ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To śmieszne jak wiele razy mówił sobie, że już dosyć.
Jak wiele dni spędzał na tęsknocie za ludźmi, którzy byli tuż obok. Tak blisko, a jednak zawsze niewystarczająco.
Jak często uśmiechał się fałszywie gdy ktoś mówił sugestywnie “wszędzie zabieracie go ze sobą”; jak często musiał słuchać odpowiedzi, że tylko się przyjaźnią. Jak wiele razy patrzył na Fran wtuloną w jego ramiona na jakiejś zasranej gali albo proszonym obiedzie u rodziców?
Bo przecież im było wolno. Byli razem.
Łykał tyle tych kłamstw, że powinien się nimi udławić, albo przynajmniej poznać ich smak na tyle, by nie robił wrażenia, ale każde zostawiało na jego sercu kolejną rysę. Każde było wyjątkowo ostrą żyletką. Cięło płytko, precyzyjnie, niewystarczajaco by zabić, nawet by mocno zabolało, ale ile takich cięć jeszcze wytrzyma, zanim zamieni się w pieprzone mielone?
Jak na razie szedł na rekord.
Każdy cholerny dzień, był kolejnym rekordem.
Ale czasem mu się ulewało. Tak jak dzisiaj.
Ponurym spojrzeniem odprowadził dwójkę facetów, jakichś ważniaków z pracy Tygryska, którzy wpadli na nich w barze akurat dzisiaj. Nie żeby dzisiaj było specjalne. Czasem wybierali się na drinka albo kilka, najczęściej w piątkowy wieczór żeby zmienić scenerię z domowej sielanki. I tak rzadko wychodzili gdzieś razem bez obaw, że trafią na kogoś znajomego. Jak się okazywało słusznie.
Przez bite pół godziny (Val wiedział dokładnie, bo więcej siedział w telefonie niż rozmawiał z ulizanymi dupkami) zawracali Theo dupę, a on jakoś nie potrafił ich spławić. Gdyby był na randce z laską, pewnie nawet by nie podbili. Pewnie nie zrobiliby tego nawet gdyby oficjalnie był jego facetem. Ale nie był.
Nie oficjalnie.
Val z trudem powstrzymywał się od warknięcia żeby spierdalali na wieżowiec z którego zeszli, huśtać się na krawatach. Nigdy nie rozumiał jak Theo mógł uczestniczyć w tej korporacyjnej szopce. To było wykańczające. Ale pieprzyć jego preferencje miejsca pracy. Miałby to gdzieś, byle by był szczęśliwy i się spełniał, gdyby tylko nie wpierdalała mu się w prywatę.
Gdyby oni nie byli od niej zależni.
Siedział więc przy stoliku z brodą podpartą na dłoni. W drugiej obracał prawie pustą szklankę piwa. Ciemne linie tatuaży wiły się po jego przedramionach, znikając pod rękawami czarnej koszulki. Dzisiaj byli ubrani całkiem podobnie, nie licząc tego, że Val jak zawsze miał na tyłku dżinsy, będąc święcie przekonanym, że w gaciach w stylu Theo wyglądałby idiotycznie. Do niego po prostu lepiej pasowały. Val wyglądał więc nieźle, ale był przeraźliwie znudzony. I wkurzony. Nie musiał nawet tego mówić, bo jego facet widział to jak na dłoni. Zresztą, mieszkając z kimś tyle czasu dostrzega się o wiele subtelniejsze rzeczy, a Val nie był teraz subtelny. Właściwie rzadko bywał. Następował moment, w którym gówno się wyleje, bo czasem musiało, żeby nie wybuchnąć komuś w twarz.
Wyprostował się ze złowróżbną leniwością i dopił resztkę. Siedzieli ramię w ramię. Dwa puste krzesła, które zostawili po sobie ci dwaj fagasi już zgarnął ktoś z licznego w piątkowy wieczór tłumu. Mieli więc widok na plecy ludzi przy barze i wszystkich, którzy kręcili się w przestrzeni między stolikami.
Odstawił szklankę ze stukotem, który utonął w szumie i zawiesił ciężkie spojrzenie na kochanku. Trwało to tylko chwilę, niewystarczająco by Theo powiedział więcej niż kilka słów prośby, przeprosin, zaprzeczenia czy cokolwiek miał teraz na końcu języka, widząc pociemniałe spojrzenie Vala.
Chwycił go za przód koszulki, szarpiąc w swoją stronę, co z boku wyglądało jakby chciał mu przywalić. Bo może chciał, chociaż nigdy naprawdę by go nie skrzywdził.
Jego usta znalazły się tak blisko jego warg, że Theo poczuł na nich gorzki od piwa, gorący oddech. Val mógł go pocałować, robił to niezliczoną ilość razy w zaciszu własnego domu, czasem w hotelach, na backstage'u, nawet w chacie swoich przyjaciół, ale prawie nigdy w zatłoczonym barze.
Kiedy wyczuł jak Theo instynktownie się spina, uśmiechnął się złośliwie.
- Tchórz - syknął w jego usta, na chwilę zsuwając na nie spojrzenie. Potem go puścił, odwracając wzrok wystarczająco szybko żeby nie dostrzegł w nim bólu. Co z tego, skoro i tak wiedział, że tam był? To nie pierwszy raz kiedy nazywał go tchórzem i nie pierwszy gdy ulewała się gorycz.
- Idę po kolejne, co chcesz? - zapytał, wstając z miejsca z miną tak przeraźliwie obojętną, jakby już mu się po prostu nie chciało, co w jakiś sposób było dużo bardziej przerażające niż ogień, w którym spalał zwykle siebie i świat.

Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Theodore Tellier od zawsze był nieco zamknięty w sobie. Jako dziecko rodzice zaszczepili w nim myśl, że na wszystko w życiu należy sobie zapracować. Zwłaszcza na miłość. Dlatego też nieustannie dawał z siebie wszystko, by móc na nią zasłużyć. Niestety, jego ojciec z matką nie należeli do ludzi, których można było łatwo zadowolić, wzgardzali wszystkim, co przeciętne, zwykłe lub typowe, odbierając mu tym samym cały arsenał środków, jakimi dysponuje większość dzieci, by zdobyć uznanie i uwagę dorosłych. Własnoręcznie namalowana laurka wydawała się błahostką; dobre oceny obowiązkiem; sukces punktem wyjścia dla kolejnych osiągnięć. Nie potrafił im zaimponować, a jego bystry umysł były brany za normę, bo w końcu nie mogli oczekiwać niczego innego po własnym dziecku, sami byli zdolni i zaradni – ich pierworodny nie mógł być inny.
Jako młodzieniec próbował się buntować, lecz jego wybryki nie zdawały się robić na nich wrażenia. Ani jawne łamanie zasad miru domowego, ani niepoważanie reguł socjety. Nawet wtedy, kiedy podnosił głos, albo gdy przychodził pijany lub skacowany na spotkania towarzyskie (będąc zdecydowanie zbyt młodym, by móc pozwolić sobie na takie ekscesy) wciąż wypadł lepiej na tle innych dzieciaków. Nie potrafił na tyle zbrukać własnego idealnego wizerunku, który zdołał zbudować, jednocześnie wciąż nie będąc wystarczająco idealnym, by zasłużyć sobie na rodzicielską czułość.
Pojawienie się Franceski w jego życiu okazało się punktem zwrotnym. Nie tylko wydawała się rozumieć reguły gry, które zostały im narzucone, lecz podobnie jak on widziała fałsz, który niczym rysa na szkle ramki, szpecił z pozoru idealny obrazek. I, jakkolwiek banalnie to brzmi, wydawała się dostrzegać prawdziwą naturę jego osoby, a nie ten skrojony na miarę potrzeb wizerunek, który przyległ do niego niczym druga skóra. Jej finezja pozbawiała go nieco tej surowości, którą przyjmował na co dzień. Otworzył się przed nią, jak przed nikim innym. Zaufał jak nikomu przedtem. Pokochał po raz pierwszy.
I Vega, miłość, która pojawiła się nieco później, lecz z siłą równie wielką, wywróciła jego świat do góry nogami. Dzięki Frankie Theodore nauczył się ufać, lecz dla Valentina zaufanie i oddanie wydawały się niewystarczające. Pragnął uwagi i miłości, na którą Theo pozwalał sobie jedynie w zaciszu, poza spojrzeniem świata. Było to cholernie dobre, sama świadomość tego, że ktoś akceptował cię takiego jakim jesteś i takim chciał cię przedstawiać światu, bez skrupułów i bez wstydu). Obezwładniająca. I przerażająca.
Nie potrafił oddać się im całkowicie. Nie był gotowy na pytania, które pojawiały się, gdy ktoś poczuł się zbyt swobodnie (dzięki własnemu tupetowi lub za sprawą alkoholu): Widziałem, jak na niego patrzysz, nie jesteś przypadkiem z Frankie? Gdy wydaje ci się, że nikt nie patrzy, wodzisz za nimi wzrokiem jak jakiś zakochany kundel, nie widzisz, że oni są już razem? Nie było go na tyle, by przeciwstawić się wprost tym przytykom, więc wybierał półśrodki, które były jednocześnie bezpieczne dla utrzymywania pozorów, jak i niebezpieczne dla jego własnego związku.
Theodore wiedział, że na miłość należało zasłużyć, a on tchórzliwie nie potrafił zapłacić za nią tyle, ile była w rzeczywistości warta.
Dlatego, gdy szli pieszo do baru nie wziął go za rękę. Zamiast tego objął go ramieniem – gestem niejednoczonym, mogącym zarówno oznaczać przyjaźń jak i zażyłość okazywaną jedynie kochankom. Wystarczająco czułym, by zaspokoić własną potrzebę czułości, jednocześnie na tyle niewinnym, by nikt nie mógł domyślić się jego znaczenia.
W barze, gdy natknęli się na jego dawnych znajomych z działu, w którym rozpoczynał swoja karierę, przedstawił swojego chłopaka z imienia i nazwiska. Bez etykiet – to mój przyjaciel, to mój chłopak, to mój bliski. Nie sądził, że krótka interakcja przedłuży się o trzydzieści minut. Nie sądził, że nie będzie chciał, aby się kończyła, bowiem chłopaki zwolnili się z posad, by wstąpić do projektów badawczych i Theo miał do nich tysiąc pytań. Żałował, z każdą upływającą minutą, że nie przedstawił Vala jako swojego chłopaka, bowiem ten siedział z coraz bardziej nachmurzoną miną i Tellier doskonale znał powód, dlaczego tak było. Gdy spotkanie dobiegło końca, z obietnicą ponownego zdzwonienia się, Theo poczuł zarówno ulgę jak i strach.
Mężczyźni z naprzeciwka wstali od stolika żegnając się kilkoma ciepłymi słowami i pozdrawiając miło Valentina, który większość czasu spędził wlepiając oczy w telefon. Gdy tylko zwolnili swoje krzesła, ktoś inny pobiegł, by móc je porwać i przywłaszczyć do swojego stolika. W pomieszczeniu panował tłok, a dźwięki przeplatały się ze sobą tworząc nieustanny gwar – mieszaninę brzęku szkła, śmiechu, rozmów, muzyki puszczanej z głośników, której Theo nie był w stanie rozpoznać.
Przez chwilę wbijał wzrok w miejsce przed sobą, lecz nagle poczuł mocny uścisk na koszulce i gwałtowne szarpnięcie. Instynktownie napiął ciało i zmarszczył brwi w irytacji, lecz do jego ust wpadł zapach piwa i oddechu Valentina, którego się nie spodziewał. Zamarł w zdziwieniu, które nie było spowodowane samą próbą pocałunku, a bardziej gwałtownością gestu. Poniewczasie zdał sobie sprawę z tego, że nie takiej reakcji spodziewał się jego chłopak, lecz było już za późno. Dostrzegł ból malujący się w jego pięknych, dużych oczach, które tak bardzo kochał.

Tchórz.

Słowo wybrzmiało w jego myślach w tym samym momencie, w którym opuściło ono usta Valentina. Jego barki nieco opadły, a wzrok spoczął na oblepionym od napojów stoliku.
– Cokolwiek – mruknął, choć zwykle jego zamówienia były określane z niemal aptekarską dokładnością – od rodzaju alkoholu, jego producenta, przez proporcje składników, aż po ilość lodu i sposób podania. Odprowadził wzrokiem mężczyznę i ze smutkiem przyglądał, gdy jakaś fanka rozpoznała go pośród tłumu, a on zamienił z nią kilka słów i w miły sposób spławił jej zaloty nie pozwalając jej przekroczyć granicy dobrego smaku. Czy to dlatego, że był w związku, czy może z powodu awantur, które rozgrywały się w domu, gdy w przeszłości jego interakcje z innymi pozostawiały zbyt wiele miejsca na domysły? Nie było to jednak ważne, liczyło się to, że Vega zmienił się – dla nich. I zarazem cieszyła go ta myśl, w ten samolubny sposób, bo oznaczało to, że Val myślał o nich na poważnie, że łączące ich uczucie nie było czymś przelotnym i nie próbował go zastąpić kimś innym, jak i smuciła. Bo on sam nie był gotów na podobne sprostanie wyzwaniom swojego chłopaka. I bał się, że pewnego dnia zmęczy to jego kochanie do tego stopnia, że… Wystarczy.
Sięgnął po chusteczki stojące w rogu stolika, by zetrzeć rozlane piwo i drinki zostawione po wcześniejszych gościach. Mokry zwitek zostawił na rogu licząc, że w końcu pojawi się jakaś kelnerka, która zabierze ją ze sobą. Opal głowę o ścianę i wyprostował nogi pod blatem. Wydawał się zmęczony gwarem, który dochodził z każdego zakamarku lokalu, lecz tak naprawdę był wyczerpany hałasem we własnej głowie. Sekwencją odtwarzaną raz po raz – szarpnięcie za koszule, zapach piwa i oddechu na twarzy, tchórz. Liczył, że do powrotu Valentina uda mu się wypchnie wspomnienie poza krawędzi świadomości, lecz gdy brunet opadł na krzesło obok, ono wciąż tkwiło na powierzchni.
– Przepraszam – szepnął, pochyliwszy głowę ku jego skroni. W jego głosie dało się dosłyszeć prawdziwą skruchę, lecz wiedział, że temperament Valentina nie zawsze pozwał mu na szybkie rozładowanie napięcia. – Est-ce que je peux t’embrasser maintenant ? Pas pour m’excuser… –

Valentin Vega
gall anonim
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

“Cokolwiek"
Zmrużył oczy, przez moment wbijając ich spojrzenie w Theo, jakby starał się rozgryźć, co ta nagła obojętność znaczy. Nie lubił kiedy zgrywał styranego życiem starucha bez ikry. Zawsze wolał gorącą kłótnie od mdłego jęczenia, ale z nim bywały niemal niemożliwe. Co tylko sprawiało, że nabierał większej ochoty żeby nim potrząsnąć.
Jasne - odparł szorstko, ale kiedy składał zamówienie przy barze, wziął dokładnie to, co Theo najbardziej lubił. Z taką ilością lodu i składników, jakby miał wszystkie te przepisy wyryte w głowie równie trwałe, co teksty swoich kawałków. Bo tak było.
Wiedział o nim, o nich, zdecydowanie więcej niż coś tak prozaicznego jak ulubiony drink czy ilość cukru w porannej kawie.
I to też go teraz wkurwiało. Powinien przynieść mu najbardziej gorzkiego browara jaki mieli, żeby poczuł chociaż odrobinę goryczy, którą sam teraz czuł.
Ale nie, gorzki browar był dla niego.
– Hej, jesteś Vivi, prawda?
Wysoki, dziewczęcy głos rozległ się przy jego uchu, kiedy barman właśnie zabierał się do przygotowania zamówienia. Val odwrócił się i lekko odchylił, bo dziewczyna, całkiem ładna, to jej musiał przyznać, stała zdecydowanie zbyt blisko niego. Rozpromieniła się, gdy na nią spojrzał.
– Kurczę, miałam rację! - pisnęła uradowana, nie dając mu nawet dojść do słowa.
Uśmiechnął się leniwie, odruchowo, przyzwyczajony do podobnych reakcji.
– Może chciałbyś dołączyć do mnie i moich kumpeli przy tamtym stoliku? - Wskazała dłonią gdzieś za siebie, gdzie Val nawet nie spojrzał. - Uwielbiamy Reliq i super byłoby cię poznać.
Wydawała się niegroźna, może nawet na niego nie leciała, może była zwykłą fanką, która chciała pogadać chwilę z gościem, którego muzykę lubi. Nie obchodziło go to, nie miał ochoty na fanów i tak naprawdę na nic. Chciał wrócić na chatę i zamknąć się z gitarą w swoim pokoju. Ale kiedy odparł, że jest tu z przyjacielem (chociaż prawda uparcie cisnęła mu się na usta) i jest dobrym kumplem, który do nie oleje, jej ton się zmienił, a spojrzenie stało sugestywne.
– Też może do nas dołączyć. - Nawinęła kosmyk jasnych loków na palec.
To nie najlepszy moment. Właśnie zerwał z dziewczyną i jest mu bardzo smutno i na razie nienawidzi wszystkich lasek.
Dziewczyna zrobiła smutną minę, pewnie bardziej z racji odmowy niż współczucia dla gościa po rzekomym rozstaniu, ale zaraz zalotny uśmiech powrócił na jej usta. Nie wydawała się też speszona.
– Szkoda. Cóż, to w takim razie miłego wieczoru? - wyciągnęła do niego rękę, a kiedy ją uścisnął, poczuł złożoną kartkę.
Heh, oldschool.
Zgarnął ją z jej dłoni i mrugnął porozumiewawczo, ale nie odprowadził jej spojrzeniem. Już odwrócił się do barmana, który właśnie stawiał na blacie ich drinki. Zmiął karteczkę w trzech palcach i wrócił do ich stolika, podsuwając zamówienie swojemu facetowi. Zgniecioną kartkę rzucił obok, tak niedbale jakby była tylko kolejna porcją wilgotnych chusteczek, którymi Theo przed momentem wycierał stolik jak jakiś pedant.
Atmosfera siadła i powinni wrócić do domu. Val nie miał już ochoty na randkę, skoro miała tak wyglądać. Dobra, może zachowywał się jak fochnięta laska, ale ileż, kurwa, można znosić to pieprzone udawanie?
Zerknął na Theo spod uniesionej brwi, kiedy się przychylił. Przeprosiny omiatające ucho wydawały się szczere, ale co z tego? Theo zawsze szczerze przepraszał i szczerze wierzył we wszystko, co mówił. W to, że go kocha, że brak obnoszenia się z ich związkiem nie wpływa na uczucia, że dokładnie tak samo traktuje Fran.
Gówno prawda.
Bał się tego, co powiedzą ludzie, jak zareagują jego starzy, jakby wiecznie potrzebował ich akceptacji, chociaż miał już na karku ponad trzy dychy.
Całe, kurwa, szczęście że z nimi nie mieszkał.
Francuskie frazy podążyły za przeprosinami gładko i polubownie. Val prychnął cicho i odwrócił głowę tak, że niemal zetknęli się nosami. Już samo to jak blisko siedzieli było sugestywne.
Wiesz co wkurwia mnie najbardziej? - zapytał retorycznie głosem niskim od irytacji, bo zaraz i tak go oświecił. – Że myślisz, że musisz pytać. I że tego po prostu nie zrobisz. Ja pierdolę, jak szczeniak z podstawówki.
Chwycił go za kark i tym razem nie dbał o to czy Theo się spiął, czy go potem za to opierdoli, a może będzie się w ciszy gniewał. Jebać to.
Przycisnął wargi do jego ust. Mocno. Trochę jakby chciał go ukarać. I jeśli Theo spróbował się cofnąć, to przytrzymał go mocniej. Sam chciał buziaka, to niech ma. Nie mówił kiedy chce go odebrać.
Nie pogłębił pocałunku, chociaż zrobiłby to bez wahania, gdyby mu pozwolił. Przelizałby się z nim na oczach fanek, które na bank wciąż zerkały w jego stronę, uświadamiając im dlaczego nie przysiadł się do ich stolika - bo dzisiaj miał ochotę na twardego fiuta, a nie miękkie cycki. I to było w porządku, bo nigdy nie ukrywał tego ani przed fanami ani przed nikim.

Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ciemne brwi Theo uniosły się w górę, a na jego twarzy pojawiło się napięcie, gdy zarówno niepokój, jak i lęk wyostrzyły jego rysy. Valentin rzadko kiedy bywał subtelny. Jego krew była jak benzyna, wystarczyła iskra, by zapłonął ogniem, którego nie sposób było ugasić. Tellier znał ten błysk w oku – pojawiał się, gdy padały słowa, których nie dało się już cofnąć, albo pięści, których nie dało się zatrzymać. Zarazem kochał, jak i nienawidził tej cechy u niego. Dzięki niej Vega wydawał się tak cholernie inspirujący – zawsze walczył o to na czym mu zależało, nie cofał się przed konsekwencjami i nie pozwalał na to, aby strach przejął kontrolę nad nim lub jego decyzjami. Tego rodzaju odwagi zawsze brakowało Teodorowi w życiu prywatnym. Potrafił walczyć wyłącznie wtedy, gdy w stawką było coś bezosobowego – praca, obowiązki, problemy innych ludzi. W kwestiach uczuciowych częściej wybierał ciszę niż słowa, ustępując innym. Przełykając słowa, które powinny paść.
Nie potrafił walczyć z ludźmi, których kochał.
Przede wszystkim z Vegą.
Czuł, jak rozdrażnienie i irytacja pulsują pod jego skórą, mieszając się z poczuciem winy i znajomym ciężarem bezradności.


Bo czy choć raz nie mógłby odpuścić? Czy zawsze musiał dać do zrozumienia całemu światu to co o nim myśli? Czy tak trudno byłoby na pół godziny schować dumę do kieszeni, przyłączyć się do rozmowy, w którą Theo był realnie zaangażowany i być obok niego?
Lecz czy mógł mieć do niego pretensje i żądać od niego, by chociaż s p r ó b o w a ł poznać jego znajomych, nawet jeżeli ci nie wiedzieli, że byli ze sobą w związku?


Przełknął ślinę, ale gula w gardle wciąż była na swoim miejscu – ciężka i uporczywa, jak wszystkie słowa, których nie potrafił z siebie wydusić. Nie podobało mu się to z jaką łatwością Vega potrafił sprawić, by poczuł się mały. Czasem wydawało mu się, że spluwał na kwestie ważnego dla niego; jak praca, rodzice, ta garstka ludzi, którą wpuszczał do swojego życia. Nie chodziło tylko o ten jeden wieczór. Czasem miał wrażenie, że każdy fragment życia, którego nie współdzielił z Vegą, ten traktował z obojętnością lub pogardą.
Gdy poczuł dłoń Valentina na karku i jego usta na swoich wargach nie zawahał się. Oddał pocałunek z równą pasją, przechyliwszy głowę w bok i kładąc rękę na boku szyi bruneta. Jego kciuk masował napiętą skórę pod szczęką, a usta bezlitośnie kradły oddech bruneta. Całował go w sposób, w który powinien się kłócić – gorąco, intensywnie i bez wahania – a gdy w końcu cofnął się na chwilę, by złapać nieco powietrza, przytrzymał między zębami dolną wargę chłopaka. Jego spojrzenie skrzyżowało się na chwilę z Vegą, a w oczach można było dostrzec wszystko to, co nie zostało wypowiedziane.
Frustrację.
Złość.
Żal.
Miłość.
– Jesteś jak zwierzę – mruknął cicho, a ślad akcentu zawibrował w jego głosie czyniąc jego wypowiedź niemal melodyjną. Pochylił głowę, aby móc przyłożyć usta do boku szyi Valentina nie po to, by go pocałować, lecz by ukryć twarz, na której malowało się o wiele więcej uczuć, niżby tego sobie życzył. – Zapytałem, bo wiem, że mógłbyś odgryźć mi usta, gdybyś akurat nie miał na to ochoty. – Ciche westchniecie owiało szyję Vegi, a długie palce Telliera zacisnęły się na jego lewym kolanie.
– Czasem zachowujesz się tak… – urwał nie wiedząc, co powiedzieć. Nie planował otwierać tego wątku, ani konfrontować się ze swoim chłopakiem. – Gwałtowanie. Na tyle, że nie widzisz, że staram się flirtować z tobą na zasranej randce i obracasz to w jakąś walkę o… sam nie wiem o co. Uwagę? Rację? –
Oderwał głowę od jego szyi i sięgnął po drinka, by przepić swoje słowa. Vieux carré rozlał w jego wnętrzu złudne poczucie ulgi, a smak przypraw, gorzkiej słodyczy i dębu oblepił jego usta pozostawiając po sobie równie intensywne wrażenie, co pocałunek.
– Et si tu pouvais avoir la décence de me parler un peu mieux, plutôt que comme à un chien, ce serait apprécié. –

Valentin Vega
gall anonim
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie spodziewał się po Theo gwałtowności. To znaczy, nie w ludnym barze. Ale ostatnim, co zamierzał teraz robić, było narzekanie.
Mruknął nisko prosto w jego usta, rozchylając je dla niego i biorąc tyle, ile chciał mu dać. Spijał z warg to, co dostrzegł w spojrzeniu tuż przed pocałunkiem. Cały ten ubrany w pasję, hamowany gniew. Całą prawdę o tym, co za fasadą perfekcyjnie zawiązanego krawata i wyprasowanej koszuli kryło się w jego grzecznym chłopcu.
Tak, daj mi to.
Val zawsze był zachłanny, we wszystkim. W muzyce, życiu, relacjach. Potrafił dawać z siebie wszystko, ale tego samego oczekiwał od świata. Nienawidził półśrodków. I właśnie dlatego między nim i Theo wciąż rozciągał się pas ziemi niczyjej, na której prowadzili cichą walkę o racje. Cichą ze strony Theo. Val rzadko się hamował. Ale były momenty, gdy między nimi sypały się iskry. Jak teraz.
Obaj oddychali płycej, kiedy wreszcie się od siebie oderwali.
Jakby na potwierdzenie późniejszych słów Telliera, Val zawarczał, wciąż jeszcze z wargą pomiędzy jego zębami. Oblizał ją potem, uśmiechając się szelmowsko.
- Lubisz to - odparł bezczelnie.
Obaj dobrze wiedzieli, że impulsywność i szczerość była dokładnie tym, co Theo najbardziej w nim lubił. Może zaliczała się do tego jeszcze opiekuńczość, ale według Vala była na końcu wyliczanki. Val natomiast, jakkolwiek marudził na stateczność swojego faceta, czasem naprawdę jej potrzebował. Theo był kotwicą w morzu nieposkromionych emocji.
Chyba, że akurat sam je wywoływał.
Val lekko odchylił głowę, pozwalając by kochanek wtulił twarz w jego szyję. Dla niego to, że tulili się do siebie w miejscu publicznym TAK JAK POWINNI, nie stanowiło żadnego problemu. Przyjął zachowanie Theo z ulgą i satysfakcją. Naturalnym gestem wsunął palce w jego włosy, przeczesując je czule. Wyczuwał jednak napięcie, zwiastujące że to dopiero początek czegoś, na co na pewno nie miał ochoty, a pocałunek był... cholera wie czym. Może miał go zmylić? Albo był próbą przygładzenia jego kolców? Cóż, zadziałałoby gdyby nie kolejne słowa, które momentalnie znów je nastroszyły. Tym razem jednak, Val jedynie westchnął.
- Idiota - mruknął z przyganą, ale w obeldze była jedynie czułość. Przycisnął usta do jego ucha. - Zawsze mam ochotę cię całować. - Nie kłamał. Nigdy by mu nie odmówił. Nawet gdyby na siebie wrzeszczeli, jego usta należały do niego. Theo mógłby zamknąć mu je na kilka długich minut. Mógłby też przekuć gniew w pożądanie, bo Val równie szybko zapalał się do kłótni, co do pieprzenia.
Sapnął przez nos, zbity z tropu jego kolejnymi słowami.
Walkę? I zaraz zaraz - to był flirt? Faktycznie nie wyłapał. Może dlatego, że Theo wyglądał wtedy jakby go przepraszał i próbował ugłaskać, a nie porzucić sprzeczkę na rzecz dużo przyjemniejszych rzeczy.
Cóż, trudno.
Nie zamierzał czuć się winien z powodu nieporozumienia, ale jak widać okazało się doskonałym powodem do otwarcia szamba.
Zmrużył oczy.
- To teraz moja wina, że się wkurwiłem, bo na zasranej randce wolałeś gadać z kumplami z pracy, przedstawiając mnie jako swojego przyjaciela?
Tu wcale nie chodziło o impulsywność, ale widać Theo bardzo chciał żeby ona stanowiła główny powód.
Kolejne słowa były jak policzek. Val zacisnął szczęki, prostując się na krześle. Wargi wciąż miał jeszcze wilgotne po pocałunku, ale teraz jego wspomnienie wydawało mu się równie gorzkie jak zimny browar.
Słowa o szacunku i przyzwoitości zabrzmiały dla niego obrzydliwie, może dlatego, że podobnych nasłuchał się w swoim życiu zbyt wielu i działały na niego jak przysłowiowa płachta na byka.
Momentalnie skoczyło mu ciśnienie.
- Ja pierdolę. Czy ty siebie słyszysz? Brzmisz jak czyjś stary. - Skrzywił się, patrząc teraz na niego, jakby go nie poznawał. Jakby był kimś obcym, bo może, kurwa, był. - Kiedy niby potraktowałem cię jak psa? O czym ty pieprzysz, Theo?
Nie sięgnął po swojego drinka, stracił ochotę nawet na to. Szum baru zaczynał go drażnić i musiał zapalić. Jeszcze chwila, a Theo sam będzie się bawił na zasranej randce.

Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lubisz to.
Czy lubił to? Dobry, kurwa, Boże. Uwielbiał to. I nie znosił zarazem. Ale tak, bez wątpienia był fanem tej zwierzęcej natury Vegi, która sprawiała, że każda kłótnia nosiła w sobie potencjał seksu, a pospieszne, gorączkowe poranki przed pracą były wypełnione głodnymi, pełnymi obietnic pocałunkami. Valentin był żywiołem, który starał się rozerwać na strzępy jego statyczną, uporządkowaną naturę, i o ile było to zawsze mile wiedziane w prywatnych ścianach ich wspólnego mieszkania, albo podczas wakacji, na których Theo nie dbał aż tak bardzo o zachowanie pozorów, tak na co dzień nie chciał żyć w ten sposób. Podobał mu się chaos wnoszony przez Vala do jego życia, ale nie potrafił funkcjonować w nim bez przerwy. Mierzył się więc z odwiecznym dylematem człowieka, który chciał mieć ciastko i zjeść ciastko. Pragnął namiętności, spontaniczności i dynamiki, lecz jednocześnie n i e p o t r a f i ł żyć bez kontroli i poczucia, że wszystko pozostaje na swoim miejscu. Obecny status quo był mu na rękę. Lecz… nie liczyło się tylko jego zdanie.
Gdy wtulał twarz w szyję chłopaka, którego palce delikatnie skubały jego kark i gładziły kosmyki włosów, podskórnie czuł, że wszystko było na swoim miejscu. Dokładnie tak, jak powinno. Głęboki, piżmowo-cedrowy zapach Valentina wdzierał się do nozdrzy wywołując w nim poczucie kojarzące się z bezpieczeństwem i domem. I był prawie gotów wpaść w tę pułapkę czułości i obietnicy, gdyby nie głos z tyłu głowy, który kazał mu przestać. Choć Theodore nie zdawał sobie z tego sprawy, żyjąc w zbyt dużym dystansie względem własnych uczuć i emocji, na przestrzeni lat nauczył się odsuwać od wszystkiego, co mogłoby go uczynić widocznym. Wolał gdy miłość istniała po cichu, za zamkniętymi drzwiami; nie mógł przyznać się do tego, że jej potrzebował. Ani, tym bardziej, komu ją okazywał.
Jeszcze przez kilka uderzeń serca pozwalał mężczyźnie gładzić swoje włosy, choć jednocześnie lęk zaczynał zaciskać palce na jego klatce piersiowej, odbierając mu swobodę oddechu i rozbijając rytm serca nie nierówne, ostre uderzenia. Żałował, że otworzył swój głupi pysk i bez zastanowienia otworzył ścieżkę do konfrontacji, na którą nie był gotów. Palce spoczywające na kolanie Vegi zacisnęły się nieco mocniej, gdy głos partnera stał się bardziej ofensywny, a szczęki mimowolnie zacisnęły się. Nie przepadał za prywatnymi kłótniami. Nie potrafił odnajdować się w ogniu silnych emocji, gdy słowa padały niczym pociski, a zdania zdawały się trafiać w miejsca, których sam nie chciał dotykać. Ani przed samym sobą, ani tym bardziej przed innymi.
– Tak właściwie, to przedstawiłem cię z imienia i nazwiska, nie przyklejając ci żadnej łatki – warknął rozdrażniony. Tellier poczuł jak napięcie powoli wpełza mu pod skórę, a uwaga zaczyna skupiać się na obronie przed czymś, czego sam nie umiał nazwać. Choć nie cierpiał się kłócić, gniew był prostszą emocją do okazania, niż to, co tak naprawdę szarpało jego wnętrznościami. W końcu o wiele łatwiej było popaść w irytację, niż przyznać się do tego, że prościej byłoby mu odsunąć od siebie własne szczęście, były nie mierzyć się z pytaniami, oceną i perspektywą tego, że świat nie zaakceptuje tego, co dla niego było naturalne.
– Ja jakoś nie narzekam na twoich znajomych z pracy, ani na fanki, które zaczepiają cię na ulicy i którym poświęcasz czas. Rozumiem jednak, że pół godziny z ludźmi z mojej pracy to już przekroczenie twoich granic? – oderwał dłoń od jego kolana, by zacisnąć ją na własnym udzie. Czuł, że ręce powoli zaczynają mu drżeć z frustracji, lecz nie chciał, by dostrzegł to Vega. Zacisnął palce na mięśniu starając się uspokoić. Przedstawił go tylko z imienia i nazwiska, prawda? Nie mianował go żadnym przyjacielem? Kurwa. Nie pamiętał. Był pewien swego, lecz słowa Vegi nieco zachwiały jego osądem.
– Jak czyjś stary? Chyba sobie, kurr – przerwał nie pozwalając przekleństwu opuścić do końca ust. Przełknął je w trakcie i wziął głęboki oddech, by nieco się uspokoić i odzyskać kontrolę nad głosem, który stawał się nieco donośniejszy niż zwykle. – Chyba sobie żartujesz. Nazywasz mnie szczeniakiem, łajasz mnie o brak akcji, zwracasz się do mnie brzydkim tonem i wyobrażasz sobie co? Że będę mieć z tym luz? Strasznie mnie wkurza to, że… - przerwał ponownie.
… to, że możesz mówić i robić co chcesz, bo tak wyrażasz siebie i wszyscy mają zrozumieć twoje emocje i reakcje, lecz gdy ja mówię ci, że mi się to nie podoba, to nagle staję się problemem.
Nie powiedział jednak tego. Może dlatego, że w głębi siebie czuł się problem? Nie potrafił zapewnić Valentinowi życia, którego pragnął. Swobody, na którą zasługiwał i do której miał prawo.
Sięgnął ponownie po szklankę, by napić się drinka i nieco stępić emocje.
– Nie chcę się kłócić. – wyznał zamiast tego poddając się zwątpieniu we własne racje. Nawet będąc zranionym nie potrafił wyzbyć się wrażenie, że to on był tą stroną, która ciągle zawodziła. – Przepraszam, że nazwałem naszą randkę zasraną. Nie miałem tego na myśli. –

Valentin Vega
gall anonim
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Val potrafił zachowywać się jak zwierzę, dawać upust instynktom, zdzierać gardło na scenie, w kłótni i łóżku, ale nie był nawet w połowie tak pojebany, jak większość rockowych gwiazdek. Nie pieprzył wszystkiego, co się rusza, nie miał wywalonego w kosmos ego, a z dragami skończył dobre kilka lat temu. Nawet nie zalewał pały tak często, jak kiedyś.
Był grzeczny.
I wbrew opinii swoich facetów, lubił rutynę i cenił święty spokój. Po części rozumiał też podejście Quentina, że nie trzeba się obnosić ze swoim związkiem. Tylko może i nie trzeba, ale MOŻNA. A skoro można, to Val nie zamierzał się kryć.
No i jako swoisty ekshibicjonista emocjonalny, bo każdy muzyk trochę nim był, lubił się chwalić. Więc gdyby mógł, wykrzyczałby światu swoją miłość. To znaczy, i tak to robił. Chłopaki wiedzieli, że każde you w jego kawałkach odnosiło się do nich obu. Ale dla świata było bezosobowe albo w najlepszym razie tajemnicze. A nie na tym mu zależało.
Zresztą, naprawdę nie wymagał wiele.
Chciał normalności, jakiejkolwiek możliwej w związku takim, jak ten. W końcu nie był idiotą. Wiedział, że lwiej części ludzkości w głowie się nie mieści obdarzanie romantycznym uczuciem więcej niż jednej osoby na raz. Tylko, że on, jak przystało na rasowego anarchistę, miał to głęboko w dupie. Kogo kochał zależało tylko od pojemności jego serca, a to, jak widać, było całkiem pojemne.
I pompowało czysty żar, szczególnie, gdy Theo obrócił kota ogonem.
Że niby poświęcał czas fankom na ulicy? No chyba go Bóg opuścił.
Zazdrosny dupek - skwitował z drapieżną satysfakcją, prowokując go bardziej. Już niech nie będzie taki delikatny, że nagle nazwany szczeniakiem czy dupkiem będzie odstawiał dramę. Powinien wiedzieć, że takie "obelgi" nigdy naprawdę nimi nie były.
Ale tak, Val potrafił czasem zagrać nieczysto wywołując zazdrość, bo tylko w ten sposób mógł zmusić tych sztywniaków do powiedzenia czegoś więcej, niż kilku mdłych zapewnień, w których on widział jedynie pobłażliwość wobec własnych pragnień.
Kiedy byli zazdrośni, czuł wtedy, że jest dla nich kimś więcej niż tylko dodatkiem do perfekcyjnego, eleganckiego związku.
I nie rób z siebie ofiary. Dobrze wiesz, że nie chodzi o twoich znajomych ani o spędzanie z nimi czasu, tylko o pieprzone ukrywanie. Ja nie mam problemu powiedzieć przed fanami i znajomymi, że mam faceta, a nawet, kurwa, dwóch. Gdybym miał harem, też bym tego nie krył.
Uśmiechnął się wyzywająco, a gdy Theo zmiął w ustach przekleństwo, on prychnął.
Serio jak szczeniak z podstawówki i to taki, który boi się bury za przeklinanie w miejscu publicznym.
Theo był czasem niepoważny w tym byciu grzecznym chłopcem. Tym bardziej, że tutaj nikt nie zważał na język.
Słysząc słowa o “brzydkim tonie", roześmiał się głośno i z niedowierzaniem. Jego rechot, chociaż głośny i basowy, zniknął w szumie muzyki i rozmów.
Nie mógł w to uwierzyć. I to on śmiał mówić mu, że go łaja?
A ty to niby co teraz robisz, co? Traktujesz mnie jak mój stary. Zamarzyło ci się bycie tatuśkiem? - Przychylił się lekko, mrużąc oczy. Wyglądał trochę jakby chciał go jednocześnie pocałować i mu wpierdolić. - Więc zanim zaczniesz na mnie wjeżdżać, zastanów się, czy sam jesteś czysty.
Wbijał w niego rozognione, nieustępliwe spojrzenie, ale kiedy wyraźnie się zawahał, na jego usta wypłynął brzydki grymas.
Nie no, dawaj - podjudzał go. - Co cię wkurwia, tygrysku? - Podkreślił przekleństwo soczyście, warkliwie, niemal tak, jak w łóżku mruczał o tym, że uwielbia go rżnąć.
Tak, chciał się pokłócić.
Skoro już zaczęli, to powinni skończyć. Co z tego, że to nie pierwsza taka rozmowa? Co z tego, że nic nie da?
Przynajmniej spuszczą trochę pary.
Ale nie. Oczywiście, że Theo musiał się wycofać.
Val sapnął przez nos i zirytowany wyprostował się. Nie chciał przeprosin. Chciał kłótni, porządnego rżnięcia, a potem zmiany.
Chciał tego, co mają wszyscy.
Chciał normalności.
Zacisnął szczęki, chwycił szklankę i wypił na raz połowę zimnego piwa. Chwilę później stłumił beknięcie w zwiniętej dłoni i lekko pokręcił głową. Bynajmniej nie dlatego, że browar źle mu wszedł.
Źle, to weszła mu ta randka.
Tak, wiem że nie chcesz. - Te słowa zabrzmiały cierpko i zdradzały zniechęcenie. – Tak samo, jak nie chcesz się do mnie przyznać. Cały czas uciekasz od konfrontacji, taka jest prawda. Pieprzyć to - sarknął i przechylił się żeby wyciągnąć z kieszeni dżinsów pomiętą paczkę fajek. Nie chciał tu być i najchętniej nocowałby dzisiaj u siebie, bo jak w tym stanie wrócą do domu, to na bank Quentin też na niego wjedzie. I znów to on będzie tym złym, który wymaga zbyt dużo.
Zbyt, kurwa, dużo.
Muszę zapalić - mruknął, wkładając fajkę do ust. Nie czekał na Theo. Mógł tu zostać, mógł iść na fajkę z nim, mógł iść do diabła. Val wątpił by uratowali ten wieczór.
Wstał i przeciskając się przez coraz gęstszy tłum, wyszedł w rześką wieczorną aurę. Niedawno musiało padać, bo chodniki były mokre, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci. Val stanął kilka kroków od grupki, która też wyszła zapalić. Nie zwracał na nią uwagi, właściwie miał w dupie wszystkich. Wybuchy wesołości i głośne rozmowy stanowiły tylko tło, tak jak szum przejeżdżających aut.
Pochylił głowę, osłaniając dłonią płomień ze starej benzynowej zapalniczki, akurat gdy Theo wyszedł z baru, a przestrzeń przecięło pełne pogardy:
– Ej, pedale!
Jeden z zawianych gości z grupy, odłączył się od niej, robiąc krok w stronę Vala. Wyglądał na szczeniaka, który za dużo siedzi na siłowni, a za mało w szkole.
Val nawet nie podniósł wzroku.
– Ron, daj spokój… - Jakaś dziewczyna w za krótkiej kiecce, spróbowała powstrzymać kolegę, lekko ciągnąc go za ramię.
– Rzygać mi się chcę, jak na nich patrzę. Wypierdalać do baru dla pedałów! - gość ryknął, wymachując ręką przed Vegą. On za to niespiesznie zaciągnął się podpalaną właśnie fajką.
Świetnie, świat postanowił mu dzisiaj dokopać bardziej, dając Theo kolejny dowód, że obnoszenie się ze związkiem to zły pomysł. Jakby miał za mało problemów.
Zamknął zapalniczkę z cichym kliknięciem i spojrzał debilowi w twarz. Może był od niego węższy w barkach, ale nie zamierzał kulić się ze strachu.
Uśmiechnął się arogancko i dmuchnął mu dymem w twarz.
Spierdalaj.
Wyzywające, soczyste słowo pociągnęło za sobą lawinę zdarzeń.
Facet go pchnął.
– Ty jebana cioto!
Val zatoczył się i zamiast przystopować, jedynie złośliwie się uśmiechnął. Dobrze. Miał ochotę dać komuś w pysk. Świetnie się składa.
Wyrwał z ust fajkę i cisnął ją na ziemię, a potem gwałtownie oddał pchnięcie.
Co? Zazdrościsz, kryptopedale? - warknął z jakąś niepokojącą, dziką satysfakcją. Był przynajmniej o połowę chudszy od gościa przed sobą, ale nawet się nie zawahał.
Facet też się zatoczył, a grupka z anim podniosła wrzawę.
– Już nie żyjesz! - Ron rzucił się na niego z pijackim impetem. Wymierzył cios, ale Val w porę odchylił głowę i pięść jedynie otarła się o policzek. Poczuł za to potężne uderzenie adrenaliny, mocne, przyjemne, zagłuszający tępy ból serca. Nie czekał i z całej siły jebnął faceta w brzuch, wyładowując gniew i frustrację. Ron zgiął się odruchowo, syknął, ale zamiast się cofnąć, warknął i zamachnął się ponownie. Tym razem trafił. Pięść uderzyła Vala w szczękę. Momentalnie poczuł w ustach smak krwi.
- Kurwa...
Zatoczył się o krok, ale ból tylko go nakręcał. Należy się pierdolonemu gnojowi, bo przez takich zjebów, normalni ludzie nie mogą czuć się bezpieczni na ulicach. Niech zdycha.
Dopadł przeciwnika, chwytając go za przód bluzy, i z całej siły uderzył czołem w jego nos.
Rozległ się głuchy trzask.
Ron zawył, cofając się z rękami przy twarzy. Między palcami lała mu się krew.
- Ty skur...
Nie zdążył dokończyć.
Val rzucił się na niego jak wyjątkowo precyzyjne, dzikie zwierzę. Popchnął go z impetem, tak że obaj runęli na mokry chodnik. Dziewczyny piszczały, ktoś szarpał go za ramiona, a Ron próbował zrzucić go z siebie, ale Vega był szybszy, a jego zapalczywość przerażająca. Siedząc na nim okrakiem, zdążył zadać dwa mocne ciosy, zanim tamten osłonił twarz przedramionami.
- No dawaj! - syknął Vega przez zaciśnięte zęby, próbując odpychać od siebie czyjeś ręce i jednocześnie dalej masakrować tego złamanego, homofobicznego fiuta. - Taki byłeś odważny, gnoju?! Dawaj! - darł się tym swoim ochrypłym od fajek, potężnym głosem, ściągając na siebie uwagę chyba wszystkich w okolicy. I miał w dupie, co potem o nim powiedzą i czy spędzi tę noc na dołku.
I tak nie zamierzał wracać dzisiaj do domu.

Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzenie Theo momentalnie spochmurniało, gdy Valentin zaczął go atakować. A może odpowiadać na atak? Sam nie wiedział. Czy gdyby zamknął się wcześniej, mógłby liczyć na to, że wieczór powróci na właściwe tory i spędzą miło czas na wspólnej randce? Jego ramiona zesztywniały, gdy rozważał tę ewentualność. Wątpił. W jego mniemaniu,Vega, już raz podjudzony, nie potrafił odpuścić. Walczył, by udowodnić swój punkt widzenia i by wyrzucić z siebie wszystko, co dla Telliera było zrozumiałe. Główny problemem było to, że ich interesy wzajemnie się wykluczały. I chyba podświadomie każdy z nich czuł, że znaleźli się w impasie, którego nie mogli przełamać. Żadne z nich nie mogło odpuścić, uparcie obstając przy swoich poglądach oraz uczuciach, które kazało im walczyć o siebie równie zaciekle, jak przeciwko sobie.
Prychnięcie pełne kpiny wyrwało się z ust Theo po kolejnych słowach chłopaka. Przeczuwał, że randka okaże się katastrofą i każdy z nich wyjdzie z baru wściekły i zraniony. Nie potrafił jednak gryźć się w język, gdy Vega celnie wyprowadzał atak za atakiem.
– Och, doskonale wiemy, że nie miałbyś z tym problemu. – Ponownie zamoczył usta w szklance i wypił dwa głębokie hausty, by dodać sobie nieco kurażu. Wiedział, że nie powinien używać liczby mnogiej, bo było to gównianym zachowaniem w stosunku do Vala, który stał po przeciwnej stronie w ich konflikcie, a także do Quentina, którego nie było i za którego Theo nie miał prawa się wypowiadać. Jednak słowa, a także całe zachowanie Vegi – zarówno jego ton jak i fakt, że z premedytacją zaczynał podjudzać kłótnię między nimi – podsycały gniew tlący się pod skórą. – Dla ciebie nic nigdy nie jest tabu i jesteś supertolerancyjny. Masz tak otwarty umysł, że aż nie potrafisz znieść myśli, że twoi faceci mogą mieć inne zdanie niż ty. –
Czuł się jak g ó w n o. Nie chciał rozmawiać z Valentinem w ten sposób. Wiedział, że oboje po części mieli na myśli te wszystkie słowa, lecz były jednocześnie pociskami mierzącymi w czułe punkty po to, by ranić. Gdy myślał jednak o ich sytuacji, o nieustannym konflikcie potrzeb i wizji na związek coraz częściej dochodził do wniosku, że nie mieli w sobie już na tyle cierpliwości, by naprawdę się usłyszeć.
– Nie bądź głupi, Val i nie porównuj mnie do swojego ojca tylko dlatego, że powiedziałem ci, że nie podoba mi się sposób, w który się do mnie odzywasz! Zawsze to robisz, zawsze klniesz i szydzisz, a to naprawdę, kurwa, nie pomaga w tych rozmowach! – z frustracją wyrzucił przed siebie dłońmi po czym przejechał nimi po twarzy, jakby chciał pozbyć się z gniewu i bezsilności. Miał wrażenie, że ich wzajemne warczenie na siebie było zasłoną dymną, która przykrywała fakt, że raz po raz zbliżali się do meritum problemu i pozwało im uciekać od niewygodnego tematu, zmieniając temat kłótni na ich wzajemne zachowanie.

Tak samo, jak nie chcesz się do mnie przyznać.
Ramiona Theo opadły, a głowa stała się pusta. Nie mógł znaleźć żadnych słów wytłumaczenia, obrony ani wymówki wobec szczerości Valentina. Spuścił głowę wraz z kolejnym zdaniem chłopaka, czując wstyd i wyrzuty sumienia. B o ż e. Dlaczego to wszystko musiało być takie trudne? Nie wiedząc, jak zareagować, pozwolił odejść Valentinowi na papierosa. Tkwiąc samotnie przy stoliku rozejrzał się po barze, po raz pierwszy wyodrębniając z niego szczegóły, a nie traktując go jak zwykłego tła. Nikt nie wydawał się zwracać uwagi na ich kłótnię, podczas której wydawało się, że kończył się świat. Dla innych bywalców była nic nieznaczącym szmerem w tle. Jego spojrzenie spoczęło na parze mężczyzn siedzących przy stoliku po przeciwnym rogu sali. Blondyn delikatnym ruchem dłoni gładził swoją randkę po przedramieniu; ich głowy stykały się, gdy nachyleni do siebie starali się wyłapać wszystkie słowa w panującym gwarze; kolana pod stolikiem delikatnie ocierały się przy każdej zmianie pozycji. Wydawali się szczęśliwi i beztroscy tkwiąc w prostym geście bliskości, który nie wydawał się dla nich niczym nadzwyczajnym. Wiedział, że potrafił zdobyć się na coś takiego, lecz z jakiegoś powodu odmawiał tego swojemu chłopakowi. Dlaczego? Z obawy, że to mu nie wystarczy i wciąż będzie żądał więcej? Obawiał się, że dając mu przysłowiowy palec Vega zażąda całej ręki? Nie wiedział. Nigdy o tym nie rozmawiali.
Poczuł, że wstaje z krzesła. Choć myśl nie do końca zdążyła się uformować w jego umyśle, jego serce wydawało się szybsze i głupsze niż rozum. Ruszył ku wyjściu, by znaleźć swojego chłopaka.

Gdy tylko przekroczył próg zatłoczonego lokalu jego uszu dobiegła obelga, która sprawiła, że krew ponownie zaczęła buzować mu w żyłach. Nienawidził homofobii. Zwłaszcza tej prostej i prostackiej wyrażanej w zwykłej przemocy i niechęci. Postanowił jednak zignorować podpitego chłopaka, którego twarz nie była zmącona żadną myślą i skierował się ku swojemu chłopakowi wiedząc, że nigdy nie potrzebował za wiele zachęty do bójki, a przecież wcześniej Theo zdążył go konkretnie rozgrzać. Sytuacja wymknęła się spod kontroli szybciej niż Theo mógłby przypuszczać i zanim znalazł się obok Vegi, by go uspokoić, ten zdążył wymienić pierwsze ciosy z Ronem. Podbiegł w ich stronę, lecz Valentin zdążył się już zasadzić na mężczyźnie, a jego pięści celnie odnalazły swoje przeznaczenie na twarzy durnia, który ich zaczepił.
– Val! – krzyknął Theo starając się zatrzymać bójkę, lecz Vega wydawał się być opętany przez zwierzęcy instynkt zyskując na sile i szybkości z każdym kolejnym ciosem. Choć facet pod nim zdołał w końcu osłonić twarz przedramionami, Theodore dostrzegł jego spuchnięte lico, oko i pęknięty nos. I cholernie przestraszył się tego, że Vega zaraz skrzywdzi go na tyle, że nabawi się poważnych problemów.
– VAL! – ryknął na całe gardło, a jego dłoniom w końcu udało się pochwycić jego ciało. Oplótł go ramionami i szarpnął mocno w górę, by postawić do pionu. Przyciskał go mocno do piersi, nie tylko z obawy, że chwilowy luz mógłby zostać wykorzystany do tego, by ponownie rzucić się na przeciwnika. Jego gest był jakąś instynktowną próbą ochronienia go, bo grupka czterech facetów, z którą był Ron zaczynała się do nich zbliżać z pijacką furią wypisaną na twarzach.
– Spokojnie, panowie – rzucił licząc, że może był jeszcze cień szansy na to, by załatwić tę sprawę pokojowo. – Wasz kolega to frajer, a mój chłopak jest w gorącej wodzie kąpany, ale możemy się po prostu rozejść i zapomnieć o wszystkim. –
– Czemu? Z chęcią sprawdzę czy Twój chłopak lubi ostro w dupę – rzucił jakiś blondyn stojący najbliżej z nich. Po raz pierwszy w życiu czysta furia spłynęła na Theodore’a odbierając mu tym samym zdolność myślenia. Bez żadnego zastanowienia puścił ramiona Vegi i skoczył ku facetowi, by wyładować na nim swoją własną złość. Tellier nigdy wcześniej się nie bił. Odbył w swoim życiu kilka sparingów na ringu bokserskim w ramach urozmaicenia treningu, lecz nigdy nie stoczył prawdziwej bójki. Wyprowadzony cios nie był może najczystszym ruchem, lecz prowadziła go determinacja i gniew, które w połączeniu z jego siłą budowaną latami i kilkoma centymetrami przewagi sprawiły, że uderzenie trafiło z większą mocą, niż sam się spodziewał. Przez ułamek sekundy poczuł ogromną satysfakcję, słodką i gęstą, lecz została ona stłumiona przez ostry, niespodziewany ból, który nadszedł z jego lewej strony, gdy kolejny dupek z grupki trafił go ciosem pod oko.

Valentin Vega
gall anonim
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

"Doskonale wiemy."
Bardzo nie chciał żeby te słowa zabolały. Chciał być ponad to, ponad tę brudną, okrutną zagrywkę. Chciał wierzyć, że Theo nie miał tego na myśli. Ale miał. Chciał go skrzywdzić, jakby nie krzywdził go wystarczająco swoim tchórzostwem. Chciał przypomnieć mu, że już zawsze będzie tylko dodatkiem do ich zasranego, poukładanego życia. I w ten sposób wymierzył mu cios prosto w serce.
Po co w ogóle jeszcze to ciągnęli? Po co bawili się w dom, skoro to zawsze będą oni przeciw niemu? A nawet jeśli nie przeciw, to nigdy nie będzie częścią nich, tak jak od początku sobie obiecywali.
Nie tak to powinno wyglądać.
Miał dosyć.
- Obaj jesteście pieprzonymi hipokrytami - powiedział zimno. - Skoro tak potrzebujecie tabu w swoim życiu, to najwyraźniej nie potrzebujecie mnie.
Zignorował wszystko z czym tam Theo jeszcze się pluł. Nie miał ochoty dalej tego słuchać ani robić za kozła ofiarnego. Że niby to on był tym złym, bo przeklinał i domagał się otwartości? Bo pokornie nie kładł uszu po sobie, tylko mówił otarcie, kiedy coś go bolało? Jasne, nie był święty, ale nigdy nie zasugerował, że któryś z nich mniej się liczy. Nigdy nie kreował frontu przeciw żadnemu. A Theo teraz zrobił to z premedytacją, bez cholernego mrugnięcia okiem. Val chciał się pokłócić więc dostał swoją kłótnię. Zanim jednak na dobre się rozwinęła, już leżał na łopatkach z rozszarpanym sercem. Bolało kurewsko, ale nie żałował. Dobrze, że Tellier się wylał, dobrze że przypomniał mu, gdzie jego miejsce. Może dzięki temu wreszcie zerwie ten cholerny plaster, otworzy ranę i pozwoli żeby się zagoiła.
Albo komuś, żeby ją wylizał.
Komukolwiek, kto go, kurwa, doceni. Bo on, oni, najwyraźniej nie potrafili.
Stojąc w aurze pachnącej deszczem i papierosowym dymem, słyszał w uszach szalony łomot własnego serca. Nie miał pojęcia po co w ogóle tkwił jeszcze pod tym cholernym barem. Powinien iść do domu, najlepiej pieszo, żeby trochę pomyśleć i ochłonąć. Niestety wieczór miał dla niego kolejne problemy. Z tymi jednak, dużo łatwiej było sobie poradzić. Pięści nie pozostawiały miejsca na domysły i słowne utarczki. Przemawiały wystarczająco zrozumiałym językiem bólu i złości.
Kiedy Theo ściągnął go z zalanego krwią kolesia, Val wciąż wyrywał się i bluzgał. Nie czuł bólu rozwalonej wargi ani obtartych pięści. Furia wyciszała wszystko, nawet ból serca.
Przyciśnięty do szerokiej piersi, szarpnął się, warcząc żeby go puścił.
- Nie mieszaj się - syknął, wkurwiony i zraniony na tyle, by nie dostrzec w zachowaniu Theo troski. Nie potrzebował ratunku, a kolesiowi się należało. Właśnie zbierał się z ziemi z pomocą swojej laluni. Wyglądał jak mielone i bardzo dobrze. Val chętnie by mu poprawił.
- Pieprzony gnój - wycedził, spluwając w bok śliną podbarwioną krwią. Oddychał ciężko i lekko się trząsł od uderzenia adrenaliny, ale przestał się szarpać. - Puść - powiedział spokojniej, zanim Theo spróbował załagodzić wszystko gadką. Niestety koledzy poszkodowanego homofoba nie chcieli słuchać rozsądku. Theo najwyraźniej też nie. Jego reakcja tak Vegę zaskoczyła, że w porę nie szarpnął go za koszulę i nie powstrzymał. A powinien. Bo z tego co wiedział, Theo nie miał pojęcia, jak się bić.
Nim zdążył cokolwiek zrobić, on już przetrącał szczękę jakiemuś typowi robiąc to tak celnie, że tamten padł tyłkiem na mokry chodnik. Val nigdy nie widział go tak wkurwionego. Theo nigdy nie spuścił nikomu wpierdolu, a teraz zrobił to bez wahania. Był jak taran. I Val musiał przyznać, że było w tym coś cholernie gorącego.
Podejrzewał, że Quentinowi też spodobałby się ten widok.
I że najchętniej też obiłby te głupie mordy.
Kolejna dawka adrenaliny wypełniła mu żyły, kiedy rzucił się w szarpaninę żeby najebać pyskatym gówniarzom i ściągnąć na siebie część przeciwników. W jednej chwili przed barem zapanował chaos. Pięści uderzały na oślep, ktoś wpadł na zaparkowany samochód, ktoś inny z hukiem runął na chodnik. Przestrzeń cięły przekleństwa, a z baru zaczęli wychodzić zaciekawieni ludzie. Ten chaos nie trwał jednak długo. Drzwi lokalu otworzyły się z impetem i kilku ochroniarzy błyskawicznie wpadło między nich, rozdzielając obie strony, nie pozwalając, by ktokolwiek zdążył wyprowadzić kolejny cios. Pozostały już tylko ciężkie oddechy, obelgi rzucane z bezpiecznej odległości i wściekłe spojrzenia.
Val splunął krwią, ale odpuścił, jak zresztą wszyscy, kiedy wysoki, barczysty facet warczał na nich, że zaraz wezwie psy jak się nie ogarną i nie wypierdolą w podskokach spod ich baru.
- Dobra, puść! - Wyszarpnął się z uścisku i celując jeszcze środkowym palcem w złamasów, którzy to zaczęli, spojrzał na Theo. Nie wyglądał już tak dobrze jak na początku randki. Z jego fryzury nic nie zostało i stracił połowę guzików koszuli. Miał też obtarty policzek i pewnie kilka innych siniaków, których teraz nie było widać. Val miał nadzieję, że nie stało mu się nic poważniejszego.
- W porządku? - zapytał ochryple, obrzucając go uważnym spojrzeniem, kiedy poprawiając wytarmoszone ciuchy ruszyli z dala od baru i facetów warczących za nimi obelgi.
- Zamówię taksówkę.
Dłonie wciąż mu się trzęsły, kiedy sięgał po telefon, który w szarpaninie na szczęście nie ucierpiał. Zamówił Ubera odruchowo do ich wspólnego domu, chociaż nie chciał tam dzisiaj wracać. Niestety był zbyt roztrzęsiony żeby się nad tym porządnie zastanowić.

Koniec.


Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Nightshade Lounge”