
Nie muszę słyszeć odpowiedzi by oczyma wyobraźni zobaczyć stanowczość na twojej twarzy. Dla ciebie teraźniejszość jest zaledwie nicią, po której dostajemy się do kłębka. Drogą, której cel jest niezmienny bez względu na sposób, w jaki ją pokonujemy. Zawsze odnajdywałeś spokój w świadomości własnej śmiertelności. Mówiłeś mi to niczym ochoczo wstępujący na piedestał pastor, z uśmiechem na ustach spoglądający na wiernych wprost przypominając im o nieuchronnej śmierci. Pastorzy wierzą, że życie rozpoczyna się poza grobem. W co wierzyłeś ty, cholerny ateisto?
Cofnęłabym się do każdego, zapisanego w moim sercu momentu, szturchnęła każde wspomnienie, naprawiła każdy błąd. Odezwała wtedy, gdy na korytarzu Akademii Quantico nasze spojrzenia zetknęły się po raz pierwszy. Chwyciła mocniej dłoń, którą wyciągnąłeś w moją stronę, nie zrażając się odtrąceniem. Nie puściła jej w dniu, w którym po raz ostatni widziałam twoje znikające po drugiej stronie drzwi plecy.
Codziennie podążam tą drogą. Wracam pod postacią biernego obserwatora, trzymając cię przy życiu w żelaznym uścisku niespokojnych myśli. Wracam do cichych poranków, do sączącego się przez żaluzje, złocistego światła zostawiającego swe pasy na ścianach. Odległego gwaru samochodów, zapachu parzonej kawy, dźwięku budzika i szczęku klamry od zakładanej przez ciebie kabury. Do sunących po moim policzku opuszków palców, gdy budziłeś mnie wiedząc, że od dawna nie śpię. Trwam, z mocno zaciśniętymi powiekami, ciesząc tą ulotną chwilą, nim oboje wrócimy do swoich obowiązków.
To była moja jedyna, życiowa aspiracja gdy byłam dzieckiem. W swej naiwności, w gwiazdach dostrzegałam swoje przeznaczenie tak jasno zarysowane, jak ty widziałeś swoją drogę zapisaną przez los. Butnie przypominałam ci, że żaden przestępca nie jest mi straszny. Drwiłam ze zbłąkanej kuli, która nieomal drasnęła mój policzek, jak gdyby ta chwila nie zaważyła o moim życiu bardziej, niż cokolwiek innego. Gdy moje ciało wypełniała buzująca w żyłach adrenalina, czułam się niepowstrzymana. Akceptowałam śmierć tak, jak ty - a przynajmniej tak mi się wydawało. Spoglądałam jej w oczy, bez zawahania przyjmując rzucane przez nią wyzwanie. Powiedziałam ci, że jestem gotowa umrzeć za tę odznakę, za każdego agenta, za każdą cząstkę dobra walczącego o spokój na ulicach.
Wtedy nie wiedziałam, dlaczego nazwałeś mnie tchórzem.
Każdego ranka uparcie cofam się do przeszłości. Otwieram drzwi, zza których brudna posoka wypływa na posadzkę, niosąc ze sobą echo zniekształconych radiem krzyków. Choć szpony żalu zaciskają się mocniej na moim sercu, przeżywam każdy moment na nowo, od leniwego poranka po rozmazany obraz kamery, który oglądałam z bezpiecznego wnętrza vana. Rozpaczliwie szukam tego samego, momentu, słowa, decyzji lub ruchu. Popełnionego przez siebie błędu. Z uporem maniaka tropię coś, co pomoże zetrzeć z moich rąk lepką krew. Nim zasnę, przymykam drzwi za sobą, wiedząc, że do nich wrócę. Nie jestem w stanie ich zamknąć. Jeszcze nie.
Chciałabym wierzyć, że zaufałeś mojemu osądowi z miłości. Że to intensywne uczucie oślepiło nas oboje, gdy oddawałeś mi dowodzenie, a wraz z nim, życie siebie i podwładnych stawiałeś na szali. Wolę nieść brzemię złego człowieka niż pogodzić się z byciem złym agentem.
Teraz widzę swoje tchórzostwo. Waleczną śmierć w boju, chwalebną, szybką. Zdolną zetrzeć czerwień z moich palców. Kuszącą w swojej łatwości.
Widzę, że na nią nie zasługuję.
Próbowałam każdego sposobu, by cię zapomnieć. Topiłam smutki w alkoholu i uciekałam w pracę. Zmieniłam przydział, zmieniłam mieszkanie. Żaden z nich nie działał, potrzebuję czegoś innego. Potrzebuję wepchnąć się w życie, które w żaden sposób nie przypomina mojego.
Pokora trzyma mnie przy ziemi. Któregoś dnia, odnajdę za drzwiami odpowiedzi, choć nie wierzę już w to, by nadały twojej śmierci sens.
Może jednak nadadzą go mojej codzienności.