
Nie chodziło o nic poważnego, oczywiście — mama zabroniła mi zjeść kolejne opakowanie chrupek, a to sprawiło, że poczułem się niekochany i zdecydowałem, że będzie mi lepiej z dala od domu. Tam nikt nie żałował chrupek, świat był piękniejszy, a i nie brakowało też na te chrupki pieniędzy, bo przecież w sklepie było ich pod dostatkiem. Mama coś wspominała, że trzeba było za to zapłacić, ale tym się nie przejmowałem; przecież wszystko mi się należało. Babcia zawsze mówiła, że taki śliczny chłopiec jak ja, powinien mieć wszystko. Łącznie z chrupkami. U babuni spędziłem wtedy dobry tydzień, mając wakacje swojego życia; starsza Pani nigdy mi niczego nie odmawiała, z całych sił próbowała wbić we mnie jak najlepsze wartości, a na dodatek radziła sobie z moimi humorkami lepiej, niż mama, która preferowała podnoszenie ręki. Nic dziwnego, że wolałem zostawać u dziadków.
Drugi raz uciekłem z domu mając lat czternaście.
Mój ojciec wyszedł z więzienia, a ja jeszcze nigdy w swoim życiu nie byłem tak przerażony, jak w momencie, w którym stanął pod wątpliwej jakości bramą do naszego niewielkiego domu. Mama mi o nim wiele opowiedziała, nie mając żadnej przyjaciółki, więc to mnie traktowała w ten sposób; Roderick był uzależniony od używek i poszedł siedzieć za śmiertelne pobicie, posiadanie, a także dilerkę. Nie był najlepszym wzorem do naśladowania, a przy okazji cholernym kryminalistą, którego się bałem. Doskonale pamiętam, jak pędziłem ile sił w nogach, gdy za mną wołał o pieniądze; jeszcze gdybym je miał. Co innego jednak miałem — łatwość uzależnienia. Bo paradoks, jeśli powiem, że niedługo po tej sytuacji pierwszy raz zasmakowałem narkotyków? Nawet nie wiedziałem, co to był za proszek. Byłem zmęczony i smutny stresem, brakiem pieniędzy, problemami matki, swoimi i powrotem ojca. Nastoletni chłopak, odkrywający dopiero swoją orientację, z ogromną chęcią wciągnął nosem biały pył, usłysawszy obietnicę o chwilowym zapomnieniu.
Zawsze sobie powtarzałem, że nie będę taki jak mój ojciec. Że to tylko krótka chwila; głębszy oddech, lekki trip, który pozwoli mi zapomnieć o przykrej rzeczywistości. Każdy miał na to swój sposób, a małe ilości nikomu nie zaszkodziły.
Dopóki nie stały się większymi ilościami.
Tabletki, strzykawki, proszki, dym; halucynacje, szczękanie zębów, drżenie mięśni, utrata przytomności, wilczy głód, nagły spadek wagi.
Trzeci raz uciekłem
Mama chciała dobrze. Kiedy twarda ręka, skórzany pasek i przypalanie papierosami nie pomogło, zamknęła mnie w ośrodku, w którym tkwiłem aż do lat osiemnastu. I może pozostałbym w trzeźwości, gdyby nie przystojny mężczyzna, którego spotkałem tuż po spieprzeniu z placówki. I może wróciłbym do edukacji, gdybym z nim wtedy nie zamieszkał, mając prosty dostęp do miłości, syfu, seksu i bólu, który był tak przyjemny.
Przełom nastąpił, gdy miałem dwadzieścia trzy lata, a Jonathan mnie porzucił. Na początku próbowałem się zabić, ale potem wykorzystałem to jako swoją szansę z pomocą przyjaciół. Nie ćpałem, nie piłem i nawet, cholera, nie paliłem papierosów. Pracowałem jako listonosz, wynająłem pokój ze studentami, już prawie zacząłem leczyć się psychiatrycznie! Szło naprawdę dobrze. Do lat dwudziestu siedmiu, aż nie zakochałem się po uszy w mężczyźnie, który nie jest dla mnie odpowiedni. I przecież powinienem wiedzieć, powinienem mieć nauczkę, a jednak jego słodkie, mamiące słowa nadal potrafią mnie nabrać, a sprezentowana rok temu restauracja jako naprawa naszych problemów, jest oczkiem w głowie, z którą nie potrafię się rozstać.
Czwarty raz uciekam przed samym sobą... w proszki.
Znowu.
