Jeśli ktoś potrafiłby doprowadzić rodowitego Włocha, mężczyznę z pasją do jedzenia i szeroko pojętych kulinariów, do depresji… to tylko Elsa. Bo choć na początku było naprawdę nieźle — w końcu odmierzanie odpowiedniej gramatury, proporcji to była dla niej kaszka z mleczkiem, na co dzień przecież tworzyła wszelakie mieszaniny z różnych fryzjerskich chemikaliów — to potem było tylko gorzej. Zgodnie z obietnicą, ona zajęła się całym procesem przygotowywania pizzy, a Dante mógł stać oparty o jeden ze stołów, pić wino i podziwiać jak seksownie wyglądała w za dużym fartuchy. No i przy okazji nabijać się dosłownie ze wszystkiego, co robiła. Bo tu się uwaliła mąką od czubka srebrnej łepetyny po koniuszek zmęczonych całym dniem stóp, to zalała cały stolik wodą… nie wspominając o tym, że mężczyzna z przerażeniem w oczach niemalże biegł przez całe pomieszczenie, aby zabrać jej nóż, którym zamierzała podzielić jeszcze surowe ciasto na mniejsze "bułeczki". Bo chyba nie trzeba dodawać, że oczywiście, że ze wszystkich noży, które miała do dyspozycji, wybrała największy tasak?
Finalnie pizza Elsy nie nadawała się w ogóle do zjedzenia. Na szczęście Matteo, bo tak miał na imię pan kucharz, był tak miły, że przyrządził im swoją popisową. Szkoda tylko, że była z peperoni, więc cała przypadła w udziale Dantemu, a ona zadowoliła się owocami i innymi przekąskami. I choć trochę później kręciła nosem to naprawdę super się bawiła, i miała nadzieję, że jej chłopak również, pomimo że wcale nie brał udziału w całej tej kulinarnej zabawie.
Co prawda, nie spędził już z nią żadnego dnia w pracy tak od początku do końca jak za pierwszym razem, ale nie miała mu tego za złe. Przecież nie przywlokła go ze sobą z Toronto, żeby spędzał tyle godzin w jakiejś salce i gapił się w telefon bądź rozmawiał z modelkami o tych samych rzeczach… bo ile można było? A przecież miasta, które odwiedzali miały naprawdę wiele do zaoferowania! I nawet jeśli jego interesowały głównie kluby i bary to Elsa była naprawdę szczęśliwa, że wracał do pokoju hotelowego o przyzwoitej godzinie i w nie najgorszym stanie. A kiedy ona chciała koniecznie zobaczyć jakieś miejsce, łapał ją za rękę i po prostu tam szli. Dlatego nawet jeśli dla niej ten wyjazd był przede wszystkim pracą, czas, który mogła spędzić z ukochanym chłopakiem zdawał się być niemal jak wakacje all inclusive — tylko takie bardziej objazdowe.
No i brak Dantego podczas jej pracy, czy to w Rzymie, czy w Wenecji, potwierdzał jedno — Riccardo Dolore chyba naprawdę się w nim zadurzył. Bo kiedy jego nie było obok, nastawienie Włocha do Elsy było totalnie inne. Nadal naruszał jej przestrzeń osobistą, ale najwyraźniej taka była natura Włochów, więc starała się dystrykcie odsuwać, ilekroć miała wrażenie, że zaraz ugryzie ją w ucho. Ale przynajmniej już nie narzekał na tempo jej pracy, chwalił każdą fryzurę, a nawet zwracał uwagę na to, że i ona nienajgorzej się ubrała i było jej do twarzy w wybranych kolorach.
Aż przyszedł czas na pokaz w Wenecji. Godzina dwudziesta pierwsza, wszystkie modelki już uczesane, pomalowane, wciskają sie w te przepiękne stroje… no, prawie wszystkie. Nigdzie nie mogli znaleźć Beatrice. I jak wszyscy zaczęli panikować, że może gdzieś zasłabła i trzeba jej szukać, jedna z dziewcząt zauważyła, że widziała jak półtorej godziny temu wychodziła z Dante. Norweżka, słysząc to imię, poczuła jak wszystkie jej wnętrzności się zaciskają, jakby ktoś założył jej gorset i ścisnął tak mocno, jak tylko pozwalały na to sznureczki. Widziała jak ta przez cały ten czas wodziła szczenięcym wzrokiem za szatynem, ale… nie no, nie zrobiłby jej tego. Pewnie tylko wyszli razem, bo chcieli się przedłużyć. Prawda? …… prawda?
Wyciągnęła telefon, aby spróbować się do niego dzwonił i o dziwo, odebrał telefon, ale to w jaki sposób do niej mówił, świadczyło o tym, że już dawno był po kilku drinkach, piwach… i pewnie innych alkoholach bądź substancjach. A ona chciała dowiedzieć się jednego — czy była z nim Beatrice. I choć nie dał jej jasnej odpowiedzi, usłyszała ją w tle. Jak łamanym angielskim, a na pewno nie trzeźwym, wyciągała go na parkiet, bo przecież kochała te piosenkę. I po tym się rozłączyła.
— Ona… jest totalnie pijana. I chyba też naćpana… — wymamrotała cicho. Było jej wstyd, to prawda, ale nie takiej reakcji od Dolore się spodziewała.
— Z twoim chłopakiem,tak? Twoj chłopak w dzień pokazu postanowił naćpać moją modelkę? Naćpać?! Lepiej zacznij szukać jakiegoś zastępstwa, bo inaczej ty pójdziesz w tym pokazie. I to będzie twój ostatni udział w czymkolwiek. Rozumiesz mnie, Eriksen? Wrócisz do Toronto i do końca życia będziesz farbować kanadyjskie kobiety na brązowo i blond, bo nikt nigdzie cię już nie weźmie. Do usranej śmierci…
— Co? Jak… ja… przecież ona ma metr osiemdziesiąt, a ja metr sześćdziesiąt… — Wyrwał jej się nerwowy śmiech, bo chyba nie docierało do niej, że przez to, że zawinił jej chłopak to ona miała ponieść całe konsekwencje. Tak jakby Riccardo miał ją za jego opiekunkę… i przy okazji Beatrice. Bo przecież ta wcale nie miała dwudziestu pięć lat tylko dwanaście, a Elsa musiała wyglądać jak doświadczona niania. Chociaż zważywszy na przeróżne zachowania Dantego… może już wyrobiła sobie jakąś mocno opiekuńczą manierę, nad którą nawet nie panowała?
— To już zacznij się zaprzyjaźniać z obcasami — Rzucił jej ostro na odchodne. A ona pobladła i dosłownie zaczęła panikować. Nie tak jak podczas nagłego ataku hemofobii, ale nadal było to dosyć nieprzyjemne doświadczenie. Na szczęście na pomoc przyszła siostra jednej z modelek. Była podobnej budowy co Beatrice, więc zmieściła się w przygotowaną dla niej sukienkę, a makijażystki i sama Elsa uwinęły się z make-upem i fryzurą w kilka minut. Nie było czasu na farbowanie, nie było czasu nawet na umycie włosów! Tak naprawdę do samego końca improwizowała, robiąc piękne upięcie z kilku warkoczy i dodając ozdobną spinkę jako zwieńczenie całości.
Do hotelu wróciła koło pierwszej i od razu zabrała się za pakowanie walizek. Chłopak jeszcze nie wrócił ze wspaniałej imprezy pełnej wrażeń i tańców, ale nie przejmowała się tym. To znaczy przejmowała, chowając jego koszulki do torby z niebieską wstążką zastanawiała się, co właśnie robił, w jakim był stanie, ale pisanie wiadomości do niego w tej chwili było chyba ponad jej siły. Ale kiedy zadzwonił telefon, informując o otrzymaniu smsa, spojrzała na wyświetlacz i łzy mimowolnie zaczęły spływać po jej policzku. Nie trafiał w klawisze. Niby potrafiła przeczytać "wrócę później", ale… czy to nie oznaczało, że przez ten cały czas zdążyła się nauczyć jego pijackiego języka? Że już poprzestawiane na wszelkie sposoby literki tworzyły jej logiczną całość?
To było…
Straszne.
Słyszała jak wrócił, ale nawet nie odwróciła się w jego stronę. Leżała nieruchomo w łóżku, czekając aż budzik w telefonie zadzwoni, bo ustawiała go na szóstą rano. Sama zmrużyła oczy dosłownie na chwilę, a przeciez czekała ich czterogodzinna droga nudną autostradą.
I może coś było w tym jej instynkcie opiekunki? Bo gdy tylko podniosła się z łóżka to poszła pod prysznic, ogarnęła się, zakładając dresowe szorty i top,włosy związując w kucyka i nie nakładając nawet grama makijażu. Potem poszła do hotelowej restauracji poprosić o jakieś kanapki i owoce na wynos, zaś na recepcji kupiła kubek termiczny — za zdecydowanie za dużo pieniędzy — do którego przelała zimną wodę z lodówki, którą mieli w swoim pokoju. Oczywiście, że to wszystko było z myślą o Dante i o jego stanie. W torebce miała też już przygotowane tabletki przeciwbólowe, woreczki w razie gdyby jego żołądek zaczął się buntować…
Obudziła go i kazała wziąć prysznic, przygotowując mu wcześniej rzeczy na przebranie, a te stare chowając do jednej z walizek. I w tym czasie sama zniosła ich wszystkie bagaże do auta. Zajęło jej to trochę, ale w końcu dała radę. Potem największym wyzwaniem okazało się wrzucenie do samochodu pewnych zwłok, ale i z tym sobie poradziła. Przygotowała jego przestrzeń tak, aby wszystko co potrzebne miał pod ręką, włączyła nawet klime na maksa, żeby jej się nie przegrzał. A potem sama wsiadła za kółko i mając na nosie okulary przeciwsłoneczne, powstrzymywała stojące w oczach łzy, przed spłynięciem po policzkach.
Bo było jej kurewsko ciężko.
Ale całą drogę się jakoś trzymała. Robiła częste postoje, aby Dante mógł się przewietrzyć, pytała co jakiś czas czy nie miał na pewno ochoty zatrzymać się na jakimś fastfoodzie, bo podobno było to najlepsze żarcie na kaca…
Jednak nie mogło być przecież kolorowo cały czas.
Najpierw padła nawigacja wbudowana w samochód. Elsa wpisała adres na swoim telefonie, jednak źle kliknęła i nie zauważyła, że właśnie zmierzali owszem, na odpowiednią ulicę… ale w mieście oddalonym o dwieście pięćdziesiąt kilometrów od Mediolanu. Ale nim się zorientowała, auto całkowicie padło. Zatrzymali się na jakiejś wsi, a na desce rozdzielczej paliło się więcej lampek niż na choince bożonarodzeniowej.
— Nie, nie, nie, nie… błagam, nie… — mamrotała sama do siebie, próbując odpalić pojazd, ale silnik nawet się nie zaczął kręcić. Padł. Jak cały mur, za którym Elsa próbowała się skryć od wczorajszego wieczoru. Wzięła telefon i wyszła z auta, dzwoniąc po chwili do wypożyczalni i tłumacząc im całe zajście, prosząc o pomoc, o jakąś lawetę, cokolwiek… to usłyszała, że oni mają teraz wolne i najwcześniej za dwa dni ktoś po nich podjedzie. Za dwa jebane dni.
Patrzyła się jeszcze przez kilka minut w ekran telefonu po czym ścisnęła go mocno i tylko dziwna siła ją powstrzymała przed rzuceniem nim w stronę domku, przed którym się zatrzymali.
— KURWA MAĆ! — nie po norwesku. Po angielsku. Elsa Eriksen pierwszy raz w swoim życiu nie przeklnęła w swoim ojczystym języku. Była w dupie. Całe jej życie to był głupi, pieprzony żart.
Pierdolona sinusoida.
Dante Levasseur