-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Zaczęło się niewinnie. W pracy szło mu całkiem dobrze i mógł nawet pokusić się o stwierdzenie, że wykazał się odpowiednią dozą inteligencji oraz kreatywności, podsuwając policjantom prowadzącym sprawę morderstwa odpowiedni trop wyczytany z dowodów. Uwielbiał uczucie przydatności oraz dobrze wykonanego zadania. To zasługiwało na potężną porcję sernika z jagodami, który planował kupić późnym popołudniem, kiedy będzie mógł już pójść do domu.
Jego zachwyt nie trwał długo. Zaledwie kilka godzin po małym sukcesie, przyszedł czas na pierwszą porażkę. Zepsuł się komputer, na którym pracował. Nie byłoby to taka tragedią, gdyby nie to, że go potrzebował. Niestety, szybko się okazało, że trzeba było zanieść go serwisantom.
Kolejne negatywne zdarzenie nastąpiło zaraz później, kiedy spektrometr masowy również się zbuntował, kiedy chłopak miał przeanalizować próbki.
Czy naprawdę każdy sprzęt stwierdził, że dzisiaj da mu popalić pokazując, że nie jest bogiem elektroniki?
Musząc odłożyć identyfikację składu dowodów, zajął się dokumentami. A tego zwyczajnie nienawidził i uważał, że był to wielki minus wykonywanej przez niego pracy.
Oczywiście i tutaj nie mógł liczyć na spokój, bo kiedy myślał, że skończył, zalał wszystko kawą, co zmusiło go do zaczęcia na nowo.
Nie dość, że stracił czas, tak również ulubiony napój.
W momencie, kiedy dane mu było opuścić pracę, był porządnie zmęczony. Zapomniał na chwilę o serniku, pragnąc znaleźć się w domu.
Przewiesił torbę z laptopem, z którym się nie rozstawał i ruszył na krótki spacer, rozkoszując się chwilą wytchnienia.
I tu wszechświat ponownie z niego zakpił.
Lunęło deszczem tak obficie, że w jednej minucie Puppy został całkiem przemoczony, upodabniając się do szczeniaka jeszcze bardziej.
Wspaniale.
Pognał przed siebie, chcąc się gdzieś schować. Czuł, że narasta w nim irytacja, a to nigdy nie kończyło się dobrze. Musiał się uspokoić i potrzebował do tego cukru.
Ociekając wodą, niemal wbiegł do jednej z kawiarni, które mijał. Gdyby w drzwiach stała staruszka, stratowałby ją.
Odetchnął głęboko, otrzepując się trochę z wody. Rozejrzał się w międzyczasie po wnętrzu, chcąc zlokalizować wolny stolik. Najwidoczniej jednak i to graniczyło z cudem, bo wiele osób uciekło przed deszczem właśnie tutaj.
Uśmiechnął się, kiedy jego wzrok padł na znajomą twarz.
-Widzę, że przymusowy prysznic nie ominął również ciebie - rzucił na powitanie, dosiadając się do Milo. - Mogę? Ciężko o wolne miejsce. Chyba, że jesteś na randce, to nie chcę być tym trzecim - dodał, kiedy klapnął na krzesło naprzeciwko kolegi.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Upchnięty pomiędzy stojakiem na płaszcze a obumierającym beniaminkiem o pożółkłych liściach Milo dziękował sobie w duchu - chyba po raz tysięczny w ciągu ostatniego kwadransa - że jego paranoja wyprzedzała dziurawą pamięć. Oczywiście, że nie wziął parasola. Naturalnie, że o wiele bardziej dbał o sprzęt, więc laptop nie ucierpiał, zmyślnie zapakowany w wodoodporny pokrowiec. Rivera nie miał tyle szczęścia; sam szczękał zębami w zawilgoconej bordowej bluzie, a na oparciu drugiego krzesła odpoczywała jego ciężka, opita deszczem kurtka. Pod siedzeniem krzyżował nogi w kostkach i właśnie tworzył kałużę mającą źródło w żałośnie rozmoczonych trampkach.
To była jego druga herbata z imbirem i sokiem malinowym, w perspektywach już witał się z trzecią, loki kleiły mu się do skroni i czoła, a zarzucony na głowę kaptur był tak samo wilgotny jak bluza. O wiele ciekawsze rzeczy musiały dziać się na ekranie, bo Milo co chwilę marszczył nos, przebiegał spojrzeniem od lewa do prawa, po czym stukając w klawiaturę palcami równie donośnie i z identycznym zacięciem jak deszcz za oknem miął coś w ustach bezgłośnie, bóg jeden wie w jakim języku.
To nie tak, że zapomniał o tym projekcie semestralnym. Po prostu wiedział, że pod presją czasu da radę stworzyć cud z niczego w jeden, góra dwa wieczory.
Cena geniuszu obejmowała natomiast rekompensatę w postaci ofiary z przyszłego tygodnia, którym miałby odpokutować brak snu, stres i głodówkę, aczkolwiek prawdziwą upierdliwością jaką Milo przejmował się bardziej był Dylan. Zwłaszcza, jeżeli miał do wszystkiego dorzucić jeszcze na wierzch kartę przenoszonego przeziębienia, Rivera nie posiadał co do tego złudzeń.
Ledwo wgryzł się we fragment kodu, który naprędce wklepał w przerwie między wykładami kilka godzin temu, a ktoś grzmotnął na krzesło naprzeciwko i znajomy głos skłonił go do podniesienia głowy.
Przez kilka sekund Rivera przyglądał się Carlsonowi tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Jego podkrążone niedospaniem oczy krótkowidza intensywnie doszukiwały się podpowiedzi na zagadkowo znajomej twarzy, aż wreszcie przez zastanowienie przebił się błysk nagłego olśnienia.
一 Jestem na randce z Asemblerem 一 wychrypiał na granicy rozbawienia i zrezygnowania w głosie. 一 Parę minut przerwy nie zaszkodzi, może w międzyczasie mój problem magicznie sam się rozwiąże. Joder, wyglądasz chyba gorzej ode mnie.
Milo wyprostował się z bolesnym grymasem i przeciągnął, a kantata donośnych chrupnięć zawtórowała mu opowiadając historię jego niezdrowej sympatii do nieanatomicznych pozycji.
一 Weźmiesz mi herbatę? Nie zamierzam podnosić się stąd do wieczora, muszę przeczekać deszcz i podeschnąć. Nie mogę tak wrócić do domu.
Dla zaakcentowania powagi sytuacji Rivera nawet oderwał na chwilę dłonie od klawiatury, rozłożył ręce na boki i dla zobrazowania co miał dokładniej na myśli wskazał brodą na wilgotne plamy zdobiące prawie całe przedramiona.
Felix Carlson
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Uśmiechnął się szeroko do chłopaka, który podniósł na niego wzrok. Nie był pewien, który z nich wyglądał bardziej żałośnie, przemoczony do suchej nitki. Jakim cudem wiele osób na około nich nie miało takiego problemu? Czyżby odpowiedzią było słowo parasol?
-Nie wyglądasz najlepiej - zauważył, dość szczerze. Ach, ile razy prezentował się podobnie, nie zawracając sobie głowy snem czy krótszą formą odpoczynku? kiedy na ekranie działy się poważne rzeczy, wymagało to największego skupienia, którego nie można było przerwać. Ktoś powiedziałby, że przecież program nie ucieknie… well, być może, ale uciec mogła myśl, która czaiła się w głowie, a to prowadziło do rychłej katastrofy za każdym razem, gdy miało miejsce. - To musi być naprawdę intensywna randka. Długo już na niej jesteście? - zainteresował się. Po czasie, jaki kolega spędził nad programem, mógł mniej więcej oszacować czy pracował nad czymś bardzo skomplikowanym, czy chodziło o jakiś lżejszy program.
-Mam nadzieję, że nie przerwałem niczego ważnego. Wydawałeś się trochę skupiony, więc jeśli przeze mnie coś nie wyjdzie, pomogę to naprawić - zaoferował. Potrafił przyjąć na klatę żal innych, zwłaszcza w takim temacie, jak komputer i programy.
Zerknął na siebie w odbiciu lustra wiszącego na ścianie nieopodal nich. Miał rację, wyglądał tragicznie z włosami lepiącymi mu się do czoła i oklapniętymi w dość żałosny sposób.
-Jasne, już biorę? Jakieś szczególne upodobania, czy zdajesz się na mnie? Chociaż biorąc pod uwagę, że potrzebne jest rozgrzanie, malina może być? - zerknął na niego. Miał ochotę na dobrą kawę. Najlepiej podwójnie ciepłą, żeby mógł wyschnąć chociaż troszeczkę.
Zamówił napoje, biorąc przy okazji ciasto dla siebie i coś do przekąszenia dla Milo. Na głodniaka nie dało się pracować, chociaż pracując nie odczuwało się głodu.
Czy to nie dziwne?
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Wiem 一 odparł ponuro, kontrolnie zerkając na kilka kolorowych linijek kodu, w których coś mu nie pasowało. Niestety nie rozumiał jeszcze dlaczego. 一 To utrapienie? To jest moje zaliczenie semestralne. Holt zażyczył sobie... w sumie nieważne, po prostu piszę sobie exploita bo nie będę się zażynał. Plan jest taki, że jak będę miał trochę szczęścia i Holt akurat nie będzie miał kija w dupie, to może rozbawi go ile dziur znalazłem w tym jego elektronicznym dzienniku i doceni, że nie udostępniłem arkuszy egzaminacyjnych.
Istniało jednak ryzyko, że leciwy wykładowca inżynierii wstecznej odbierze to jako personalny atak na swoją podstarzałą technologię i zamiast łatwego obejścia Milo zapewni sobie dodatkowy tydzień prac nad czymś, czego właśnie próbował uniknąć. Rivera prawdopodobnie zdawał sobie z tego sprawę, ale upór w parze z niechęcią do dłubania przy mikrokontrolerach zrobiły swoje.
Słysząc propozycję pomocy - zapewne, jak znał Felixa, całkiem szczerą i altruistyczną - Milo posłał mu rozbawione spojrzenie i uśmiech z pogranicza dość czytelnego ostrzeżenia: nie pakuj mi się w sprzęt.
一 Mój dysk jest dla mnie przestrzenią absolutnie intymną, Fela. Prędzej sam dałbym się rozebrać niż pozwolił komuś grzebać w... szlag!
W ostatniej chwili zdążył obrócić się i kichnięcie wpadło w rękaw, dokładniej w zgięcie łokcia, gdzie po rozbłysku feerii świateł pod powiekami przez chwilę został. Mrowiły go koniuszki uszu więc wiedział, że raczej powinien spodziewać się przeziębienia maksymalnie do wieczora.
一 Cokolwiek co pomoże na katar. I niech dorzucą chili, skoro stawiasz będę miał fantazję.
Wychylił się zza rękawa tylko po to, by zrewanżować mu się za uprzejmość płaskim uśmiechem, bo głowa wciąż pulsowała mu obrzydliwie pod czaszką, gotowa zaatakować bólem.
Rozjaśnił się bardziej na widok kajmakowego ciasta, a po podsunięciu mu pod nos herbaty Rivera zagrał palcami z ekscytacją o krawędź blatu i odsunął laptopa na bok. Żołądek zwijał mu się w supeł od kilku godzin, więc lista priorytetów uległa zmianie.
一 W sumie to czemu mokniesz na mieście zamiast siedzieć w domu? Albo nie wiem, w biurze? Nie jesteś czasem z tych, którzy nie znają życia po nadgodzinach?
Drżącą ręką dźgnął ciasto widelczykiem i przez moment prowadził je po talerzu z widocznym problemem z koordynacją; efekt gwałtownego spadku cukru i niedospania. Zauważywszy kolejne drgnięcie wymamrotał coś pod nosem szeleszcząco - joder - i na chwilę zostawił kęs by nadgarstkiem przetrzeć sobie twarz. Potrzebował odpoczynku, Carlson przyszedł w idealnym momencie.
一 Próbujesz wynegocjować w ten sposób L4? Rozpływasz się.
Felix Carlson
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Jest aż tak wymagający? Przecież on nawet nie nadąża za nową technologią. i nie wiem czy na twoim miejscu liczyłbym na jego luźniejszą wersję - odpowiedział, znając wykładowcę, o którym mówił młodszy chłopak. Jasne, ostatecznie nie skończył informatyki, chociaż wstępne założenia były inne, ale przez ten krótki czas zdążył zapoznać się z niektórymi osobistościami uczelnianymi, których lepiej było unikać. Ewentualnie takich, którym aż chciało się włamać na pocztę, rozsyłając mało przyjemne maile, czekając na kompromitację społeczną.
-To trochę tak jak u mnie. Komputer to świętość, więc rozumiem - skomentował, niezrażony odmową. Sam miał podobne podejście i nie lubił jak inni dotykali chociażby myszki od jego komputera, a nie mówiąc o buszowaniu w nim. Prędzej wysłałaby kogoś do kafejki internetowej i nawet zapłacił, niż użyczył swój sprzęt. - Mogę zapytać obsługi, czy nie mają jakiegoś koca. mógłbyś wtedy pozbyć się mokrych ubrań ale bez obawy, że ktoś posądzi cię o ekshibicjonizm - zaoferował podobnie. Lubił pomagać i nic nie można było na to poradzić. Rekompensował tym poczucie winy, które czaiło się w jego serduszku. To samo, któremu nie w smak było znikanie. Ile jeszcze czasu upłynie, zanim zda sobie sprawę, że tamten wypadek nie był jego winą?
-Może jeszcze pieprz, hm? Też działa - uśmiechnął się, idąc po zamówienie. Milo przydałyby się leki, może powinien po nie pójść? Zdawało się to być idealną myślą; apteka nie była aż tak daleko. A dodatkowe zmoknięcie? Cóż, gorzej i tak już chyba nie będzie, chociaż nie ukrywał, że widok ciężkich kropli rozbijających się o asfalt, odstraszał.
-Szedłem do domu, ale nagle zaczeło padać. To zdecydowanie nie jest mój dzień. Jesteś w stanie uwierzyć, że byłem skłonny zrezygnować z sernika tylko po to, żeby wrócić do siebie? - spojrzał na niego oczami szczeniaczka, nad wyraz przejęty. To nie było do niego podobne i wiedział to każdy, kto znał felixa wystarczająco by wiedzieć, że ten człowiek żył sernikiem. Pewnie w środku sam zaczynał się nim stawać. -EJ! Wiem, że jestem nerdem, ale o dziwo mam życie. Tak trochę, odrobinkę - dokończył, bo uświadomił sobie, że faktycznie tak było. Minimalnie społeczny, maksymalnie zatapiający się w świecie wirtualnym. Milo to rozumiał, przynajmniej po części, bo Carlson nie wiedział co ostatecznie siedziało chłopakowi w głowie. Któregoś dnia z pewnością odkryje ten algorytm!
-Och, daj to! - powiedział i odebrał od chłopaka widelczyk, którym starał się nabić ciastko. Potrzebował opieki, to pewne! Od czego jednak miał analityka, który nabrał słodkość na sztuciec i skierował w stronę kolegi. - Proszę, teraz powiedz a! - uśmiechnął się zapraszająco, samemu nie dostrzegając w tym geście niczego złego. W jego mniemaniu chodziło jedynie o pomoc Milo, którego koordynacja pozostawiała wiele do życzenia.
-Nawet nie chcę o tym myśleć. Po pierwsze nie mogę sobie pozwolić na wolne, a po drugie… mój lekarz już ostatnio suszył mi głowę - westchnął. Przeziębienie mogło mu zaszkodzić. Zresztą jak każde inne pogorszenie stanu zdrowia.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Liczę na to, że zrozumie przekaz. Mogę mu również zaszyfrować dane i zażądać zaliczenia w zamian za klucz, ale nie wiem czy nie zakwalifikowaliby tego jako szantaż.
W świetle prawa, z którym Rivera i tak poniekąd był na bakier, nawet sugestia wystawienia oceny na podstawie czegoś, do czego czysto teoretycznie nie powinien był nawet posiadać dostępu nie stawiała go w najbardziej korzystnej pozycji. Gdyby nie to, że uparł się by zakończyć studia z najlepszym wynikiem i konsekwentnie zarywał noce, a na utrzymaniu nie miałby wiecznie głodnego kota, być może by zaryzykował. W obecnej sytuacji? Nieszczególnie.
一 Dysk twardy to najbardziej osobista biografia 一 wepchnął się ze swoją konkluzją pomiędzy te felixowe, delikatniej ujęte choć równie trafne. 一 Nawet Dylan nie ma dostępu do mojego komputera.
Być może z tego względu, że Milo głównie działał na mało przyjaznym przeciętnemu użytkownikowi Linuxie, Gauthier raczej trzymał się z daleka z własnej woli. Większość uparcie trzymała się Windowsa, z którym Rivera prowadził jakąś prywatną wojenkę od lat i dostawał wewnętrznie spazmów na myśl o pracy z tym konkretnym systemem na dłuższą metę.
一 A co jest nie tak z... że mokre? Daj spokój, wygodnie mi, nie będę się rozbierał. 一 Milo machnął ręką natychmiast odcinając się od pomysłu, pomimo że Felix zapewne miał rację i wcale nie było mu aż tak wygodnie jak twierdził. Niechęć do zmian w sytuacji, w której zdążył przyzwyczaić się do ułożenia nawet i mokrych tkanin była oczywista, przynajmniej z jego punktu widzenia; przy jego autystycznych naleciałościach ryzyko dyskomfortu jaki mogłaby nieść ze sobą struktura obcego koca wolał pozostać przy tym co już znał, nawet jeżeli było dalekie od ideału.
一 Cokolwiek 一 zgodził się krótko, nie dyskutując przynajmniej w kwestii dodatków w swojej herbacie. Jeżeli Felix miał dziś ochotę zabawić się w niańkę, Milo nie zamierzał aż tak protestować.
Po otrzymaniu zarówno kolejnej porcji czegoś ciepłego do picia, ciasta jak i wyjaśnienia skąd Carlson wziął się tu o tej porze, Rivera uniósł brew w łagodnym zaskoczeniu. 一 Nie uwierzę. Pewnie zamówiłeś z dostawą, nie ściemniaj mi tu.
Obłoczek pary został zdmuchnięty znad kubka, a kilka kropli wciąż kołyszących mu się na końcówkach loków zlepiało mu włosy jak mokre piórka. Zaczynał również rozwijać na policzkach żywy rumieniec, poniekąd od ciepła jakie przelewało się przez kawiarnię, ale również od chili jakiego nie poskąpili mu w herbacie.
Słysząc tak jawne kłamstwo, Rivera skrzywił się cierpko i wielce dorośle stuknął go czubkiem trampka pod stolikiem w kostkę.
一 I dlatego marnujesz ze mną swoje wolne popołudnie? 一 Nie zaprotestował gdy Carlson wyplątał mu spomiędzy palców widelczyk i nawet dość ugodowo jak na siebie Milo przyjął podsunięty mu pod nos kęs. Zrobił to jednak na tyle szybko i bez refleksji, że ugryzł ciasto razem ze sztućcem przytrzymując przez moment rękę Felixa w miejscu.
一 Zew cukru 一 wyjaśnił płasko, zapijając ciasto wrzącą herbatą. 一 Mniejsza. O co chodzi z tym lekarzem? Czym podpadłeś?
Felix Carlson
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Nie wiem, czy w jego przypadku liczyłbym na cokolwiek. Ludzie starej daty potrafią być wyjątkowo cięzcy w obyciu - zauważył. z jego babcią i dziadkiem było dokładnie tak samo. Jak się uparli to nie było siły, by ich przekonać. Nie mówiąc już o zasadach i jakimś awersie do technologii, która z założenia miała życie ułatwiać. Już nawet nie wiedział ile razy próbował przekonać staruszków do nowoczesnych udogodnień. - Wiesz, Milo. Może lepiej nie pakuj się w nic, co mogłoby cię wpakować do więzienia. Co prawda mam kontakty w policji, ale nie wiem czy to by przeszło. Prędzej by uznali, że jestem twoim wspólnikiem, skoro tak zależy mi na twojej wolności - rzucił, uśmiechając się do chłopaka. Praca z policjantami pozwalał mu poznać całkiem sporo osób, które później mogły okazać się przydatne. Nie to, żeby carlson zaraz miał zamiar prawo łamać, bo umówmy się, był ostatnią osobą, której by się to udało.
-A później będzie płacz i zgrzytanie zębami, że się pochorowałeś. Dobrze chociaż, że masz kogoś kto może się w razie czego tobą zająć - pokręcił głową lekko brwi marszcząc, bo mimo wszystko martwił się o kolegę. Miał w sobie spore pokłady współczucia nawet, jeśli druga strona zbagatelizowała problem. A ten mały człowiek też był uparty, chociaż fakt, że rozbieranie się tutaj byłoby, cóż, lekko mówiąc dziwne. Już i tak pewnie połowa kawiarni patrzyła na nich jak na jakichś oszołomów - przemoczone do suchej nitki nerdy, które toczyły batalię z programami; Milo fizycznie, Felix w głowie.
-No właśnie nie, mówię ci! Nawet nie pomyślałem o zamówieniu! Znaczy, koniec końców nawet do domu nie dotarłem, bo wylądowałem tutaj, ale było paskudnie. Gdyby nie ta kawiarnia, pewnie siedziałbym teraz w domu ubolewając, że jednak nie kupiłem ciastka. Ale…! Ostatecznie mogę naładować baterie - uśmiechnął się szeroko, upijając łyk ciepłego napoju, który momentalnie go ogrzał. Mruknął z zadowoleniem, bo chociaż nie umywało się to do ciepłego koca, tak dawało poczucie odzyskiwania komfortu. Może i woda w butach zniknie, bo niestety nadal gdzieś w ścianach umysłu chłopaka widniała informacja, że miał tam basen. - Wiesz, też jesteś częścią mojego życia, więc to chyba się zalicza, nie? Poza tym nie traktuję tego jak marnowanie czasu. Jesteś fajny, lubię spędzać z tobą czas, więc czemu miałoby być to gorsze od dzikiej imprezy, na której bym się sponiewierał? - spytał, pakując to ust jedna trzecią porcji ciasta, którą miał na swoim talerzyku. Jak nic zaraz wleci kolejne, a później poziom cukru tak mu strzeli do góry, że po ścianach będzie biegał. I znowu usłyszy, że powinien się zdrowiej odżywiać!
-Chyba tego potrzebowałeś, co? - zaśmiał się i poczuł się miło czując jak ten łapie go za rękę, by przytrzymać widelec. Carlson zawsze reagował trochę bardziej na takie gesty, bo w jakiś sposób go rozczuliły, przy okazji przypominając co utracił z własnej winy. -Umm… powiedzmy, że wyprowadziłem go z równowagi na ostatniej wizycie kontrolnej, na którą przyszedłem z kilkudniowym opóźnieniem, bo mi się wirtualny asystent popsuł. Wyleciało mi z głowy i trochę mnie zjechał, że o siebie nie dbam, jak mu powiedziałem, że kilka razy zemdlałem bez powodu albo że się forsowałem fizycznie - odpowiedział. Bo to nie tak, że specjalnie o siebie nie dbał. To tylko tak wychodziło. Nie jego wina, że zbiry z osiedla upatrzyły go sobie na ofiarę - a przed takimi szybko trzeba było zwiewać.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Trwało to chwilę, może kilka sekund, zanim dotarło do niego jak małe było ku temu prawdopodobieństwo, pomimo że Felix mógł posiadać możliwość by w razie szczególnie dotkliwej ciekawości dokopać się do przykurzonego rejestru. Chyba. Milo nie miał pojęcia, czy kanadyjskim służbom wolno było grzebać w kartotekach stanowiących własność Stanów Zjednoczonych.
一 Za dużo filmów sensacyjnych, za mało kontaktu z rzeczywistością. Kiedy ostatnio byłeś na urlopie? 一 odgryzł się niejako od tematu, oficjalnie uznając, że stres związany z okresem zaliczeniowym zaczynał powoli afektować na zdolność obiektywnej oceny sytuacji. Felix też zresztą nie wyglądał jakby ostatnimi czasy miał wiele okazji do złapania głębszego oddechu pomiędzy pracą a tym, co robił poza jej godzinami, a deszcz zamiast przykryć problem jedynie bardziej go uwypuklił.
Z ulgą przywitał nowy temat, nawet jeżeli sam nie był szczególnym fanem sernika. Dopóki to, co lądowało mu na talerzu było słodkie i posiadało w miarę jednolitą teksturę nie zwracał uwagi i jadł, stosując klasyfikację "bardzo dobre", "akceptowalne", "nigdy kurwa więcej".
一 Ale byłbyś już przynajmniej suchy 一 zauważył rzeczowo, zanim kolejna porcja ciasta prowadzona ręką Carlsona została mu podsunięta pod nos. Milo bezmyślnie otworzył usta i pochłonął kawałek, w tym samym momencie nawiązując bardzo przypadkowy i cholernie niekomfortowy kontakt wzrokowy z obcą kobietą siedzącą stolik na przeciwko. 一 A ja nie jestem fajny. Sporo można o mnie powiedzieć, fajny jest jedną z ostatnich rzeczy jakie przychodzą mi do głowy. Nie słodź mi i nie udawaj, że nie masz ciekawszych rzeczy do roboty bo nie uwierzę, tak?
Ale nawet kiedy Rivera fuczał i pozornie boczył się o pierdołę, w gruncie rzeczy przemawiało przez niego rozdrażnienie wilgocią, katarem i nierozwikłanym dylematem o celu uświęcającym środki gdy w grę wchodziło zaliczenie przedmiotu. Po usunięciu tej szorstkiej patyny na charakterze Milo był zazwyczaj przyjemnie neutralny, po prostu Felix miał pecha trafić na gorszy dzień.
一 No dobra, a kiedy ostatnio na takiej byłeś? 一 Jego spojrzenie powędrowało momentalnie w kierunku ekranu; jedno z okien mignęło mu sygnalizując aktywność. 一 Nie twierdzę, że powinieneś skopać sobie wątrobę, ale przydałby ci się kontakt z człowiekiem. Fela - z człowiekiem, wiesz co mam na myśli. 一 Musiał pstryknąć mu palcami przed oczami, bo podskórnie przeczuwał, że Carlson już zaczynał produkować jakieś empatyczne wtrącenie i spieszył by wliczyć go w pulę tychże ludzi.
A potem, ze dwa łyki gorącej herbaty i kolejnym kęsie hojnie wykrojonym przez Felixa Milo odrobinę złagodniał, aż spięta ramiona opadły mu odrobinę zdradzając, że powoli odchodził od defensywy. Zaczynał akceptować swoje położenie i niereformowalność Carlsona.
一 No 一 zgodził się niezbyt elokwentnie, a już na pewno nieelegancko, bo z ustami wciąż pełnymi ciasta. Czując jak na wargach zebrało mu się stadko okruszków Rivera bezmyślnie otarł je wierzchem dłoni. 一 Chociaż wolałbym usłyszeć, że spędzisz weekend poza biurem, a najlepiej cały tydzień. Nie masz do wbicia paru leveli w Diablo czy coś?
Gdyby nie ciążąca wizja nadchodzącej sesji, Milo prawdopodobnie wmusiłby na nim wzięcie L4 i dosiadłby się po swojej stronie miasta z padem w rękach, jeżeli tego typu zachęta miałaby skłonić Felixa do pozostania w domu.
一 Czekaj. Jak to kilka razy? Qué chingados?
Felix Carlson