Telefon zadzwonił raz, zanim w słuchawce dało się usłyszeć mrukliwe, choć niekoniecznie poirytowane: “Gdzie?” Nie było potrzeby pytać kto, po co, dlaczego. Telefony o tej godzinie oznaczały tylko jedno.
— Muskoka — odpowiedział głos po drugiej stronie.
Gardner przetarł oczy i podniósł się do siadu, opierając o zagłówek łóżka. Było metalowe i niewygodne, ale już dawno zdążył się przyzwyczaić do tych zimnych szczebelków, by je jakkolwiek zakrywać poduszkami. Zresztą — w chwilach takich, jak ta, gdy zostawał brutalnie wybudzany z i tak kiepskiego snu, każdy czynnik wpływający na szybszą pobudkę był na wagę złota.
— Kurwa — rzucił tylko, dopowiadając sobie resztę. Spekulując. Szacując.
— No, kurwa.
Słowa kolegi tylko go utwierdziły, że pierwsze podejrzenia były słuszne.
Rozłączył się, rzucił telefon z powrotem na szafkę nocną i zaczął wstawać, jedynie przelotnie spoglądając na drugą stronę łóżka. Nie powiedział nic, nie zrobił nic. Jak zawsze. Jak, cholera, zawsze.
Wynajęty domek nad Muskoka Lakes miał być obietnicą nieskończonej zabawy, hucznym rozpoczęciem długich tygodni beztroski i braku nauki. Grupa licealistów nie przewidziała, bo nie mogła przewidzieć, że ten dzień, ta feralna noc, zmieni w nich coś już na zawsze. Że dosięgnie ich głęboko na dnie ludzkiej psychiki, gdzie formują się traumy i osiądzie tam, żerując na ich naiwności, poczuciu bezpieczeństwa i na tym durnym przeświadczeniu, że zło dzieje się tylko z boku, z dala od nas.
A potem zostawili torby w przedsionku domku i rzucili się biegiem na prywatne molo. Zrzucili po drodze buty, ubrania i stres. Dwójka od razu wskoczyła do wody. Trójka została na drewnianej konstrukcji i to właśnie ta trójka pierwsza poczuła, że rześkie, leśne powietrze przecina gęsta, mdła słodycz. Zaczynała się jak woń przejrzałych, gnijących w słońcu brzoskwiń, by po chwili uderzyć w tylną ścianę gardła ciężką, miedzianą nutą psującego się mięsa. Latarki z telefonów migały po okolicy, śmiech ucichł, zastąpiony grymasem niezadowolenia. Przecież nie po to zapłacili niemałą kwotę, żeby w krzakach ktoś zostawił im coś w niespodziance. Ktoś zażartował, że to może martwa łania. Ktoś udawał, że wymiotuje. Dziewczyny zasłoniły usta dłońmi, a jeden z chłopaków odsłonił zarośla i zastygł zgięty wpół, nachylając się nad tym, co właśnie oświetlał snop światła z jego iphone’a. Jego mózg potrzebował trzech sekund, by zrozumieć, co widzi. Chwilę potem naprawdę zwrócił zawartość żołądka.
— Myśleli, że to może martwy jeleń — zaczął Hayes, idąc przez molo jako pierwszy. Okolica oświetlona była już rozstawionymi reflektorami i wszędzie kręcili się technicy kryminalistyczni: dwóch w woderach w wodzie, dwóch w wysokich kaloszach na płyciźnie po drugiej stronie zarośli, dwóch dookoła molo. — Dopóki nie zobaczyli ludzkich stóp.
Francis szedł zaraz za nim, mając już na sobie ochraniacze, które wręczył mu inny policjant — jakiś naburmuszony szczyl z Ontario Provincial Police — zanim pozwolił mu przejść przez żółtą taśmę. Gardner przesunął spojrzeniem po liściach paproci, a potem ostatni raz spojrzał za siebie, w stronę domku, grupy piątki dzieciaków, które przerażone kryły się w cieniu wozu policyjnego... w stronę swojego Jeepa i innych samochodów. Nie miał pojęcia po kogo centrala posłała, ale złapał się na tym, że myśli o jednym, konkretnym nazwisku.
Mimowolnie sięgnął po telefon, na ekran blokady. Prawie przesunął kciukiem i prawie wybrał ikonkę aplikacji z wiadomościami. Nie zrobił tego tylko dlatego, że głos Hayesa dosięgnął jego uszu szybciej, niż jego paluch się ruszył.
— To tutaj. Wiem, że wolicie oględziny in situ, więc czekaliśmy, aż ktoś z was przyjedzie. Nikt jej nie ruszał.
Gardner zszedł z desek po drewnianych schodkach i zatrzymał się tuż przy niższym, starszym koledze. Zapach czuł już wcześniej i mógł jedynie domyślać się widoku, jaki zastanie, ale nawet jego brew drgnęła, kiedy błękitne oczy powiodły między liście i spoczęły na drobnym ciele.
Leżała w płytkiej wodzie, na styku jeziora i gęsto porośniętego brzegu, uwięziona w splątanych korzeniach wierzb. Jej rude włosy falowały w łagodnym nurcie, kontrastując z jej własnym ciałem, bielą przemoczonej letniej, prostej sukienki i zielonym otoczeniem. Miała związane kostki i nadgarstki, a jej dłonie był ułożone na piersi, jak w geście jakiejś pobożności, tylko spod palców wystawały łodygi miejscowych lilii wodnych, których jasne płatki leżały na jej obojczykach. Skóra przybrała już sinawy odcień, a twarz, choć niewątpliwie dziecięca, była obrzmiała i pozbawiona faktycznych rysów — zmiany gazowe zaczynały podnosić tkanki, co najbardziej widoczne było po policzkach, które zdążyły nabrać woskowatego, napiętego połysku.
— Przypomina trochę spaczoną wersję Ofelii, co?
Nie odpowiedział. Trochę dlatego, że nie musiał, bo Hayes miał rację, trochę dlatego, że nie lubił szukać symboliki bez dokładnego obejrzenia zwłok i miejsca zbrodni. Bez wątpliwości pozostawało jednak to, że morderca ją ułożył. Może traktował scenę jak płótno i stąd ta cała dziwna, groteskowa harmonia. Może uważał się za artystę.
I może, tylko może, zapomniał, że biologia i rozkład zawsze odbiera sztuce jej piękno.
Skóra na jej dłoniach, obmywana przez chłodne prądy jeziora, nie tylko zbladła, ale pomarszczyła się, a naskórek zaczął nieznacznie oddzielać od skóry właściwej, jak zbyt luźna, przezroczysta rękawiczka. To samo było na stopach.
Ale woda nie tylko zniszczyła tę makabryczną aranżację. Zniszczyła też ślady zostawione przez sprawcę.
— Wiadomo już kim jest nasza Jane Doe? — zagaił wreszcie, nie odrywając od niej wzroku. Od miejsca, gdzie jej ramiona opierały się o wystające z dna kamienie i widać już było wyraźne plamy opadowe, które zamiast purpury, piękniły się szaro-różowym odcieniem. Pewnie przez wodę.
— Nie. Dzieciaki mówią, że jej nie znają, ale w takim stanie rozkładu mogłyby mieć trudność z rozpoznaniem nawet znajomej ze szkoły. Policjanci z OPP robią obchód po okolicznych domkach, sprawdzimy też czy nie ma gdzieś kamer.
Hayes przeszedł na bok, najwyraźniej mając dość widoku. Francis nie ruszył się o krok.
— Poza tym, niewiele też możemy powiedzieć o niej samej. Wciąż czekamy na koronera.
Dopiero teraz się ruszył. Nieznacznie, ledwo o krok. Ścisnął w jednej dłoni gumowe rękawiczki i drugą wyciągnął telefon. Tym razem odblokował. Tym razem wszedł w smsy. I tym razem się nie wahał, gdy wybierał Miller z kontaktów i gdy wystukiwał wiadomość.
Bo to młode, brutalnie przerwane życie, które już nigdy miało nie zobaczyć jesieni, miało też już nigdy nie mieć -nastu lat.
zaylee miller