Nawet gdyby w którymś momencie zatrzymała się, żeby powiedzieć mu, że miał ją zostawić
samą… szanse na to, że miałby jej faktycznie posłuchać, były co najmniej znikome. Jeśli w ogóle
jakieś. Bo przecież musiał w jakiś sposób zdawać sobie sprawę z tego, że od minionego wieczora zrzucił na nią już zbyt wiele kwestii, które musiała ogarnąć
sama. Może i nie był do końca świadomy tego, jak dużo rzeczywiście ich było, ale… z całą pewnością
dość, by wreszcie samemu też wziąć na siebie przynajmniej część
odpowiedzialności.
Nawet jeśli ta miałaby oznaczać tyle, że zwyczajnie nie zamierzał zostawiać jej na tym cholernym pomoście
samej.
Nie mógł być w żaden sposób zaskoczony, kiedy tak gwałtownie zerwała się na równe nogi, tym samym odsuwając się od niego. Właściwie… zarówno to, jak i jej wybuch, który nastąpił ledwie chwilę później było chyba lepsze od tego, gdyby miała wciąż upierać się przy swoim udawaniu, że byli w stanie przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego i że z całą sytuacją mogła poradzić sobie z tym nienaturalnym spokojem. To akurat mogłoby co najwyżej jeszcze bardziej zagęścić atmosferę wokół nich, a to z kolei… raczej mało prawdopodobne było, żeby okazało się korzystne dla któregokolwiek z nich – czy to z osobna, czy też
razem.
–
Nie, nie myślę, że to tylko przez to. Po prostu… – wstał, odwracając się w jej stronę i przez moment chyba nawet mając zamiar ponownie zmniejszyć odległość, jaka ich dzieliła. W miejscu zatrzymały go jednak jej kolejne słowa – te same, które w jednej chwili sprawiły, że jakkolwiek chciałby tę swoją wypowiedź zakończyć… musiał dojść do wniosku, że i tak nie miało to najmniejszego sensu.
Bo na to akurat nie był gotowy.
Mógł
jakoś wytłumaczyć się z wszystkiego tego, co zadziało się po tym durnym wyjściu na skręta. Mógł przyznać, że –
znów… – popisowo coś zjebał i że denerwowała się na niego całkiem słusznie. Mógł nawet – być może całkiem szczerze, przynajmniej jak na ten moment – obiecać, że naprawdę postara się trochę częściej
myśleć przed podjęciem kolejnej, fatalnej w skutkach decyzji…
Ale za cholerę nie wiedział, jak mógłby odpowiedzieć jej na to, że rezygnowała ze swoich marzeń. Dla –
przez – niego. Przecież nie tego od niej oczekiwał i tym bardziej – w żadnym razie nie wymagał od niej rezygnowania z
czegokolwiek. Tego nawet
nie mógł od niej wymagać i chyba nic dziwnego, że słysząc to wszystko… czuł się po prostu jak skończony dupek, który zmuszał swoją dziewczynę do tego, żeby całe swoje życie układała pod niego. Podczas gdy on sam uznawał to za całkiem naturalny bieg rzeczy i…
…i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.
A to – paradoksalnie – wcale nie sprawiało, że miałby się z tym czuć jakkolwiek lepiej.
–
Poczekaj… co? Jak to wydarł się na ciebie? Przecież nie miałaś z tym wszystkim nic wspólnego, nie możesz odpowiadać za to, że… –
jestem idiotą i Beatrice najwyraźniej też. Pewnie mogłoby to być całkiem niezłe uzupełnienie tego urwanego zdania, ale… tego chyba nawet nie musiał mówić na głos. Zwłaszcza, że zamiast tego naprawdę wolałby zapewnić ją, że jakoś to
ogarnie i naprawi. Ale tego akurat zrobić nie mógł, doskonale wiedząc, że najpewniej nie istniał żaden dobry sposób, dzięki któremu miałby faktycznie naprawić cokolwiek. –
Kurwa... To nawet nie ma sensu. Nie może cię wywalić tylko dlatego, że wyszedłem na imprezę z jakąś cholerną modelką i że przez to nie pojawiła się na pokazie…
Tak samo, jak nie miało kompletnie żadnego sensu to, że –
znów! – konsekwencje jego idiotycznych decyzji uderzały w osobę, na której naprawdę mu zależało, a która w żaden sposób nie była przecież odpowiedzialna za to, że najwyraźniej jak dotąd Dante wciąż nie potrafił nauczyć się, że niektóre działania – zwłaszcza te całkowicie
durne – faktycznie ciągnęły za sobą konsekwencje. Czasami w dodatku znacznie szersze niż te, których mógłby się spodziewać, gdyby… No właśnie. Gdyby w ogóle zaprzątał sobie głowę czymś tak przyziemnym, jak przejmowanie się tymi całymi
konsekwencjami…
Co gorsza, nawet gdyby kwestia tego cholernego pokazu w Mediolanie miała rozwiązać się pozytywnie… wciąż nie zmieniało to faktu, że pozostawało jeszcze wszystko to, co Elsa zawarła na początku swojej wypowiedzi.
Choć może tym wcale nie musiał się już przejmować, bo jeśli rzeczywiście przez swoją głupotę miałby zrujnować to jej
jedyne marzenie, które jej pozostawało… Cała reszta mogła już nie mieć znaczenia, bo przecież mogłaby zrealizować je z kimś…
Nie.
Tej możliwości zdecydowanie nie miał zamiaru brać pod uwagę, podchodząc do niej ponownie – dość blisko, by móc chwycić ją za dłoń. Choć przed tym gestem mimo wszystko zawahał się przez moment.
–
I… Els, ja naprawdę nie chcę, żebyś przeze mnie rezygnowała z jakichś swoich marzeń… – sięgnął w końcu po jej rękę, na niej zresztą zawieszając na moment spojrzenie, zanim zdecydował się ponownie skupić je na jej oczach. –
Nie mam dla ciebie pierścionka, ale przecież wiesz, że mi na tobie zależy i… I chcę, żebyś była szczęśliwa. Ze mną. Bez… rezygnowania z czegoś.
Mógł chyba uznać, że w szczególności końcowa część tego ostatniego zdania wypadła co najmniej dość
kulawo, ale… chyba nie powinno to zbytnio zaszkodzić ogólnemu wydźwiękowi. A przynajmniej taką miał nadzieję. Bo może i rzeczywiście nie spieszyło mu się do tego, by wpisywać ich związek w te stanowczo zbyt oficjalne ramy
małżeństwa, ale wcale nie zmieniało to faktu, że to właśnie z nią chciał
być. Nawet jeśli nie zdarzało mu się zbytnio skupiać na przyszłości – zwłaszcza tej dość odległej – to jednak właśnie
ją mógłby widzieć u swojego boku, gdyby kiedykolwiek miał się nad tym zastanowić.
Choć może jak dotąd traktował to jako coś zbyt oczywistego tylko dla niego, skoro okazywało się, że Elsa postrzegała to w
nieco odmienny sposób…
Elsa Eriksen