ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

001.
Wiedziała, że będzie z tego problem.

Dwa dni temu nastąpił przełom, kiedy najbardziej upierdliwy prokurator w całym Toronto, Caleb Fairchild, po raz pierwszy się uśmiechnął. No dobra, może uśmiech to za dużo powiedziane, ale nie dało się zignorować tego lekkiego uniesienia kącika ust, kiedy doręczony opis toksykologiczny kończył swój wywód zdaniem prawdopodobne zatrucie. Wiedziała, że sprawa ciągnęła się już jakiś czas, a mężczyzna próbował wrzucić za kratki żonę otrutej ofiary i to badanie dało naprawdę duże światło na sprawę, ale wczorajsze nieporozumienie nie było jej winą, a jedynie niekompetencją młodego policjanta, który nie dość, że nie dał jej wszystkich próbek, to zagubione fiolki były źle przechowywane, najprawdopodobniej w rozgrzanym bagażniku, więc nie była w stanie nic z tym zrobić. Nie mogła wydać takiej opinii, skoro nie zinterpretowała częściowo materiału i nie miała już ku temu okazji, bo teraz ciało zmarłego zaczęło usuwać z siebie toksyny. Dlatego wczoraj, do późnego wieczora, opisywała na nowo materiał z wyjaśnieniem sytuacji, wywód kończąc słowami nie można potwierdzić zatrucia. Wysłała meilem do wszystkich ważnych osób i wyszła z pracy, żeby nie patrzeć, jak świat płonie.

Dopiero na następny dzień weszła do prawdziwego piekła. Jeszcze musiała jechać do cholernego sądu, żeby potwierdzić swoje badania i tak bardzo nie chciała konfrontacji z Fairchildem. Nie dlatego, że się go obawiała — nic z tych rzeczy. Ale najzwyczajniej w świecie chciała sobie oszczędzić dyskusji z nim. Czuła jego palący wzrok, gdy obrona zadawała jej pytania, a ona odpowiadała.

Czy może pani wykluczyć, że zmarły sam zażył lek? Nie.

Czy może pani stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że doszło do otrucia?

Nie.

Opcja była jedna; po zakończonej rozprawie szybko ewakuowała się z sądu, zanim zdążył ją dorwać i pojechała z powrotem na komisariat z nadzieją, że nie będzie chciało mu się fatygować i jechać do niej, aby zjebać ją od góry do dołu. Zajęła się swoją pracą, odciągając swoje myśli od tej sprawy i rozmyślania, czy mogła zrobić coś inaczej, ale postąpiła książkowo. Tak, jak powinna, żeby samej nie ponieść konsekwencji za zatajenie wyników lub rozmijanie się z prawdą. Wierzyła nauce, a nie faworyzowaniu prokuratorów, którzy mogliby z dumą chwalić się, że udało im się wygrać ciężką sprawę. Uzupełniała brakujące dokumentacje, aby zmienić tor swoich myśli i nieco uspokoić swoje myśli, kiedy wybiła godzina zero i odwiedził ją final boss dzisiejszego dnia. — Nie mam ochoty z tobą dyskutować — odpowiedziała na wstępie, nawet nie przenosząc na niego spojrzenia, a jedynie dalej klikając na komputerze. Może… sobie pójdzie?

upierdliwiec
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Caleb miał pewien problem.

To znaczy, gdyby przyjrzeć się jego codzienności, można by dojść do paru prostych wniosków i wyciągnąć więcej tych problemów, niż tylko ten jeden. Brak kontroli nad alkoholem i imprezowaniem, bo nawet jeśli nie robił nic nierozważnego czy skrajnie głupiego, to nie potrafił tego ograniczyć. Brak rozgraniczenia między pracoholizmem, a nadrabianiem zaległości. Niewyleczona trauma po stracie siostry, przez co wiele decyzji, które dotychczas podejmował, były właśnie ze względu na nią. No i do tego dochodził ten brak umiejętności przegrywania. Caleb nie potrafił pogodzić się z porażką. Nie, jeśli szło mu tak cholernie dobrze, a wykres jego spraw, szedł tylko w górę, świadcząc o tym jak doświadczonym i dobrym był już prokuratorem.

Wiadomo, nie był cudotwórcą. Nie mógł czytać ludziom w myślach, nie mógł realnie wpłynąć na ich decyzje, mimo że wielokrotnie próbował wszystkimi manipulować na swoją korzyść. Fairchild tak czy siak był cholernie zawzięty; siedział nad rozprawami przez kilkanaście godzin, badając dowody, odwiedzając miejsce zbrodni, rozmawiając z ofiarami i konsultując się z profesjonalistami w różnych dziedzinach. Nie lekceważył swojej roboty. Robił każdą, pojedynczą, nawet najmniejszą rzecz na sto lub nawet dwieście procent. Nie mógł sobie nic zarzucić. A to, że obwiniał wszystkich innych wokoło to już inna sprawa. Ktoś musiał ponieść za to odpowiedzialność.

Po wielu rozmowach z przełożonymi, Caleb czując narastającą frustrację, udał się na pobliski komisariat. To oczywiste, że wcale nie chciał z nią rozmawiać. Cholera, wolałby pójść do domu i odpocząć, ale nie zdołałby zasnąć, gdyby nie przedyskutował tej porażki z główną zamieszaną. Prokurator przywitał się ze znajomymi policjantami na wejściu, od razu kierując się w dobrze mu znaną stronę. Jego relacja z Hazel nie należała do najlepszych i najłatwiejszych, co mogłoby wydawać się dość zaskakujące, bo Caleb trzymał się z kobietami… cóż, blisko. Brooks była ładna i niewątpliwie inteligentna, ale miała tak paskudny charakter, że Fairchild czasami nie mógł jej słuchać. Gdyby mniej się odzywała, może podobałaby mu się nawet bardziej, ale nadal twierdziła, że ma swoje do powiedzenia. Najgorzej.

— Uwierz mi, Brooks. Mam tysiąc lepszych rzeczy do roboty, niż rozmowa z tobą — rzucił nerwowo, bo zdążyła go zdenerwować od samego wyjścia. A to robiło wrażenie, bo Caleb potrafił trzymać emocje na wodzy. Mężczyzna odsunął krzesło naprzeciw dziewczyny, po czym usiadł, wpatrując się w jej twarz w pełnym milczeniu i powadze. — Nie masz mi nic do powiedzenia? — zapytał, z wolna denerwując się, że nie zwraca na niego uwagi. Być może dlatego pochylił się nad biurkiem, odłączając kabel od monitora. — Kultura osobista ciebie nie dotyczy, księżniczko? — rzucił, opadając z powrotem na fotel. — Przez ciebie pieprzona morderczyni chodzi sobie wolno po Toronto. Doskonale wiedziałaś, że wszystkie dowody na nią wskazują. Nie mogłaś po prostu odpuścić? — mruknął, nie odrywając od niej rozzłoszczonego spojrzenia. — Czy to jakiś cholerny sojusz niepoczytalnych kobiet? Wyglądasz, jakbyś mogła do czegoś takiego należeć — parsknął, odchylając się lekko na krześle. Boże, jakże on nienawidził przegrywać, szczególnie jeśli miał już przestępcę w garści. Gdyby tylko Hazel siedziała cicho, przymrużając oko na tą małą odchyłę…

orzeszek
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie miała sobie nic do zarzucenia. Była profesjonalistką, dbała o swoją pracę oraz przede wszystkim, wiedziała co robiła. Jasno stosowała się do wytycznych, do obowiązujących zasad i to nie znaczyło, że była służbistką — po prostu nie chciało jej się bawić z ewentualnymi konsekwencjami, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że coś zataiła lub maczała palce w poprawności wyników. W końcu mogłaby przymknąć oko, zignorować fakt, że nie wszystkie materiały dowodowe zostały przekazane, ale potem musiałaby się tłumaczyć, ryzykując swoją karierą i nieskalaną reputacją, która musiała pozostać dobra, aby inni chcieli z nią współpracować. I z jakiegoś powodu, Fairchild nadal również tutaj przyłaził. Może to kwestia sumienności, zaangażowania… a może tego, że nie miał wyboru. Chociaż z pewnością miał jakiś parobków, którzy trudne sprawy mogliby załatwiać za niego. Przyjść do niej to przegadać, sporządzić mu raport i wyjaśnić sytuację. Zamiast tego, nadal musiała oglądać jego twarz i wiedziała, że była to z pewnością kwestia tej maniakalnej kontroli, która była dziedziczna wśród prokuratorów. No cóż poradzić, z pewnością nikt inny nie zwyzywa jej tak, jak on sam, prawda?

— A jednak przyłazisz tutaj i trujesz mi tyłek — stwierdziła z cichym westchnieniem. Miał tysiąc lepszych spraw, a i tak znalazł chwilę, aby przyjść i jej ponarzekać na to, jaka to nie była. Nie miała ochoty na niego spoglądać. Na twarz mężczyzny, który był tak przystojny, a jednocześnie tak upierdliwy i nieznośny. Wiedziała, że w świecie musiał być zachowany balans, ale dlaczego tacy byli zazwyczaj największymi dupkami? Jakby wszechświat uparcie przypominał, że nie można mieć wszystkiego. — A co mam ci powiedzieć? — odbiła pytanie swoim pytaniem. — Wszystko co chciałam przekazać to napisałam w protokole i wysłałam wczoraj na twoją skrzynkę. Podejrzewam, że potrafisz czytać, Fairchild — rzuciła, przebiegając wzrokiem po literkach wiadomości, którą pisała, aż ekran nie zrobił się czarny. Oczywiście, że od razu na niego spojrzała; spod byka, z pełnym oburzeniem i wielką pogardą. — Odpuścić? Czyli namawiasz mnie do kłamstwa przed sądem? — Uniosła lekko brew, zaplatając dłonie w koszyczek i opierając na nich swój podbródek. — Wiedziałabym, gdybym dostała wszystkie probówki do badań. Idź się pluć do komendanta, jeśli ci coś nie pasuje, ja wykonałam swoją pracę jak należy — dodała zaraz, samej opadając na oparcie swojego fotela. Zmierzyła go uważnym spojrzeniem. Denerwował ją całą swoją sylwetką — tym, jak beztrosko rozwalił się na krześle, tym że rządził się, odpinając cholerny kabel od jej monitora i samym faktem, że miał czelność przychodzić do niej i narzekać na to, że nie postanowiła oszukiwać. Z jakiej racji? — Skoro uważasz, że mogłabym należeć do takiego sojuszu, to nie boisz się tu przychodzić? W końcu jestem niepoczytalna. Uważaj, gdzie zostawiasz kawę — zażartowała. Hazel była cięta w gadce, ale jeśli chodziło o czyny to psychika nie pozwoliłaby jej kogoś skrzywdzić. Sama zbytnio została skrzywdzona przez los, aby przenosić ból na innych. Nie zmienia to jednak faktu, że z racji swojego zawodu, miała ogromną wiedzę o różnych składnikach, czynnikach i innych tym podobnych. Gdyby chciała komuś zrobić krzywdę po cichu… cóż, prawdopodobnie zrobiłaby to ze sto procentową pewnością powodzenia.

manipulator
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Nie potrafię tego zrozumieć, Hazel — rzucił, patrząc na nią z kpiną. — Też pracuję według kodeksu. Też złożyłem przysięgę. Ale za sztywnymi zasadami i obawą przed tłumaczeniem się przełożonym, stoi coś więcej niż tylko dobrze wykonana robota stwierdził. Mężczyzna był uczulony na punkcie sprawiedliwości, którą tak mocno krytykował od najmłodszych lat. Fairchild wielokrotnie powtarzał, że kanadyjskie organy państwowe zawodzą. Regulaminy chroniły przestępców, a prokuratorzy i policja, nie dawali z siebie tyle, ile powinni. W końcu niezależnie od wyniku swoich postępowań czy badań i tak otrzymają sowitą zapłatę; nie musieli niczym się przejmować. Cal był jednak człowiekiem, który wybrał ścieżkę prawa, nie ze względu na chęć zdobycia popularności lub grubej kasy, bo przecież i tak wywodził się z bogatej rodziny i miał ogromny majątek. Zrobił to ze względu na swoją zmarłą siostrę; i może zachowywał się egoistycznie. Może rzeczywiście nie potrafił oddzielić życia prywatnego od zawodowego, ale przynajmniej starał się dbać o swoich klientów lub o ich dobre imię, nawet po śmierci. — Ten mężczyzna nie żyje. Umarł i nikt go za to nie pomści. A osoba, która osobiście go zatruła, będzie żyć pełnią życia za jego pieniądze. To jest ta cała sprawiedliwość? — zapytał ironicznie, wciąż wbijając w nią nieco zmęczone spojrzenie.

— Uważasz więc, że lepsze od naciągnięcia prawdy jest udawanie, że nic się nie wydarzyło? Dlaczego nie poprosiłaś o więcej czasu? O kolejną próbkę? Dlaczego nie przymknęłaś oka na te wyniki, wiedząc, że sprawca jest winny — rzucił, stukając palcami w podłokietnik. — Miałaś wgląd we wszystkie dowody i każdy możliwy aspekt tej sprawy. Nie potrafię zrozumieć, jak bardzo musisz być zapatrzona w swoją pracę, żeby w żadnym stopniu nie wesprzeć ofiary. To dlatego, że i tak jest już martwy? Nie ma o co walczyć? — zapytał szeptem, nachylając się nieznacznie w jej stronę. Podświadomie wiedział, że cała ta rozmowa i tak już niczego nie zmieni, ale Caleb nie był człowiekiem, który zacisnąłby nerwowo zęby i uznałby to za zakończoną sprawę.

— Pierdolę ten twój żałosny protokół, Brooks — zaśmiał się, w końcu odrywając od niej spojrzenie, by utkwić je w suficie, jakby to właśnie tam mógł odnaleźć odpowiedzi na swoje niekończące się pytania. Tak. Uważał, że jej praca była beznadziejna i że nie podchodziła do tego na poważnie. Tak. W jego oczach była cholerną służbistką, którą nie obchodził los innych osób. Tak. Z tego też powodu zamierzał dalej zatruwać jej życie.— Och, zamierzam. Nie musisz się o to martwić — rzucił; komendant był kolejną osobą w kolejce do zjebania. — Widzę, że policja nadal zawodzi. Nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata — dodał, uśmiechając się przy tym krzywo. Był pierwszy do krytykowania wszystkich wokoło.

Słysząc jej słowa, prokurator zaśmiał się pod nosem; Hazel była ostatnią osobą, której mógłby się obawiać. Nie tylko ze względu na jej wątpliwą figurę, ale zwyczajnie nie uważał jej za godną siebie przeciwniczkę. Jasne, w niektórych kwestiach miała większą od niego wiedzę, ale wciąż Caleb miał całkiem sporą przewagę i doświadczenie. — Groźby są karalne — odparł obojętnie. — I nie boję się kobiety, której ego jest większe od jej… — westchnął, odchylając się nieznacznie na krześle. — Nieważne. — Uśmiechnął się głupio. Mógł się z nią kłócić godzinami, ale nie na komendzie, gdzie pierwsza lepsza osoba, mogłaby go podłożyć przełożonym.

służbistka
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

— Co więcej? — zapytała zirytowana, wbijając w niego zdenerwowany wzrok. — To nie ja bronię lub oskarżam ludzi. Nie znam dowodów, nie interesuje się sprawą, ja tylko dostarczam ci wyniki, na podstawie tego, co sama dostanę. Więc zajmij się swoją robotą i skup się na tym, żeby mimo wyników wyciągnąć z tego coś więcej — wyrzuciła z siebie. Zajmowali się zupełnie innymi profesjami, ich podział obowiązków kompletnie się różnił. Hazel nie interesowali ludzie — okej, współczuła im i niektóre sprawy były naprawdę brutalne, ale koniec końców, często nawet nie miała do nich wglądu. Właśnie po to, żeby nie być subiektywną, aby nie przesądzać czegoś na podstawie swoich własnych osądów oraz emocji. Okropnie irytował ją fakt, że prokurator wjeżdżał jej na psychikę, nakładał na nią wyrzuty sumienia o coś, o czym tak naprawdę nie powinna wiedzieć. — Możesz mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie, Caleb. Ty odpowiadasz za sprawiedliwość, ja odpowiadam za naukę — przedstawiła mu to rzeczowo; gdyby nie robiła tego za każdym razem, gdy sprawa nie szła zgodnie z jego myślą. Nie była winna wyrokowi, który go nie zadowolił.

— A skąd miałam wiedzieć, że sprawca jest winny? Wyszło prawdopodobieństwo otrucia, na podstawie jednej fiolki, bo ktoś zjebał sprawę. Powinnam mieć ich przynajmniej trzy od razu, a zamiast tego dwie dotarły po kilku godzinach, przechowywane w nieodpowiednich warunkach i kompletnie zepsute — wyrzuciła z siebie, mrużąc gniewnie oczy. — Dobrze, Fairchild, witam na wykładzie z chemii — rzuciła, zakładając ręce na piersi i wbijając w niego harde spojrzenie. — Nie poprosiłam o kolejną próbkę, bo po pierwsze, niektóre materiały pobierane są jednorazowo podczas sekcji zwłok, więc później nie było już możliwości odtworzenia dowodu. Po drugie, po śmierci zachodzi redystrybucja pośmiertna, gdzie substancje przemieszczają się między tkankami, więc nawet gdyby jakimś cudem materiał został pobrany drugi raz, to nie byłby on obiektywny. Nadążasz? — przechyliła lekko głowę w bok, patrząc na niego z politowaniem. Mogło go to nie interesować, ale tak samo jej nie interesowało to, jak wykonywał swoją pracę — a skoro miał na tyle czasu, aby przyjść zrzucać winę na innych za rzeczy, za które on sam powinien brać odpowiedzialność, to najwidoczniej nie szło mu zbyt dobrze. — Poza tym, mam dostęp do materiału dowodowego, który badam. Dokumentacji medycznej, protokołu sekcji zwłok, ale nie interesują mnie zeznania świadków czy inne dowody. Cholera, Caleb, nie zajmuje się jedną sprawą przez tydzień, analizuję próbki, dostarczam gotowe sprawozdanie, jestem biegłym świadkiem w sądzie, ale nie rozwiązuje z tobą tej sprawy — dodała ze zmęczeniem, aczkolwiek wątpiła, aby zrozumiał jej stronę. Zarzucał jej egoizm, zapatrzenie na swoją własną pracę, a sam interesował się tym, byle wygrać; bo po co miałaby fałszować wyniki, skoro mówiły zupełnie coś innego? Ona miała być tym obiektywnym spojrzeniem w sprawie, a nie kierować się swoją intuicją, która była zbędna.

— Naucz się, że nie wszystkie sprawy idą zgodnie z twoją myślą — wymamrotała w jego kierunku, przyglądając mu się, jak odchylił głowę i spojrzał na sufit. Nie czuła się winna za swoją pracę, bo czynnik sugerujący zatrucie mogły mieć również jakieś leki lub inne substancje, które już wcześniej krążyły w krwioobiegu ofiary. Miała nadzieję, że po prostu wstanie i wyjdzie, a on nadal tu siedział, sprawiając, że miała ochotę go wykopać albo samodzielnie wyciągnąć za próg pokoju razem z krzesłem. Cóż, pewnie nie dałaby rady tego zrobić, ale pomarzyć zawsze można, prawda? — Super, to już teraz idź mu truć dupę — westchnęła. Wolała zrzucić obecność Caleba na kogoś innego, byle nie na nią samą. Nie chciała go tutaj, nie chciała go widzieć, nie chciała słuchać kolejnych wyrzutów i zarzutów w kierunku jej pracy. — A prokuratorzy dalej widzą swój własny czubek nosa. W tym temacie również nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata — przedrzeźniała go, uśmiechając się słodko. Czy tylko on miał prawo ją obrażać?

No dobra, może nie była postrachem komisariatu czy nawet po prostu tego pokoju, ale potrafiła dokopać. Była mała, zwinna i nim by się obejrzał, kopnęłaby go i uciekła. — Ależ ja ci nie grożę. To jest tylko taka przyjacielska sugestia. W końcu pełno wariatów chodzi po tym świecie, prawda? — powiedziała milutko, a słodki uśmiech nie schodził jej z twarzy. Do czasu, aż znowu nie otworzył buzi, przez co mina jej zrzedła i zmrużyła gniewnie oczy. — Dokończ — zażądała, prostując plecy i mierząc go spojrzeniem. — Czy taki z ciebie cwaniak, że nawet nie potrafisz się do końca wypowiedzieć? — Uniosła brew, nie spuszczając z niego swojego chłodnego spojrzenia. Dało się odczuć po jej spojrzeniu, kiedy była zła, smutna, zdenerwowana, a kiedy wesoła, rozbawiona i zadowolona z życia. Jej niebieskie oczy przybierały różną paletę odcieni tego koloru, w zależności od nastroju. — Następnym razem zażądaj, żeby ktoś inny przeanalizował ci materiał dowodowy. Zobaczymy, jak szybko będziesz wracać i przepraszać — stwierdziła pewnie. Pracowali ze sobą już jakiś czas; jego wejście w poważniejsze sprawy zbiegło się z jej samodzielnością w wykonywaniu badań. Wypracowali sobie swój rytm pracy, Hazel wiedziała, jak lubił mieć opisane protokoły, że nie lubił chaosu i czego wymagał. Miała kilku prokuratorów, z którymi miała bardziej stałą współpracę, a on stał na czele tych upierdliwych krawaciarzy. Dostosowała się dla własnego spokoju, a żaden starszy kryminalistyk nie będzie skakać jak on im zagra.

krawaciarz
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Jesteś taka bezużyteczna — stwierdził obojętnie; czy rzeczywiście tak o niej sądził?
Caleb był rozgoryczony, przez co nie myślał logicznie. Szukał winnych w każdym, poza sobą, co też było typowym dla niego schematem. Jeśli przegrywał rozprawę, wpadał w szał, z którym nie potrafił sobie w żaden sposób poradzić. Pracował cholernie ciężko, dokładnie analizując każdą sprawę, która została mu przydzielona; w którym momencie stracił czujność? Gdzie przeoczył ważny, kluczowy element? Prokurator miał obsesję na punkcie sprawiedliwości, ale takiej prowadzonej według własnego widzimisię. Zdarzało mu się łamać zasady, ale nigdy nie robił tego na swoją korzyść, zawsze priorytetowo myśląc o swoich klientach. Nie potrafił więc zrozumieć perspektywy dziewczyny, która właściwie nie miała zbyt wiele styczności z sądem. Miała rację — nie była prokuratorem ani adwokatem. Nie miała obowiązku myśleć o ofiarach i innych poszkodowanych. Miała zrobić swoje i usunąć się w cień, żeby nie przeszkadzać. No, ale Fairchild był zbyt zdenerwowany, żeby spojrzeć na to obiektywnie.
— Wyciągnąłem z tego tyle, ile mogłem — rzucił ostro, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Był wściekły, choć starał się tego po sobie nie pokazywać. — Nie jestem jednak w stanie tego zrobić, kiedy wszystko mi, cholera, utrudniasz — dodał nerwowo. Denerwował się, bo nie pracowała tak jak on tego chciał, choć jakie on miał w ogóle prawo, by mówić jej co powinna, a co nie? W czym był niby od niej lepszy? Caleb nigdy nie zachowywał się w ten sposób, a jednak spoglądał na Hazel i miał ochotę mocno nią potrząsnąć. — Och, super. Dzięki bogu, że mamy panią profesor doktor kurwa habilitowaną znawczynię świata — parsknął. Ach, a jednak dał się ponieść emocjom; coś nowego.

Fairchild nie był głupi, ale w momencie, w którym zaczęła mu opowiadać o tych wszystkich aspektach swojej pracy, prokurator z całych sił próbował nie ziewnąć. Zamiast tego stukał miarowo palcami o podłokietnik, nie odrywając od niej stanowczego spojrzenia. Broniła się. Pomimo tego, co wcześniej mówiła o tym, że tylko wykonuje swoją pracę i nie jest od osądzania, próbowała się wyklarować. Caleb nigdy nie lubił chemii. Ani kujonów. Nauka szła mu łatwo, przez co nigdy nie rozumiał ludzi, którzy spędzali całe bite dnie nad książkami i testami. Przeczucie mu podpowiadało, że Hazel właśnie taka była; i w dodatku jeszcze irytująca, bo nie potrafiła trzymać buzi na kłódkę. — Już skończyłaś? Bo kompletnie mnie to nie obchodzi — powiedział obojętnie. — Może po prostu nie radzisz sobie z natłokiem pracy. W porządku, Brooks. Nawet najlepszym się zdarza, ale może to czas pomyśleć o emeryturze — rzucił z udawanym przejęciem. Skoro nie dawała rady nadążyć z materiałami lub ilością pracy w ciągu tygodnia, to powinna zwolnić miejsce komuś bardziej utalentowanemu i rozumnemu.

— Wiesz, zostałem prokuratorem, bo strasznie wkurwiało mnie to, jak funkcjonowało prawo — powiedział, wstając z krzesła, by je wyminąć i oprzeć dłonie na oparciu. — Sprawiedliwość zawsze wydawała mi się bujdą. Cholernie porąbana sprawa — zaśmiał się, rozglądając się po pomieszczeniu, jakby był tu po raz pierwszy, ale tak naprawdę chciał zebrać swoje myśli. — Nie wkurzam się, bo przegrałem, Hazel. Wkurzam się, bo znowu winni ludzie nie poniosą żadnych konsekwencji za swoje czyny — wyjaśnił, unosząc palce, by wolną dłonią poluzować swój krawat. Dopiero po chwili zerknął na jej ironiczny, słodki uśmiech, który bardzo chętnie zdarłby z jej twarzy przy pierwszej lepszej okazji. — My przynajmniej coś robimy — westchnął.

Caleb parsknął pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Przeszedł lekkim krokiem do jej biurka, szturchając ciężką wizytówkę z jej nazwiskiem. — Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi — stwierdził, tym razem chwytając długopis, który zaczął obracać wokół palców. Gdy poprosiła, żeby dokończył, Fairchild poszerzył swój uśmiech, odrzucając długopis z powrotem na biurko.
— Większe ego niż jej cycki? — rzucił, dziwiąc się, że chce to usłyszeć na głos. Spojrzał w jej błękitne oczy, które przeszywały go niemal na wylot. — Chętnie popracuję z kimś bardziej kompetentnym — mruknął złośliwie. Caleb otworzył usta, by rzucić kolejne kpiące słowa, gdy nagle usłyszał zamieszanie na korytarzu.

Mężczyzna ściągnął brwi, wychylając się na zewnątrz, by zobaczyć tę całą burzę. W momencie, gdy dostrzegł kobietę, o którą toczyła się ta cała dyskusja, Caleb zamarł. Od razu ruszył w jej stronę, ale jeden z policjantów zatrzymał go wyciągniętą dłonią. Kobieta trzymała nóż przy swojej szyi, krzycząc że to wcale nie ona zabiła swojego męża. Fairchild uniósł palce do skroni, zaraz wplatając je w swoje włosy; czy ta sprawa kiedykolwiek dobiegnie końca?

— Proszę się uspokoić. Sąd już wydał wyrok… — Caleb spojrzał na nią z irytacją. Zaczęła krzyczeć o sąsiadach, którzy chowają się w mieszkaniach, bo się jej boją i że ludzie gadają za jej plecami, nazywając ją morderczynią. — Pani Collins, porozmawiajmy na spokojnie — powiedział twardo, gdy znowu zaczęła machać nożem.

doktor naukowiec
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie potrzebowała jego aprobat, żeby dowartościować siebie lub swoją pracę, jednak jego słowa sprawiły, że parsknęła gorzko. — Coś jeszcze chcesz powiedzieć? Jakaś jeszcze obraza? Komentarz? Feedback? — uniosła brwi. Nie ruszały jej takie słowa. Wychowała się w cholernym domu dziecka, gdzie niektóre dzieciaki miały jeszcze gorsze zachowanie od Caleba. Jej pierwsi rodzice z pewnością również mieli o niej takie samo zdanie jak on, skoro zawiodła ich, demoralizując inne dzieci w szkole. W cholernym liceum katolickim, gdzie nie trzeba było zrobić wiele, aby być posądzonym o takie zachowanie. Może gdyby życie jej tak nie skrzywdziło, to byłaby inna. Może byłaby bardziej beztroska i w ogóle zajmowała się czymś, gdzie żaden nadęty prokurator nie zawracałby jej tyłka, ale wylądowała tutaj — siedząc na przeciwko niego i mierząc się z jego niebieskimi tęczówkami.
— Może najwidoczniej nadal za mało — mruknęła, wywracając oczami. — Może warto zmienić nastawienie? Pomyśleć, czy sam sobie czasami wszystkiego nie utrudniasz? — Już nie wiedziała, jak powinna do niego dotrzeć. Jak odwrócić od siebie jego uwagę, żeby zajął się swoim czubkiem nosa, kiedy była potrzeba, a nie kiedy było mu to na rękę; bo dziwnym trafem, zawsze kiedy robiło się niekomfortowo albo coś szło nie po jego myśli, to akurat ona musiała być w to zamieszana. Cholerne fatum spotkało ją w dorosłym życiu, jakby już za dzieciaka nie miała wystarczająco ekscesów.

Puściła mimo uszu jego komentarz o doktor habilitowanej, a cała jego postawa, kiedy mówiła o swojej pracy, przypominała znudzonego nastolatka, kiedy ktoś mówił do niego o… w zasadzie czymkolwiek, co go w ogóle nie interesowało. — A szkoda, mógłbyś się tym choć trochę zainteresować, może kiedyś by ci się to przydało przy prowadzeniu sprawy — westchnęła, kiwając głową na boki. — Ignorancja jest bardziej szkodliwa od braku wiedzy — zacmokała, wzruszając ramionami. Kiedyś będzie potrzebował informacji — będzie musiał wiedzieć, jakie mechanizmy zachodzą, aby czasami wykreślić jakiś dowód z listy, może nawet i na swoją własną korzyść, ale nie będzie umiał tego zrobić, bo był cholernym chamem i ignorantem. — Czy ty musisz wszystko przeinaczać? Jakim cudem jesteś prokuratorem, skoro nie umiesz słuchać co ktoś do ciebie mówi? — zapytała, wywracając oczami. Przecież kompletnie nie to do niego mówiła — bardziej podkreślała mu fakt, że gdy on był skupiony na jednej sprawie, ona nie interesowała się jej szczegółami, tylko przechodziła do następnej. Robiła badania kolejnych dowodów, które dotyczyły czegoś zupełnie innego i po zakończonej próbie spisywała je i przechodziła dalej — prosty łańcuch, który mógł się wydawać żmudny, ale taka właśnie była jej praca.

— I postanowiłeś, że ty jeden zbawisz świat? Wybacz, supermanie, ale nie wyglądasz jak cudotwórca. — W jej oczach, tylko dołączył do tego cyrku, który tak bardzo go denerwował. Musiałby dokonać rewolucji, aby zmienić to, co go tak bardzo denerwowało, a rewolucji nie przeprowadzi w pojedynkę. Obserwowała go, gdy mówił dalej i rozglądał się po pomieszczeniu. Może gdy da mu się wygadać to po prostu wyjdzie? — Nie tylko mój dowód sprawił, że została uniewinniona, Caleb. Nie opierają wyroku tylko na jednym czynniku, ta sprawa toczyła się już od jakiegoś czasu i każdy tylko przepychał między sobą prawdę — powiedziała spokojniej niż wcześniej. — Co jeśli rzeczywiście jest niewinna? Co jeśli otruł go ktoś inny, a ty chciałeś zamknąć w więzieniu niewinną kobietę, tylko dlatego, że jedno, niemiarodajne badanie pokazało tak a nie inaczej? Co jeśli prawdziwy sprawca dalej krąży na wolności? — zadała mu pytania, na które realnie chciała poznać od niego odpowiedź. Usłyszeć jego wątpliwości, dowiedzieć się, że był też zwykłym człowiekiem, który miał świadomość, że nie był nieomylny.

— Oh, i całe szczęście. — Wywróciła oczami. Oszalałaby, mając takiego przyjaciela — pana marudę, który oskarża cały świat o własne błędy. Chociaż może wtedy nie miałaby skrupułów, aby sprzedać mu lepe, aby się ogarnął i zaczął myśleć rozsądnie. Jej domaganie się, aby dokończył zdanie, było zwykłym podpuszczeniem. Nie potrzebowała usłyszeć, że miała duże ego, a małe cycki, jakby przynajmniej bardzo dobrze je znał. — Gratulację, panie prokuratorze, za szczyt elokwencji i kultury osobistej w rozmowie — rzuciła zgryźliwie z krzywym uśmieszkiem. — Droga wolna, tylko zrobisz mi przysługę. — Nie będzie za nim płakać, nie będzie prosić, żeby wrócić. Albo będzie mieć mniej pracy, albo zajmie się dodatkowymi sprawami, a przynajmniej nie trafi już na drugiego takiego wyszczekanego.

Sama Hazel wstała, żeby zobaczyć, co się działo, wychyliła się zza jego ramienia i otworzyła szeroko oczy, widząc kobietę z nożem przy gardle. Cóż… na komisariacie zdarzały się różne popaprane akcje, czasami ludzie nie zgadzali się z wyrokami sądów, grozili policjantom za wydane mandaty lub działy się inne dramaty; a to na pewno była jedna z większych akcji, które przyszło jej tu zobaczyć. Kim ona mogła być? Zauważyła, jak Caleb wyrwał się w jej kierunku, zaraz zatrzymany przez policjanta i zmarszczyła brwi. Sąd już wydał wyrok… Oh, czy to była…? Przyjrzała jej się uważnie i zastanawiała się, czy była tak zrozpaczona tym wszystkim, czy po prostu była wariatką. Dojrzała, jak trzęsą się jej ręce, nóż niepewnie ślizga się w wilgotnych od potu dłoniach, a oczy, które przeskakiwały między Calebem a innymi policjantami, zdecydowanie miały rozszerzone źrenice. Skupiła się na szczegółach i nie wiedziała, czy ktoś jeszcze je zauważył, czy tylko skupił się na ostrym narzędziu w jej dłoni.

Pociągnęła lekko materiał marynarki Fairchilda, żeby zwrócił na nią uwagę, ale zaczęła mówić do policjanta, który stał obok; chciała jednak, żeby prokurator ją usłyszał i wziął pod uwagę jej obserwację. — Ma wyraźnie rozszerzone źrenice i jest mocno pobudzona, więc może być pod wpływem, ale też może być to skrajna reakcja na stres lub zmieszanie alkoholu z lekami na uspokojenie — powiedziała cicho, kiedy jakiś inny policjant zaczął z nią dyskutować. Zamiast tego zaczęła krzyczeć, że nikt z nich nie zrozumie, co czuje kobieta po stracie ukochanego męża i to jeszcze z takimi zarzutami. Rozejrzała się po towarzystwie. Na popołudniowej zmianie w większości zostali sami faceci. Wychyliła się nieco zza pleców Caleba, a gdy kobieta dostrzegła ruch, przytknęła bliżej narzędzie do gardła. — Proszę, nie ruszaj nożem — rzuciła, wyciągając dłonie przed siebie. — Słyszymy, że mówisz, że nie jesteś morderczynią i wysłuchamy cię, ale najpierw odłóż nóż na blat recepcji i podejdź do kanap — wskazała ręką na siedzenia w poczekalni. — Nikt nie chce cię tu skrzywdzić. — Była w szoku, że jej głos był tak opanowany, chociaż w środku cała drżała z przerażenia. Może to adrenalina danej sytuacji sprawiła, że w ogóle się odezwała, a może fakt, że… że kobiecie brakowało zrozumienia? Nie mogła powiedzieć, że się z nią utożsamiała, ale z pewnością rozumiała to, że nagle cały świat zwrócił się przeciwko niej.

chleb
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Mam całkiem sporo do powiedzenia, ale resztę wyślę ci mailem — rzucił kpiąco, bo mógłby godzinami mówić o tym, co nie pasuje mu w ich wspólnej branży. Caleb nienawidził większości ludzi, z którymi pracował; wiele adwokatów, prokuratorów, detektywów i sędziów, grało nieczysto. Dlatego Fairchild zawsze tak ciężko pracował, by podsuwać niepodważalne dowody. Takie, których nie mogli odrzucić, bo w takim wypadku, zainteresowałoby się całe społeczeństwo, a na to nie mogli sobie przecież pozwolić. Sam więc nie do końca wiedział, dlaczego uczepił się akurat jej. Może właśnie dlatego, że była najbliżej i jako ostatnia zaszła mu za skórę? Podświadomość podpowiadała mu, że przesadzał i że przekroczył granicę dobrego smaku. Dlatego odetchnął ciężko, próbując skupić się na czymkolwiek, co nie było Hazel Brooks. To oczywiste, że miała rację. Wykonywała swoją robotę, bo w gruncie rzeczy nie miała aż tak realnego wpływu na sprawę. No, ale jak mógłby przyznać jej rację po całym tym wielkim wybuchu? Jego duma nie pozwalała mu na skruchę ani tym bardziej na przeprosiny, dlatego zacisnął mocno usta, tym razem denerwując się na samego siebie. Nadal nie potrafił pozbyć się tych żałosnych, młodzieńczych przyzwyczajeń.

— Jakbyś jakkolwiek interesowała się tymi sprawami, może pozwoliłbym ci siebie oceniać w tej kwestii — stwierdził, z trudem siląc się na spokojny ton głosu. — Ale skoro nie obchodzą cię ofiary czy przebieg rozprawy, to chuja wiesz, jak dużo pracy w to wkładam — mruknął niechętnie, czując coraz większą irytację, wraz z przebiegiem całej ich dyskusji. Ostatecznie odwrócił od niej wzrok, z wolna żałując, że znowu dał się ponieść emocjom i że w ogóle tutaj przyjechał. Może miała rację i wciąż nie potrafił pogodzić się z porażką.

— Co bym zrobił bez twojej słodkiej troski, Brooks? — zapytał, uśmiechając się przy tym krzywo. Boże, jak on nienawidził tej jej całej pewności siebie i wyższości, którą próbowała się przed nim obronić. Caleb zmierzył ją uważnym spojrzeniem, bo nigdy nie potrafił jej do końca rozgryźć. Nie mógł dojść do tego, jakim człowiekiem w rzeczywistości była i co było udawane, a co nie. — Jakim cudem pracujesz na policji, skoro nawet nie potrafisz nikomu pomóc swoimi badaniami? — rzucił ze złością, gdy tylko wytknęła mu jego bycie prokuratorem i przeinaczanie słów. Znowu to zrobił. Przesadzał, dawał się ponieść irytacji i unosił się dumą. Cholera.

Fairchild zamrugał z niedowierzaniem na jej słowa; superman?
— A co mam, kurwa, rozpocząć jakąś pieprzoną rebelię? — rzucił, śmiejąc się pod nosem jak szaleniec. Przeczesał palcami włosy, ciągnąc za swoje kosmyki, jakby próbował doprowadzić się do porządku. Uderzyła w jego czuły punkt; w jego motywację do pracy i w to, w co bardzo mocno wierzył. — Jesteś taka sama jak inni — stwierdził, jakby dostał olśnienia. Zaraz jednak uderzył otwartą dłonią w jej biurko, bo nie był głupi. Zadawał sobie te wszystkie pytania przez całe dochodzenie, biorąc każdą możliwą opcją pod uwagę. Nie skazywał jej tylko ze względu na ewentualności lub podejrzenia. Nie wziął swoich postanowień znikąd. Nie był, do cholery, amatorem. — Nie dopuściłbym do tej rozprawy, gdybym nie był pewien jej winy — powiedział twardo, czując jak głowa pulsuje mu od tych wszystkich nerwów. — Brałem każdą możliwość pod uwagę. Możesz uważać mnie za kretyna lub chama, jak wolisz, ale nie traktuj mnie jak pierdolonego amatora — wycedził.

Caleb skupił się przede wszystkim na bezpieczeństwie, zarówno swoim, jak i całej załogi, a dopiero potem na innych szczegółach, dotyczących kobiety. Prokurator odsunął rękę policjanta, obserwując szał, w który wpadła, ściągając przy tym brwi. Caleb zerknął za swoje plecy, gdy poczuł delikatne ciągnięcie, po czym nie odrywając spojrzenia od intruza, wysłuchał co ma do powiedzenia Hazel. Zaraz po tym, Fairchild znowu spojrzał na kobietę, dostrzegając uwagi, które podsunęła mu młodsza. Wyglądała, jakby była na granicy wytrzymałości. Prokurator zerknął na Brooks, a potem na sprawczynię całego zamieszania i nim ów kobieta zdążyła wrzasnąć, rzucając się w stronę Hazel, Caleb zdążył odepchnąć ją w stronę kanap i osłonić ją swoim ramieniem. Nóż przeciął materiał marynarki i część jego przedramienia, ale przynajmniej dał policji chwilkę czasu, żeby mogli ją złapać. Krew sączył się po jego dłoni, a szarpiącą się kobietę, wyprowadzono z pomieszczenia.
— Nic ci nie jest? — zapytał, pomagając jej wstać wolną ręką. Dość mocno popchnął ją w stronę kanap, więc na pewno się uderzyła. Przez całą adrenalinę, nawet nie odczuł jak bardzo został przez nią zraniony.

słodka hazel
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”