W innych okolicznościach najpewniej jego komplement bardziej rozgrzałby jej serce. W innych okolicznościach sformułowałby je w milszy sposób, bez tego gniewu w głosie. W innych okolicznościach wykorzystałaby ten tekst do gry wstępnej, prosząc aby powiedział jak on ją postrzega. Jak na niego działa. Na jedynego mężczyznę, na którego zwrócone są jej oczy. Niestety teraz sytuacja wyglądała całkowicie inaczej.
- I co z tego? Jakie to ma znaczenie w naszym kontekście?- spytała nie rozumiejąc już wcale do czego to w ogóle prowadzi. Czy to był wyrzut w jej stronę? O co mu chodziło? Ta kłótnia tak eskalowała, że już sama się zaczynała w tym wszystkim gubić. Oboje ranili siebie nawzajem, rzucając oskarżeniami, a słowa Dominica, że nie może na nią liczyć były krzywdzące. Skupiała się tylko na oskarżeniach, a nie jego potrzebach. Złość i zmęczenie przysłaniały jej pełen obraz sytuacji, więc frustracja w niej narastała.- Dominic, na początku twojej drogi zawodowej nie znaliśmy się. Mogłeś spokojnie się rozwijać, pracować po godzinach i poświęcić się pracy. Ja muszę ten czas rozdzielić pomiędzy Ciebie, a swoją pracę. Ty teraz jesteś prezesem firmy, masz przed sobą świetlaną przyszłość, zarabiasz mnóstwo pieniędzy, a ja ledwo co awansowałam z bycia asystentką. Daj mi się rozwinąć, nie każ mi wybierać. Ty nigdy nie musiałeś. Gdy pojawiłam się w Twoim życiu, byłeś już na ugruntowanej pozycji- starała się mówić w miarę spokojnie, ale już nie mogła. Złość, że jej nie rozumiał, nie dawała jej spokoju. A do tego jeszcze dorzucał do pieca.
Tak, była świadoma, że to ona wyciągnęła pierwsza temat Logana, ale to on go pociągnął dalej twierdząc, że Skye traktowała byłego jak gówno. To ją dotknęło szczególnie, bo oboje przecież go zdradzili. Pocieszał ją po kłótniach. Ocierał jej łzy, a teraz rzucał takim oskarżeniem. W takim razie na co to wszystko było wcześniej? To była tylko maska, aby się do niej zbliżyć? - Bo poczułam się w tamtym momencie jak z Loganem, który wolał napieprzać na konsoli niż spędzić ze mną czas- jęknęła już poirytowana i przewróciła oczami słysząc jak znowu przekręca jej słowa. Nawet nie miała już pewności czy to był sarkazm z jego strony czy nie.- Jezu, Dom. Oboje zawiniliśmy! - krzyknęła głośniej niż zamierzała, bo już miała dość robienia z niej tej najgorszej, cokolwiek by nie powiedziała.- Tak, pamiętam o tym, ale skąd Ci się to teraz wzięło? Nigdy nie chciałam, żebyś wyjeżdżał i nie uważałam, żeby przez Ciebie w moim życiu nie było spokoju- może i początkowo nie powiedziała mu, aby nie wyjeżdżał, ale tylko dlatego, że nie czuła, aby miała taką władzę. Chciała też, aby podjął decyzję w pełni samodzielnie.
Kiedy emocje zaczęły pomału opadać, a ton głosu stawał się łagodniejszy, jej ramiona minimalnie się rozluźniły. Słysząc jak sam siebie określił mianem błazna , poczuła jak pęka jej serce. Momentalnie jej oczy się zaszkliły i wyciągnęła rękę, aby go przytulić i wyszeptać mu tyle miłych słów. Jednak wcześniej padło zbyt wiele gorzkich, aby miała w sobie tyle odwagi, aby to zrobić. - Nie jesteś żadnym błaznem. Nie mów tak, proszę- mimo wszystko od razu zaprotestowała z wyraźną szczerością i spokojem w głosie. Nigdy nie chciała, aby jej zachowanie sprawiło, żeby tak się poczuł. - Też cię kocham- odpowiedziała bez chwili zwątpienia, pomijając na razie jego pytanie. Część jej pragnęła teraz rzucić się w jego ramiona. Skryć twarz w zagłębieniu jego szyi i całą tą kłótnie puścić w niepamięć. Chciała, aby ją objął, zaniósł do sypialni i by mogli zasnąć wtuleni w siebie. Tak bardzo go kochała.
Lecz nie tyle, co padło zbyt wiele gorzkich słów hamujących ją przed wykonaniem kroku w jego stronę, ale przede wszystkim ta kłótnia uświadomiła jej niezwykle przykrą prawdę, która roztrzaskiwała jej serce, które kilka miesięcy temu, to właśnie Dominic posklejał. - Nie, nie ufasz mi, bo w przeciwnym razie miałbyś gdzieś, czy Thomas jest w związku czy nie. I szczerze? Mam tego serdecznie dość, bo nie dostrzegasz moich starań względem Ciebie. Masz pewne oczekiwania względem mnie, których nie potrafisz odpuścić. Niestety, jak każdy poprzedni facet w moim życiu- wiedziała, że to było paskudne, bo wcale nie był jak inni. Dominic był wyjątkowy. - Oczekujesz, że odłożę na bok swoją karierę zawodową, którą dopiero rozpoczęłam, gdy sam zasiadasz na stołku prezesa. Oczekujesz, że będę przyjeżdżać do Ciebie po pracy, chociaż to jest dla mnie dodatkowa godzina drogi i to w jedną stronę. Oczekujesz, że nie będę wspominać o moich oczekiwaniach w dalszej perspektywie, bo Ty nie wiesz czego chcesz i potrzebujesz czasu, aby się mną nacieszyć- z wyrzutem podkreśliła ostatnie słowa, ale wszystko inne mówiła zadziwiająco spokojnie. Nałożyła na stopę drugiego buta i spojrzała ponownie na mężczyznę, którego kochała i który jednocześnie potrafił najbardziej ją zranić.- Dominic, Ty nie chcesz równej sobie partnerki życiowej. Ty chcesz kobiety, która będzie Ci posłuszna i uległa, aż w końcu się nią znudzisz. Przykro mi, ale ja taka nie będę- dodała czując narastająca gulę w gardle i położyła dłoń na klamce, gotowa wyjść z tego mieszkania. Spojrzała jeszcze na niego i zdała sobie sprawę, że boi się tego, co usłyszy w odpowiedzi. Bała się jeszcze większej eskalacji, więc zrobiła coś, czego nie cierpiała w dotychczasowych związkach - uciekła. Otworzyła drzwi i zanim zdążył coś powiedzieć, zniknęła z jego pola widzenia.
Dominic Reyes
koniec