ODPOWIEDZ
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Odetchnął głęboko, ściskając w dłoni krawędź notatnika opartego na zgiętych kolanach. Wpatrywał się w niego, czując w głowie dziwną pustkę. Musiał w końcu oddać pracę, której termin upływał w przyszłym tygodniu. Zawsze był przed czasem, chcąc skupić się na dalszym rozwoju prawniczej kariery. Prokrastynacja nie była w jego stylu, a odnosił wrażenie, że coraz bardziej zwlekał z przyłożeniem się do zadania, myślami odpływając w zupełnie inne rejony.
W stronę jego.
W stronę zaczepnego uśmiechu.
W stronę ogników czających się w znajomych oczach, które zapraszały do zabawy, kusząc.
Uniósł głowę, spoglądając na zielone liście przez które przebijały się promienie słońca. Patrzył przez chwilę na błyszczące refleksy, czując pod drugą dłonią miękką trawę. Lubił jej dotyk, chociaż ktoś kiedyś zarzucił mu, że nigdy jej nie dotknął. W żartach, teraz już to wiedział. Czemu właściwie pamiętał tak nielogiczne elementy swojej przeszłości? Nie były mu potrzebne i nie rzutowały na przyszłości. A jednak tam były, poczynając sobie coraz to śmielej. Ostatnio często pojawiało się wiele pytań, które kwestionowały jego dotychczasowe jestestwo i rzeczywistość, do której był przyzwyczajony.
Wszystko przez niego. Przez tę pewność siebie, niereformowalność, buńczuczność i żywiołowość. To było dla niego nieznane, do tej pory nie znajdował się tak często w towarzystwie osoby, która pozbawiona był alogicznego planu działania, po prostu żyjąc spontanicznie.
Nowość, która przyciągała.
Wziął do ręki pióro wiedząc, że jak tak dalej pójdzie, ta chwila, którą wygospodarował na wypracowanie, odejdzie w zapomnienie, stając się wyjątkowo bezproduktywną.
Skup się, robisz to od zawsze.
Ale zawsze przestało być takie samo od tamtego dnia w uczelnianej auli. Zawsze uległo zmianie odkąd nie pojawił się sam w ulubionej kawiarni. Stało się nowym odkąd poczuł na swojej dłoni delikatny dotyk pozostawiając ślad w pamięci.
Za dużo myślał. Nie powinien. To nie było nic takiego.
Wpatrzył się w białe kartki pozwalając, by dłoń wykonywała znajome ruchu. Umysł nie rejestrował, skupiony na znajomej twarzy, która patrzyła na niego wyzywająco. Na ostro zarysowaną linię żuchwy. Na idealne brwi, pod którymi znajdowały się idealne oczy.
Ocknął się, wracając do rzeczywistości, by uświadomić sobie z zaskoczeniem, że z białej wcześniej kartki patrzył na niego Benjamin, przeniesiony z pamięci.
Cholera.
Przewrócił stronę, rozglądając się przy okazji na około. Dostrzegł w niedalekiej odległości samotnie spacerującego mężczyznę. Coś w jego pozie było na tyle interesującego, że Kieran postanowił uwiecznić go na papierze. Tylko po to, by stłumić na chwilę wspomnienia Thallmana. Za dużo go tam było, a to robiło się niebezpieczne. Noc, dzień, ranek, wieczór. Obiad, śniadanie. Nie ważne kiedy, po prostu był odciśnięty w jego głowie. Przerażało go to. Musiał to stłumić, chwilę odpocząć, by przeanalizować na spokojnie.
Co rusz przenosił na papier kolejne linie, nadając szkicowi kształt nieznajomego mężczyzny. Tylko gdzie podział się jego obiekt? Zmarszczył lekko brwi. Nie zarejestrował, kiedy zniknął z jego pola widzenia. Rozczarowujące, mógł być dobrym modelem, bo chociaż sylwetka była, tak bez twarzy była niekompletna. Mógł ją wymyślić, ale jakże kłamliwa byłaby to wizja!
Niespodziewanie poczuł czyjąś obecność, tak różną od tej jednej, do której nawykł. Spiął się, obracając głowę tylko po to, by odnaleźć właściciela beztwarzowej sylwetki, który stał tuż za nim.

Jude Iverson
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

09.


Nie miał sił iść na trening; myśli, uporczywe, natrętne zbierały się w jego głowie podnosząc nierówny jazgot jak przyklejony do gniazda zuchwały rój owadów walczących o to by przetrwać w wierze funkcji i reguł, myśli uporczywe natrętne spieniały się w świadomości, syczały złączone w falę. Czuł, że stracił część siebie; czuł że coś nagle wymknęło się spod kontroli. Mieszkanie, szpital, mieszkanie, szpital, mieszkanie... Rękawiczki sprawiają, że nie jest się winnym krwi - nie trzeba jej przecież zmywać, nie trzeba się z niej tłumaczyć. Miał wrażenie że w chwili gdy postanowił odmienić swoje życie tak naprawdę utracił je bezpowrotnie, sprzedawał je bez szacunku, bez wizji jak rzeczywiście powinna w pełni wyglądać jego przyszłość. Jedyna godna pokazywania wersja musiała być zakleszczona w tej zwięzłej, medycznej rzeczywistości, w zabiegach i procedurach choć w głębi duszy był pewny że n i c już nie będzie w stanie go wyleczyć. To była tylko skorupa. To było tylko przetrwanie. To był jedynie kamuflaż. Powiedz mi, czy naprawdę chcesz pomagać tym ludziom? Czy chciałbyś tak pomóc sobie? Czy boisz się, że w przeciwnym razie zupełnie już się zatracisz? Zrobiło mu się niedobrze. Światło, rozlewane z otwartej rany nieba działało niemal kojąco jak balsam wmasowany obecnie w jego skórę. W parku było dość cicho, zupełnie, jakby pod jego kloszem zniknęła pożoga miasta, jego krzyku, warkotu i pośpiechu który bezustannie napędzał jego krwiobieg. Spacerował w związku z tym snując się niespiesznie jak cień uwikłany pomiędzy słupami rosnących ospale drzew. Spacerował, zaciskając schowane w kieszeni dłonie w rozpaczliwy, agresywny kształt pięści. Rozprostował je wreszcie, czując inny dyskomfort.
Zupełnie
jakby
ktoś teraz
go
obserwował.
Strząsnął z siebie to niedorzeczne wrażenie; nie sądził, żeby okazało się to prawdą, świat w końcu nie obracał się wokół jego osoby. Im jednak bardziej je odrzucał, tym silniej ono wracało, wgryzając się w niego kłami swoich wykrzykników, im silniej pragnął zaprzeczyć tym kątem oka zauważał młodego mężczyznę, który, wpatrzony w krajobraz przed nim nakładał kolejne kompozycje linii w szkicowniku. Było jednak wiele obiektów które mógłby rysować; od roślinności, przez ławki po krzątające się momentami, niknące prędko zwierzęta. Żałosne. Naiwne. Głupie, po prostu głupie. Zawrócił później, planując udać się z powrotem do mieszkania. Postanowił, że sprawdzi, możliwie dyskretnie co tak naprawdę zajęło nieznajomego. Przechodząc obok, okrążył go lekkim łukiem, kotwicząc swoje spojrzenie na majaczącym za jego plecami szkicowniku. Wyglądał na zmieszanego, rozglądał się w obie strony, aż wreszcie skonsternowany obejrzał się za siebie - i spotkał się z jego wzrokiem. Czuł się, jakby oboje zostali przyłapani na czymś czym niekoniecznie chcieli się podzielić. Nie miał dać za wygraną.
- Przestraszyłem cię? - zapytał, nietypowo miękko jak na siebie; nie musiał podnosić głosu, nie w tym miejscu, nie w podobnej otaczającej ich okolicy. Czuł, że napięcie rozciąga się niczym struna, mogąc pokaleczyć mu skórę jeśli tylko nie będzie dość ostrożny. Mógł niemal przyznać że nawet oddech staje się w tym momencie naprężony jak uniesiony ostrzegawczo ogon. Nie próbował podglądać co znajdowało się na stronach notatnika. Nie próbował powiedzieć mu, jakie miał podejrzenia.
- Nie możesz się tak rozpraszać - wytknął tylko, tym razem zaskakująco surowo jakby dawał mu radę którą sam wziął z głębi swoich doświadczeń, dlatego, że nieznajomy właśnie taki się wydawał, rozproszony, obecny tylko częściowo, niepewny siebie i innych. On z kolei przywyknął by działać pomimo całej szarpiącej nim niepewności.
Nauczył się dobrze tłumić.

Kieran Burreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Myśli to była jednak skomplikowana sprawa. Pojawiały się ciągle, co rusz zmieniając kierunek. Wbijały się w umysł, siejąc chaos, by ostatecznie zniknąć, zastąpione innymi. Nie potrafił pochwycić tych, na których zależało mu w tym momencie, przegrywając walkę z obrazami, które nie powinny mieć dla niego żadnego znaczenia. A jednak miały. Znacznie większe, niż chciał przyznać sam przed sobą. Miał znaczenie ten znajomy zapach, który wdzierał się w płuca ilekroć zaciągnął się mocniej w jego obecności. Miało znaczenie brzmienie jego głosu, kiedy tylko otwierał usta by coś do niego powiedzieć. Miało znaczenie wszystko, co mógł przypisać do osoby, która zakorzeniała się równie mocno, jak drzewo, pod którym aktualnie siedział.
Ile jeszcze miał walczyć sam ze sobą?
Kolejne westchnienie wyrwało się z jego płuc, kiedy dotarło do niego, że z referatu dzisiaj nici. Nie napisze żadnego sensownego zdania. Nie chciał układać poszczególnych liter w słowa obawiając się, że ich kolejność nie będzie taka, jakby chciał. Co, jeśli nagle myśli zostaną spisane i światło dzienne ujrzą głęboko skrywane pragnienia? Serce nie powinno mieć prawa głosu. Liczył się umysł i jego racjonalne podejście.
Cholera.
Czy to miało jednak znaczenie, skoro ostatecznie ręka wiedziała czego pragnie i myśli przeniosła obrazem na papier? Jakim sposobem ciało działało wbrew jego woli? Kieran miał wrażenie, że coraz bardziej traci kontrolę do której nawykł. Zawsze miał jasny plan, zawsze grafik, którym podążał każdego dnia. A teraz wszędzie był jedynie chaos. W głowie, w sercu, na papierze.
W porywie napływu emocji, z których tak wiele było czystą nowością, miał ochotę cisnąć notatnikiem przed siebie, zirytowany. Co się z nim działo? nie tak łatwo było wyprowadzić go z równowagi, a tu proszę, wystarczyła chwila, wystarczyło wspomnienie i już czuł się zagubiony na tyle, by dawać się ponieść. Jego ojciec byłby rozczarowany, niemal czuł na sobie to pogardliwe spojrzenie, kiedy dostrzegłby okazaną przez syna słabość.
Niedorzeczne.
Skupienie uwagi na czymś innym powinno pomóc. Nieznajomy mężczyzna okazał się celem idealnym. Przynajmniej na chwilę, bo dość szybko postanowił zniknąć, niczym Potter pod Peleryną Niewidką. Czy naprawdę siły wyższe nie dadzą dzisiaj odpocząć jego głowie, która usilnie broniła do siebie dostępu, przegrywając wiele bitew? Był zmęczony tym wszystkim pewien, że Benjamin nie przeżywał podobnych rozterek. Nie myślał o nim, nie wspominał.
Burreau, ogarnij się, bo znowu tracisz kontrolę.
Napotkanie wzroku modela z niedokończonego szkicu było wystarczające, by ostatecznie wyrzucić z głowy Thallmana. teraz miał poważniejszy problem - został przyłapany i czuł się z tym zwyczajnie źle. Ogarnęło go niepożądane uczucie dyskomfortu.
-Zaskoczyłeś, to wszystko. Zniknąłeś tak nagle i teraz stoisz za moimi plecami. Dość nietypowe. Ludzie zazwyczaj po zniknięciu nie pojawiają się ponownie - stwierdził jeszcze przez chwilę lustrując wzrokiem oczy mężczyzny. Chciał je zapamiętać, by później przenieść na papier.
-Słucham? Nie rozpraszam się. Poza tym, czemu w ogóle mi to mówisz? - lekko zmarszczył brwi, nie rozumiejąc. W jednym momencie nieznajomy przeszedł z miłego do poirytowanego. Dlaczego? - Zdenerwowałem cię czymś? Jeśli chodzi o to, to nie planowałem cię rysować. Po prostu znalazłeś się w polu widzenia - wyjaśnił uważając, że chodziło właśnie o ten drobny szczegół.

Jude Iverson
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Zaskoczył się tym
jak bardzo

był obojętny - fakt że ktoś kogo nie znał, kto go widział podobnie pierwszy raz w swoim życiu ośmielił się przelać kontur jego ciała na medium podatnej kartki, bez pytania i bez prób by go poznać, nie budził w jego wnętrzu najmniejszej dostępnej wiązki emocji, zupełnie jakby w tej chwili mógł dzierżyć wyłącznie popiół, był czysty, czysty, jałowy, bez żadnej waluty gniewu, żadnego brzęku monety błyszczącej się niebezpiecznie irytacji. O wiele bardziej mógł zirytować się - choć przede wszystkim był znacznie bardziej zmęczony tym pojedynczym faktem - jak chłopak go nie rozumiał lub nie chciał zrozumieć słów jakie jeszcze przed chwilą omiatały jego usta. Nie. Nie miał w sobie nic poza samym wyczerpaniem. Tlił się jakby zaraz miał zgasnąć. Nie miał w sobie nic więcej, nie miał dla niego gniewu i nie miał też oburzenia. To dziwne, mógł przyznać nawet, pamiętając dokładnie że kiedyś, gdyby tylko był młodszy chciałby go roznieść w pył, zawsze wściekły jak zwierzę które nauczyło się kąsać aby przetrwać. Tym razem nic w nim nie było. Skarbonka serca jest pusta.
Uśmiechnął się w zamian za to z pewnym politowaniem, potrafił to w nim odszukać, tę naprężoną pod jego skórą niepewność. Był przekonany, że istnieje, że coś miało szansę go złamać, coś miało szansę porządnie nim poruszyć. Potrafił zgadywać ludzi, niuanse zapisane na ich twarzach, w grymasach, w niewielkiej zmarszczkowej linii, w tym wszystkim co mogło zostać zuchwale pominięte. Potrafił, podobnie jak inni pracujący w szpitalu dostrzegać że ktoś się im zwyczajnie nie podoba nosząc w sobie schorzenie jak ukryty ładunek, subtelny i czekający na jeden niezmiernie drastyczny moment - kiedy będzie za późno, aby cokolwiek uratować.
- Tak? A co robią? - wyrzucił przed siebie słowa z odrobinę złośliwym pojawiającym się rozbawieniem. - Jeśli nie umrą, mają w zwyczaju wracać - ludzie zwykle wracają. Są przyzwyczajeni, by wracać. W lokalnym sklepie spotyka się różne twarze, choć część będzie się powtarzać, tak samo, jak powtarza się własny i wtórny refren rutyny. W szpitalu będą pojawiali się pacjenci których kojarzy się już po samym majaczącym w systemie imieniu i nazwisku.
- Nie gadaj bzdur. Nie atakuję cię.
Pouczył go. Ani przez chwilę nie odezwał się tonem który mógł być uznany za zdenerwowany. Był prędzej przede wszystkim poważny, nawet w chwilach gdy z ożywieniem wytykał detale w zdaniach. Wydawał się dobrze bawić, zwyczajnie chciał tutaj być, chciał dalej być w takim miejscu, chciał dalej móc z nim rozmawiać. Chłopak był wygadany i z pewnością podobnie był w stanie jeszcze go zadziwić.
- Chciałem tylko dać radę dotyczącą koncentracji - neutralnie, tak neutralnie jak można obwieścić coś, co w jego własnym odczuciu było oczywiste. Kiedy coś robisz, wykonuj to całym sobą. Wierzył że brak poświęcenia nie tylko wyzwala błędy, co jeszcze odbiera sens zajęciom, sprawiając że stają się wtedy całkowitym, żałosnym marnotrawstwem czasu. Co mogło być dla niego ważniejsze jeśli nie uwaga i precyzja?
- Gdybyś naprawdę zajął się rysowaniem - dodał - wiedziałbyś bardzo dobrze, w którym kierunku idę - nie zakradł się, nie posiadał żadnej wyjątkowej zdolności aby nagle rozpuścić się w przestrzeni. Nie miał zresztą potrzeby aby coś udowadniać. Nie musiał udowadniać, bo wiedział, że się nie myli - fakt, że nieznajomy nie potrafił w pełni zająć się jednym z zainteresowań był dla niego wprost namacalnie oczywisty.
- Mam nadzieję, że to - oznajmił nawet życzliwie - czemu się tak poświęcasz jest warte swego zachodu - w końcu musiało istnieć coś ważnego. Coś co sprawiało że nie umiał pogrążyć się w zajęciu, coś co go podgryzało. Nie chciał znać tych sekretów. Nie mógł tylko być obojętny na to, że istnieją.

Kieran Burreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „York Mills Valley Park”