-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Mogłaby… gdyby tylko dopuszczała do siebie tego typu myśli. Ale zamknęła je w jednym z pokoi swojej głowy i nie zamierzała ich prędko otwierać.
— Widzę, że nie możesz doczekać się tego wiązania. — Parsknęła cichym śmiechem, przypominając sobie, że przecież od ich pierwszego spotkania w jej salonie dosyć regularnie zaczęła mu grozić tymi wszystkimi kablami. I najwyraźniej w końcu należało ową groźbę spełnić i przetestować wszelkie węzły, których nauczyłaby się w harcerstwie, gdyby tylko do jakiegoś należała.
Otworzyła szeroko oczy, słysząc jak ten podejmuje trud rozmowy o wprowadzeniu się do niej. Chociaż od dłuższego czasu nie używała pojęcia "mój dom”. Mieszkali tam w czwórkę, oni i ich psie dzieci, które przez te miesiące zdążyły się ze sobą naprawdę zżyć! Nawet jak narwany Murphy zdawał się momentami irytować księżną Olive to uwielbiała się bawić z młodszym bratem i mimo nieznacznej różnicy wzrostu — gdzie to suczka była tą mniejszą — wygrywać z nim psie zapasy. A ona czuła się dobrze z tą dwójką przy nodze — oczywiście chodziło o zwierzęta, bo o kogo innego — a przeszczęśliwa z tym gamoniem u boku. To był już od dawna ich dom — całej czwórki.
Ale kiedy wspomniał o paskudnej lampie, uniosła wymownie prawą brew, która delikatnie jej drgnęła w ostrzegawczym tonie.
— Nie podoba ci się moja lampa, Levasseur? Dobrze, po powrocie pojedziemy do meblowego i kupimy taką, która będzie ci pasować i którą ja zaakceptuję. Dostaniesz trzy szanse. Jak żadna nie dostanie akceptacji to ja wybieram i ja akceptuję. — Uśmiechnęła się szeroko, wycierając dłońmi resztki łez, które zostały na jej policzkach. Już wspólnie wybierali płyn do płukania prania, z lampą chyba nie mogło pójść o wiele gorzej. Chociaż dalej nie rozumiała, co mu się w tej obecnej nie podobało! No i skoro Murphy jeszcze jej nie rozwalił, to najwyraźniej i on był nią zachwycony!
— Planujesz go unikać do końca życia? A co ze świętami? Albo moimi urodzinami? Mam wybierać między wami czy będziesz chciał je świętować miesiąc później? — zapytała całkiem poważnie. Bo jak rozumiała ich niechęć do siebie tak naprawdę nie zamierzała udawać, że jej to odpowiadało. W końcu mieli stworzyć coś na wzór rodziny i naprawdę nie potrzebowała do tego żadnej obrączki! Dlatego choćby miała ich dwójkę przywiązać do krzeseł, a buzie zakleić taśmą izolacyjną albo skleić klejem na gorącą… to będą ze sobą spędzać czas. Koniec. Kropka.
— A to już zależy jak intensywnie będziesz szorować to miejsce podczas kąpieli. Bo może będę musiała średnio raz w tygodniu go poprawiać. — Wzruszyła ramionami i od razu odwzajemniła to słodkie i krótkie muśnięcie. Ale zdziwiła się, kiedy złapał za bransoletkę. Gdy jednak powiedział, że zdecydowanie chciał ją z powrotem, uśmiechnęła się rozczulona. Czyli nie bał się rzuconego zaklęcia albo było mu dobrze pod jego wpływem. Nie wnikała. Szybko jednak splotła dłonie w miseczke bądź inny koszyczek i podłożyła pod jego ręce, gdy zaczął umieszczać blaszkę na jej pierwotne miejsce. Tak na wszelki wypadek, żeby nic nie spadło do jeziora. Nic poza…
Podskoczyła z obrzydzenia, kiedy poczuła jak coś oślizgłego chodzi jej po nagiej stopie. Szanowała wszystkie zwierzątka, naprawdę. Kiedyś zawiozła do weterynarza rannego jeża, który padł ofiarą podkoszarki w miejskim parku, podobnie z ptaszkiem, który oślepiony słońcem uderzył w szybę jej salonu. Ale ta żaba…
— AAAA! — krzyknęła, skacząc na jednej nodze aż w końcu… wylądowała za pomostem. Na szczęście dno było dosyć głębokie, więc nie uderzyła w żadne kamienie i mimo przeżytego szoku, szybko się wynurzyła. — Chciałam popływać we Włoszech… albo myślałam o morzu, nie o jeziorze z żabami… — jęknęła cicho, zapierając się dłońmi na pomoście, próbując dostać się z powrotem na niego, ale… — Pomóż, nie mam już siły. Ręce mnie bolą od tych warkoczyków. Dzisiaj chyba trzysta ich naplotłam…
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie licząc tych, które czasami kończyły się lekkim przedłużeniem imprezy. Tak na przykład do paru dni.
W każdym razie – na pewno nie tych, których finał miałby odbywać się w cudzym łóżku. Albo czymkolwiek innym, co – z braku odpowiedniego umeblowania – mogłoby za to łóżko posłużyć.
– To ty ciągle do tego wracasz… – zauważył z uśmiechem, również całkiem nieźle pamiętając o tym, że tego typu groźby miał okazję usłyszeć od niej już co najmniej kilkukrotnie. A także o tym, że niemal za każdym razem kończyło się to przeinaczeniem jej wydźwięku w taki sposób, by faktycznie mógł przynajmniej przez moment lub dwa zastanowić się, czy aby przypadkiem nie byłby w stanie polubić się z tymi kablami…
I oczywiście, że wreszcie nie wytrzymał, musząc po prostu parsknąć śmiechem na widok tej jej ostrzegawczo uniesionej brwi. Albo ewidentny dowód na brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, albo po prostu Elsa zdecydowanie powinna nieco popracować nad swoim groźnym wyglądem…
– Jest paskudna – powtórzył dobitnie, pozwalając na to, by oczywiste rozbawienie wciąż odbijało się pomiędzy poszczególnymi głoskami. – I naprawdę trudno będzie wybrać coś gorszego od niej, więc chyba nawet za bardzo nie ma znaczenia, czym ją zastąpi…my.
Może i faktycznie przez cały ten czas zdążył poczuć się w jej domu jak u siebie i pewnie niejednokrotnie zdarzało się, że całkiem naturalne było podejmowanie jakichś mniej lub bardziej istotnych decyzji wspólnie. Zazwyczaj jednak nie zwracał zbytniej uwagi na to, czy zdarzało mu się powiedzieć coś o spędzaniu czasu u nich, czy jednak wciąż zamiennie stwierdzał na przykład, że noc zamierzał spędzić u niej. Tym razem całkiem świadomie zwrócił jednak uwagę na to, że czasownik użyty w jego wypowiedzi pierwotnie miał się pojawić w tej – już – niewłaściwej formie, a skorygowanie go wymagało tej chwilowej pauzy.
– Na szczęście i do świąt, i do twoich urodzin jest jeszcze trochę czasu, więc pewnie będzie można to wszystko jakoś… zaplanować – na przykład przypominając sobie w ostatniej chwili, że właśnie końcówkę grudnia musiał bardzo pilnie spędzić gdzieś zupełnie indziej. Albo zupełnie przypadkowo planując świąteczno-urodzinowy wyjazd z nią w taki sposób, by niefortunnie nie móc w tym czasie spotkać się z jej ojcem. Bo… jeśli ktoś wciąż jeszcze potrzebowałby jakiegoś dowodu na to, że Dante w żadnym razie nie potrafił przewidywać konsekwencji jakichkolwiek swoich decyzji, to ta prawdopodobnie mogłaby stanowić dość dobitny przykład. Oczywiście, że to oficjalne wspólne mieszkanie z nią musiało oznaczać, że wizyty jej ojca powinni – przynajmniej w większości – również odbywać wspólnie. A jak dotąd najwyraźniej wcale nie brał pod uwagę tego, że właśnie pozbawił się tej najbardziej banalnej wymówki, jaką było stwierdzenie, że on przecież w zasadzie tylko u niej bywał i że nie było potrzeby, żeby był obecny również wtedy, gdy miała jakichś goście.
Tymczasem… wyglądało na to, że od teraz mieli to być ich goście.
A on, chociaż raczej nie miał zamiaru przyznawać tego na głos – na pewno nie teraz – chyba rzeczywiście wolałby pozostać przy tym, by z jej ojcem widywać się na tyle rzadko, na ile tylko było to możliwe. Najlepiej wcale. Choć może częstotliwość raz do roku też mogłaby być w ostateczności akceptowalna…
Losowi natomiast chyba powinien być wdzięczny za to, że skacząca po pomoście żaba zdecydowała się zaatakować Elsę ledwie chwilę po tym, jak sam zdążył bezpiecznie zapiąć bransoletkę na swoim nadgarstku. W przeciwnym wypadku było chyba więcej jak pewne, że ta mogłaby na dobre przepaść gdzieś w jeziorze, kiedy on odruchowo wyciągnął rękę, żeby złapać dziewczynę zanim…
– Uw… – ale było stanowczo za późno, żeby choćby wypowiedzieć w pełni jakiekolwiek ostrzeżenie o tym, że zbliżała się właśnie do końca pomostu… Z pluskiem wylądowała w wodzie i chociaż Dante zdążył w tym czasie samemu zrobić tych parę kroków na skraj drewnianej konstrukcji, po drodze pozbywając się własnych butów, to ratunek najwyraźniej wcale nie był konieczny. Elsa zdążyła wynurzyć się samodzielnie, a on… po prostu nie mógłby nie roześmiać się na jej widok, kiedy już początkowe zaskoczenie i obawa o to, czy przypadkiem nic się jej nie stało, minęły.
Tym bardziej, gdy usłyszał ledwie chwilę później kolejny, znacznie już cichszy plusk mogący oznaczać jedynie tyle, że również winowajczyni całego tego zamieszania postanowiła ewakuować się z pomostu, zanim ktokolwiek mógłby ją o coś obwinić.
– Wystraszyłaś ją… – zauważył ze śmiechem, zdecydowanie nie zwracając się przy tym do żaby. Ale nawet jeśli trudno byłoby przyjąć całą tę sytuację z powagą, na pewno nie zamierzał przecież tak po prostu zostawiać Elsy bez pomocy. Zwłaszcza, gdy wprost wspomniała o tym, że ta jak najbardziej by się jej przydała…
– Mówiłem ci już dzisiaj, że świetnie wyglądasz? – nawet jednak kucając na skraju pomostu, by chwycić ją za ręce i pomóc jej wydostać się z wody, nie był w stanie choćby udawać, że próbował zachować powagę. – Chociaż… chyba masz jakiegoś glona we włosach. Albo… nie, nie rusza się. To jednak glon.
Możliwe, że ryzykował właśnie tym, że lada moment sam miałby doświadczyć przymusowej kąpieli z żabami oraz okazji do tego, by nazbierać nieco własnych glonów… Wciąż jednak ugryzienie się w język zdawało się w tej sytuacji zadaniem ponad jego siły. No i zresztą… przecież naprawdę był zdania, że nawet z tym nieszczęsnym glonem we włosach i w kompletnie przemoczonej sukience mogła wyglądać świetnie.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
A wraz z rozwojem ich relacji te groźby zaczynały mieć inny wydźwięk. To znaczy, Elsie ciągle chodziło o to samo, ale chyba Dante zaczynał mieć wówczas coraz bardziej kudłate myśli, które z czasem zaczęły się udzielać samej Norweżce. W końcu nie często się zdarzała sytuacja, kiedy sama stwierdzała, że funkcję trygonometryczne mogą w sumie chwilę poczekać…
Liczyła na to, że może to jej wypowiedź zakończy temat lampy, która tak bardzo nie podobała się Dantemu. Ale nie, po co, musiał dorzucić jeszcze swoje trzy centy, żeby dobitnie podkreślić jak paskudna była ozdoba w jej salonie. I już unosiła rękę, aby zdzielić go w potylicę, kiedy to usłyszała jak mówi zastąpi…my. "…my". Momentalnie jej twarz złagodniała, a oczy zabłyszczały rozczulonymi iskierkami.
— Szybko się uczysz… to teraz musisz dużo powtarzać, aby ci się utrwaliło. — Uśmiechnęła się szeroko. Osobiście jej się tamta paskudna lampa podobała, ale nie miała problemu z tym, żeby faktycznie po powrocie do Toronto pojechać z nim do sklepu i kupić coś, co będzie pasowało ich dwójce. Nawet jeśli jej miejsce miałby zająć jakiś regał albo mała szafka, na której mieliby zostawiać swoje klucze. A może dałby się namówić na ramkę z ich zdjęciem z Włoch?
Wywróciła teatralnie oczami, słysząc o tym rzekomym planowaniu zarówno świąt jak i jej urodzin. Cóż, oba były w grudniu. A jak dołożyć do tego urodziny Dantego, które obchodził dwa dni po niej… podejrzewała, że mógłby wyjątkowo z wyprzedzeniem zaplanować im jakiś wspólny wyjazd. Wszystko, byle nie spędzać tego czasu z jej ojcem. Cóż… żeby się w takim razie nie zdziwił jak w przyszłym roku też pojadą! Z jej rodzicami, ale także z jego matką i ojczymem! Bo skoro już mieli być rodziną — nie taką na papierku, bo jak ustalili, nie było im to aż tak niezbędne póki mieli siebie — to Elsa była absolutnie pewna, że zamierza zrobić wszystko, żeby ich święta wyglądały właśnie tak jak na rodzinę przystało. I chyba właśnie dlatego, patrząc na Dantego, uśmiechnęła się pod nosem z miną kogoś, kto właśnie wpadł na wyjątkowo dobry plan. Plan, o którym on, na całe swoje szczęście — i nieszczęście przy okazji też — jeszcze nie miał najmniejszego pojęcia.
Żaba ją zaskoczyła. Gdyby sobie siedziała grzecznie na pomoście to Norweżka nie miałaby nic przeciwko. No ale skoro ta postanowiła zrobić sobie fotel z jej stopy… chęć pozbycia się jej była zwykłym odruchem. Podobnie jak skakanie na jednej nodze z nadzieją, że zrzuci z siebie tego małego płaza. I w przypływie tej całej paniki podskoczyła jeszcze raz, machając przy tym rękami jak wiatrak. I wtedy jej druga stopa, zamiast bezpiecznie wylądować na drewnianym pomoście, trafiła dokładnie na jego krawędź. Przez krótką chwilę Elsa miała jeszcze nadzieję, że uda jej się odzyskać równowagę.
Nie udało się.
Gdy wynurzyła się na powierzchnię, szybko podpłynęła do pomostu, choć nadal była mocno oszołomiona tym co się działo. Nawet nie zwróciła uwagi na żabę, która wskoczyła do wody. Jej wzrok utkwił w chłopaku, który nawet nie próbował się powstrzymywać przed śmiechem.
— Ja ją wystraszyłam? — zapytała z uniesioną brwią, kiedy Dante wciągnął ją na pomost i zabrała się za wyciskanie z włosów nadmiaru wody. Tak jakby naprawdę liczyła, że dzięki temu wyschnie w maksymalnie pięć sekund. Kątem oka zauważyła, że sam był już bez butów, tak jakby naprawdę się szykował, aby rzucić się jej na ratunek. Ech… gdyby wiedziała to by poudawała ofiarę, co to nie potrafiła pływać… przecież te wszystkie medale z zawodów mogła kupić na etsy albo w jakimś chińskim sklepie z pierdołami.
— Nie, nie mówiłeś. Właśnie! Ja się odwaliłam jak pomidor na casting do reklamy keczupu, a Ty się nawet nie zająknąłeś o tym jak cudownie wyglądam, jak świetnie leży na mnie ta sukienka albo że właśnie nie możesz się doczekać aż ją ze mnie ściągniesz. Nic, zero… — Nadymała policzki, krzyżując zaraz ramiona pod biustem z wielką obrażoną miną, która momentalnie się zmieniła, gdy ten zasugerował, że to coś co miała we włosach mogło się ruszać. Dlatego kiedy tylko dodał, że to jednak był glon, wsunęła dłonie do jego kieszeni, aby wyciągnąć z nich telefon i portfel, a potem, zepchnęła go z pomostu wprost do wody. A gdyby próbował szukać w niej jakiejś asekuracji, to dosyć zgrabnie unikała rąk, które próbowały się jej złapać.
I teraz to ona zaczęła się śmiać. Głośno, szczerze… jakby znow była w liceum, znów sie wygłupiali i znów nie musieli się niczym martwić — samochodem, Mediolanem. Niczym.
— I takie wakacje nad jeziorem mogłabym mieć… — Położyła się na deskach pomostu i delikatnie wychyliła, aby obserwować jak jej chłopak się wynurza i próbuje wydostać na powierzchnię.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pod warunkiem oczywiście, że liczyła się z tym, że podczas takiego wspólnego wyjazdu w rodzinnym gronie, jej chłopak mógłby nagle znaleźć jakiś powód, dla którego – ku swojemu wielkiemu ubolewaniu, oczywiście – musiałby natychmiast wrócić do domu. Być może niekoniecznie informując o tym kogokolwiek z wyprzedzeniem – tak na wszelki wypadek, żeby zminimalizować ryzyko, że ktoś mógłby wpaść na niedorzeczny pomysł zatrzymania go na miejscu. Na przykład za pomocą tych wielokrotnie już przewijających się kabli…
Żabie natomiast może nawet powinien być poniekąd wdzięczny za definitywne zakończenie ledwie poruszonego tematu tych rodzinnych spotkań… Nawet jeśli w pierwszej chwili rzeczywiście gotów był skakać do wody za swoją dziewczyną, nie mając jeszcze pewności, czy ten jej niespodziewany skok do wody nie zakończył się dla niej nie najlepiej…
Może i nie uwierzyłby w to, że nagle Elsa miałaby oduczyć się pływać – w końcu w trakcie nauki w liceum raczej nie zdarzało mu się przesiadywać na tych wszystkich zawodach pływackich przez jakieś nagłe zamiłowanie do oglądania tej konkretnej aktywności… zdecydowanie chodziło raczej o oglądanie jednej konkretnej ich uczestniczki – ale na pewno nie zastanawiałby się zbyt długo, gdyby faktycznie z jakiegoś powodu miała potrzebować jego pomocy w tej wodzie. Skoro jednak nic nie wskazywało na to, by miało stać się jej cokolwiek – poza kompletnym przemoczeniem, ale skoro nawet wieczorem temperatura wciąż była całkiem wysoka, to chyba nie powinno to stanowić zbytniego problemu – trudno byłoby jakkolwiek udawać, że cała sytuacja nie była zwyczajnie zabawna.
– Właściwie… teraz leży na tobie jeszcze lepiej i skoro… – nie dokończył, zdecydowanie zbyt późno orientując się po co sięgnęła do jego kieszeni i czego powinien przynajmniej spróbować uniknąć. Choć może to chwilowe rozproszenie uwagi było jak najbardziej uzasadnione, skoro wspomniana sukienka po tej krótkiej kąpieli w jeziorze, przylgnęła ciasno do ciała Elsy, rzeczywiście mogąc prezentować się jeszcze bardziej interesująco niż do tej pory…
I oczywiście, że próbował pociągnąć ją za sobą, kiedy już musiał zdać sobie sprawę z tego, że nieplanowana kąpiel była najwyraźniej nieunikniona. Niestety, jego dłoń natrafiła jedynie na powietrze, a on sam ledwie chwilę później mógł przekonać się, na ile woda w jeziorze była ciepła i czy całe to pływanie z żabami można było uznać za przyjemną rozrywkę…
Co do tego najpewniej można byłoby polemizować, ale… o dziwo wcale nie było tak całkiem najgorzej.
W kwestii umiejętności pływackich oczywiście nie mógłby w żaden sposób równać się z Elsą, jednak przynajmniej były one w jego przypadku dostateczne, by ewentualna akcja ratunkowa nie była konieczna. Wynurzył się bez większych problemów, w dodatku wciąż w równie dobrym humorze jak chwilę wcześniej. Niedbałym ruchem odgarnął do tyłu opadające na oczy włosy, by w kolejnej chwili zbliżyć się do pomostu i chwycić jego krawędzi.
– I zamierzałabyś spędzić je na pomoście…? – zapytał z uśmiechem, podciągając się na tyle, by móc sięgnąć do jej ust własnymi i na dłuższą chwilę złączyć je w pocałunku. Choć ten należałoby chyba uznać raczej za być może całkiem skuteczny rozpraszacz uwagi, skoro przy okazji złapał ją, pociągając ponownie do wody. – I tak jesteś już przemoczona, szkoda byłoby marnować te wakacje nad jeziorem…
Możliwe, że malująca się na jego twarzy mina absolutnego niewiniątka mogłaby być nieco bardziej przekonująca, gdyby nie ten wciąż obecny uśmiech, którego nadal nawet nie starał się w jakikolwiek sposób ukryć.
– No i… w takim stanie chyba i tak nie planujemy już wracać na to całe święto pomidora, nie? – a chociaż kąpiel w ubraniach niekonieczne ułatwiających poruszanie się w wodzie, może byłaby w opinii niektórych nieco kiepską alternatywą od świętowania przy ognisku… tych dwoje chyba mimo wszystko bawiło się całkiem nieźle. Bo te przemoczone ubrania raczej nie były zbyt wygórowaną ceną za możliwość chwilowego zostawienia za sobą tych wszystkich dotychczasowych zmartwień…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Ale póki co, póki po raz kolejny upewnił ją w tym, że kochał tylko ją, że żałował tego wszystkiego, co się działo i znów, że bardzo ją kochał i zamierzał kochać w przyszłości, mogła sobie pozwolić na chwilowe zapomnienie o tych problemach. Planowanie wspólnych świąt i innych rodzinnych uroczystości też zamierzała zostawić na nieco dalszą aczkolwiek nadal nieokreśloną przyszłość. Chyba zamierzała wreszcie wziąć przykład z Dantego i cieszyć się tym co miała tu i teraz. Czyli chłopaka w jeziorze, który właśnie do niej podpływał z tym swoim błyskiem w oku, co to mógł oznaczać dosyć przyjemne kłopoty.
— Na pomoście, na piasku… — wymruczała, dalej się szczerząc, że udało jej się go wepchnąć do wody. I oczywiście, że mogłaby się spodziewać, że ten pocałunek - który odwzajemniła ze słodkim pomrukiem — był jedynie próbą odwrócenia jej uwagi, ale w tej chwili naprawdę nie myślała o jakichkolwiek konsekwencjach. Dlatego zapiszczała zaskoczona, gdy chłopak tak nagle ją chwycił i wciągnął do wody. Na szczęście udało jej się tym razem uniknąć całkowitego zanurzenia, więc żaden glon ani inna żaba nie znalazły się w jej włosach. Ale zamiast tego oplotła go nogami i rękami jak panda bambusa i ustami dobrała się do jego szyi, a konkretnie do jego z zostawionych tam kilka dni temu śladów. W końcu zaczynało już za bardzo blednąć, a ona nie mogła pozwolić, aby całkowicie zniknęło.
— Ty też jesteś cały mokry… czyżby to na mój widok? Wiedziałam, że ta sukienka ci się spodoba… obstawiam że rozmazany makijaż też robi robotę. — Zaśmiała się cicho i po chwili musnęła jego usta swoimi. Pierwszy raz, drugi, przy trzecim rozchylając jego wargi językiem, aby poszukać swojego ulubionego towarzysza zabaw.
I nie wiedziała, ile czasu tak trwali, ale w którymś momencie zaczęło robić się po prostu zimno. Wtuliła się więc w niego mocniej, jakby liczyła, że zabierze mu trochę ciepła, bo to wcale nie tak, że cały czas oboje byli w tej samej wodzie.
W którymś momencie usłyszała jak dziecięce głosy wołają ją po imieniu. Na początku było to ciche nawoływanie, które z każdym kolejnym stawało się coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Aż w końcu kilka osób wbiegło na pomost — Sofia, trójka innych dzieci oraz Cesare.
Podobno dziewczynki się przestraszyły, że jakoś ją uraziły i dlatego uciekła. Początkowo chcieli dać jej trochę czasu na uspokojenie, ale jak długo nie wracali to zaczęli ich szukać i tak trafili tutaj.
Mężczyzna pomógł im się wydostać z wody, uśmiechając się porozumiewawczo do Dantego i przepraszając, że chyba im przerwali w czymś ważnym. Gdy całą grupą wrócili na miejsce, zostali zaopiekowani jakby przynajmniej byli ofiarami zatonięcia statku. Ktoś przyniósł im suche dresy, dostali koce, a chłopak także ręcznik, którym miał delikatnie osuszać włosy Elsy! Podczas kiedy ona nadal siedziała pod drzewem i robiła warkoczyki tym dziewczynkom, którym nie zdążyła przed swoją ucieczką.
Cała impreza skończyła się późną nocą, a dla dwójki bezdomnych znalazło się miejsce do spania w pokoju, w którym przyszło wcześniej trzeźwieć i drzemać Dantemu. Rano czekało na nich śniadanie przyrządzone przez panią Russo, po którym to przyjechała po nich laweta i zawiozła do mechanika. Oczywiście w asyście Cesare’a, bo stary Matteo z angielskie znał tylko "wine" i "fuck". Ale na szczęście sama naprawa nie zajęła wiele czasu. Okazało się, że wystarczyło podłączyć auto do komputera i wykasować błędy. I choć mężczyzna nie skasował ich jak za zboże to Elsa i tak zamierzała ubiegać się o zwrot całości od wypożyczalni. A gdyby nie byli tacy chętni to może pismo od pewnej kancelarii prawnej z Toronto by ich przekonało, że nie warto iść na wojnę z Eriksenówną?
— To co? Komu w drogę temu… Ap… psik! — No tak, co to byłyby wakacje bez przeziębienia? Zwłaszcza, że od rana czuła się trochę nieswojo, ale zrzucała to na stres związany z naprawą auta. Ale najwyraźniej, kiedy wszystko przebiegło w miarę sprawnie i bez większych komplikacji, organizm postanowił ją uświadomić, co tak naprawdę oznaczały dreszcze, których doświadczała cała noc.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Musisz chyba znaleźć sobie jakichś mniej natrętnych znajomych… – mruknął, mimo rozbawienia wciąż dość wyraźnie słyszalnego w głosie, nie kryjąc też dość oczywistego niezadowolenia z tego, że dzieciaki faktycznie tak bardzo postanowiły zaangażować się w jej poszukiwania. Pozwolił sobie jeszcze na tych kilka ostatnich pocałunków, wędrując poprzez linię jej szczęki, a kończąc lekkim przygryzieniem płatka ucha – tuż przed tym, jak ekipa poszukiwawcza dotarła wreszcie do pomostu.
Trudno jednak byłoby naprawdę mieć jakieś większe pretensje do poszukujących ich osób, skoro dzięki nim mogli wkrótce przebrać się w suche ubrania i nieco ogrzać się pod otrzymanymi kocami. A chociaż próby osuszenia włosów Elsy ręcznikiem chyba z góry można było uznać za kompletnie bezcelowe, nie oznaczało to wcale, że Dante nie miałby się w to jakże odpowiedzialne zadanie nie zaangażować. Wciąż jednak z rezultatem, jakiego można było się spodziewać, skoro te wciąż pozostawały co najmniej mocno wilgotne, gdy wreszcie wrócili do domu swoich przypadkowych gospodarzy.
Kolejny dzień zapowiadał się natomiast wyjątkowo udanie – zwłaszcza w zestawieniu z tym poprzednim… – począwszy od naprawdę smacznego śniadania, poprzez całkiem sprawnie zakończoną wizytę u włoskiego mechanika, a kończąc na…
Uniósł wymownie brwi, słysząc to jej kichnięcie i chyba bez większego problemu mogąc się domyślić, że to raczej nie zwiastowało niczego dobrego. Wystarczyło przecież spojrzeć na nią, żeby zorientować się, że ewidentnie przydałby się jej przynajmniej dzień – lub dwa – spędzony pod kocem, z ciepłą herbatą w ręku… Czyli nic, na co mogłaby liczyć w najbliższym czasie.
No bo oczywiście, że wczorajsza wieczorna zabawa w jeziorze nie mogła zakończyć się tak całkowicie bezproblemowo…
– Temu przystanek w najbliższej aptece…? – zasugerował odpowiednie zakończenie jej wypowiedzi, na moment przyciągając ją do siebie, by móc czule cmoknąć ją w skroń, zanim przejął od niej kluczyki od samochodu, polecając jej rozgościć się na miejscu pasażera. Bo najwyraźniej tym razem to była jej kolej na to, by właśnie tam przespać w spokoju przynajmniej część drogi.
Chociaż ta akurat nie okazała się wcale zbyt długa – nie znajdowali się już przecież aż tak daleko od Mediolanu, a z całkiem sprawną nawigacją i samochodem, a także bez konieczności robienia co chwilę przystanków po drodze, mogli dojechać na miejsce stosunkowo szybko. Na tyle przynajmniej, by Elsa mogła jeszcze rozgościć się w pokoju hotelowym, podczas gdy Dantemu przypadło w udziale ogarnięcie ich bagaży i przetransportowanie ich z samochodu. Bo przecież wystarczyło, że już raz to ona musiała się z nimi męczyć… Powtórki chyba żadne z nich nie planowało.
– Jak się czujesz…? – raczej nie sądził, by w czasie ich podróży, to z wolna klujące się przeziębienie miało jej odpuścić – nawet mimo klimatyzacji ustawionej na zdecydowanie wyższą temperaturę niż poprzedniego dnia – jednak być może poprawiło jej się nieco przynajmniej po tej drzemce i zakupionym w aptece asortymencie.
– Potrzebujesz czegoś? Herbaty…? Albo… nie wiem, przynieść ci coś do jedzenia? – zerknął na zegarek, upewniając się, ile tak właściwie miała jeszcze czasu na to, by w przyspieszonym tempie wykurować się przynajmniej na tyle, żeby kolejnych kilka godzin mogła spędzić na intensywnej pracy przed ostatnim z czterech pokazów. Bo tego, że miałaby zostać od niego odsunięta, najwyraźniej nie brał nawet pod uwagę i nie zamierzał rozważać takiej opcji.
Za to… przez moment ewidentnie chciał zapytać o coś jeszcze, ostatecznie jednak odpuszczając sobie na rzecz tego, by – nie czekając nawet na jej odpowiedź – podejść do znajdującego się w pokoju czajnika elektrycznego i rzeczywiście ogarnąć jej przynajmniej tę nieszczęsną herbatę. Bo w końcu może i pytanie, które przez moment nasunęło mu się na myśl, a które miało dotyczyć tego, czy chciała żeby pojechał na miejsce razem z nią, może i było dość istotne – a przy okazji nawet całkiem zasadne – ale… chyba w porę musiało do niego dotrzeć, że może niekoniecznie chciał się nad tym zastanawiać już teraz. Zwłaszcza, że jeśli jego obecność miałaby dodatkowo jakoś pogorszyć jej sytuację z cholernym Włochem… może lepiej byłoby zająć się w czasie jej pracy czymkolwiek innym.
Siedzeniem w hotelowym pokoju na przykład, bo chyba tylko to mogłoby dawać przynajmniej jakąś szansę, że w tym czasie nie wpadłby znów na jakiś durny pomysł, który oczywiście musiałby od razu zrealizować…
Elsa Eriksen