-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na razie jednak George żył spokojnie, nie wymagając od życia zbyt wiele. Zarabiał na swoje utrzymanie, spędzał czas tak, jak chciał, i nie miał żadnych większych problemów. Och, jak bardzo się mylił, nie wiedząc jeszcze, ile zamieszania wkrótce pojawi się w jego życiu.
Zadowolony z dobrze wykonanej pracy wyszedł z budynku i skierował się w stronę swojego domu. Nie przeszkadzał mu długi, wieczorny spacer. Wręcz przeciwnie – dzięki niemu zasypiał jak dziecko, ledwie tylko przyłożył głowę do poduszki. Przez całą drogę marzył o ciepłej kołdrze i pachnącej pościeli, nie mogąc doczekać się zasłużonego odpoczynku. Nie był co prawda zmęczony i mógłby jeszcze spędzić kilka godzin, grając na konsoli, ale wyspany George to szczęśliwy George. I lepiej było nie budzić go wcześniej, niż sam sobie zaplanował, bo przez resztę dnia byłby marudny i nic dobrego by z tego nie wynikło. Można było wyciągnąć go z domu w piżamie i bez śniadania, ale nie wtedy, gdy nie przespał tylu godzin, ile sobie wyznaczył.
Nie spodziewał się jednak, że zbliżając się do pobliskiego parku, spotka znajomą osobę. Kilkanaście metrów przed sobą zauważył Olivera wysiadającego z autobusu, który zatrzymywał się na pobliskim przystanku. Sam mógłby nim jeździć, ale przecież ruch to zdrowie.
– Oliver! – zawołał, podbiegając kilka kroków do chłopaka, który chyba go nie usłyszał. – Oliver! Hej, wołam cię! – zawołał jeszcze raz, chwytając go za ramię, gdy znalazł się wystarczająco blisko. – Co ty tu robisz? – zapytał, przyglądając się twarzy Azjaty i próbując rozszyfrować, czy wszystko z nim w porządku.
Oliver Moon
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Naciągnięcie kaptura na głowę pozwoliło jakoś Moonowi wtopić się w siedzenie - a może wina była ogólna znieczulica społeczna. Tak czy inaczej, całą jego podróż nikt nawet nie pofatygował się, aby zapytać rozdygotanego chłopaka, czy na pewno wszystko było w porządku. Wszyscy woleli z zainteresowaniem wpatrywać się albo w ekrany swoich telefonów, albo oglądać krajobraz miasta widoczny za oknem. Ale chociaż było to okropne i okrutne, Oliver preferował taki stan rzeczy. Nie znosił przyciągać uwagi. Potrzebował po prostu, aby zostawić go w spokoju.
Dopiero kiedy najgorszy szok i drżenie rąk ustało na tyle, że Moon mógł wypuścić z uścisku dłoni materiał swojej bluzy, a także zyskał dość pewności, że telefon nie wyślizgnie mu się na ziemię, zdecydował się rozeznać w swojej obecnej sytuacji. Odnalazł numer autobusu w którym siedział, zapoznał się z jego trasą, zorientował się także na którym odcinku linii obecnie się znajdowali. Miał w tym momencie tylko jedno życzenie - znaleźć się w domu. Zaplanowanie trasy powrotnej poszło mu więc dość sprawnie. Minusem jego planu było to, że musiał albo złapać przesiadkę, albo przejść się dość spory kawałek. Normalnie Oliver nie miałby nic przeciwko spacerowi, ale dziś naprawdę chciał po prostu zamknąć się w znajomych czterech ścianach. Zniknąć na moment ze świata, uciszyć jakoś swoją głowę, po prostu... przestać myśleć.
Kiedy w końcu wysiadł na jednym z przystanków nadal miał kaptur zarzucony na głowę, słuchawki na uszach, ręce wepchnięte głęboko w kieszenie i wyraz twarzy tak pozbawiony emocji, że mógłby uchodzić za kamienną maskę. Ostatnim czego się teraz spodziewał i czego potrzebował, to natknięcie się na kogoś znajomego - kogoś, kto wyrazi nieco więcej zainteresowania jego osobą i samopoczuciem. Oczywiście jego pech musiał dać o sobie znać także teraz, bo chociaż Moon nie usłyszał pierwszego wołania, drugie już dotarło do jego uszu. Ale nawet gdyby postanowił je zignorować, zaraz poczuł czyjś dotyk na swoim ramieniu. Dotyk na tyle niespodziewany, że aż podskoczył, potykając się o krawężnik i prawie zaliczając spektakularną wywrotkę. Adrenalina znów popłynęła mu żyłami, kiedy w pierwszym odruchu pomyślał o tym, że to Dean jednak jakoś go tutaj znalazł. Ulga, którą poczuł na widok Whitcroft'a, była więc ogromna.
- George! - zawołał, zaraz zdejmując słuchawki z uszu. Znajoma twarz nie oznaczała jednak, że z miejsca poczuł się swobodnie. Głównie dlatego, że w jego kieszeniach znajdowały się wcale niemałe ilości dragów, o których istnieniu Moon wolał, aby nikt się nie dowiedział. Dlatego chociaż absolutnie wyczerpany psychicznie, Oliver postarał się przywołać na twarz kolejną ze swoich masek - uprzejmego, ale także nieco zmęczonego zainteresowania. - Nie słyszałem cię, przepraszam. Wsiadłem w zły autobus wracając do domu, taka ze mnie sierota - zaśmiał się dość sztucznie. Każda cząstka jego osoby chciała w tym momencie uciec w kierunku domu, ale dobrze wiedział, że byłoby to zbyt podejrzane. Jakoś musiał wytrzymać, przecież to tylko small talk...
George Whitcroft
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dopiero gdy wyszedł na zewnątrz, odetchnął pełną piersią. Wieczorne powietrze było przyjemnie chłodne i skutecznie zmywało z niego zapach alkoholu oraz kawy, którym przesiąkły ubrania. Do domu nie miał daleko, dlatego postanowił przejść się pieszo. Spacer zawsze pomagał mu uporządkować myśli po pracy, dzięki czemu później lepiej spał. Gdyby nie musiał pracować, pewnie spędzałby w łóżku większość swojego życia, które minęłoby mu zdecydowanie za szybko. Zanim by się obejrzał, zamiast cieszyć się młodością, musiałby ustatkować się i zająć miejsce w rodzinnej firmie. Na razie jednak nawet nie dopuszczał do siebie myśli o dorosłości. Wciąż miał przed sobą wiele lat zabawy i zamierzał z nich korzystać, póki mógł.
Zaskoczyła go reakcja Olivera, który podskoczył i prawie wywrócił się o krawężnik. W głowie George'a od razu pojawiła się myśl, że coś musiało się wydarzyć, skoro ten zareagował aż tak gwałtownie. Jakby bał się czyjegoś dotyku. Ale chwilę później doszedł do wniosku, że może po prostu go zaskoczył i była to zwyczajna, bezwarunkowa reakcja. Zupełnie jak wtedy, gdy gra się w horror i nagle na ekranie wyskakuje potwór. Whitcroft nigdy nie udawał nieustraszonego i w takich sytuacjach zawsze reagował głośnym krzykiem.
– Hej… – powtórzył, dalej mu się przyglądając, kiedy ten zdjął słuchawki. Teraz było jasne, czemu go nie słyszał. – Głuptasie… Pewnie jesteś zmęczony, co? A może zabiorę cię do domu? Mogę cię przenocować. Rodziców akurat nie ma, więc nie będziemy nikomu przeszkadzać. Albo mogę cię odwieźć do domu, żebyś nie musiał teraz kombinować. – zaproponował, uśmiechając się przyjaźnie. Nie mógł przecież zostawić przyjaciela samego o tej porze, by wracał jakimiś podejrzanymi uliczkami. W autobusie też mogli trafić się jacyś podejrzani ludzie, którym spodobałaby się zbyt ładna buźka Moona. Dlatego miał nadzieję, że ten przyjmie którąś z propozycji i nie będzie próbował się wykręcać. George potrafił być naprawdę uparty, jeśli tylko chciał.
Pozostawało mu już tylko czekać na odpowiedź. Szczerze liczył, że Oliver nie zacznie się z nim przepychać słownie, bo z własnego doświadczenia wiedział, że takie wymiany zdań potrafiły ciągnąć się w nieskończoność. A przecież chciał jedynie upewnić się, że przyjaciel bezpiecznie dotrze do domu. W jego oczach nie było w tym nic nadzwyczajnego - po prostu zrobiłby to samo dla każdego, na kim mu zależało.
Oliver Moon
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- C-co? Nie, serio nie trzeba - przenocować? Absolutnie nie. Ostatnim czego Moon teraz potrzebował, to bycie zamkniętym w jednym pomieszczeniu z innym mężczyzną. George mógł mieć wobec niego tylko i wyłącznie przyjazne zamiary, ale to nie zmieniało faktu, że chłopak zwyczajnie nie czuł się obecnie komfortowo w towarzystwie innych osób. Innych facetów. Jego wyobraźnia pogalopowała niestety trochę za daleko, podsuwając mu obrazy tego, co mógł chcieć zrobić z nim ktoś pokroju Deana. To między innymi dlatego tak bardzo podskoczył, kiedy poczuł dotyk na swoim ramieniu.
Ten sam problem tyczył się też podwózki gdziekolwiek. Ponownie - mała przestrzeń i bycie z kimś sam na sam...
Poza tym, czuł się na tyle wyczerpany psychicznie, że chciał schować się pod kołdrę i zniknąć dla świata. Utrzymywanie maski normalności było niezwykle męczące. Bał się, że gdyby dziś spędził w towarzystwie George'a zbyt wiele czasu, w końcu po prostu by pękł. Nie chciał obciążać przyjaciela odpowiedzialnością za swoje własne zdrowie psychiczne. Znał Whitcrofta że wiedział, że ten przejąłby się jego stanem na tyle, że próbowałby mu pomóc za wszelką cenę - nawet jeśli nie był w stanie.
- Nie jestem aż tak zmęczony, ale dziękuję za troskę. Serio, doceniam. - no dalej Oliver, wymyśl coś. Nie mógł wyjść przecież na niewdzięcznego gbura. Takie gwałtowne, bezduszne odrzucenie pomocy nie było przecież zbyt miłe. Whitcroft nie zasłużył sobie na takie traktowanie tylko dlatego, że wykazał zainteresowanie. Generalnie Oliver bardzo lubił znieczulicę społeczną, bo często pomagała mu zarówno w pracy, jak i w sytuacjach takich jak parę chwil temu w autobusie, ale nie sądził, że powinna stać się ona normą. - Ale jeśli chcesz, możesz mnie odprowadzić do domu
Nie było to może idealne rozwiązanie, ale powinno zadziałać. George nie poczuje się odrzucony, a sam Oliver uniknie przebodźcowania i nie ucieknie z krzykiem, wzbudzając przy tym konsternację kumpla. Może nawet da radę jakoś ochłonąć podczas tego spaceru? Może też fakt, że miał towarzystwo, sprawi, że nikt obcy nie zaczepi go w drodze?
- Ale George, bardzo cię proszę... nie nazywaj mnie "głuptasem", dobra? To brzmi jakbyś był pedofilem - a o takie skłonności raczej chłopaka nie posądzał. Czy takie określenie znów było spowodowane przez gładką, dziecięcą buźkę Moona? Wiedział, że dwadzieścia trzy lata nie były może najbardziej imponującym wiekiem, ale byłby naprawdę wdzięczny, gdyby jego przyjaciele nie traktowali go jak jakiegoś szczyla. Szczególnie, że sam George nie był wcale wiele starszy od niego. Oliver dość się nacierpiał takiego protekcjonalnego zachowania w domu dziecka.
- Idziemy? - zapytał, ruszając ku pierwszemu przejściu dla pieszych, które musieli pokonać w drodze do jego domu.
George Whitcroft
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie traktował Olivera jak małego dziecka, które nie da sobie rady, ale chciał mu pomóc. Widział, że wygląda na roztrzęsionego, bo nikt aż tak gwałtownie nie reaguje na nagły dotyk – przynajmniej według George’a. Nie chciał go zostawiać samego, zwłaszcza o tak późnej porze. Narzucanie się nie było w jego stylu, ale przecież jakoś mógł mu pomóc. Oddałby mu nawet swoje łóżko, a sam przespałby się w innym pokoju, byle tylko dać mu trochę przestrzeni. W aucie też mógłby posadzić go z tyłu. Zresztą nie planował się nawet do niego dobierać. Tyłki jego kumpli były daleko na liście jego zainteresowań. Rozumiał jednak, że Oliver mógł czuć się niekomfortowo w każdej sytuacji.
Dlatego grzecznie czekał i słuchał tego, co Moon miał do powiedzenia, oczekując rozwiązania, które odpowiadałoby im obu. W końcu młodszy Azjata zdecydował, że odprowadzenie go do domu będzie najbardziej satysfakcjonującą opcją, na co George ostatecznie mógł się zgodzić. Oliver bezpiecznie trafi do domu, a George nie będzie musiał dłużej się o niego martwić.
– W porządku. W takim razie odprowadzę cię grzecznie pod same drzwi. – zapewnił, posyłając chłopakowi promienny uśmiech. Cieszył się, że ten pozwolił sobie pomóc. Co prawda autem byłoby szybciej i łatwiej, ale najpierw musieliby dojść do domu George’a. Zawsze jednak lepsze to niż nic. W głowie Whitcrofta pojawiły się co prawda dziwne myśli, że Moon chciał zostać sam, ale nie chciał dopytywać. Każdy miał jakieś problemy, o których ciężko powiedzieć drugiej osobie. Nie widział na chłopaku śladów pobicia, alkoholu też od niego nie było czuć. Nie podejrzewał go o branie narkotyków, więc tak naprawdę poza jakąś drobną sprawą, która musiała zaprzątać jego głowę, pewnie nic mu nie było. A George był tuż obok, jeśli tylko Oliver będzie miał ochotę mu się wygadać. I wypłakać na jego ramieniu. W tym też był dobry.
– Pedofilem? – zapytał, wybuchając głośnym śmiechem. Często nazywał ludzi w ten sposób i jeszcze nikt nie posądził go o coś takiego. Już nie mówiąc o tym, że jak na pedofila był za młody, a między nim a Oliverem nie było aż takiej różnicy wieku. Rozumiał jednak, że Moon mógł poczuć się niekomfortowo z jakiegoś powodu. – No dobrze, wybacz mi. Nie chcę, żebyś źle się przeze mnie czuł. – powiedział, patrząc na chłopaka ze skruchą.
– Pewnie. – odparł, podążając za chłopakiem do pierwszego przejścia dla pieszych. Szli powoli, nie odzywając się do siebie, przez co w głowie George’a po raz kolejny pojawiły się myśli, że może rzeczywiście coś się chłopakowi stało. Ale czy powinien pytać? – A więc… jak ci minął dzień? Wszystko w porządku w pracy i w ogóle? – zapytał, chcąc jakoś wybadać temat, ale nie próbując wyciągnąć z niego zbyt wielu informacji.
Oliver Moon