ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Nieprosto było przyzwyczaić się do dwóch, kompletnie różnych rzeczy.
  Pierwszej – do funkcjonowania ze świadomością, że jej rodziców już nie ma. Że wraca do domu, w którym – jak zazwyczaj – ich nie ma, ale teraz z przykrą świadomością, że już nie będzie. Bo oczywiście – Lennoxów więcej nie było, niż byli w The Beaches, ale pojawiali się, kiedy mogli i kiedy było trzeba – na święta, na jej urodziny, w czasie przerwy na wykopaliskach lub między kontraktami. Ta nieobecność była wtedy akceptowalna, bo z warunkiem zmiany. Ta nowa… była bolesna, ciężka i niestety prawdziwa.
  Drugiej – do funkcjonowania ze świadomością, że obok niej, w mniej lub bardziej widoczny sposób, jest ktoś. Nie partner, nie przyjaciel, nie osoba bliska. Kompletnie obcy, który zajmował jej przestrzeń i orbitował w niej czy jej się to podobało czy nie.
  Interweniowała u Giovanniego Salvatore – najpierw musiano ją wynosić z piętra należącego do sekretariatu Avalon Industries, a później z gabinetu mężczyzny, który wzięła szturmem i podstępem. Salvatore wysłuchał jej – nie była ani obcesowa, ani nie pyskowała, ale nie przychylił się do jej prośby i powtórzył praktycznie to samo, co powiedział jej mężczyzna, który wtargnął do jej domu.
  Jej rodzice o to poprosili. To dla jej bezpieczeństwa.
  Obcy nieszczególnie jej przeszkadzał, jeśli miałaby być szczera – jego obecność nie była inwazyjna, ale chodziło o fakt, że była. I że była jego. A chociaż była wobec niego uprzejma, to nie potrafiła pozbyć się tego nieprzyjemnego poczucia, z jakim zapoznał ją przy pierwszej wizycie. Ani bólu w plecach, ani wyobrażenia nacisku na gardło, ilekroć tylko zauważyła, że napiął mięśnie bardziej, niż to naturalne.
Starała się go zaakceptować – w końcu nie miała wyboru. Podawała mu jedzenie, nawet jadła z nim – choć zwykle w ciszy. Potem zwykle znikała w swoim pokoju, za zamkniętymi drzwiami, ale nie mogąc się pozbyć przeczucia, że przez cały czas stał dosłownie za nimi.
  Znajomi coraz intensywniej próbowali zaprosić ją na pomniejsze wydarzenia, żeby wyszła do ludzi. Początkowo dalej, konsekwentnie odmawiała, wybierając zacisze domowe i (wątpliwą) samotność, ale kiedy jedna z przyjaciółek szturmem wzięła jej dom, cudem rozmijając się z jej ochroniarzem, po czasie po prostu uległa i dała się zaprosić na piątkowe wyjście w kameralnym towarzystwie.
  Nie na imprezę, ale posiedzieć i porozmawiać. Przy matchy i dobrym jedzeniu.
Zgodziła się chyba tylko dla świętego spokoju.
  Ubrała się schludnie – a nie w powyciągany dres żałobny, nawet pomalowała, choć w podstępnym stylu makeup-no-makeup; uczesała nawet ładnie, a następnie, choć nie bez dyskomfortu wywołanego świadomością, że nie idzie sama i do końca nie wie jak to miałoby wyglądać w przestrzeni publicznej, przeszła do garażu, aby wsiąść do samochodu – najpewniej ze swoim ochroniarzem – i pojechała na miejsce.
  Miała tyle szczęścia, że nawet nie szukała szczególnie długo miejsca parkingowego – choć powszechnie wiadomo, że piątkowy wieczór, centrum miasta, to tak naprawdę przepis na długie minuty krążenia po okolicy, by w końcu się poddać, zrezygnować i ostatecznie zaparkować i tak daleko od miejsca docelowego. I mieć walk of shame. Dwa razy.
  Spotkała się z trójką koleżanek, z czego jedna była nadpobudliwa i szczebiotała za pozostałe. Maelle raczej nie udzielała się za bardzo, ale słuchała. I naprawdę starała się brać czynny udział w spotkaniu, a także powiedzieć więcej niż dwa czy trzy słowa. Zwykle limit miała znacznie większy.
  Ale uśmiechnęła się parę razy nawet, co nie przeszło niezauważone.
Jej sympatyczny towarzysz był w pobliżu. Zakonotowała to, że zajął miejsce w innym lokalu, ale również   na zewnątrz i popijał… W zasadzie nawet nie wiedziała co. Nie obczajała go, okej?


Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrzebował wiele czasu, aby zaadaptować się do nowej rzeczywistości. W zasadzie, to nie on najbardziej musiał się dostosować. Był bardzo elastyczną osobą, która wiedziała jak się dopasować do nowych warunków oraz okoliczności. Fakt, że musiał zamieszkać z dziewczyną nie był dla niego niczym dziwnym. Chciał w końcu mieć ją na uwadze i być jak najbliżej. Nie był zwykłym „ochroniarzem”, którego można było zauważyć przy celebrytach. Był kimś nieco większego kalibru. Był cieniem człowieka, którego miał ochraniać. Żył przy nim, poznawał jego schematy, jego codzienność. Znał jego znajomych, rodzinę i przyjaciół.
Wiedział więcej niż przeciętny „ochroniarz”.
Mówił jej jak się skończy interwencja u Giovanniego, ale nie zamierzał jej przy tym zatrzymywać. W końcu lepiej było, aby sama się przekonała i porozmawiała z jego szefem, bo on mógł gadać, a ona i tak musiał to usłyszeć bezpośrednio od niego. Dlatego jak ją wynoszono z budynku, to w milczeniu po prostu podążał za ochroną, nie zatrzymując ich. Za drugim razem było podobnie, tylko wcześniej stał w milczeniu podczas jej monologu u Giovanniego, gdy chciała go przekonać, że nie potrzebuje ochrony.
Ale skończyło się tak, jak wszyscy, poza nią, się spodziewali.
Nie planował się z nią zakolegować. Nie miał też zdolności socjalnych na tyle rozwiniętych, aby jakkolwiek próbować przełamać tą niezręczną atmosferę. Zwłaszcza, że ta mu nie przeszkadzała. Był w pracy. Nie musieli się lubić, aby musiał ją chronić. Nie zamierzał też przełamywać ścian, które były między nimi. Nie uśmiechał się sztucznie, nie udawał miłego i na siłę się z nikim nie kolegował. Nie mówiąc o tym, że był zdania, że nie potrzebował też nikogo w swoim życiu. Po raz kolejny.
Dlatego można powiedzieć, że po prostu żyli obok siebie. Sprawdzał gdzie i z kim wychodzi. Kto przychodzi. Kim byli jej znajomi, co robili i z kim mogli mieć koneksje. Nie spędzali razem czasu. Gdy ona się zamykała, on zajmował się swoimi sprawami. Ogarniał ludzi i pobieżne, mniej ważne zadania. Zbierał informacje od rozsianych po różnych lokacjach ludzi i przekazywał je szefowi.
Gdy pewnego dnia stwierdziła, że wychodzi, on jej tego nie zabraniał. W zasadzie niewiele jej zabraniał. Po prostu w każdym wyjściu jej towarzyszył. Dzisiaj jednak wydawał się czuć… dziwnie nieswojo. Obudził się z tym dziwnym uczuciem, które mu towarzyszyło i nie chciało przejść. Starał się je ignorować, ale z każdą kolejną godziną stawało się coraz bardziej irytujące.
Miał jednak pracę do wykonania i nie zamierzał się tym przejmować.
Poczekał na nią przy wyjściu, a gdy się pojawiła, dość instynktownie zmierzył ją spojrzeniem. Na jego twarzy jednak nie odbiła się żadna reakcja ani wyraz. Nie skomentował też jej ubioru, uczesania ani makijażu. Po prostu otworzył drzwi wyjściowe, aby za nią ruszyć do auta, a stamtąd do miasta. Gdy wysiadła, wysiadł razem z nią, ale to było tyle. Obiecał, że będzie się trzymać dalej, ale wciąż w bezpiecznej odległości od nich. Damon kiepsko wtapiał się w tłum, będąc ubranym na czarno, wyrośniętym Azjatą, ale ten kto nie wie, raczej nie podejrzewa, że jest ochroniarzem. Prędzej psychopatą, który szykuje się do masowej masakry.
Siedział przy jednym ze stolików, popijając kawę, ale miał wrażenie, że ktoś coś do niej dosypał. Im dłużej siedział, tym bardziej zaczynało mu być dziwnie. W głowie się mu kręciło. Z jakiegoś powodu odczuwał dziwną słabość, ale też napady ciepła, a potem zimna. Z całych sił starał się sprawiać wrażenie, że nic mu nie jest, ale czuł po sobie, że coś było nie tak. Nie mogło mu to jednak przeszkodzić w pracy. W skupieniu.
Z minuty na minutę wydawało się być jednak ciężej.
Dopił kawę w nadziei, że to jakkolwiek mu pomoże i chociaż nie wyglądał, cały czas miał na oku blondynkę ze szczebiocącymi koleżankami, zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Opłacił rachunek i wstał, nieco chwiejnie, nie spodziewając się tego braku sił, który go uderzył. Oparł się o barierkę, jak gdyby nigdy nic. Jakby jedynie spoglądał za nią, a nie próbował ogarnąć swój własny organizm.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  To było nawet przyjemne, choć początkowo nie chciała tego przed samą sobą przyznać – w końcu wziąć głęboki oddech, na który pozwoliło jej dopiero wejście między ludzi bliskich. Tych, którzy tak skutecznie, nawet jeśli ulotnie, zapełniali swoją obecnością pustkę, która powstała w jej sercu. Potrzebowała tego – choć świadomość o tym odpychała od siebie całkowicie. Potrzebowała tego – dopiero teraz zdała sobie sprawę jak bardzo.
  Ten delikatny, nierówny, ale szczery uśmiech, który wpychał się na jej wargi, absolutnie nieproszony, był tego największym potwierdzeniem. Szybciej wyrzucone powietrze przez nos w reakcji na jedną z historii opowiedzianych przez koleżanki, było dowodem na to, że pomagało jej to leczyć złamane serce.
Tylko ukradkowo zerkała w stronę swojego ochroniarza, a to bardziej z ciekawości – co robi i jak się wtapia w otoczenie, a nie z potrzeby sprawdzenia, czy na pewno tam był i spełniał swoją funkcję. W pewnym momencie zauważyła, że jej wzrok uciekał w jego stronę znacznie częściej, niż planowała, choć nie dlatego, że był bardzo przystojny i trudno było od niego oderwać wzrok – choć przyznać należało, że owszem, był. Chodziło jednak o coś innego, o tę zmianę w jego spojrzeniu, które czuła na sobie, a do którego się przyzwyczaiła. Zmianę, która nie była przesunięciem ciężaru relacji; która nie zwiastowała, że u niego, względem niej, coś się zmieniło. Dlatego, że w samych oczach coś było innego – coś było nie tak.
  A nie siedział jakoś specjalnie daleko, by mogła to odnotować. Wszystko w granicy jego zasięgu i, zapewne przeliczonego w jego głowie, czasu reakcji i skrócenia dystansu, w razie potrzeby.
  Gdy jedna z koleżanek opowiadała kolejną historię ze swoich seryjnych podbojów – pozazdrościć barwnego życia towarzyskiego – ona wysunęła z torebki smartfona i napisała szybkiego SMS-a do mężczyzny z pytaniem, czy wszystko w porządku. Troska była u niej odruchem bardzo naturalnym, wkodowanym w DNA i nie ograniczała się wyłącznie do osób bliskich. Byeok, bo tak nazywała go w myślach od pierwszego dnia, w którym zaczęła się jej, bardzo wątpliwa przygoda z bycia ochranianą, należał do jej otoczenia – a przez to mogła znacznie sprawniej odnotować, że coś było nie tak.
  SMS był bardziej prośbą o formalne potwierdzenie wstępnej tezy – coś było nie tak – niż faktycznym pytaniem z prośbą o udzielenie odpowiedzi.
  Po tym, jak jej odpisał – mogła śmiało założyć, bez czytania, że odpowiedź będzie zbywająca – potrzebowała tylko kilku chwil, aby sprytnie wymiksować się z reszty spotkania. Podziękowała dziewczynom – choć mocno rozczarowanym, to jednocześnie rozumiejącym i nie naciskającym – za spotkanie i zapewniła, że na kolejne też się stawi, jak tylko znajdą termin.
  A potem ulotniła się z lokalu, wychodząc na ulicę i zmierzając, z krótkim tylko spojrzeniem w stronę ochroniarza, w stronę swojego samochodu. Wsiadła do pojazdu i odczekała tylko parę sekund, zanim i on znalazł się w środku, zanim wczepiła swoje uważne spojrzenie w jego twarz.
  Jego oczy błyszczały – i to nie w ten Disney’owski sposób – a gdy to odnotowała, najpierw rozwarła wargi, jak gdyby coś chciała powiedzieć. Ale wciąż milczała. Sięgnęła powoli, choć stanowczo w kierunku jego twarzy, dotykając wierzchem dłoni najpierw jego czoła, a później policzków.
  Poczuła na swojej skórze gorąco jego własnej i nie potrzeba jej było dłuższej analizy, by tę anomalię w dość prosty sposób sklasyfikować:
  — Jesteś chory — stwierdziła oczywistość. — Wracamy do domu — dodała, odejmując rękę od jego twarzy.
  Nie potrzebowała ani jego zgody, by podjąć taką decyzję; ani żadnego słownego potwierdzenia, czy faktycznie był chory, bo akurat co do tego faktu była pewna.
  — Po drodze zatrzymam się w aptece i kupię leki, bo nie pamiętam czy mam wszystko, czego będziesz potrzebował. — Wejście w roli kogoś, kto się chorym mężczyzną przyszło jej zaskakująco naturalnie; nawet jeśli nic większego ich nie łączyło, a dbanie o niego technicznie nie leżało w zakresie jej obowiązków. — Boli cię gardło? Masz katar? A masz na coś alergię? Na jakieś leki?— To było tylko kilka pytań, które musiała zadać, a w oparciu które miała dokonać późniejszych zakupów w aptece. W aptece, do której właśnie zmierzała.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wydawało się, że wszystko jest w porządku, dopóki to dziwne uczucie nie zaczęło być niebezpiecznie irytujące. Z całych sił starał się je ignorować i skupić na swojej pracy, ale miał wrażenie, że ból w pewnym momencie zaczął nachodzić także na jego oczy, które zaczęły się same z siebie mrużyć. I nawet jeśli znajdował się niedaleko dziewczyny, która go interesowała, to nagle wydawało się, że ta odległość jest jakaś… większa. Wszystkie dźwięki z minuty na minutę zdawały się być coraz bardziej przygłuszone i chociaż swoje spojrzenie lokował w Maelle, to w pewnym momencie nawet ona stała się mniej wyraźna.
Ignorował to uczucie tak długo jak mógł. Nie zamierzał o tym myśleć, chociaż czuł, że coś jest nie tak. On był człowiekiem, który nie chorował. Nie miał przeziębienia, ani anginy. Nie miał problemów z kaszlem, bólem gardła czy zatokami. Wydawało się, że był tak mocno zahartowany, że absolutnie nic go nie ruszało.
W dalszym ciągu jednak był człowiekiem.
Gdy otrzymał od niej wiadomość tekstową na telefon, spojrzał na nią i odpisał dokładnie tak, jak każdy by podejrzewał: że wszystko u niego w porządku. Nigdy nie narzekał, nigdy się nie skarżył. Miał swoje priorytety i ochrona kogoś była zdecydowanie wyżej niż jego własny komfort. Nigdy też nie chodził na L4 bo u niego coś takiego zwyczajnie nie istniało. No chyba, że Giovanni sam stwierdzał, że ma odpocząć po tym, jak prawie nie umarł.
W momencie jak dziewczyna się ulotniła ze swojego spotkania, on także nie zamierzał spędzić tu ani minuty dłużej. Wstał od stołu, opłacił kawę i odszedł w stronę zaparkowanego pojazdu. Każdy krok wydawał się być stawiany przez jego ciało, ale w innym wymiarze. Szedł, ale była to głównie pamięć mięśniowa oraz ostatki świadomości, która powoli przestawała dobrze funkcjonować przez coraz bardziej rosnącą temperaturę ciała.
Wszedł do auta w milczeniu i zamknął za sobą drzwi. Czuł od początku jej spojrzenie na sobie, ale nie zamierzał go komentować. Zerknął na nią z cichym zapytaniem czy zamierza odpalić auto, ale to właśnie wtedy sięgnęła do jego twarzy. Automatycznie się napiął. To był odruch z którym nigdy nie walczył, a który miał od zawsze. Nie zabrał jednak jej dłoni, tylko pozwolił jej na ten gest, dokładnie obserwując przy tym jej wyraz twarzy.
Z bliska była wyraźniejsza.
Jesteś chory.
Nic mi nie jest — odpowiedział niemalże od razu, odwracając się od ręki, którą zabrała.
Mógłby umierać i się wykrwawiać, a i tak powiedziałby, że wszystko jest w porządku. Już nie raz i nie dwa tak było, nawet gdy już jedną nogą był po drugiej stronie. Może pewnego pięknego dnia nauczy się przyznawać do słabości i mówić, że jest z nim źle.
Brew mu drgnęła wyżej na jej inicjatywę. Nie potrzebował jej, nie prosił o nią, a mimo to wydawała się przejmować jego wątpliwym stanem. I nie brać do siebie jego zapewnień, że czuje się świetnie.
Dziwne, że nie uwierzyła, Damon.
Nie, nie, nie i nie — odpowiedział sucho, sięgając dłonią do rozpalonej skroni. Nie gorączkował. Nie pamiętał kiedy ostatnio był faktycznie chory, a nie się wykrwawiał przez postrzelenie czy inne dźgnięcie. Poza tym, podniesiona temperatura była przecież niczym w porównaniu do tego, co zwykł przechodzić. A przynajmniej tak mu się zdawało. To, że jego organizm odmawiał posłuszeństwa było zwykłą niedogodnością. — Mówię, nic mi nie jest. Jedź do domu — nakazał.
Jak typowy uparty człowiek, zamierzał się trzymać tego, że sam sobie poradzi. Nie mógł jej jednak siłą zatrzymać w aucie gdy zajechała do apteki, aby zakupić kilka potrzebnych, według niej, leków. Wywrócił na to jednak oczami, gdy zatrzaskiwała drzwi od auta.
Gdy wrócili do domu, wysiadł z auta już o połowę słabszy. Wydawało mu się, że nogi ma jak z waty, a świat jeszcze bardziej się rozmył. Zachwiał się na ułamek sekundy, ale szybko odzyskał równowagę. Zmrużył oczy kierując się do środka domu. Gdy tylko znalazł się w środku, upewnił się jak zawsze, że nic nie wyglądało inaczej.
Dopiero wtedy usiadł na kanapie czując jak bardzo jest mu gorąco. Pot spływał mu po skroniach, a oddech był płytszy niż zwykle. Powieki ciężkie, tak samo jak każda pojedyncza kończyna. Dziwne uczucie osłabienia, którego nie mógł zwyczajnie przezwyciężyć.
Całe, kurwa, szczęście, że nie musiał dalej siedzieć w tej pieprzonej kawiarnii.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Oczywiście, że nic mu nie było.
  Innej odpowiedzi nie spodziewała się po nim, chociaż wcale nie byli szczególnie blisko, ani nie znali się zbyt długo Ba – zasadniczo nie dążyli do poznania się poza tym, co on sam uznał za konieczne do wykonywania pracy. Ona starała się tę ‘pracę’ nieco ocieplać, ale nigdy na siłę, jedynie przemycając pewne elementy, które raczej nie mieściły się w zakresie ochroniarz-ochraniana.
  Oczywiste było też to, że mimo jego zapewnienia poszła do apteki, by wyposażyć się odpowiednio, choć jeszcze nie wiedziała na co. Biorąc pod uwagę to, jak wyglądał i jak rozpalony był, wolała przygotować się nawet na dramat. I to nie dramat w postaci mężczyzny umierającego na katar z temperaturą 36,7 stopni.
  Wodziła za nim zmartwionym spojrzeniem, kiedy zaraz po wejściu do domu, zamiast usiąść, zaczął pracować. Szanowała jego robotę, nawet jeśli była jej ofiarą, dlatego nie siłowała się z nim od progu, kierując do łóżka, a jedynie czekała, kiedy sam uzna, że może spocząć.
  Poza szacunkiem do jego pracy miała też świadomość, że nawet gdyby się go uczepiła i próbowała zaciągnąć do łóżka, w celu zupełnie innym, niż zwykle sugerowało to określenie, to nie dałaby rady go pokonać. Choć, jeśli zajdzie taka konieczność, to pewnie spróbuje.
  Drgnęła z miejsca dopiero, gdy opadł na kanapę. Wtedy stanęła przy nim, mierząc spojrzeniem jego twarz.
  Lwia zmarszczka wyryła się na skórze między jej brwiami, a potem znowu ostrożnie dotknęła jego czoła, choć było to bardziej odruchowe, niż konieczne. Wyglądał gorzej, niż w momencie, w którym wsiadał do samochodu.
  — Połóż się — poleciła, mieszając w głosie łagodność i stanowczość. Nie była pewna, czy ten jego upór był wkodowany w jego DNA, czy jednak sam sobie go wyrobił, ale wiedziała, że istniał, był realny i mógł sporo utrudnić. Zarówno jej, jak i jemu. Oczywiście, że mogła, w przypadku oporu, wszystko olać i zostawić go sobie samego – w końcu był dorosłym facetem, w dodatku takim, z którym nie łączyła jej żadna większa zażyłość. Mogła. Problem w tym, że najprawdopodobniej by nie potrafiła tego tak zostawić i to tak po prostu. Dopóki nie dałby jej popalić; dopóki sama by się nie przejechała na tym.
  Bo była dobra, była pomocna i była wrażliwa, ale nie była popychadłem. Ani desperatką.
  Wsunęła mu pod głowę miękką poduszkę, kiedy ostatecznie udało jej się nakłonić go do zmiany pozycji – obojętnie czy siłą perswazji, czy własnych mięśni, które przy jego wyraźnym osłabieniu miały nagle znacznie więcej do powiedzenia.
  Sięgnęła po złożony pled z fotela obok i rozłożyła go, narzucając na mężczyznę. Wszystko robiła odruchowo, naturalnie – bez poczucia jakiegokolwiek dyskomfortu, że właśnie próbuje spacyfikować i położyć obcego chłopa, metr dziewięćdziesiąt, we własnym domu. Robiła to tak, jakby nie było w tym nic niezręcznego.
  Nie zaciągnęła jednak okrycia pod jego brodę, przykryła go od nóg do pasa i zatrzymała się:
  — Jest ci bardziej zimno czy gorąco? — dopytała, zawieszając się w połowie ruchu, zerkając na niego. — To pytanie zamknięte z tylko dwiema opcjami do wyboru — dodała, jeszcze zanim zdołał odpowiedzieć; zamierzała chociaż spróbować odebrać mu możliwość kolejnego ‘nic mi nie jest’, w które nie uwierzyłaby ani ona, ani on, ani nikt przy zdrowych zmysłach, gdyby tylko go zobaczył.
  Puściła po tym pytaniu krawędź pledu i odwróciła się, aby wziąć ze stolika kawowego jeden z wcześniej przyniesionych przedmiotów. Uklęknęła przy kanapie, tak po prostu, wyciągając w stronę mężczyzny termometr. Nie ten rtęciowy – wyszła już z epoki dinozaurów, ale elektroniczny.
  — Zmierz sobie, proszę, temperaturę — powiedziała.
  Nie była to prośba, ale też nie był to rozkaz. Coś idealnie plasującego się pomiędzy uprzejmością a stanowczością, która nie chciała znosić sprzeciwu – i to wcale nie dlatego, że potrzebowała kontroli, a przez fakt, że potrzebowała się nim zaopiekować.
  Nawet jeśli jej o to nie prosił.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeszcze nigdy wcześniej się tak nie czuł. To było niezwykle dziwne, zdejmujące wręcz uczucie bezsilności, któremu nie mógł się przeciwstawić. Nawet kiedy się wykrwawiał nie czuł się w ten sposób. Jego ciało drżało, chociaż było mu ciepło. Pot spływał mu po skroniach, plecach i klatce piersiowej, odczuwając maksymalne osłabienie każdej kończyny. Nie chorował często, w zasadzie nigdy, więc było to dla niego… nowe.
Kanapa więc wydawała się być doskonałym pomysłem, aby odpocząć. Chociaż teraz to nawet podłoga była odpowienia, a pewnie też nieco chłodniejsza.
Podniósł z trudem na nią spojrzenie gdy się odezwała. W zasadzie nie wiedział czy chciał się z nią kłócić, bo czuł, że nie miał na to siły. Machnął jednak na nią ręką w geście, który miał jej mówić, aby sobie poszła. Bo przecież on sobie świetnie sam poradzi, musiał po prostu na chwilę usiąść, by świat przestał się kręcić i zyskał na ostrości.
Ale ona była równie uparta.
W końcu się poddał. Położył się i teraz, gdy jego mięśnie zluzowały, poczuł jak bardzo jego ciało jest osłabione. Nienawidził tego, bo chociaż umysł chciał zrobić coś więcej, to każda komórka odmawiała posłuszeństwa. A jednak w dalszym ciągu starał się jakkolwiek funkcjonować i analizować. Obserwować to gdzie była i co robiła.
W dalszym ciągu nie rozumiał dlaczego ktoś miał okazywać mu jakiekolwiek zainteresowanie. Jego choroba nie była jej zmartwieniem, a jednak w tej chwili narzucała koc na jego nogi, wcześniej zajeżdżając do apteki po jakieś specyfiki. Nigdy nie oczekiwał bliższych relacji z ludźmi, których ochraniał. Było mu to nie na rękę, bo kiedy człowiek się przywiązywał, tracił na swoim profesjonalizmie. Nie miał zbyt wielu uczuć, a jak już miał, to nie zwykł się nimi kierować. Czasami jednak było to silniejsze i wpływało na podejmowane decyzje.
Dlatego bronił się rękami i nogami. Dystansował się, bo nikomu to nie było potrzebne.
Otworzył powieki, które w tej chwili wydawały się być cięższe niż kiedykolwiek, i spojrzał na nią. Przez chwilę nie odpowiadał, jedynie się w nią wpatrywał, jak gdyby samemu chcąc wyczuć w którą stronę szły jego odczucia temperatury. I zastanawiając się czy jest w ogóle sens jej odpowiadać.
Zimno i gorąco — rzucił. Nie umiał się dokładnie określić, ale to dlatego, że napady ciepła oraz dreszczy nie miały żadnego schematu. Wiedział tylko, że z minuty na minutę wydawało się być coraz gorzej. W kawiarni się jeszcze trzymał. W aucie także. Pod koniec drogi do domu czuł jednak, że gorąco buchające od niego staje się nie do zniesienia i pochłania wszystko dookoła.
Podążał za nią wzrokiem, aż nie wyciągnęła w jego kierunku termometru. Zmarszczył brwi.
Po co? — Abyś się pytał, Damon.
Nie chciał się jednak kłócić, bo nie miał na to siły, więc ostatecznie wziął urządzenie i wsadził je sobie pod pachę na tak długo, dopóki nie zaczęło piszczeć z informacją, że czas je wyciągnąć. Nawet nie spojrzał na ekran, aby zorientować się ile pokazało. Po prostu przekazał je od niechcenia dziewczynie z temperaturą wskazującą ponad trzydzieści dziewięć i pół stopnia.
Prześpię się i będzie lepiej, nie musisz tu być — powiedział.
Miał przynajmniej taką nadzieję, bo nie gorączkował od dzieciaka, a w ten ekstremalny sposób jeszcze nigdy się nie czuł. Zwykle też nie przyjmował leków chyba, że ktoś je w niego wmuszał. Nic więc dziwnego, że jego sposobem leczenia było „wyleżenie” tego. I wypocenie w męczarniach.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Zacisnęła wargi, hamując ‘po jajco’, które cisnęło się na jej usta. Po dwóch sekundach procesowania wypowiedzi, odparła:
  — Bo chcę wiedzieć jaką masz temperaturę i sprawdzić czy jest bardzo źle. — To było cierpliwe, chociaż dotarcie do tego punktu kosztowało ją sporo. Całe dwie sekundy, w trakcie trwania których zdążyła naliczyć aż do sześciu.
  Była gotowa samodzielnie wsadzić mu ten termometr pod pachę, gdyby jej odmówił, ale szybko okazało się, że chyba nie potrzebowała termometru, aby stwierdzić, że jest źle, bo oto Damon sam, ostatecznie, spełnił jej prośbę.
  Żart ten jednak bardzo szybko i źle się zestarzał, bo gdy otrzymała urządzenie z powrotem z ukończonym pomiarem, zorientowała się w tym, że jednak, w istocie, było kiepsko. Miał bardzo wysoką temperaturę i przez dłuższą chwilę rozważała wezwanie lekarza lub pogotowia – szybciej tego drugiego, bo nie znała lekarzy, którzy przyjechaliby do niej na cito do domu. E-wizyta na niewiele by się zdała.
  Początkowo też zignorowała jego słowa, które bagatelizowały całą sprawę. Było to swojego rodzaju paradoksem, bo szybciej by go podejrzewała – jak każdego faceta – o pokładanie się jak na łożu śmierci w momencie, gdy termometr wykazywałby podniesienie temperatury o jedną dziesiątą stopnia ponad normę.
  — Nie muszę — powtórzyła w zamyśleniu, nie puentując tego niczym więcej. Wyciągnęła lekarstwa z torebek z apteki i przejrzała je, wybierając zestaw, którym ją zawsze leczono. Wzięła coś na zbicie gorączki, bo to było teraz najistotniejsze. Przeszła do kuchni, by wrócić z niej ze szklanką wody oraz zwilżonym, niewielkim ręcznikiem.
  Postawiła szkło na stoliku i ukucnęła z powrotem przy mężczyźnie, wyciągając w jego stronę leki, po które sięgnęła.
  — Daję ci na razie paracetamol. — Aż dwie tabletki. — I musisz to popić. Najlepiej całą szklanką, ale jestem gotowa negocjować do połowy. — Przysunęła drugą dłoń, w której trzymała naczynie z wodą.
  I w planach miała wisieć nad nim aż do skutku. Gdzie nawet mogłaby zadowolić się, przynajmniej na ten momenty, zwyczajnym wzięciem tabletek i popiciem ich. Ostatnie, czego chciała, to konieczność wpychania mu do gardła leków jak z psem. Nigdy psa nie miała, więc nawet nie wiedziałaby, jak się do tego zabrać.
  Gdy wywalczyła z nim co najmniej minimum, którego od niego oczekiwała, zaciągnęła pled, okrywając go szczelnie.
  — Dam ci teraz zimny okład na czoło, bo musimy zbić tę gorączkę — powiedziała ze spokojem. Dała mu kilka sekund na oswojenie się z jej postanowieniem, ewentualne protesty – których nawet nie uwzględni, po czym przyłożyła wilgotny materiał do jego czoła. — Postaraj się zasnąć, jak coś to będę obok.
  Według jego teorii, to prześpi się i będzie lepiej. I miała szczerą nadzieję, że tak będzie.
  Przygasiła część świateł, zostawiając tylko to w kuchni, aby mieć drogę do miejsca wymiany okładu widoczną. Z piętra zniosła sobie torbę z laptopem i rozbiła niewielkie obozowisko na podłodze, plecami opierając się o kanapę, na której leżał, gdzieś na wysokości jego nóg. Wyciągnęła sprzęt i otworzyła zaległe notatki z uczelni, by nadrobić program i jednocześnie zająć czymś myśli.
  Nie brała pod uwagę tego, aby się stąd ulotnił. Tak jak mówiła – nie musiała tu być. Ale postanowiła, że będzie. Choćby po to, aby monitorować jego stan i móc wymieniać na bieżąco okłady na jego czole. Ona jego własnego zdrowia nie zamierzała bagatelizować – pomimo tego, że nic mu nie była winna, bo przecież był tylko jej ochroniarzem.
  W jej perspektywie, nawet jeśli był tylko ochroniarzem, to przez fakt, że mieszkał z nią, czasem z nią rozmawiał, nie było opcji, aby się nim nie przejęła.

Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
30 y/o
Indulge in local cuisine
190 cm
były agent czarnego wywiadu Korei Północnej
Awatar użytkownika
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dobrze, że chociaż wiedział do czego służy normalny termometr, bo w tym temacie, chcąc nie chcąc, był już wyszkolony. Nie obchodził go jednak wynik, który wyświetlał się na ekranie. Nie brał nigdy leków, chyba, że antybiotyki po postrzale czy innym zakażeniu. Medyk Giovanniego był przygotowany na wszelkie możliwości, ale zwykle go po prostu szył, gdy była potrzeba lub przetaczał krew. Raczej nie dzwonił do niego z katarem czy właśnie gorączką.
Gdyby też miał się leczyć na własną rękę, to na pewno by też nie brał żadnych lekarstw, bo byłby zdania, że samo się wypoci lub minie następnego dnia.
Nie miał też siły, aby się z nią wykłócać. Zwrócił uwagę na to, że mówienie kosztowało go naprawdę sporo wysiłku, co było niezwykle upierdliwe. Nie żeby ciągle gadał, ale kiedy trzeba to mówił co myślał.
Spojrzał na wyciągnięte w jego stronę tabletki. Brew mu mimowolnie drgnęła w niemym pytaniu, ale odpowiedź szybko przyszła. Paracetamol.
Aktualnie może być równie dobrze cyjanek — odpowiedział. Nie miał powodów, aby ją podejrzewać o jakieś podrabiane tabletki czy faktyczną truciznę, ale jego brak ufności do ludzi był zwyczajnie wrodzony. Nawet Rohana podejrzewał o złe zamiary za każdym razem jak wciskał mu coś do żył.
Bez dalszych dyskusji sięgnął jednak po tabletki oraz szklankę z wodą. Jednym, w miarę sprawnym ruchem, wcisnął je sobie do ust i popił. Miał wrażenie, że nawet przełykanie powodowało problemy, nie mówiąc już o podniesieniu się do pozycji siedzącej, bo świat ponownie zaczynał wirować dookoła.
Oddał jej szklankę i ponownie się położył, układając głowę na poduszkę. Teraz wydawało się, że była jak z ołowiu i wszystko dochodziło do niego w zwolnionym tempie. Ulgę przyniósł mu jednak zimny okład, który poczuł na swoim rozpalonym czole. Musiał przyznać, że ten jeden, głupi ręcznik robił większą robotę niż cokolwiek innego.
Wysłuchał jej, ale przez cały czas nie umiał zasnąć, chociaż powieki miał wyjątkowo ciężkie. Obserwował ją niczym pies. Oglądał się, gdy odchodziła i nasłuchiwał co robiła, gdy znikała z jego pola widzenia. Dokładnie jakby coś miało się jej w tym czasie stać. Dopiero gdy wróciła i usiadła obok, na ziemi, mógł się mimowolnie wyluzować. O ile można to było tak nazwać. Fakt, że miał ją w zasięgu wzroku uspokajało jego wewnętrzną potrzebę kontroli i ochrony.
Nie zamierzał się z nią też kłócić, aby szła do siebie i przy nim nie siedziała. Teraz, jak był osłabiony, lepiej dla niego było, jak znajdowała się obok. Chociaż na głos by tego przecież nie przyznał. Wbiegnięcie jednak po schodach na pierwsze piętro, w tym stanie, mogło mu zająć o wiele więcej czasu niż normalnie.
Przez krótką chwilę ją jeszcze obserwował, chociaż jego wizja była mocno zamazana. W końcu jednak się poddał i przymknął oczy, poddając się temu przyjemnemu chłodowi, który ostudzał jego rozgrzane czoło. Był paskudnie zmęczony, ale do ostatniej chwili pilnował się, aby nie zasnąć.
Aż w końcu organizm sam zdecydował za niego.
Nie miał jednak spokojnego snu. Oddychał ciężko. Drżał. Telepał się z zimna, chociaż jego skóra była niemalże gorąca. Jego ciało walczyło z chorobą, która rozkładała go od środka. I jak zasnął, tak nie mógł się wybudzić. Pot spływał mu po skroniach, klatce piersiowej i nawet plecach. Nie spał spokojnie, bo zwyczajnie wszystko go bolało.
Byle rano było lepiej.

Maelle Lennox
26 y/o
For good luck!
166 cm
doktorantka archeologii Environment and Climate Change Canada
Awatar użytkownika
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poszło nawet łatwiej niż przypuszczała – właściwie w cholerę łatwiej, bo nawet nie musiała renegocjować tej wody, ponownie zapewniać go, że pojedyncza tabletka nie pozbawi go automatycznie wątroby ani nawet tłumaczyć, że zamknięcie oczu nie oznaczało kapitulacji, utraty honoru i natychmiastowego zwolnienia z pełnionej funkcji ochronairza. Wypił, połknął lek a potem po prostu pozwolił sobie odpłynąć, chociaż to zgadywałą, że to ostatnie nie było świadomym pozwoleniem, tylko strajkiem jego własnego, zmęczonego organizmu.
  Mogła zająć się sobą. I nawet to zrobiła, przyniosła laptopa, notatki oraz książkę, którą zaczęła jakiś czas temu i zostawiła gdzieś w połowie rozdziału.
  Początkowo nawet udawało jej się skupić, chociaż po kilku minutach zauważyła, że wzrok przesuwał się po tych samych zdaniach a ona zamiast ich treści zapamiętywała sposób w jaki Damon oddychał, kiedy robił to głębiej, kiedy ciszej i jak długo nie poruszał się wcale. Nie było w tym nic niepokojącego. Spał. Ludzie podczas snu zazwyczaj się nie ruszali albo przynajmniej nie bez przerwy, ona natomiast nie miała żadnego racjonalnego powodu żeby za każdym razem podnosić spojrzenie i czekać aż jego klatka piersiowa ponownie się uniesie. Robiła to jednak i podobnie przy okazji wymieniała okład częściej niż było to konieczne, poprawiała pled chociaż zsunął się zaledwie o kilka centymetrów i sprawdzała skórę na jego czole
To przecież było absolutnie normalne
  A tak naprawdę wślizgiwało się w nią przejecie. Powoli, tak że początkowo nawet go nie odnotowała, bo przecież zawsze taka była. Pomagała kiedy mogła, martwiła się kiedy ktoś dawał jej ku temu powód i nie potrafiła spokojnie siedzieć obok człowieka, który ewidentnie potrzebował opieki tylko dlatego, że nie należał do grona osób bliskich. A Damon nie należał. Był obcym facetem, który pewnego dnia znowu wtargnął do jej domu, rzucił nią o deski a później już w tym domu został, czy tego chciała czy nie.
  Może chodziło o to, że nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. Zawsze był napięty i świadomy wszystkiego co znajdowało się w jego otoczeniu, nawet kiedy pozornie zajmował się czymś innym. Teraz nie obserwował, nie nasłuchiwał. I nie mógł zareagować ani zdecydować za nią co było bezpieczne, a co nie i po raz pierwszy od chwili kiedy pojawił się w jej życiu nie miała poczucia, że w każdej sekundzie była przez niego kontrolowana.
Bo wręcz przeciwnie.
  Teraz był bezbronny. Względnie, bo nadal był wielkim chłopem zdolnym prawdopodobnie zrobić jej krzywdę nawet z gorączką i jedną działającą kończyną i to pewnie nawet nieopatrznie i bez przebudzenia się. Nie chodziło jednak o to – oficjalnie teraz podlegał czemuś, czego ani on, ani tym bardziej ona nie mogli kontrolować i co w dużym przypadku zależało od losu.
  Gdy kolejny raz sprawdziła okład materiał był już ciepły, a on po raz pierwszy nie zareagował kiedy zdjęła go z czoła. Wcześniej przynajmniej marszczył brwi albo nieznacznie odwracał głowę, teraz nie zrobił absolutnie niczego. Dotknęła jego policzka, później szyi i przez chwilę została w tej pozycji, czując pod palcami podejrzanie szybki puls.
  — Hej, panie ochroniarz — odezwała się szturchając dłonią jego ramię początkowo lekko i ostrożnie, ale w związku z brakiem jego reakcji – stopniowo coraz bardziej. — Obudź się na chwilę, musisz się napić.
  Odczekała kilka sekund. Oddychał, wiedziała że oddychał i widziała to całkiem wyraźnie, ale problem polegał na tym, że nie reagował i to z każdą sekundą nakręcało ją coraz bardziej.
  — Halo! — szturchnęła go nieprzyzwoicie mocniej w ramię – zasadniczo w nie uderzając z pięści. — Byeok! — Po raz pierwszy określiła go tak, jak zawsze nazywała go w myślach od dnia, w którym wrócił do tego domu i zdecydował, że zostanie – czy jej się to podobało czy nie. — No, dalej. Nie rób mi tego. — Nawet nie odnotowała, że jej głos już od kilku słów wcześniej zaczął drżeć, a później i łamać się. — Bo zadzwonię po policję i nie będziesz mógł się ulotnić zanim przyjdą i nie wyjdę na foliarę — dodała, żałośniej niż planowała. Realnie sięgnęła po telefon, choć nie po to, by dzwonić po mundurowych.
  Po służby – chociaż w jego przypadku medyczne.


Damon Tae
piesek
hit me with your best shot
ODPOWIEDZ

Wróć do „#12”