Nawet jeśli nie do końca – a właściwie
prawie wcale – pamiętał wyjście w towarzystwie Beatrice, chyba mógł być pewny tego, że nie zadziało się podczas niego nic, czego następnego dnia mógłby jedynie mocno pożałować. I to pewnie mocniej niż ilości wypitego alkoholu i tego, że nie zdecydował się poprzestać tylko na nim. Bo może i zdarzało mu się w takich sytuacjach pakować w różnego rodzaju
idiotyzmy – co w zasadzie na trzeźwo zdarzało się tylko w nieznacznym stopniu rzadziej… – ale jak dotąd chyba jeszcze nigdy nie zapomniał o tym, że miał dziewczynę, którą rzeczywiście kochał i że w związku z tym naprawdę nie potrzebował żadnych
przygód z nikim innym.
Nie licząc tych, które czasami kończyły się
lekkim przedłużeniem imprezy. Tak na przykład do paru dni.
W każdym razie – na pewno nie tych, których finał miałby odbywać się w cudzym łóżku. Albo czymkolwiek innym, co – z braku odpowiedniego umeblowania – mogłoby za to łóżko posłużyć.
–
To ty ciągle do tego wracasz… – zauważył z uśmiechem, również całkiem nieźle pamiętając o tym, że tego typu groźby miał okazję usłyszeć od niej już co najmniej kilkukrotnie. A także o tym, że niemal za każdym razem kończyło się to przeinaczeniem jej wydźwięku w taki sposób, by faktycznie mógł przynajmniej przez moment lub dwa zastanowić się, czy aby przypadkiem nie byłby w stanie polubić się z tymi kablami…
I oczywiście, że wreszcie nie wytrzymał, musząc po prostu parsknąć śmiechem na widok tej jej
ostrzegawczo uniesionej brwi. Albo ewidentny dowód na brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, albo po prostu Elsa zdecydowanie powinna nieco popracować nad swoim
groźnym wyglądem…
–
Jest paskudna – powtórzył dobitnie, pozwalając na to, by oczywiste rozbawienie wciąż odbijało się pomiędzy poszczególnymi głoskami. –
I naprawdę trudno będzie wybrać coś gorszego od niej, więc chyba nawet za bardzo nie ma znaczenia, czym ją zastąpi…my.
Może i faktycznie przez cały ten czas zdążył poczuć się w
jej domu jak u siebie i pewnie niejednokrotnie zdarzało się, że całkiem naturalne było podejmowanie jakichś mniej lub bardziej istotnych decyzji
wspólnie. Zazwyczaj jednak nie zwracał zbytniej uwagi na to, czy zdarzało mu się powiedzieć coś o spędzaniu czasu
u nich, czy jednak wciąż zamiennie stwierdzał na przykład, że noc zamierzał spędzić
u niej. Tym razem całkiem świadomie zwrócił jednak uwagę na to, że czasownik użyty w jego wypowiedzi pierwotnie miał się pojawić w tej –
już – niewłaściwej formie, a skorygowanie go wymagało tej chwilowej pauzy.
–
Na szczęście i do świąt, i do twoich urodzin jest jeszcze trochę czasu, więc pewnie będzie można to wszystko jakoś… zaplanować – na przykład przypominając sobie w ostatniej chwili, że właśnie końcówkę grudnia musiał bardzo pilnie spędzić
gdzieś zupełnie indziej. Albo zupełnie przypadkowo planując świąteczno-urodzinowy wyjazd z nią w taki sposób, by
niefortunnie nie móc w tym czasie spotkać się z jej ojcem. Bo… jeśli ktoś wciąż jeszcze potrzebowałby jakiegoś dowodu na to, że Dante w żadnym razie nie potrafił przewidywać konsekwencji
jakichkolwiek swoich decyzji, to ta prawdopodobnie mogłaby stanowić dość dobitny przykład. Oczywiście, że to
oficjalne wspólne mieszkanie z nią musiało oznaczać, że wizyty jej ojca powinni – przynajmniej w większości – również odbywać
wspólnie. A jak dotąd najwyraźniej wcale nie brał pod uwagę tego, że właśnie pozbawił się tej najbardziej banalnej wymówki, jaką było stwierdzenie, że on przecież w zasadzie tylko u niej
bywał i że nie było potrzeby, żeby był obecny również wtedy, gdy miała jakichś goście.
Tymczasem… wyglądało na to, że od teraz mieli to być
ich goście.
A on, chociaż raczej nie miał zamiaru przyznawać tego na głos – na pewno
nie teraz – chyba rzeczywiście wolałby pozostać przy tym, by z jej ojcem widywać się na tyle rzadko, na ile tylko było to możliwe. Najlepiej
wcale. Choć może częstotliwość
raz do roku też mogłaby być w ostateczności akceptowalna…
Losowi natomiast chyba powinien być wdzięczny za to, że skacząca po pomoście żaba zdecydowała się
zaatakować Elsę ledwie chwilę po tym, jak sam zdążył bezpiecznie zapiąć bransoletkę na swoim nadgarstku. W przeciwnym wypadku było chyba więcej jak pewne, że ta mogłaby na dobre przepaść gdzieś w jeziorze, kiedy on odruchowo wyciągnął rękę, żeby złapać dziewczynę zanim…
–
Uw… – ale było stanowczo za późno, żeby choćby wypowiedzieć w pełni jakiekolwiek ostrzeżenie o tym, że zbliżała się właśnie do końca pomostu… Z pluskiem wylądowała w wodzie i chociaż Dante zdążył w tym czasie samemu zrobić tych parę kroków na skraj drewnianej konstrukcji, po drodze pozbywając się własnych butów, to ratunek najwyraźniej wcale nie był konieczny. Elsa zdążyła wynurzyć się samodzielnie, a on… po prostu
nie mógłby nie roześmiać się na jej widok, kiedy już początkowe zaskoczenie i obawa o to, czy przypadkiem nic się jej nie stało, minęły.
Tym bardziej, gdy usłyszał ledwie chwilę później kolejny, znacznie już cichszy plusk mogący oznaczać jedynie tyle, że również winowajczyni całego tego zamieszania postanowiła ewakuować się z pomostu, zanim ktokolwiek mógłby ją o coś obwinić.
–
Wystraszyłaś ją… – zauważył ze śmiechem, zdecydowanie nie zwracając się przy tym do żaby. Ale nawet jeśli trudno byłoby przyjąć całą tę sytuację z powagą, na pewno nie zamierzał przecież tak po prostu zostawiać Elsy bez pomocy. Zwłaszcza, gdy wprost wspomniała o tym, że ta jak najbardziej by się jej przydała…
–
Mówiłem ci już dzisiaj, że świetnie wyglądasz? – nawet jednak kucając na skraju pomostu, by chwycić ją za ręce i pomóc jej wydostać się z wody, nie był w stanie choćby udawać, że próbował zachować powagę. –
Chociaż… chyba masz jakiegoś glona we włosach. Albo… nie, nie rusza się. To jednak glon.
Możliwe, że ryzykował właśnie tym, że lada moment sam miałby doświadczyć przymusowej kąpieli z żabami oraz okazji do tego, by nazbierać nieco własnych glonów… Wciąż jednak ugryzienie się w język zdawało się w tej sytuacji zadaniem ponad jego siły. No i zresztą… przecież
naprawdę był zdania, że nawet z tym nieszczęsnym glonem we włosach i w kompletnie przemoczonej sukience mogła wyglądać
świetnie.
Elsa Eriksen