-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Rozgłos medialny nie pozwolił jej o nim zapomnieć. Widziała go w lokalnych wiadomościach, a jego zdjęcia wyskakiwały na ekranie jej telefonu, zachęcając czytelnika do przeczytania artykułów na temat jego niespodziewanego powrotu. Dzięki temu wiedziała, jak brzmiała oficjalna wersja wydarzeń, która znacznie pomijała szczegóły, które wyjawił jej Sully.
Kwestią czasu było zaproszenie do gabinetu jej ojca i pytanie, czy widziała ten news. Badał jej reakcję. Był wprost wniebowzięty, kiedy jego córeczka zaczęła spotykać się z Sullivanem. Czasem miała wrażenie, że według niego było to jej najlepszym osiągnięciem w życiu. Długo nie potrafił też zrozumieć powodów, dla których rozstali się tak nagle. Dziewczyna wszystkim wokół wmówiła, że ich drogi po prostu się rozeszły, nie zagłębiając się w szczegóły. Przyznanie się do tego, że ją zdradził, bolało zbyt bardzo, żeby robiła z siebie jeszcze większą ofiarę. Wystarczyło, że uległa wypadkowi, po którym przez kilka miesięcy dochodziła do pełni zdrowia fizycznego. To psychiczne jeszcze długo szwankowało. Dlatego na pytanie ojca pokręciła głową, przyznając, że też temu nie dowierzała.
Teoretycznie nie kłamała. Do teczki zajrzała dopiero po kilku dniach. Na spokojnie, starała się ułożyć w głowie to wszystko, o czym dwa lata temu Sullivan nie pisnął jej nawet słowem. Musiała zrozumieć sytuację, w jaką się wplątał. I zrozumieć jego. Czemu zachowywał się tak, a nie inaczej.
Wszystko powoli zaczynało układać się w jej głowie. Musiała tylko oddzielić prawdę, którą znała, od oficjalnych wyjaśnień i nie powiedzieć komuś czegoś, co mogłoby źle wpłynąć na Hartleyów. Dlatego musiała pilnować się przed Reece’em, który również niespodziewanie wrócił w ostatnich dniach i postanowił skorzystać z jej kanapy na czas remontu swojego mieszkania.
Czas. Czas odgrywał w tym wszystkim kluczową rolę. To o niego Ade poprosiła Sully’ego, kiedy wyznał jej, że chciał ją z powrotem w swoim życiu. To dzięki niemu miała szansę oswoić się zarówno z historią, w jaką blondyn ją wtajemniczył, jak i powodami, dla których zjawił się w jej drzwiach. A ona dała mu zielone światło, wskazując, by jego słowa zaczęły pokrywać się z czynami.
Nie spodziewała się go przed jej kamienicą tego poranka. Wystarczyło, że przeszła przez bramę, a jej wzrok momentalnie odnalazł żółty odcień blachy auta zaparkowanego naprzeciwko wejścia. Na chwilę przystanęła w bezruchu, wsłuchując się w dudnienie własnego serca. To auto rozpoznałaby wszędzie. I nie myliła się, kiedy zobaczyła, jak wychodzi jej naprzeciw nie kto inny, jak…
— Sully — mruknęła zaskoczona. Jego imię wypowiedziane na głos nieco ją otrzeźwiło, dlatego niepewnie podeszła do niego. — Cześć. Widzę, że udało Ci się odzyskać swoją własność — zagadnęła, spojrzeniem wskazując na zaparkowany przy chodniku pojazd. W jednej chwili przypomniał jej podróże, jakie wspólnie nim odbyli. I inne przejażdżki. Miała do niego jakiś przedziwny sentyment. Gdy tylko o tym pomyślała, wróciła wzrokiem do mężczyzny. — Co tu robisz o tak wczesnej porze? — zapytała zaraz, by wrócić myślami na bardziej bezpieczne tory. Zdecydowanie była to zbyt wczesna pora, jak na takie wizyty. Zwłaszcza, że właśnie wybierała się do pracy.
Sullivan Hartley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ostatnie tygodnie zdecydowanie nie były dla niego łatwe. Człowiek mógłby pomyśleć, że powrót do żywych to całkiem szczęśliwa okazja. Zupełnie jak na tych wszystkich filmach. Wszyscy płaczą, radują się, niedowierzają. Można powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie. Nic jednak bardziej mylnego. Jedynymi osobami, które powitały go z otwartymi rękoma rzeczywiście była jego rodzina. Rodzice oraz brat. Może też dwoje jego bliższych znajomych. Jednak ta osoba, na której najbardziej mu zależało... W sumie i tak poszło lepiej niż to sobie wyobrażał. Chciał się łudzić, że wrócą do tego jak było kiedyś, lecz był zbyt dużym realistą by sobie na to pozwolić. Chciał by ich życie wróciło na właściwe tory. Chciał mieć ją w swoim życiu, jednak pewnych murów nie dało się tak łatwo zburzyć. Nie mógł tego forsować. Poprosiła go o czas, więc dał jej czas.
Właściwie wyświadczyła mu tym pewną przysługę. Powrót do żywych wiązał się przede wszystkim z masą papierologii. Rząd powinien się cieszyć, że odzyskał swojego podatnika. W dodatku takiego, którego wpływu do budżetu czasami rzeczywiście mogły robić różnicę. Cieszył się, jak najbardziej, aczkolwiek dopytywał się również gdzie są w takim razie wszystkie świstki z deklaracjami podatkowymi za lata, w których udawał zmarłego. Musiał się też nieźle tłumaczyć przed wymiarem sprawiedliwości bo sfingowanie własnej śmierci, nawet jeśli się w tym nie uczestniczyło? Kolejny biurokracyjny problem. Tych było coraz więcej. Piętrzyły się i piętrzyły. Powrót do pracy, kolejne wdrożenie w obowiązki. To wszystko zabierało mu cholernie dużo czasu. Czasu, którego nie mógłby jej w takim wypadku poświęcić, a na który zasługiwała.
W żadnym momencie nie uzgodnili ile dokładnie czasu miał jej dać. Dał jej przestrzeń. Nie dzwonił, chociaż kilka razy brał telefon do ręki. Miał też cichą nadzieję, że sama zadzwoni. Może rzeczywiście zatęskni za nim na tyle by sama coś do niego napisać. Nic takiego się nie wydarzyło. Mogła go po prostu testować. To czy za słowami rzeczywiście pójdą czyny. Jeśli tak było miał zamiar to zdać. Pokazać jej, że mu zależy.
Dlatego dzisiaj miał dla niej niespodziankę. Cały dzień był już z góry zaplanowany. Nie zamierzał się z niczym wygadać. Kiedyś lubiła jego niespodzianki. Miał nadzieję, że to akurat się w niej nie zmieniło. Czekał na nią od samego rana. Zeszło się już przynajmniej pół godziny bo nie wiedział o której wychodziła do pracy. Nie był aż takim stalkerem. Wyglądał już trochę lepiej niż ostatnim razem. Był u barbera, kupił nowe ciuchy. Na jej widok po prostu dość szeroko, ale również nieco przebiegle się uśmiechnął.
- To? - nie musiał spoglądać za siebie by wiedzieć o czym mówiła - Każdy rycerz musi mieć swojego wiernego rumaka. - uśmiechnął się do niej wesoło, a nawet trochę dumnie.
Jego żółte ferrari 488 Spider towarzyszyło mu już od dobrych kilku lat. Za kilka lat będzie właściwie klasykiem. Uwielbiał ten wóz. Ciężko sobie na niego zapracował i uwielbiał w nim każdą przejażdżkę. Dziękował mamie, że nie pozwoliła go sprzedać po jego śmierci. Miało być pamiątką. Musiał doprowadzić je z powrotem do stanu używalności, co też zajęło kilka dni, ale dzisiaj byli już gotowi na kolejną przejażdżkę. Ten samochód nigdy go nie zawiódł i wiązał się z naprawdę wieloma miłymi wspomnieniami. Dla nich obojga.
- Porywam księżniczkę. - wyszczerzył się do niej zawadiacko - Pokonałem już smoka - czytaj załatwiłem wszystko z Twoim szefem. Okazuje się, że nadal potrafię być bardzo przekonujący, kiedy tego potrzebuję. - poruszył wymownie brwiami odpychając się od samochodu i otwierając dla niej drzwi - Zapraszam Cię na randkę. - wyciągnął jednocześnie ogromny bukiet jej ulubionych kwiatów z tylnego siedzenia, a z wolnej dłoni rozsypał jeszcze trochę płatków tych samych kwiatów na chodnik prowadzący do samochodu.
Czy mogła odmówić takiemu romantykowi?
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Myślała o tym, czy się do niego odezwać. Jedna, z pozoru niewinna wiadomość powiedziałaby więcej, niż chciała to przyznać. Nie mogła okazać po sobie słabości, a nawet zwyczajny odruch w postaci smsa mógłby zostać odebrany jako akt desperacji, bo w jednej chwili zdradziłby, że o nim myślała. Ostatecznie więc postanowiła, by wszystko potoczyło się naturalnym torem. Rzuciła mu wyzwanie, a więc to wciąż był jego ruch. Musiała przekonać się, ile jego własne słowa dla niego znaczyły.
Widok blondyna przed budynkiem zaskoczył ją. Co prawda, przeczuwała, że ponowne spotkanie z nim będzie kwestią czasu, ale nie spodziewała się go tak rano. W takich okolicznościach. I wyglądającego tak dobrze. Wystarczyło kilka drobnych zabiegów i nagle zmęczenie upływem czasu i cień jego dotychczasowego życia umknęły gdzieś w dal, a jego prezencja nabrała świeżości. Przez te dwa lata i ogrom doświadczeń rysy jego twarzy stały się nieco dojrzalsze, ale gdy spojrzał na nią z tym swoim błyskiem w oczach, rozszerzając usta w przebiegłym uśmiechu, zaczął znów przypominać jej Sully’ego, w którym się zakochała.
— Który wiernie na Ciebie czekał — przyznała, jeszcze raz ukradkiem spoglądając na auto w pewnym zamyśleniu. — Jakby dokładnie wiedział, że wrócisz. Lepiej przyznaj, że po prostu go we wszystko wtajemniczyłeś. — Kącik jej ust uniósł się do góry w geście rozbawienia, kiedy spojrzała na Hartleya, wypinającego dumnie swoją pierś. Drobny żart z sytuacji, która jeszcze do niedawna powodowała w niej kompletny mętlik w głowie, był dobrym znakiem. Nawet, jeśli jeszcze nie przetrawiła wszystkiego, wolała przekuć to w śmiech, niż nadal roztrząsać. A przynajmniej to, co zostało powiedziane już na głos.
Na jego wyznanie uniosła wysoko brwi. Porwanie? Smok? Randka? Przez chwilę patrzyła na niego kompletnie wmurowana, czując narastające bicie jej serca i obserwując jego następne ruchy - otwarcie drzwi, bukiet tulipanów i ścieżka z ich płatków. Co jak co, ale już nie raz przekonała się, jak bardzo Sully potrafił być romantyczny i przekonujący. A teraz miał ku temu jeszcze większe ambicje, bo Ade stanowiła dla niego wyzwanie. Walczył o nią. Lepiej późno, niż wcale, prawda?
— Rozmawiałeś z moim ojcem? — zapytała ostrożnie, próbując odzyskać rezon. Już na ten moment wiedziała, że Thomas Covington nie da jej spokoju. — Jego nie musisz przekonywać. Kupiłeś go już dawno temu i nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie Cię przebić — westchnęła z nieznacznym rozbawieniem. Sully był idealnym zięciem, więc Covington nie miał żadnych powodów, żeby się na niego złościć. Może, gdyby choć raz Ade była z tatą zupełnie szczera…
Podeszła do blondyna i odebrała bukiet kwiatów, nie potrafiąc powstrzymać się przed delikatnym zanurzeniem w nich nosa, a jej twarz rozjaśnił błogi uśmiech. Pamiętał, że uwielbiała tulipany. Gdy po chwili podniosła na niego niebieskie spojrzenie, w jej tęczówkach pojawiło się coś nieco cieplejszego. — Dziękuję — powiedziała cicho, bo będąc tak blisko, mimo odgłosów ulicy, wiedziała, że ją usłyszy. Zatrzymała na nim wzrok trochę dłużej, niż powinna, walcząc z jedynym właściwym odruchem, który chciała w tym momencie wykonać. Jakby jej ciało naturalnie lgnęło do niego tak, jak kiedyś i pamiętało, co robić. Zamiast odrobinę wspiąć się na palce, by złączyć ich usta w pocałunku w podziękowaniu za gest, finalnie odchrząknęła i na chwilę odwróciła wzrok gdzieś w bok. — Gdzie jedziemy? Powinnam się przebrać? — zapytała, odgarniając rudy kosmyk włosów z twarzy i starając się przywrócić naturalny ton. Powiedziała pierwsze, co przyszło jej do głowy, byle odwrócić swoją uwagę od niepokornych myśli. Skoro nie miała powodów, by odmówić Hartleyowi randki, nie była pewna, czy jej office’owy, letni look wpisuje się w jego plany.
Sullivan Hartley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jej komentarz wywołał w nim pewne niechciane emocje. Cisnęło mu się na usta, że jego rumak rzeczywiście był wierny i czekał, ale szybko zdusił w sobie te negatywne emocje. Wiedział, że nie mógł jej winić za to co robiła kiedy nie było go w jej życiu. Nie miała pojęcia o tym, że żyje. Próbowała po prostu żyć dalej. Logika mówiła jedno. Rozumiał. Częściowo powiedziałby nawet, że to sobie przetrawił, lecz emocje... Cóż, wizja tego, co mogła robić z innymi mężczyznami nadal bolała i pewnie będzie boleć jeszcze przez długi czas. Zamiast tego skupił się na tu i teraz. Tym delikatnym uśmiechu, gdy go ujrzała, który należał tylko do niego. Musiał znajdować te małe momenty, które w końcu przezwyciężą te negatywne wizje.
- Rumak poczekał tylko dlatego, że moja mama jest wyjątkowo sentymentalna i nie pozwoliła sprzedać ulubionego samochodu swojego zmarłego syneczka. - przewrócił wymownie oczami ponieważ doskonale znała jego rodzicielkę i jej podejście do takich tematów.
Niemniej ten sentymentalizm uratował jedną z tych rzeczy, które naprawdę sprawiały mu w życiu radość, więc całkiem wylewnie podziękował za to swojej mamie. To była jedna z tych przyjemnych niespodzianek, które czekały na niego po powrocie do żywych. Pozwolił sobie nawet spojrzeć na chwilę przez ramię z sentymentalną nutą.
- Ze skromności pewnie powinienem teraz udać, że wcale nie jestem taki świetny, ale skromność nigdy nie była jedną z moich cnót. - uśmiechnął się do niej całkiem bezwstydnie, może nawet dumnie - Więc powiedźmy po prostu, że wysoko ustawiłem poprzeczkę, a pomimo tego, że jestem w tym wszystkim trochę zardzewiały udało mi się chociaż dosięgnąć na powrót tej poprzeczki. - puścił jej oczko z tym swoim zawadiackim uśmiechem.
Rzeczywiście układanie się z jej ojcem nie było dla niego nigdy większym problemem. Niedoszły teść dość szybko go polubił. Ade dawała Sully'emu bardzo mocną motywację do tego by się o to postarał. Z resztą jego praca również pokazała mu, że lepiej się z ludźmi ułożyć niż robić sobie z nich wrogów. Właściwie od początku planował, że jej ojciec stanie się również jego rodziną, a jak wszyscy zdążyli się już przekonać, Hartleyowie bardzo cenili sobie rodzinę.
Właśnie o taki uśmiech mu chodziło. To chciał zobaczyć odkąd wrócił do miasta. Jej uśmiech i mieć świadomość tego, że to on na to zapracował. Przez moment złapał z nią kontakt wzrokowy. Poczuł subtelny zapach jej perfum. Chyba oboje spojrzeli sobie na usta. Ich ciała doskonale wiedziały czego chciały. Pewnych emocji, uczuć nie dało się zapomnieć. Nawet przyzwyczajeń. Chciał ją pocałować. Przytulić. Powstrzymał się. Musiał. Miał jej pokazać, że walczy, więc walczył. Nie tylko o jej względy, ale również z samym sobą, kiedy była taka potrzeba.
- Tego Ci nie powiem. Porywam Cię na randkę. - pokręcił głową uśmiechając się do niej i zapraszając do auta na miejsce jego passanger princess - Wglądasz świetnie. Podobasz mi się. Nie musisz niczego zmieniać. - zamknął za nią drzwi i obszedł samochód by zająć miejsce kierowcy.
- Gotowa na przygodę? - wyszczerzył się do niej zakładając okulary przeciwsłoneczne, odpalając samochód i puszczając ich uliczkami Toronto w stronę wyjazdu z miasta.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Masz szczęście. Moja mama już dawno przerobiła mój stary pokój w Ottawie na swoją pracownię. A ja jeszcze żyję — zauważyła z pewnym przekąsem i zmarszczyła nos, co zawsze dodawało jej uroku.
Jej matka zawsze bujała w obłokach i nie była zbyt sentymentalna. Wolała żyć chwilą. Pewnie dlatego co jakiś czas zmieniała sobie mężczyzn, nierzadko twierdząc przy tym, że tym razem to jest coś poważnego. Ade nigdy nie chciała stać się taka, jak ona, dlatego w kwestii związków zawsze trzymała się swoich zasad. Do tej pory tylko Sullivan był w stanie zapewnić jej stabilizację i spokój, której oczekiwała u partnera, przez co tak długo gościł w jej sercu. I to tak głęboko, że jego mama miała stać się jej teściową.
W odpowiedzi na jego nieskromną uwagę parsknęła w rozbawieniu. Jego pewność siebie zawsze zwracała uwagę. I była lepem na płeć piękną. Zbyt często była tego świadkiem nawet, gdy stała obok niego. Z resztą, jej również to imponowało. — Zobaczymy więc, jak pójdzie Ci z kolejnym Covingtonem. — Uniosła wyżej brew w wymownym geście, a jej oczy na moment rozbłysły. Z nią będzie trochę trudniej, niż z jej tatą. — Uprzedzam, że poprzednik zakończył swoją przygodę na pierścionku zaręczynowym. Od tamtej pory odrobinę podwyższyłam standardy — dodała, w przelocie uśmiechając się do niego nieco łobuzersko. Bez wątpienia miała na myśli jego. Sully dotarł wysoko, ale czy potrafił znowu wspiąć się na szczyt? O tym mieli się niedługo przekonać. Na razie szło mu całkiem przyzwoicie.
— Powinniśmy ustalić, że nie masz przede mną już żadnych tajemnic — ściągnęła brwi w udawanym niezadowoleniu, ale wystarczyło, że obdarzyła go spojrzeniem, kiedy podał jej dłoń, a po jej proteście nie pozostał ślad. Tak naprawdę lubiła takie niespodzianki, choć nigdy nie potrafiła cierpliwie na nie czekać. Kiedyś znała parę sposobów na to, by chociaż spróbować wyciągnąć od niego te informacje. Najbardziej niewinnym było pytanie o ubiór. Inne były w tym momencie zupełnie niestosowne. — Jestem pewna, że w czymkolwiek bym była, powiedziałbyś to samo — mruknęła niepocieszona z cieniem rozbawienia w głosie.
Wygodnie usiadła na miejscu, a przez kilka sekund, czekając na Sully’ego, rozejrzała się pobieżnie po wnętrzu. Zapach auta przypominał jej szczęśliwe czasy, pozbawione zmartwień. Kiedy nie liczyło się nic oprócz mężczyzny, który zajął fotel obok. Jego perfumy niemal natychmiast wzniosły się w powietrze, stając się uzupełnieniem jej wrażenia.
— W drogę — uśmiechnęła się delikatnie w odpowiedzi, po czym rozsiadła się bardziej w siedzeniu w poczuciu, że to miejsce zawsze należało do niej.
Rozkoszowała się jazdą, wsłuchując się w pomruki silnika i obserwując zmieniające się otoczenie. Jedyne, czego jej brakowało podczas drogi to ciepła dłoni Sully’ego na jej udzie. Ta myśl przypłynęła do niej tak nieoczekiwanie, że zerknęła na miejsce, na którym mężczyzna trzymał swoją rękę - niebezpiecznie blisko jej nogi, dosłownie na wyciągnięcie palców. Przewróciła oczami, powracając do krajobrazów za oknem. Nie była łatwa. Miała zasady. Musiał pokazać, na co go stać. Powtarzała sobie te zdania jak mantrę.
Gdy w pewnym momencie z głośników rozbrzmiała się jakaś smętna piosenka, instynktownie wyciągnęła rękę i zmieniła stację, dopiero po chwili orientując się, jak łatwo jej to przyszło. — Chyba mogę? — spojrzała na niego nieco zadziornie. Była niemal pewna odpowiedzi twierdzącej, czego nie ukrywała. To było już wpisane w jej rolę jako pasażerki. Cholera, lubiła się rządzić. Gdy czegoś bardzo chciała, również nie bała się po to sięgać.
Sullivan Hartley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Słusznie, powinnaś, powinnaś mieć wysokie standardy. - przytaknął jej z całkowicie poważną miną - Niemniej jestem jedynym facetem, który gdy mówi, że rzuci Ci świat do stóp... Rzeczywiście to zrobi. - powiedział to tym swoim głębokim, niskim głosem patrząc jej prosto w oczy z absolutnym przekonaniem w swoich słowach.
Ta pewność siebie nie brała się znikąd. Doskonale znał swoją wartość. Wiedział również do czego był zdolny. Jeśli wcześniej był pewny siebie to po przeżyciu zamachu na swoje życie, rozpracowaniu szajki przestępczej i ukrywaniu się przez prawie rok? Teraz już nic nie mogło mu stanąć na przeszkodzie. Nic prócz pewnego rudzielca, z którym nie mógł być niczego pewien. Jego magicznym zaklęciem zawsze było to, że jeśli nie bierzesz porażki pod uwagę, nie można przegrać.
- Niespodzianki nigdy się w to nie wliczały. - puścił jej oczko z zawadiackim uśmiechem uznając, że dawne zasady nadal obowiązują. Nie widział dlaczego miałoby być inaczej.
- Tu się z Tobą nie zgodzę. W tych sprawach nigdy Cię nie okłamywałem. W wielu rzeczach wyglądasz dobrze, ale pomarańczowy..? Totalnie nie jest twoim kolorem. - pokręcił jedynie głową lekko się rząchając na takie szufladkowanie, nawet kiedy zaczynali się spotykać nie krępował się powiedzieć kiedy w czymś podobała mu się bardziej, a kiedy mniej albo bardziej pokazać.
Wsiadając do samochodu i mknąć ulicami Toronto ze swoją księżniczką na siedzeniu pasażera było bardzo przyjemnym, nostalgicznym uczuciem. To auto, jej obecność, subtelny zapach jej perfum, który od czasu do czasu dobiegał do jego nosa. Przez chwilę było po prostu jak dawniej. W czasach, gdy wszystko było prostsze. Złapał się nawet na tym, że jego dłoń wręcz automatycznie zaczęła wędrować na jej udo. Tam, gdzie zawsze na takich przejażdżkach było jej miejsce. Cóż tam i w kilku innych miejscach. W porę się jednak zatrzymał. Zaledwie centymetry od materiału jej spodni. Nie chciał wywierać na niej żadnej presji. Potrafił być cierpliwy. Jeszcze.
- Oh nie wiem Ade... Nie za szybko? Jak tak dalej pójdzie do końca randki będę wybierać Ci nowy strój. - uśmiechnął się do niej zadziornie opuszczając nieco swoje okulary by spojrzeć w jej tęczówki po czym cicho się zaśmiał oczywiście pozwalając jej rządzić się radiem. To zawsze była jej rola.
Tymczasem wyjechali już poza granice Toronto. Specjalnie wybrał taką drogę by przewieźć ją w okolicach, gdzie poszli na pierwszą randkę. Tam, gdzie pierwszy raz się całowali. Chciał żeby próbowała zgadnąć. Wiedział, że próbuje to zrobić. Więc trochę się z nią bawił. W końcu zajechali na miejsce, którego nie powinna znać. Zaparkowali nad klifem, przy schodach prowadzących na plażę. Tak wycyrklował czas, że powoli zbliżał się zachód słońca. Zaczynało już zmieniać barwę. Wysiadł by otworzyć dla niej drzwi.
- Jesteśmy na miejscu. - uśmiechnął się do niej enigmatycznie odchodząc dwa kroki do tyłu i wyciągając do niej dłoń by pomóc jej wysiąść.
Adeline Covington