Lorenzo wrócił do jego łba, jak natrętny komar, który wkurwiał, bo kręcił się koło ucha i umykał, jak tylko chciało się go strzelić prosto w pysk.
—
Zabraniam ci przebywać w promieniu dziesięciu metrów od tego zjeba — mruknął szybko, starając się nie zezować w stronę wilka, o którym była mowa, a który stał sobie tam na korytarzu, jak gdyby nigdy nic. —
I musimy zainstalować ci jakiś radar na palantów, bo serio, to już nawet nie jest śmieszne.
Gardner musiał przyznać jednak jedno — Wendy całkiem sprawnie i skutecznie udowadniała mu dlaczego huragany nazywano żeńskimi imionami. I wbrew swojemu wewnętrznemu gburowi, wbrew zrzędliwości starszego brata (Lorenzo miał już nigdy nie wybaczyć tych żenujących podrywów), częściej łapał się na tym, że bardziej go to bawi i wywołuje w nim niejaki podziw, niż przerażenie, zirytowanie, politowanie, zmęczenie czy coś innego, równie negatywnego. Jasne, że często za nią nie nadążał i kiedy działo się za wiele, by jego mózg mógł to w pełni objąć pomyślunkiem i na spokojnie przeanalizować. Ale były też momenty takie, jak dokładnie ten teraz, kiedy właśnie o to chodziło, żeby wpaść w wendyowski wir chaosu i dać się mu porwać, jak... jak liść wrzucony w tornado. Albo jak papier w toalecie, kiedy ktoś wcisnął spłuczkę.
Dzięki temu mógł na przykład szybko — choć pewnie na krótko — zapomnieć o Lorenzo i innych przystojniakach z komisariatu. I o Suzy. I o własnych nieszczęściach, jakie go dzisiaj spotkały. I o tym, że to był pedalarz, nie rowerzysta. I o tym, że Percy jak zwykle pomijał go w swoich życiowych zwierzeniach. I o… wszystkim.
Nawet o tym, że mieli jechać do matki, a nie po prostu na przejażdżkę, jak czasami się trafiało.
Ale nie o tym, że poczęstowano go fit ciastkami i teraz go drapało. Odchrząknął raz, drugi, trzeci i pospiesznie sięgnął po drugą kawę z tych, które przyniosła Wendy. Zapił kilkoma solidnymi ruchami, słuchając o tych podróżach, które uczyły i kształciły i integrowały i o wzmiance o Włochach, w których chyba prawo zabraniało produkcji fit słodyczy. Kiwnął łbem. Włosy to naprawdę był raj na ziemi. Jak nie zajebiste lody, to zajebiste wypieki, a jak nie zajebiste wypieki, to pizza, makarony i sery. I widoczki. Widoczki mają też zajebiste.
—
Aha, aha — palnął, zapisując sobie w pamięci tę jakże cenną uwagę o kierunku podróży i lekcję włoskiej konstytucji jednocześnie. Co
gorsza lepsze, naprawdę zaczął rozważać wyjazd do Europy. Na chwilę, nażreć się, jak świnia, pozdychać chwilę brzuszyskiem do góry i wrócić, umierając z jet lagiem i tęsknotą za gelato i włoską na cienkim spodzie. Coś mu podpowiadało, że w tych bólach najlepiej pasowałoby dzielić je z Wendy, więc logiczne było, że pomyślał o niej jako towarzyszce. Tak, żeby do gnębienia Percy’ego nagraniami z jego własnego mieszkania i kradzieży jego psa, dorzucić jeszcze gnębienie go fotkami żarcia i super zabawy z Włoch.
A potem Huraganica ruszyła, gotowa podbijać cynamonowe wnętrze jeepa i Gardner ruszył za nią.
—
I Ty się tak po prostu posłuchałaś i nie napisałaś? — dopytał, nie kryjąc zdziwienia. Jakby miał strzelać, to strzeliłby, że właśnie napisała i co? I by przestrzelił. Pytanie o Florencję wytrąciło go trochę z zatroskania o ewentualna chorobę siostry — no bo jak to,
nie napisała? — i wzruszył ramionami. —
Bo mi przypomniałaś o lodach bazyliowych.
Bezczelnie zrzucił na nią odpowiedzialność, na zaś, gdyby ktoś śmiał mu wytknąć, że nie miał czasu na jakieś wyjazdy i nie w głowie powinny być mu italiańska zabawa, beztroska, gelato i cała reszta. Wtedy mógłby rzucić uno reverse card i powiedzieć, że to sprawy rodzinne i musi jechać.
Spojrzał na nią, na jej wyciągniętą rękę i zmrużył oczy, jeszcze chwilę się wahając. Ostatecznie wręczył jej kluczyki, zrzucając pęk z doczepionym małym grizzly prosto do jej otwartej dłoni. Potem wgramolił się na siedzenie obok kierowcy, już czując się jak typowa passenger princess i ignorując słodki zapach cynamonu, jaki bił z wnętrza wozu, otworzył okno i przyjrzał się lusterku bocznym. Wytarł piankę z kawy, która robiła za wąsy.
I zamarł. Tak po prostu zastygł w miejscu, z łapskiem przy mordzie, kiedy samochodem szarpnęło raz i drugi i trzeci i... nie czwarty. Odetchnął z niemałą ulgą i oparł się o fotel, zapinając pospiesznie pasy i zaraz łapiąc się za uchwyt nad drzwiami. Wiedział, jak Wendy prowadzi samochód, ale był pewien, że z ich dwójki to ona lepiej opanowała prowadzenie maszyny i nie pojedzie po chodniku, jak się jeździło w GTA, bo — niestety — w prawdziwym życiu po przejechanych ludziach nie zostawały pulsujące ikonki gotówki do pozbierania. Dobrze, że miał schowaną odznakę, tak na przekór, gdyby ktoś chciał się rzucać, że gliniarz, a nie wlepia jej mandatu. Powinien. Powinien był zgłosić się w radio i poprosić o drogówkę, żeby czekali gdzieś za zakrętem na nich, ale przecież mieli cel, nieważne jak mało ciekawy i uproczywy. I Florencja na nich czekała. No i był jej bratem, wspieranie jej było ważniejsze, niż prawo i życie obywateli Toronto, które przysięgał strzec.
Rozważał natomiast wykład o dobrej muzyce, kiedy bezczelnie przełączyła jego playlistę z klasykami rocka, a potem kolejną z wyciem Dimmu Borgir i następną z Abbą w wersji metalowej. Rzucił nawet okiem na nią, wielce niepocieszonym, a potem, jak tylko się dało, pomógł z podłączaniem jej własnych putupajek, bo przecież zaraz mogli mieć czołowe spotkanie z drzewem. Chaosu jednak, oczywiście, nie dało się ujarzmić.
Wir. Daj się porwać w wir.
Zmusił się do relaksu i puścił ten nieszczęsny uchwyt, który prawie zmiażdżył, bo tak mocno się go trzymał. Było prawie, jakby jechali off-roadem jakimś monster truckiem. Tylko, że nie. Woo-hoo.
Nieświadomie złapał pewniej kartony — taki odruch, skoro już puścił uchwyt — i dobrze, bo wtedy zapaliło się czerwone i dziękował bogom, że zapiął pasy, bo tak to musiałaby go zdrapywać z kokpitu i przedniej szybki. Jedno z łapsk plasnęło mocno o plastik przed nim, gdy nim tak targnęło nagle.
—
Felicita — dośpiewał żałośnie i szybko sprawdził sernik. Miała szczęście. —
Ciesz się, bo inaczej leciałabyś do tej Florencji w luku bagażowym.
Jakże solidna to była groźba, gdy w grę wchodził sernik na palonym maśle i testowanie układu hamulcowego jego samochodu.
—
Ej, Wendziszcze, mam pomysł. Taka mini gierka na zabicie czasu. Widzisz to? — nachylił się i wskazał paluchem na prędkościomierz. —
Twoją misją na następne pół godziny jest starać się, żeby biała wskazówka nie przekroczyła osiemdziesięciu. Jak ci się uda, to dostaniesz cały sernik dla siebie.
A to to już było poświęcenie. I gotów był je wykonać na rzecz swojego podwozia. W międzyczasie wychylił się niezgrabnie i wsunął między siedzenia ramię, żeby odłożyć jeden z kartonów na tył. Zapiął go pasami, co samo w sobie też wyglądało wielce nieporadnie, ale w końcu wrócił do niej i otworzył ten karton, który mu został. Z kieszeni wydobył schowany tam wcześniej widelczyk i zanurzył w aksamitnym wypieku, żeby zaraz podsunąć siostrze pod nochala.
—
Jedź, masz zielone. Już dawno.
Czy bibkali na nich? Pewnie tak, ale przez italiano disco lecące w tle ignorował każde inne dźwięki. Ignorował też to, każda kolejna minuta tej szalonej jazdy przybliżałą ich do szpitalnej sali i awantur matki, których w życiu nasłuchali się z nawiązką na kolejne tysiąc lat.


