Podwinął rękawy luźnej, jedwabnej koszuli i poprawił kilka teczek znajdujących się na stoliku. Zsunął okulary przeciwsłoneczne w fantazyjnej, kociej oprawie i zmierzwił gęste włosy, upewniając się, że jego wygląd będzie równie profesjonalny jak usługi.
Ponieważ bycie swatką było bardzo istotnym i poważnym zajęciem. A on podchodził do niego bardzo, ale to bardzo poważnie.
Nauczył się, że pierwsze wrażenie było ważne, tak samo jak szybkie wyczucie gruntu. Wiedział, że ludzie lubią być słuchani – więc kiwał głową, uśmiechał się cierpliwie i nie komentował niecodziennych wymagań, które zaznaczano na eleganckich arkuszach. Potrafił zamienić wady w zalety, a twarz zaufania publicznego ułatwiała mu nawiązanie dobrego kontaktu z klientami. Zależało mu na każdym jednym przypadku, na każdej parze i każdym sercu, które poszukiwało swojej drugiej połowy.
Dlatego też wyglądał dobrze, pachniał jeszcze lepiej i czekał przed czasem, ponieważ spóźnienie oznaczało plamę na jego dobrym imieniu.
A powiedzmy sobie szczerze: dobre imię było równie istotne jak jego kształtne pośladki i czarujący uśmiech.
Niewiele wiedział o Panu Dawsonie oprócz kilku danych i informacji o tym, że miał niesamowicie niski i przyjemny dla ucha głos. Był też mało p r o b l e m a t y c z n y, chyba odrobinę zdezorientowany, jakby sam nie wiedział co skłoniło go do wybrania numeru telefonu do Love Atelier i raz czy dwa sprawił, że wargi Finleya ułożyły się w subtelnym uśmiechu, gdy z telefonem przy uchu zapisywał na kartce dogodny dzień, datę oraz miejsce. Nie miał w głowie jego obrazu, chociaż krótkie ale mrukliwe "do zobaczenia" pozostawiło miłe wrażenie.
To nie tak, że jego klientami byli ludzie o względnie złej aparycji – czasami ich problemy miłosne brały się z niezdecydowania, charakteru lub po prostu nałożonych na siebie ograniczeń. Zdarzały się piękne, samotne kobiety lub naprawdę przystojni mężczyźni, tak samo jak bywały przeciętne twarze, których nie rozpoznałby na ulicy w tłumie tysiąca innych. Nie oceniał (może czasami i w samotności), bo o gustach się nie dyskutowało tak jak o religii i polityce przy rodzinnym stole.
Nie był więc pewien dlaczego, ale jego spojrzenie przesunęło się po stojącym w progu w sposób zdecydowanie nieadekwatny do sytuacji. Tak, jakby nie brał pod uwagę faktu, że czeka właśnie na niego z idealnie ułożonymi teczkami i w połowie dopitą kawą. Właściwie, brązowe spojrzenie w zastanowieniu prześlizgnęło się po pewnej siebie sylwetce, dobrze dobranej koszuli i przystojnej twarzy, osadzając się odrobinę zbyt ciężko, gdy spoczęło na wpatrzonych w niego oczach mężczyzny. Oparł podbródek na dłoni i uśmiechnął się: krótko, ujmująco, ale z nutą pewnej tajemniczości (ponieważ bycie tajemniczym zawsze działało w książkach romantycznych i każdym poradniku: jak znaleźć idealnego mężczyznę).
Chryste Panie, tacy mężczyźni powinni być nielegalni.
Co więcej, nie powinni zbliżać się do nich, jakby numer z uśmiechem rzeczywiście zadziałał. Finley wyprostował się, unosząc w miłym zaskoczeniem brwi i dopiero po chwili dostrzegł jak uwaga mężczyzny skupia się na czekających teczkach.
Kurwa.
Na t e c z k a c h.
Przeklinając w duchu zasadę nie flirtowania z klientami, wstał szybko, mając szczerą nadzieję, że nie wyglądał przez chwilę jak kompletny kretyn.
— Pan Dawson — wyciągnął w jego stronę wypielęgnowaną dłoń — Finley Rosewood — przedstawił się — miło mi Pana poznać osobiście. Mam nadzieję, że będę mógł pomóc — dodał, wskazując zachęcająco wolne krzesło — punktualność to dobra i bardzo pożądana cecha — puścił mu oczko, siadając ponownie na swoim miejscu.
Jeśli był zaskoczony
— Zamówmy kawę. A potem chętnie wysłucham każdego życzenia i postaram się spełnić je jak złota rybka — rozsiadł się wygodnie, zakładając nogę na nogę.
stanley dawson