
i adiunkt na wydziale kryminologii
i nauk społeczno-prawnych
i University of Toronto
Nie znał smaku belgijskiej czekolady, nie widział żyrafy, nie słuchał muzyki na walkmanie. Znał za to smak czerstwego chleba, widział grzyba formującego się w rogu pokoju, słuchał krzyków i awantur.
Ale dorastanie w domu, w którym poza pieniędzmi brakowało też realnej obecności rodziców było jeszcze gorsze.
Ojciec nigdy nie powiedział, że jest z niego dumny. Nie nauczył go grać w piłkę, nie pokazał jak jeździć na rowerze, nie pochwalił, gdy obronił słabszego. Matka nigdy go nie przytuliła. Nie szeptała “kocham Cię”, nie opowiadała mu bajek na dobranoc, nie dziękowała, gdy wręczał jej bukiet z polnych kwiatów. Nie było opieki, nie było troski, nie było czułości i nie było wsparcia. Było jedynie niezrozumienie, które przerodziło się w poczucie winy, później w smutek, złość i ostatecznie - po latach - jedną wielką apatię.
Miał jednak ich. Jako środkowy był gdzieś między tym, którym się trzeba było zająć i tym, który zajmował się innymi. Faza złości trwała u niego najdłużej, przechodząc przez wszystkie stadia buntu. Odreagowywanie agresją, impulsywność, niekontrolowane wybuchy, słowa rzucane tylko po to, żeby zranić, wieczne ucieczki, wracanie z podbitym okiem, rozciętą wargą i krwawiącymi kłykciami, próby przepraszania ukradzionymi fantami. Używki, które pojawiły się za szybko. Kłopoty, w które leciał jak mucha do ognia, żeby wynagrodzić sobie wszystkie braki emocjonalne i materialne. Potrzeba było dopiero zachlania się jednego z kumpli i śmierci na jego oczach, w jego ramionach, żeby się obudził.
I żeby przypomniał sobie, że podłoga lepka od brudu, sterta nieumytych naczyń i zapach stęchlizny w powietrzu to nie koniec świata. Że przecież nieudolna matka i wiecznie pijany ojciec to codzienność większości dzieciaków. Że przecież ma ich. Że było ich razem pięcioro i nie mieszkali w jeziorze.
Wmówił sobie, że stanie po drugiej stronie kłopotów to najlepsze wyjście. Ukończył liceum, zacisnął zęby i ku zdziwieniu wszystkich dookoła, uparł się na University of Toronto. No ale przecież miał cel, wiedział dokładnie gdzie chce trafić, a studiowanie kryminologii w otoczeniu bananowych dzieciaków miało otworzyć mu te drzwi. Zakuwając w przerwach między nocnymi zmianami w pierwszych lepszych zapchaj-dziura robotach, dzięki którym mógł opłacić czesne, w końcu odebrał dyplom i złożył papiery do Toronto Police Service. Zdał testy psychologiczne, jakimś cudem przepchnął się przez weryfikację przeszłości i trafił do szkółki policyjnej w zapyziałym Aylmer, gdzie brutalnie zderzył się z ideą służbowej dyscypliny i treningami w mieście. Wkrótce potem założył mundur i wylądował na jednej z tych parszywych ulic, gdzie każdą odmianę patologii można było wyssać wraz z mlekiem matki. Znał takie podwórka, znał je aż za dobrze - syreny nigdy tu nie cichły, a zjeżdżanie do awantur domowych, wyciąganie ćpunów z bram i użeranie się z dzieciakami łudząco podobnymi do jego dawnych kumpli stało się codziennością. Na szczęście nie na długo, bo skoro miał już opatrzone stanowisko w wydziale zabójstw, to robił wszystko, byleby szybko zrzucić mundur na rzecz garnituru, już jako detektyw w MCU. Tam spędził kolejne parę chwil, uganiając się za lokalnymi watażkami, handlarzami i nożownikami zanim wreszcie trafił do wydziału zabójstw w siedzibie głównej TPS.
Ściganie śmieci - którym niewątpliwie sam w końcu by się stał, gdyby nie śmierć Małego Tony’ego - miało być tym szlachetnym redemption arc, które każdy nieszczęśliwy bohater musi przejść. Nie powiedziałby, że mu to odkupienie wyszło.
Tak, jak nie powiedziałby, że wróci do dawnej Alma Mater. Kompletnie nie przewidział, że gdzieś pomiędzy kolejnymi ciałami wyławianymi z jeziora a tonami papierkowej roboty, życie akademickie przypomni sobie o nim, a ktoś z góry wyciągnie na wierzch jego dyplom z U of T. Być może potrzebowali praktyków, być może mieli za dużo teoretyków, być może któryś z dawnych wykładowców pociągnął za odpowiednie sznurki, być może wszystko na raz. Może był w tym wszystkim jeden wielki łut szczęścia, a może zwyczajnie najlepiej się do tego nadawał. Cokolwiek to było, skończyło się to dla niego drogą przez biurokratyczną mękę, podczas której musiał zdobyć oficjalną zgodę na łączenie etatów i przekonać komisję, że lata spędzone nad stygnącymi trupami są warte więcej, niż opasłe prace naukowe i doktoraty. Ostatecznie się udało i od paru miesięcy jego nazwisko oficjalnie widnieje w spisie uczelnianej katedry, pozwalając mu uczyć o zawiłościach kryminologii oraz wiktymologii i o tym, że żadna książka ani żaden wykład nie przygotuje na puste spojrzenie matki, której właśnie zawalił się cały świat.
I trochę też o tym, że chłopacy tacy jak on kiedyś był najczęściej lądują albo w czarnych workach z potrzebą identyfikacji albo posyłają na stoły w prosektorium kogoś zupełnie innego.
• jest psiarą i jesieniarą, nie nadaje się do upałów; chciałby mieć psa i najlepiej pomagałby w okolicznych schroniskach, ale nigdy nie ma na to czasu, bo...
• jest beznadziejnie zakochany w swojej pracy, jak na przykładnego pracoholika przystało,
• uwielbia kawę w każdej postaci, ale ponad tradycyjne espresso znacznie bardziej upodobał sobie wszystkie te słodkie warianty typu karmelowe macchiato z potrójnym syropem, bitą śmietaną i posypką czekoladową; kiedy zamawia takie wynalazki w kawiarniach, to nigdy nie podaje swojego prawdziwego imienia, tylko jakieś zupełnie losowe,
• ma 21 560 (i stale rośnie) lvl w Candy Crush Saga; w ogóle uwielbia te wszystkie gry mobilne, jak sortowanie hexów, przekładanie kolorów w butelkach, łączenie tortów, wyciąganie gwoździ, sudoku,
• kompulsywnie chomikuje darmowe fanty - długopisy z banków, jednorazowe pałeczki z chińskich knajp, cukierki z restauracji czy dropsy z recepcji, wszystkie free znajdzki są jego,
• zawsze ma przy sobie coś słodkiego, a jego biurko na komendzie jest wypchane słodyczami; często obkupuje się w sklepach z kuchniami świata albo zamawia online z całego globu; zawsze chętnie komuś wciśnie coś dobrego,
• jest mordercą wszelkiego typu roślinności i kulinariów, kuchnię ma tylko dla ozdoby,
• popkulturowo zatrzymał się gdzieś na etapie Harrego Pottera, Piratów z Karaibów czy Incepcji, duetu Eminema i Rihanny i Top Model,
• chociaż jest zagorzałym fanem klasycznego rocka i metalu, to zna większość tekstów Abby, Backstreet Boys i NSYNC (no dobra, Hoziera i Duy Lipy też), które często nuci,
• serwisanci maszyn vendingowych go nienawidzą, bo często zostawia im je naprawione prowizorycznie trytytką i szarą taśmą, ale za to współpracownicy mają darmowe przekąski gratis, jak po uderzeniu w konkretne miejsce maszyna wyrzuca dwie w cenie jednej,
• pisze w iście lekarskim stylu, jak kura pazurem, dlatego powodzenia każdemu, który musi czytać jego raporty albo notatki.
