-
Tyla <3nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Różne myśli przemykały jej przez głowę, gdy dotarła przed skatepark. Ostatnimi czasy dobrze robiło się tu interesy. Natłok ludzi nie wzbudzał podejrzeń, gdy stało się w koncie i wymieniało magiczne proszki na gotówkę. Zarówno ona, jak i klienci, posiadali umiejętność pozorowania, że robią coś innego. Po latach w tym biznesie, była już zaprawiona w boju. Będzie już jakieś pięć lat jak narkotyzuje ludzi, pójdzie do piekła jak nic.
Późnym porankiem, w okresie wakacyjnym, pałętało się tu kilku miłośników deskorolek. Niektóry naprawdę posiadali imponujące umiejętność, że przyjemnie było popatrzeć. Jej samej daleko było do prezentowanego poziomu, ale dla picu przytachała deskę ze sobą. Potrzeba wtopienia się w otocznie była niezbędna. A jak się trochę postarała to wyglądała na młodszą niż w rzeczywistości. Więc nie było potrzeby głowienia się dlaczego osoba po dwudziestce dopiero uczy się jazdy na desce. Powinna wizualnie wyglądać na nastolatkę, a ci, którzy mieli do niej trafić, znajdą drogę.
Utrzymanie balansu na desce nie było proste, gdy się nie skupiała na tym dość mocno. Nie mogła sobie jednak pozwolić na pochłonięcie się przez zabawę, bo była w pracy. Z tego też powody objeżdżała plac dookoła rozglądając się za ewentualnymi drogami ewakuacji. Nigdy nic nie wiadomo, a ostatnie czego jej było potrzeba do dać się złapać. Do tej pory nie była karana, tak powinno pozostać, bo miała dobrą opinię u szefostwa jak i u stałych klientów.
Robiła drugą rundkę, gdy na teren skateparku wtoczył się wczorajszy ziomeczek. Wyglądał jakby mózg nie do końca zgrywał się jeszcze z ciałem. Powinna trzymać się do niego z daleka, bo nie potrzebna jej uwaga innych ludzi. Stawała się kameleonem, jednak coś jej w wyglądzie osobnika nie dawało jej spokoju. Gdy ten przysiadł pod ogrodzeniem, wiedziała, że prędzej czy później tam dojedzie. Jednak zamierzała go zignorować. Do czasu, gdy zajechała w jego rejon i spojrzała na dobrze jej znaną twarz, dawnego znajomego.
- Dante?
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chociaż zaczęło się całkiem nieźle, od niezbyt przekonującej odmowy, gdy w przypadkowo zebranym podczas poprzedniego wieczoru towarzystwie padła sugestia, że pora wciąż jeszcze była zbyt wczesna, by kończyć zabawę. Nawet jeśli niewiele brakowało, by mimo wszystko wsiadł do samochodu, który miał podrzucić ich gdzieś, gdzie mogliby tę zabawę kontynuować… ostatecznie jakieś resztki zdrowego rozsądku musiały wziąć górę i zdołać przebić się do jego świadomości. Miał przecież wrócić do domu – swojego, Elsy… wszystko jedno, byleby rzeczywiście powrót ten nie zajął mu znów kilku dni i nie skończył się całkiem uzasadnionymi pretensjami jego dziewczyny.
Pierwszym popełnionym błędem było jednak to, że nie zdecydował się na zamówienie sobie żadnego transportu, uznając najwyraźniej, że krótki spacer wcale nie będzie takim najgorszym pomysłem. I pewnie nie byłby, gdyby w głowie wciąż nie szumiała mu zdecydowanie zbyt duża ilość alkoholu, który całkiem skutecznie cały ten spacer utrudniał. Choć może wciąż miałby jakieś szanse na to, by mimo wszystko trzymać się tej swojej odpowiedzialnej decyzji, gdyby nie drugi – już bardziej znamienny w skutkach – błąd.
Wydłużenie sobie drogi przez znajdujący się nieopodal skatepark wcale nie było wynikiem przypadku. Pamiętał przecież jeszcze z czasów nastoletnich, że w tym miejscu nietrudno było spotkać kogoś interesującego, u kogo można byłoby nabyć trochę równie interesujących środków. I chociaż w aktualnym stanie zażywanie czegokolwiek mogłoby pewnie skończyć się co najmniej fatalnie, najwyraźniej z jakiegoś powodu jego daleki od trzeźwości umysł musiał dojść do wniosku, że drobne zakupy w drodze do domu były naprawdę niezłym pomysłem. Bo widocznie wciąż jeszcze nie nauczył się, że rzetelna i obiektywna ocena własnych pomysłów stanowczo nie była jego mocną stroną…
Nie planował wprawdzie żadnego odpoczynku pod płotem, jednak… kiedy już dotarło do niego, że grawitacja powoli zaczynała z nim wygrywać tę nierówną walkę, musiał dojść do jedynego słusznego wniosku – albo usiądzie sam, albo lada moment zostanie do tego zmuszony. Przy odrobinie szczęścia rozbijając sobie przy tym tylko pysk albo zdzierając kolana, jakby znów miał dziesięć lat i założył się z kolegami, komu szybciej uda się zjechać na rowerze z dość stromej górki. Jednego i drugiego wolałby mimo wszystko uniknąć. Zwłaszcza, że skoro posiedzenie w barze udało mu się zakończyć bez obitej mordy, może lepiej byłoby nie obijać jej sobie w tak idiotyczny sposób…
Nie zwrócił zbytniej uwagi na oceniające spojrzenie jakiejś matki, która postanowiła wykorzystać poranek na spacer ze swoim – na oko – kilkuletnim dzieckiem i która, tak przy okazji, najwyraźniej nie zakładała, że o tej porze miałaby narażać je na podobnie oburzające widoki, jakie stanowił ledwie trzymający się na nogach Dante. Tym bardziej nie zwrócił też uwagi na przejeżdżającą nieopodal dziewczynę z deskorolką, skupiając się zamiast tego przede wszystkim na tym, by chociaż na chwilę znaleźć dość stabilne oparcie i dać sobie trochę czasu na odzyskanie sił. Albo powrót do nieco bardziej trzeźwego stanu, choć aż tyle czasu raczej nie zamierzał tutaj spędzać…
Zdążył przymknąć oczy, rozsiadając się całkiem wygodnie pod płotem i pewnie rozważyłby nawet krótką drzemkę na świeżym powietrzu, nie przejmując się przy tym nawet cieniem, który ktoś właśnie rzucił na jego twarz, zatrzymując się tuż obok. Właściwie… cień mógł uznać za całkiem przyjemny dodatek, który mógłby jedynie tę drzemkę ułatwić.
Tyle, że cień postanowił się odezwać. Używając w dodatku jego imienia, czego raczej nie dało się tak po prostu zignorować.
Niechętnie otworzył oczy, skupiając spojrzenie na twarzy, która z jednej strony chyba powinna wydawać się dość znajoma, z drugiej jednak… nie miał pojęcia, jakie imię powinien do niej dopasować. Albo chociaż okoliczności, z którymi powinien ją kojarzyć.
– Dante – potwierdził więc, przecierając twarz dłońmi i chyba nawet myśląc przez moment o tym, by podnieść się z ziemi. Dość szybko dotarło jednak do niego, że to akurat mógłby być jeden z gorszych pomysłów, na jaki mógłby aktualnie wpaść…
– Słuchaj… – zaczął, mniej więcej w tej samej chwili tracąc jednak wątek i nie mając pojęcia, jak właściwie zamierzał pociągnąć tę wypowiedź dalej. Nie pozostawało mu więc chyba nic innego, jak tylko skwitować to krótkim rozbawionym parsknięciem, po którym raz jeszcze zerknął w kierunku tej dziwnie znajomej twarzy. – O cholera, Mizzy, no nie?
Może jednak nie był aż tak pijany, skoro dane mu było doznać tego chwilowego olśnienia. Po którym zresztą uśmiechnął się szeroko, niemal całkowicie pewien, że udało mu się trafić całkiem celnie. Może i wciąż nie czuł się na siłach, żeby pozbierać się spod tego płotu, ale przynajmniej był w stanie odszukać w pamięci właściwie imię…
– Co ty robisz o… – zawahał się przez moment, zerkając na zegarek, by upewnić się, która była godzina. – …tej porze? Większość normalnych ludzi chyba jeszcze śpi, czy coś…
Albo próbuje niezbyt skutecznie wrócić do domu. Też całkiem niezły sposób na spędzenie poranka…
Mizzy Thembo
-
Tyla <3nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Już nie pamiętała, kiedy widziała go po raz ostatni, chociaż miała wrażenie, że lata temu. Mieli za sobą wspólne przeżycia, jednak w pewnym monecie jakoś im się drogi rozjechały. Dorosłe życie nie pomagało utrzymywać kontaktów, zwłaszcza jeśli nie szło się utartymi schematami studia, praca i rodzina. Im obojgu jak widać nie było z tym po drodze jak widać.
Z początku już chciała dać spokoju, skoro jej nie kojarzył. W zasadzie nie powinna się w ogóle do niego odzywać, jak była w pracy. Jednak z lekkim opóźnieniem zaskoczył, więc teoretycznie powinna się ucieszyć.
- Miło, że jednak coś tam jeszcze gdzieś ci o mnie świta - przysiadła ostrożnie na desce starając się utrzymać jako tako balans. Nie wiedziała ile potrwa ich rozmowa, a od długiego kucania będą ją bolały kolana. - Łóżko to ty chyba widziałeś trochę dawno temu - zauważyła patrząc na stan w jakim był.
Nie spodobało jej się pytanie o pracę, więc wolała je przemilczeć. Może jakoś rozejdzie się to po kościach, bo prawdę mówiąc nie była do końca dumna ze swojego zajęcia. Niestety nigdzie indziej nie chcieli jej zatrudnić, więc ciągnęła ten biznes.
Pora była fakt, dość wczesna, więc nie wiele osób kręciło się za ich plecami. Znacznie więcej pospiesznie przemierzało tereny dookoła nich. Raczej nie wyglądali na kogoś, kogo warto zaczepić ani jakoś specjalnie podejrzanie. Od tak dwoje zmęczonych życiem ludzi, który potrzebują odpoczynku już o poranku.
- Nie będę odkrywcza jak powiem, że to ostatnie miejsce, gdzie spodziewałam się ciebie spotkać - przyznała wodząc wzorkiem po najbliższej okolicy, tak z przyzwyczajenia. Psy potrafiły pojawiać się naprawdę w najmniej oczekiwanym momencie. - Ciężka nocka?
Po części miło było zobaczyć towarzysza, z którym dzieliło się nastoletnie trudy. Nie fochy, bo rodzice odcięli dostęp do kasy. Dane naprawdę swego czasu wiele dla niej robił, wspierał, pozwalał przenocować, czy lał tych, którym nie pasowała jej karnacja. Mogłoby się wydawać, że to nie wiele, ale dla niej naprawdę było to duże wsparcie, gdy dorośli i system zawodził.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zdecydowanie nie byłoby więc przesadą stwierdzenie, że ostatni raz widzieli się lata temu.
I równie zdecydowanie nie powinno wobec tego dziwić, że w pierwszej chwili nie udało mu się rozpoznać twarzy znajdującej się przed jego oczami. Zresztą… fakt, że w obecnym stanie trudno było w ogóle skupić na niej wzrok i odpowiednio wysilić się, żeby skutecznie przegrzebać swoją pamięć, również prawdopodobnie nie ułatwiał zbytnio sytuacji.
– Nie no, aż tak dawno to nie… – znów parsknął śmiechem, mimo wszystko za zbyt skomplikowane wyzwanie uznając ostatecznie ewentualną próbę wyjaśnienia jej, że tym razem przynajmniej nie spędził poza domem kilku dni. – W sensie… no, bywało gorzej, czy coś.
Choć może i to nie powinno być dla niej zbytnim zaskoczeniem. Znali się przecież w czasach nastoletnich, a najwyraźniej od tamtego czasu niewiele zdążyło się w jego przypadku zmienić. A przynajmniej nie to, że wciąż potrafił wybrać się na jedną imprezę, by z niej płynnie przejść do kolejnej i spędzić w taki sposób zdecydowanie dłuższy czas niż można byłoby z początku zakładać.
– Właściwie… całkiem udana. Chyba… Ciężko za to pewnie będzie trochę później – choć na ten moment najwyraźniej i to uważał za całkiem zabawne, skoro znów zaśmiał się krótko na zakończenie swojej wypowiedzi. Możliwe, że wciąż jeszcze mógł znajdować się w tym całkiem przyjemnym stanie, w którym – mimo wielokrotnie powtarzanego scenariusza – mógł nadal łudzić się, że nadchodzący kac wcale nie będzie aż tak tragiczny. W końcu… pomijając fakt, że nadal nie czuł się z tą całą grawitacją dość pewnie, by pozbierać się spod płotu, czuł się przecież całkiem nieźle. Może byłoby jeszcze lepiej, gdyby faktycznie mógł się przynajmniej zdrzemnąć przez chwilę lub dwie, ale…
– Ej, nie mówiłaś nigdy, że umiesz jeździć na desce – rzucił bez większego namysłu, kiedy jego spojrzenie rzeczywiście zatrzymało się ponownie na wspomnianej właśnie desce. – Umiesz jakieś… te, no… wiesz. Coś…?
W porządku, może jednak niekoniecznie czuł się aż tak dobrze, jak mógłby sądzić jeszcze ledwie chwilę temu. Ewidentny problem z zebraniem myśli mógł to co najwyżej potwierdzać, choć póki co sam Dante zdecydował się zbyć to jedynie dość niedbałym machnięciem ręką. Bo przecież może i jego pytanie było nie do końca składne, ale wciąż chyba powinno zostać całkiem zrozumiałe. A jeśli nawet nie… chyba wciąż nie było to coś, czym powinien się jakoś mocniej przejmować, prawda?
Mizzy Thembo