-
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Do czasu.
Smród piwa wypełnił przestrzeń między nimi w ułamku sekundy, jeszcze nim dostrzegł w pełni skalę dokonanych przez kobietę zniszczeń. W jedno uderzenie serca zarejestrował ciemną plamę piwa i zmrożoną w zaskoczeniu twarz siedzącej naprzeciw niego blondynki. W drugie, fala złości przemknęła przez jego trzewia docierając do samego gardła z przekleństwem, które w nim utkwiło.
W trzecie, zauważył sięgającą po serwetki rękę Haze i wyciągnął własną. Zamiast złapać kobietę, chwycił za pojemnik z nimi i podniósł go, przesuwając na swoją stronę baru gdy uchwyciła pierwszą z nich. Nie zamierzała przecież jej pomagać?
Jego szklanka ze stukotem wylądowała na blacie gdy szeroko uśmiechnięta blondynka ruszyła w jego kierunku. Znał ją - rozpuszczoną córkę jednego z partnerów biznesowych Monroe, zamożnego właściciela udostępniającego niektóre swoje nieruchomości na rzecz procentów otrzymywanych z zysków tego, co na ich terenach się działo.
- Jessica - wycedził, w swej głęboko skrywanej satysfakcji dostrzegając, jak kobieta wymija ladę i usiłuje dostać się na drugą stronę baru, nic nie robiąc sobie z panujących w tym miejscu zasad - jak każda osoba, która w życiu wychowała się z taką ilością wpływów i pieniędzy. - Twój ojciec nie byłby zadowolony słysząc, jak traktujesz gości tego lokalu.
Dostrzegł wyciągnięte w jego stronę ramiona gdy rzuciła się w jego stronę, pragnąc owinąć je wokół jego szyi jak gdyby zobaczyła w nim starego przyjaciela, zachęcona do tego wypitym piwem. Z każdym pokonywanym przez nią centymetrem jego wściekłość tylko wzmagała, a świadomość siedzącej naprzeciw Haze, tkwiącej w kałuży wylanego piwa, jedynie tę wściekłość podsycała.
- To nie ja, to ona na mnie wpadła... - żachnęła się, już niemal będąc przy nim, niemal owijając ramiona wokół jego szyi gdy jego ręka wystrzeliła do przodu. Palce zacisnęły się na kobiecym nadgarstku nim ten zdołał dotrzeć do jego ciała, w geście na tyle gwałtownym, że kobieta zatrzymała się natychmiast, zaskoczona.
- Greaves - rzucił głośniej, przez ramię, do tkwiącego przy kasie barmana, który kątem oka obserwował tę sytuację. - Dorzuć na rachunek tej pani koszt zakupu nowej sukienki gwiazdy dzisiejszego wieczoru - rzucił, obserwując sprzeciw, jaki malował się na twarzy blondynki a także jej skonfundowane spojrzenie gdy odwracała je ku Haze, nagle orientując się w tym, kim właściwie była. - Wyglądała na drogą - dodał, a kącik ust barmana uniósł się wyżej gdy wstukiwał jeszcze jedno zero na rachunek należący do blondynki.
- Dobrze, zapłacę za sukienkę. Swoją drogą, wcale nie wygląda na dro... - prychnęła kobieta, szarpiąc nadgarstkiem by uwolnić go z jego uścisku, lecz jego palce tylko mocniej zacisnęły się na jej skórze. - Nie chciałam, okej? - syknęła, popełniając kolejny błąd - kierując tę żałosną namiastkę przeprosin do n i e g o.
- Nie wątpię. Ale sukienka panny Haze, oraz podłoga mojego baru jest teraz cała w piwie - odrzucił ze spokojem, który mógł podarować mu wyłącznie silny uścisk na ręce kobiety, którą miała czelność wyciągnąć w jego kierunku.
- Przecież obsługa to posprząta - zaśmiała się i, jakby na potwierdzenie tego, Greaves ruszył z mokrą ścierką w stronę wyjścia zza baru, które obecnie ich dwójka zagradzała.
- Nie, Jess - przerwał jej, pochylając się nad kobiecą sylwetką. Czarny kosmyk włosów wymknął się ich ułożeniu i powędrował w stronę czoła gdy mierzył ją spojrzeniem, palce coraz mocniej zaciskające na jej dłoni. - Moja obsługa nie będzie sprzątać twojego syfu.
Mokra szmata znalazła się obok nich sprawiając, że wypuścił kobiecą dłoń z ręki.
- Mój ojciec się o tym dowie. - Jessica potarła nadgarstek wściekle, przeniosła mordercze spojrzenie na barmana i odebrała od niego materiał, odwracając się w drugą stronę by wymaszerować na drugą stronę baru.
- Przesuń się - warknęła do Violet, chcąc uzyskać lepszy dostęp do klejącego śladu wylanego piwa, Monroe jednak znalazł się już z powrotem na swoim miejscu, naprzeciwko brunetki i sięgał po swoją szklankę wody. - Siedź - odrzucił natychmiast i choć ton jego głosu nie był wściekły - nie, gdy mówił do niej - jednocześnie był dość d o s a d n y.
Przekleństwa blondynki utonęły w dźwiękach muzyki gdy pochyliła się, ślizgając na podłodze na której spoczęły jej kolana. Na czworaka zaczęła zmywać podłogę, lawirując między nogami hokera, na którym siedziała Haze, podczas gdy jej partner stawał się coraz czerwieńszy na twarzy.
- Wygląda na to, że Rapture bardzo stara się zrobić na tobie jak najgorsze wrażenie - westchnął. Upił łyk swojej wody z westchnieniem, patrząc na sukienkę kobiety i zastanawiając się co mógłby z tym problemem zrobić, nie poświęcając blondynce dalszej uwagi. - Zgaduję, że nie pozwolisz mi tego w żaden sposób wynagrodzić.
trouble magnet
-
Every time I try to get a little closer you shut down and the conversation's over
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tyle że szkopuł polegał na tym, że Vincent nie zatrzymał się na zabraniu jej serwetek. Wszystko, co wydarzyło się potem, eskalowało z każdą kolejną sekundą, od dłoni zaciśniętej na nadgarstku blondynki, przez kwotę dopisaną do rachunku w ramach egzekucji, aż po ścierkę i blondynkę na podłodze.
Słyszała każde słowo Vincenta, widziała, jak sprawnie odebrał tamtej dziewczynie całą pewność siebie, ale nie potrafiła już ustalić, w którym dokładnie momencie przestała być osobą, której należało pomóc, a stała się centralnym punktem kary wymierzanej w jej imieniu.
Obiektywnie patrząc – było to bardzo słuszne, ale…
No właśnie – ale.
Dla niej, to co wydarzyło się dalej, było niczym koszmar w pięknym opakowaniu.
Obiektywnie – nie pozwalał jej sprzątać po kimś, kto ją u p o k o r z y ł. Również obiektywnie – jako osoba zarządzająca tym miejscem wręcz powinien zareagować. Zrobił jednak dokładnie to, czego chciała uniknąć – rozdmuchał uwagę, ustawiając Jessicę do pionu, robiąc z niej samej gwiazdę wieczoru.
Realnie patrząc powinna być mu była wdzięczna i jakaś jej część uznała za pociągające to, że stanął po jej stronie tak bezwzględnie, że nie musiała nawet próbować się tłumaczyć. Równocześnie jej cholerny układ nerwowy nie potrafił elegancko rozróżnić tego, że ukrócił możliwość dalszego upokarzania jej od odebrania jej możliwości decydowania, co stanie się dalej.
Siedź, tak kontrastowo miękkie w stosunku do niej, niż wcześniejsze słowa do blondynki, uziemiło ją wcale nie dlatego, że była zachwycona jego dominacją, czy chętna zrobić na złość dziewczynie, która miała posprzątać swój bałagan. To, w pierwszej kolejności, zanim jej umysł zdążył to przemielić, jej ciało potraktowało jako komendę wypowiedzianą przez dużego, silnego i wściekłego mężczyznę. A ciało zawsze było szybsze niż myśli – zwłaszcza jej.
Zacisnęła palce obu dłoni odrobinę mocniej na butelce wody przed sobą, maskując przy tym delikatne drżenie dłoni.
— Dziękuję — odezwała się, opuszczając wzrok na butelkę, jakby nagle szczególnie zainteresowała ją etykieta.
To dziękuję było jeszcze inne, niż pozostałe dwa. To było niemal urzędowe, nawet gdy niezręcznie próbowała je rozpuścić uśmiechem – takim, który chciała, aby był tak samo przekonujący, jak kilka tych drobnych, wcześniejszych, ale takim nie wychodził.
Obserwowała jak wracał na swoje miejsce po drugiej stronie baru, wyglądając jakby wraz z pokonaniem tych kilku kroków zostawił za sobą również całą tę przerażająco stanowczą wersję siebie, która jeszcze chwilę wcześniej ściskała nadgarstek blondynki i wydawała polecenia tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Oddech wypuściła odrobinę wolniej, celowo rozluźniając palce zaciśnięte na butelce, jeden po drugim. Kolejny uśmiech nadal nie wyszedł jej całkiem naturalnie, ale tym razem nie próbowała już zmusić się do wyglądania przekonująco.
— Mam już wodę, astronomicznie wycenioną sukienkę i pokaz na żywo. Klub chyba przekroczył budżet na przeprosiny — odpowiedziała mniej cierpko, mniej służbowo, cały czas starając się ignorować obecność blondynki pomiędzy jej nogami. — Nie musisz niczego wynagradzać — dodała, starając się po drodze, w miarę sylab, wytracić tej sztywności, której była absolutnie świadoma, a której nie potrafiła tak po prostu wyłączyć, choćby nawet chciała.
Choćby przez to, że nie sposób było nie odnotować, jak inaczej nie tylko brzmiał, ale układał się czy patrzył, kiedy nie mówił do cycatej, aroganckiej blondynki.
— Ale jeśli bardzo ci zależy, to możesz na następny raz przygotować dla mnie jakiś sekret, którym nie obraca znacząca liczba osób, a za który wciąż nie musiałbyś mnie zabić — podsunęła po chwili niewielkiego zawahania, jeszcze zanim zdążył choćby zaoponować, że przecież – w istocie, musiał wynagrodzić, tę niedogodność.
rsvp
you
-
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet, gdyby podzieliła się z nim swoimi wątpliwościami, gdyby on przemielił je w swoich myślach i spróbował przyjąć jej założenia, nie potrafiłby ich podzielać, ponieważ były b ł ę d n e. To blondynka, teraz skrzętnie sprzątająca rozlane przez siebie piwo, była powodem tego całego wydarzenia, to ona z góry założyła swoją wyższość nad kobietą, na którą sama wpadła - a z której to teraz ją strącił, dosłownie i w przenośni.
To ona była powodem jego wściekłości.
Nawet przez myśl nie przeszło mu, że blondynka mogłaby mieć to za złe j e j. Czy Haze kazała mu cokolwiek zrobić? Czy spojrzała choćby na niego w sposób, którego nie mógł zignorować?
Reakcja była dla niego refleksem, była natychmiastowa i bezwarunkowa. I była pokierowana w ś c i e k ł o ś c i ą, ponieważ ona z takim powodzeniem maskowała wszystko inne. Bo ona maskowała tę głęboką potrzebę wymierzenia sprawiedliwości dla brunetki, której kompletnie nie znał i którą ledwo udało mu się namówić do wypicia z nim butelki pieprzonej wody.
Ale z Haze wszystko było skomplikowane. Może bardziej niż być powinno.
Dostrzegł napięcie w jej zaciśniętej wokół butelki pięści, sposób, w jaki odwracała wzrok, byle tylko blondynka z ziemi zniknęła. I to napięcie mu się udzieliło, nagle zapragnął, by po Jessice nie został żaden ślad tak jak po piwie, które usiłowała sprzątnąć. Nie dlatego, że przeszkadzało mu jej upokorzenie - ale dlatego, że przeszkadzało j e j.
- Nie muszę, ale chcę. - nie zgodził się ignorując posapywanie blondynki, z której sukienki wydostawał się dekolt pod wpływem niestandardowej pozycji.
Jej towarzysz pochylił się, usiłując jej pomóc, na co z krzykiem kazała mu zostawić się w spokoju. Chwilę później, czerwona na twarzy, z jasnymi włosami splątanymi na każdy możliwy sposób, podniosła się z ziemi. Wściekle rzuciła szmatę za bar, nieomal trafiając nią biednego barmana.
- Proszę bardzo - warknęła, zadzierając głowę. Odwróciła się na pięcie, obrzucając Haze spojrzeniem nim wymaszerowała w stronę wyjścia, rozpoczynając kłótnię z bogu ducha winnym mężczyzną, który jej towarzyszył.
Sekret.
Miał ich w zanadrzu wiele. Część tkwiła pod ladą, w schowanej w jednej z szafek broni i stercie pieniędzy niezwiązanej z wypisanymi, legalnymi czekami. Część w kieszeni jego spodni, w telefonie pełnym tajemniczo podpisanych numerów i zakodowanych wiadomości. Część zaś schowana była zaledwie paręnaście metrów dalej, na zapleczu, w tych pomieszczeniach, do których nikt nie miał dostępu poza paroma, wydzielonymi osobami.
- Masz już wodę, astronomicznie wycenioną sukienkę i pokaz na żywo - zanegował, jego łokcie oparły się o blat baru gdy przyglądał się kobiecie, zaś jego kącik ust uniósł w górę w szelmowskim uśmiechu. - Nie sprzedaję swoich sekretów łatwo.
Na jedno uderzenie serca zatrzymał się, patrząc w jej ciemne tęczówki - w blask podświetlanego baru odbijający się w ich głębi bursztynowym kolorem. Wiedział, że odmówi, a jednak w c i ą ż tu siedziała - więc czy nie powinien spróbować?
- Zatańcz ze mną - rzucił, słysząc cichszą, wolniejszą muzykę spływającą z parkietu pełnego bujających się par. - Jeden taniec, jeden sekret.
worth killing for