Caleb był naprawdę inteligentnym człowiekiem, jednak tak szybko jak w jego organizmie pojawiały się nawet śladowe ilości alkoholu, tak szybko tracił też resztki zdrowego rozsądku. Prokurator notorycznie powtarzał sobie, że nad wszystkim panuje, choć rzeczywistość nieco różniła się od jego założeń. Bywały wieczory, gdy nie kończył na przysłowiowym
jednym drinku, bo ta pojedyncza szklanka nie wyciszała hałasu w jego głowie, który przyprawiał go o nieprzyjemny ból w skroniach. Przyznanie jednak, nawet przed samym sobą, że miało się problem, nigdy nie było prostym rozwiązaniem. Dlatego Fairchild po prostu zignorował tę…
niedogodność, udając, że nie istnieje. Był całkiem dobry w zamiatanie wszystkiego pod dywan. Mógł zwalać swój głód alkoholowy na przemęczenie pracą, na rozrywkę, do której ponoć miał prawo jak każdy przeciętny człowiek. Mógł twierdzić, że to nic szkodliwego, bo nikomu nie wyrządzał krzywdy. No, może poza sobą, bo podświadomość gdzieś wewnątrz próbowała dać mu do zrozumienia, że granica pomiędzy
przesadzeniem, a kontrolą była naprawdę cieniutka.
— Mówię poważnie, Brooks — westchnął, słysząc ton jej głosu, który mimo wszystko sprawił, że uśmiechnął się dość łobuzersko. Tamtego dnia, gdy oboje zostali ranni przez tę szaloną kobietę, coś w jego głowie uległo zmianie. Może zdał sobie sprawę, że powody, przez które się kłócili były nieco…
trywialne; może naprawdę nie była to wina jednostki, a całego zespołu. Po raz pierwszy udało mu się wówczas schować dumę do kieszeni i porzucić drażliwy temat, który jedynie napędzał ich nienawiść do siebie nawzajem. A przecież współpracując i wspierając się, mogliby razem osiągnąć znacznie więcej.
— Możesz być niegrzeczna, Hazel. Chętnie to zobaczę — zaśmiał się, posyłając jej rozbawione spojrzenie.
— Po prostu nie ryzykuj przy tym swoim życiem. Świat nie przeżyłby tak ładnej straty — rzucił, zanim zdążył ugryźć się w język, choć będąc tak wstawionym, nie myślał o tym zbyt wiele.
Opanuj się, Fairchild, to nie jest jedna z kobiet, z którą powinieneś flirtować.
Spoglądając prosto w jej oczy, Caleb dostrzegł te niebezpieczne ogniki, świecące w jej jasnych tęczówkach. Przechylił głowę do boku, a na jego ustach pojawił się rozbawiony, pewny siebie uśmiech. Wystarczyła sekunda za długo, żeby nie potrafił oderwać od niej spojrzenia. Przez chwilę milczał, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy, przyglądając się jej łagodnym rysom; mogła być modelką, a zdecydowała się na babranie w takich niebezpiecznych i nieprzyjemnych rzeczach.
Chyba dzisiejsze słońce przygrzało mu mózg. — Jakoś to przeżyję — skomentował, niespiesznie odrywając od niej spojrzenie, by unieść ramię i zerknąć na brzydką bliznę.
— Zamknęli ją na oddziale — odparł obojętnie; była niepoczytalna, a w więzieniu mogłaby zrobić sobie krzywdę. Pozostawała więc pod stałą obserwacją. Dla Caleba było to wystarczające. Ważne, że nie chodziła na wolności, być może znów narażając bezpieczeństwo innych.
— Z całym szacunkiem, Brooks, ale zwykle jesteś nieprzyjemna. Pora dnia nie ma tu wielkiego znaczenia — rzucił złośliwie, choć tym razem powiedział te słowa, żeby żartobliwie jej dogryźć, a nie naprawdę uderzyć w jakiś czuły punkt. Fairchild był naprawdę ciekawy, jak będzie im się współpracować w jednej drużynie. Do tej pory te biegi przełajowe wcale mu się nie podobały, ale może okażą się całkiem zabawne; nie mógł sobie w tym momencie wyobrazić, jak to będzie wyglądać, ale z pewnością całe ich otoczenie będzie miało dość tej dwójki.
— Czy to wyzwanie? — zaśmiał się. Och, ależ on miał dobry humor, jak na rozmowę ze swoją nemesis.
— Jeśli tak, to przyjmuję. Zobaczymy, kto będzie miał bardziej dość kolejnego poranka — rzucił, nachylając się w jej stronę z radosnymi iskierkami w oczach.
Caleb jak na razie, nie zastanawiał się, co będzie po powrocie do domu. Nie interesowało go też za bardzo to, jak będzie później wyglądać ich relacja, bo czy w tym momencie, miało to jakiekolwiek znaczenie? Byli na wyjeździe integracyjnym, więc powinni dobrze się poznać, żeby w przyszłości nie wracać do tak napiętych stosunków jak kiedyś. Dbał o ich wspólną przyszłość, okej?
— Nie przyzwyczajaj się. Jestem pijany i mam dobry humor — wyjaśnił na swoje usprawiedliwienie. Po krótkiej chwili wyczuł, że dziewczyna zajęła miejsce tuż obok niego, więc odwrócił w jej stronę głowę. Zerknął na profil jej twarzy, czując dziwny… ucisk w okolicy serca.
What the fuck? Dlaczego ona tak na niego działała? Nigdy wcześniej nie patrzył na nią jak na
kobietę, więc czemu nagle przyglądając się jej twarzy, miał ochotę wyciągnąć palce w jej stronę.
— Wiesz, Brooks. Czasem chętnie zamknąłbym ci jakoś usta — rzucił, parskając pod nosem.
— Szczególnie, kiedy myślisz, że jesteś najmądrzejsza na świecie i nie potrafisz się opanować z tymi swoimi uszczypliwościami — dodał z rozbawieniem, samemu podnosząc się do siadu. I to tylko po to, by mieć większe pole i możliwości na obserwowanie jej. To niesamowite; nigdy nie pomyślałby, że będą razem siedzieli na pomoście i rozmawiali, jak gdyby nigdy nic.
— Poszłabyś ze mną na obiad? — zapytał, niekontrolowanie delikatnie się nad nią nachylając, żeby spojrzeć w jej oczy z rozbawieniem.
— To prawie jak randka. Jak chciałaś się ze mną umówić, to też mogłaś napisać, Hazel. Może zrobiłbym dla ciebie wyjątek — rzucił złośliwie, obserwując jej mimikę twarzy z naprawdę niewielkiej odległości, lol.
Cholera, z bliska była jeszcze ładniejsza.
oh shit, you're really pretty tonight