Spodziewałam się tego, że Grace nie będzie siedziała cicho, tylko wyskoczy zaraz z jakąś błyskotliwą odpowiedzią. Jest przewidywalna jak jej świętej pamięci ojciec, który odszedł od nas lata temu. Grace jest do niego tak podobna, że na jej miejscu, to uważałabym na to jak chodzi po schodach. Odpowiedź córki przyjęłam jednak ze spokojem, który kosztował mnie zdecydowanie więcej cierpliwości niż byłam skłonna pokazać. Oczywiście była ona już dorosłą kobietą i mogła podejmować własne decyzje, nawet jeżeli niektóre z nich uważałam za pozbawione dobrego smaku. Bardziej zwróciłam uwagę na ton, na jaki sobie pozwoliła. Jeszcze jakiś czas temu prawdopodobnie spuściłaby wzrok albo próbowałaby zakończyć rozmowę, zanim ta zdążyłaby się dobrze rozpocząć. Teraz natomiast postanowiła otwarcie zakwestionować moje zdanie. Powinnam być zirytowana... I byłam.
Jednocześnie jakaś część mnie dostrzegła w tym zmianę, której być może sama od niej oczekiwałam. Zawsze chciałam, aby moje dzieci potrafiły walczyć o swoje miejsce. Problem polegał na tym, że zdecydowanie łatwiej akceptowałam tę cechę, kiedy wykorzystywały ją przeciwko komuś innemu.
-
Gdybym miała problem z projektantem skarbie, to zapewniam cię, że porozmawiałbym bezpośrednio z nim - odpowiedziałam spokojnie. -
W tej chwili rozmawiam jednak z tobą. - Spojrzałam na Grace dość pogardliwym wzrokiem. -
Cena ubioru nigdy nie była gwarancją dobrego gustu. Powinnaś o tym wiedzieć, ale skoro jesteś tak bardzo przywiązana do swojej kreacji, to nie zamierzam ci jej przecież zdejmować na siłę.
Uniosłam lekko kieliszek i uznałam temat za zakończony. Nie miałam zamiaru urządzać przedstawienia dla zgromadzonych gości. Powiedziałam co myślałam, Grace również wyraziła swoją opinię i na tym należało poprzestać. Przynajmniej chwilowo.
Po zakończeniu konwersacji z córką, odwróciłam się do Reeve'a. Twierdził, że nie był na mnie zły. Niestety znałam własnego syna wystarczająco, dobrze, żeby wiedzieć, że między nami nadal pozostrawało coś niedopowiedzianego. Nie zamierzałam jednak przepraszać go przy całej rodzinie. Poza tym nie była w stu procentach przekonana, że to ja powinnam przepraszać. Moglam natomiast przyznać sama przed sobą, że ostatnie wydarzenia pozostawiły we mnie pewien dyskomfort. Nie podobała mi się myśl, że mógłby on zacząć unikać mnie z tego powodu.
-
Oczywiście - odpowiedziałam spokojnie. -
Skoro nie jesteś zły, to uznam, że wszystko między nami jest w najlepszym porządku. - Uśmiechnęłam się delikatnie. -
Chociaż oboje doskonale wiemy, że jeszcze wrócimy do tej rozmowy. Tym razem proponuję jednak zrobić to bez publiczności.
Nie potrzebowałam od niego natychmiastowej odpowiedzi. Sam fakt, że przyszedł, bardzo dużo dla mnie znaczył. Po tym, co się wydarzyło między nami, naprawdę bałam się, że się dzisiaj nie pojawi. Oczywiście powiedziałabym wtedy, że zachował się dziecinnie i nieodpowiedzialnie. Prawdopodobnie nawet sama bym w to uwierzyła. Teraz jednak cieszyłam się, że był tutaj.
Przeniosłam wzrok w stronę Audrey. Jej długa sukienka nie wzbudzałaby moich podejrzeń, gdybym nie znała własnej córki. Zdecydowanie częściej interesowały ją ubrania, które pozwalały pokazać więcej skóry, dlatego wybór długich rękawów natychmiast wydał mi się podejrzany. Wiedziałam również o jej ręce wystarczająco dużo, żeby zauważyć, że najwyraźniej próbowała uniknąć pytań. Postanowiłam także nie drążyć tematu.
-
Tak skarbie, tort jest tęczowy, a na samym śrdoku będzie jednorożec - odpowiedziałam i spojrzałam na nią z lekkim rozbawieniem. -
Są pewne tradycje, których nawet ja nie zamierzam zmieniać. Chociaż zaczynam podejrzewać, że będę zamawiała ci tęczowy tort również na pięćdziesąte urodziny. - Pokręciłam lekko głową. -
I tak, zrobimy zdjęcia. Wszyscy i nie ma żadnych negocjacji w tej sprawie.
Pozwoliłam sobie na krótki uśmiech, po czym spojrzałam na Shereen. -
Naprawdę sądziłaś kochanie, że pozwoliłabym kilkudziesięciu osobom samodzielnie zdecydować, gdzie usiądą? - Uniosłam brwi. -
Oczywiście, że miejsca są przydzielone.
Planowanie usadzenia gości zajęło mi zdecydowanie zbyt dużo czasu, żeby teraz pozwolić wszystkim zniszczyć układ w ciągu pięciu minut. Przy odpowiednim stole rozmowy toczyły się naturalnie, ponieważ niewłaściwe osoby nie siedziały obok siebie, a ewentualne konflikty można było ograniczyć, zanim w ogóle zdążyły się pojawić.
-
Ty siedzisz obok Erica - dodałam. -
Uznałam, że rozdzielenie was byłoby wyjątkowo okrutne. - Spojrzałam w stronę Erica z wyraźnym rozbawieniem. -
Mam nadzieję, że słuchałeś uważnie. Moja córka chrzestna właśnie bardzo jasno zakomunikowała swoje oczekiwania. Osobiście bardzo docieniam, ludzi którzy potrafią mówić wprost, czego chcą.
Nie zamierzałam go naprawdę stawiać pod ścianą. Przynajmniej nie dzisiaj. Lubiłam go coraz bardziej, ponadto wiedziałam jak ważny był dla Shereen, a to wystarczała, żebym traktowała go inaczej niż większość ludzi pojawiających się w życiu mojej rodziny.
-
Dziękuję bardzo za komplement - dodałam. -
Miło wiedzieć, że ktoś poza mną docenia ilość pracy potrzebnej do zorganizowania tego wszystkiego. Chociaż zapewniam cię, że kuchnia była znacznie bardziej wymagająca ode mnie.
Przez lata byłam przekonana, że jeżeli wystarczająco dobrze wszytsko zaplanuję, to zdołam ochronić ich wszystkich przed chaosem. Nie potrafiłam sobie wyobrazić sytuacji, w której któregoś z nich przy tym stole zabraknie. Natychmiast odsunęłam od siebie tę myśl.
-
Dobrze - powiedziałam, odzyskując swój naturalny ton. -
Zanim komuś przyjdzie do głowy rozpoczęcie kolejnego rodzinnego konfliktu, to proponuję przejść do stołu. - Poprawiłam delikatnie bransoletkę na nadgarstku. -
Przystawki zostaną podane za chwilę, a tort później. Nie pozwolę ci Audrey rozpocząć kolacji od deseru tylko dlatego, że masz urodziny. Chociaż przypuszczam, że i tak spróbujesz mnie przekonać.
Uśmiechnęłam się pod nosem. -
A zanim ktokolwiek zacznie protestować przeciwko przypisanym miejscom, to uprzedzam, że układałam je przez kilka godzin. W związku z tym wszelkie reklamacje zostaną rozpatrzone najwcześniej jutro - przeniosłam wzrok na Shereen. -
W przyszłym roku skorzystam jednak z twojej pomocy. Jesteś większą ekspertką w tej dziedzinie ode mnie.
Zanim ruszyłam w stronę stołu, to zatrzymałam na moment jednego z przechodzących obok kelnerów. Nachyliłam się delikatnie w jego stronę, zachowując na twarzy całkowicie naturalny wyraz, po czym wsunęłam mu dyskretnie do dłoni złożony banknot.
-
Za kilka minut podejdź do Grace z czerwonym winem - powiedziałam cicho. -
I postaraj się, żebyś przypadkiem stracił równowagę. - Przeniosłam wzrok na sukienkę córki i uśmiechnęłam się niewinnie. -
Oczywiście ma to wyglądać jak wypadek. Bardzo niefortunny wypadek.
Nie zamierzałam przecież zmuszać Grace do przebrania się. Sama wyraźnie powiedziała, że niczego ze swoją kreacja nie zrobi. Czasami należało po prostu pozwolić, aby los rozwiązał problem za człowieka. A los, odpowiednio zmotywowany finansowo, bywał wyjątkowo skuteczny.
Audrey LeBlanc Shereen Winfield Eric Stones Grace LeBlanc Reeve LeBlanc