż swoje spojrzenie lokował w Maelle, to w pewnym momencie nawet ona stała się mniej wyraźna.
Ignorował to uczucie tak długo jak mógł. Nie zamierzał o tym myśleć, chociaż czuł, że coś jest nie tak. On był człowiekiem, który nie chorował. Nie miał przeziębienia, ani anginy. Nie miał problemów z kaszlem, bólem gardła czy zatokami. Wydawało się, że był tak mocno zahartowany, że absolutnie nic go nie ruszało.
W dalszym ciągu jednak był człowiekiem.
Gdy otrzymał od niej wiadomość tekstową na telefon, spojrzał na nią i odpisał dokładnie tak, jak każdy by podejrzewał: że wszystko u niego w porządku. Nigdy nie narzekał, nigdy się nie skarżył. Miał swoje priorytety i ochrona kogoś była zdecydowanie wyżej niż jego własny komfort. Nigdy też nie chodził na L4 bo u niego coś takiego zwyczajnie nie istniało. No chyba, że Giovanni sam stwierdzał, że ma odpocząć po tym, jak prawie nie umarł.
W momencie jak dziewczyna się ulotniła ze swojego spotkania, on także nie zamierzał spędzić tu ani minuty dłużej. Wstał od stołu, opłacił kawę i odszedł w stronę zaparkowanego pojazdu. Każdy krok wydawał się być stawiany przez jego ciało, ale w innym wymiarze. Szedł, ale była to głównie pamięć mięśniowa oraz ostatki świadomości, która powoli przestawała dobrze funkcjonować przez coraz bardziej rosnącą temperaturę ciała.
Wszedł do auta w milczeniu i zamknął za sobą drzwi. Czuł od początku jej spojrzenie na sobie, ale nie zamierzał go komentować. Zerknął na nią z cichym zapytaniem czy zamierza odpalić auto, ale to właśnie wtedy sięgnęła do jego twarzy. Automatycznie się napiął. To był odruch z którym nigdy nie walczył, a który miał od zawsze. Nie zabrał jednak jej dłoni, tylko pozwolił jej na ten gest, dokładnie obserwując przy tym jej wyraz twarzy.
Z bliska była wyraźniejsza.
Jesteś chory.
Nic mi nie jest — odpowiedział niemalże od razu, odwracając się od ręki, którą zabrała.
Mógłby umierać i się wykrwawiać, a i tak powiedziałby, że wszystko jest w porządku. Już nie raz i nie dwa tak było, nawet gdy już jedną nogą był po drugiej stronie. Może pewnego pięknego dnia nauczy się przyznawać do słabości i mówić, że jest z nim źle.
Brew mu drgnęła wyżej na jej inicjatywę. Nie potrzebował jej, nie prosił o nią, a mimo to wydawała się przejmować jego wątpliwym stanem. I nie brać do siebie jego zapewnień, że czuje się świetnie.
Dziwne, że nie uwierzyła, Damon.
Nie, nie, nie i nie — odpowiedział sucho, sięgając dłonią do rozpalonej skroni. Nie gorączkował. Nie pamiętał kiedy ostatnio był faktycznie chory, a nie się wykrwawiał przez postrzelenie czy inne dźgnięcie. Poza tym, podniesiona temperatura była przecież niczym w porównaniu do tego, co zwykł przechodzić. A przynajmniej tak mu się zdawało. To, że jego organizm odmawiał posłuszeństwa było zwykłą niedogodnością. — Mówię, nic mi nie jest. Jedź do domu — nakazał.
Jak typowy uparty człowiek, zamierzał się trzymać tego, że sam sobie poradzi. Nie mógł jej jednak siłą zatrzymać w aucie gdy zajechała do apteki, aby zakupić kilka potrzebnych, według niej, leków. Wywrócił na to jednak oczami, gdy zatrzaskiwała drzwi od auta.
Gdy wrócili do domu, wysiadł z auta już o połowę słabszy. Wydawało mu się, że nogi ma jak z waty, a świat jeszcze bardziej się rozmył. Zachwiał się na ułamek sekundy, ale szybko odzyskał równowagę. Zmrużył oczy kierując się do środka domu. Gdy tylko znalazł się w środku, upewnił się jak zawsze, że nic nie wyglądało inaczej.
Dopiero wtedy usiadł na kanapie czując jak bardzo jest mu gorąco. Pot spływał mu po skroniach, a oddech był płytszy niż zwykle. Powieki ciężkie, tak samo jak każda pojedyncza kończyna. Dziwne uczucie osłabienia, którego nie mógł zwyczajnie przezwyciężyć.
Całe, kurwa, szczęście, że nie musiał dalej siedzieć w tej pieprzonej kawiarnii.

Maelle Lennox
ODPOWIEDZ

Wróć do „#12”