29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z każdym jego krokiem w jej stronę wycofywała się coraz bardziej, choć fizycznie pozostawała w tym samym miejscu, a napięcie w jej ramionach nawet nie wzrastało, jakby jej ciało było już zbyt zmęczone, zbyt mocno uziemione strachem.
Niedawno Monroe zapytał ją, czy się go boi. Wtedy wiedziała, po której stronie znajdowała się odpowiedź, ale jakoś nie potrafiła udzielić jej wprost. Gdyby zapytał teraz ponownie, miała wrażenie, że nie zawahałaby się. A jednak – nadal pozostawało w niej coś, co sprzeciwiało się tak jednoznacznemu rozstrzygnięciu. To dalej miało nie być takie p r o s t e.
Kiedy wypowiedział jej imię, jego głos nie wślizgnął się do jej umysłu z tą hipnotyzującą miękkością, którą pamiętała z baru, lecz zadziałał jak papier ścierny, szorstko przedzierając się przez odrętwienie i zmuszając ją do powrotu do brutalnej rzeczywistości.
I wystarczył niewielki nacisk jego palców na broń, żeby przedmiot wysunął się spomiędzy jej dłoni tak łatwo, że przez moment nawet nie rozumiała, dlaczego w ogóle nagle stały się puste.
Jakaś część niej chciała zostać i wyjaśnić zbliżającym się policjantom wszystkie okoliczności, przekonana, że wystarczy powiedzieć prawdę, żeby ktokolwiek zrozumiał, jak do tego doszło. Bo przecież odejście z miejsca zdarzenia oznaczałoby przyznanie się do winy oraz ucieczkę przed odpowiedzialnością.
Ale czy właśnie tak nie było?
To ona schyliła się po tę cholerną broń, podniosła ją, wycelowała i świadomie nacisnęła spust, nawet jeśli nie oczekiwała wtedy tak fatalnego skutku.
N i k t jej nie kazał.
To była jej decyzja. Jej odpowiedzialność. Jej w i n a.
Nie miała odwagi na niego spojrzeć, bojąc się tego, co mogłaby odnaleźć w jego oczach, i jeszcze bardziej konfrontacji z człowiekiem, którego dalsze istnienie było bezpośrednim skutkiem decyzji tak bestialskiej, że oderwała od niej jej część osobowości.
Wiedziała, że musiał przeżyć. Że gdyby pozwoliła, aby coś mu się stało, konsekwencje byłyby większe niż utrata niedawno poznanej, wyjątkowo interesującej osoby.
Zawiesiła spojrzenie na nożu tkwiącym w jego boku, szukając i znajdując punkt, który skutecznie przerzuci ją z poziomu myślenia na działanie.
Musisz… — zaczęła słabo, zatrzymując się na słowie, które padło tak cicho, że nawet sama nie mogła być pewna czy w ogóle je wypowiedziała — Muszę — poprawiła się po chwili — muszę zabrać cię do szpitala. Potrzebujesz lekarza.
Kogokolwiek, kto poskładałby jego dłoń i zatamował krew płynącą z niej oraz z rany w boku, zanim straci jej jeszcze więcej.
Szpital wydawał się oczywistym rozwiązaniem, ale bardzo szybko dotarło do niej, że ta o c z y w i s t o ś ć teraz przestała obowiązywać. Stan Monroe wywołałby pytania i zainteresowanie służb, którego najwyraźniej nie mogli ryzykować, skoro nawet zbliżające się syreny wcale go nie uspokajały a przeciwnie.
Zaczęła się podnosić, niestabilnie i chwiejnie, ale samodzielnie, działając już wyłącznie dzięki autopilotowi, który uruchomił się oraz ją, wrzucając w ciąg konieczności i działania, skutecznie oddzielając od rozmyślania na tematy inne niż obecny problem.
Muszę cię gdzieś zabrać — powtórzyła.
Jej pierwszy krok okazał się jednak zbyt ambitnym planem, bo ledwie przeniosła ciężar ciała na jedną nogę, kolano ugięło się pod nią gwałtownie przez co odruchowo wyciągnęła rękę i zacisnęła palce na materiale jego ubrania, fartownie po zdrowszej stronie, nie zastanawiając się nad tym, czego a raczej k o g o właściwie chwyta.
Dopiero kiedy odzyskała równowagę, dotarło do niej, że trzyma Vincenta. Zesztywniała, ale nie cofnęła ręki.
Nie możesz prowadzić — powiedziała, nadal nie podnosząc spojrzenia wyżej niż do noża w jego boku. Dla niej wydawało się to oczywiste – pomijając ostrze w ciele, którego absolutnie nie powinni ruszać, to miał jeszcze niesprawną dłoń. Nie była, co prawda, lepsza – w końcu jej palce drżały na tyle, że dla niej problem stanowiłoby wsunięcie kluczyków do stacyjki.
Syreny wciąż narastały dalej dla niej niosąc już złudne przekonanie, że kiedy dotrą na miejsce – będzie bezpiecznie. Policja powinna oznaczać koniec zagrożenia, ale ten porządek, w którym żyła dotąd, został wywrócony do górny nogami ledwie parę krótkich minut temu.
Powiedz mi, gdzie — dodała po chwili, mocniej zaciskając palce na jego ubraniu, kiedy przez nogi przeszła kolejna fala słabości. — Gdzie mogę cię zabrać?
M u s i a ł mieć takie miejsce, skoro w całość tego zdarzenia, w rany, pociski i odbieranie życia, wszedł z taką zwyczajnością, jakby to była właśnie jego codzienność. Jego forma normalności, skrajnie sprzeczna z tą jej, w której ona wyczekiwałaby przyjazdu policji bez strachu.
🪱
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To było n i e l o g i c z n e.
Zdawał sobie z tego sprawę od samego początku, od chwili, w której Haze zamarła w miejscu podczas gdy jego samochód wdarł się w stojącego przed nią mercedesa. Nakłonienie jej do napicia się z zamkniętej butelki wody było prawdziwym osiągnięciem. Widział, jak jej plecy spinały się w zamkniętej loży, jak reagowała na kogoś tak niegroźnego jak Anthony Bennet, jak przekształciła się w kamienną figurę, wbita w fotel kierowcy gdy próbował wyciągnąć jej z tej sytuacji wcześniej.
Teraz, gdy wokół nich nastała cisza, gdy leżące na ziemi ciała zaczynały stygnąć, mogła wreszcie zareagować. Mogła rzucić się do ucieczki wiedząc, że i on był ranny, nóż w jego boku, rana na jego dłoni, obite żebra utrudniłyby mu pochwycenie jej gdyby kiedykolwiek tego zapragnął. Mogła wskoczyć do któregokolwiek z samochodów i odjechać, zostawiając go w tyle.
Cholera, mogła unieść ten pistolet i nacisnąć na spust po raz kolejny.
Zamiast tego poczuł, jak metal wysuwa się z objęcia jej palców, trafiając do jego własnych. Prostując się z wyraźnym trudem, odchylił zbroczoną krwią marynarkę by wsunąć go na swoje miejsce, odruchowo, niemal elegancko w kontraście z tym, jak wyglądał i jak się czuł.
Za nic w świecie jednak nie powinna teraz martwić się o n i e g o.
Jego zdrowa ręka uniosła się bezwiednie w górę gdy kobieta runęła w dół, szukając oparcia w materiale jego koszuli. Pokryte cudzą krwią palce chwyciły jej talię, plamiąc materiał eleganckiej sukienki, w której występowała - kolejnej, którą z jego winy będzie musiała wymienić. Zatrzymała się na cieple jej ciała, wyczuwając pod opuszkami palców jego drżenie - racjonalność podpowiadała mu, że powinien ją trzymać, bo nie wyglądała, jakby miała siłę by trzymać się na nogach. Dzięki niej mógł zignorować to, że c h c i a ł to robić.
- Jesteś ranna? - mruknął, jego wzrok prześlizgnął się kontrolnie po jej twarzy, ale przeniósł też na jej głowę, splątane, czarne włosy, później na ramiona i ciało noszące na sobie ślady wszystkiego, co wydarzyło się do teraz. Uraz byłby dobrym wytłumaczeniem tego, w jaki sposób się zachowywała i w jaki m y ś l a ł a, znów w tej racjonalności, ignorując ukłucie między żebrami na myśl, że mógł nie dostrzec czegoś więcej, że mogli zrobić jej coś więcej.
- Zajmę się tym - dodał, jego dłoń mocniej zacisnęła się na kobiecej talii w reakcji na jej palce, zwijające na materiale koszuli. Uniósł wzrok ponad nią, skanując otoczenie, nie dostrzegając w oddali błysku czerwieni i błękitu ale wiedział, że kwestią czasu było, gdy policja tu dotrze. - Zajmę się tym wszystkim, ale najpierw musisz znaleźć się gdzieś, gdzie będziesz bezpieczna.
Odwrócił się, ignorując przeszywający ból w żebrach i boku, gdy jego spojrzenie dotarło do jedynego auta wyróżniającego się pośród wszystkich innych - jej wysłużonego samochodu. Logika nakazywała mu, że powinni wziąć właśnie ten - jego mercedes, jak i podejrzewał dwa pozostałe, należące do Simmonsa, formalnie w papierach były czyste. Ich właściciele zaszyci gdzieś w siatce papierów, firm wynajmujących samochody, nawet jeśli miały prowadzić do niego lub Rapture, wyparcie się tego powiązania było proste. Jej auto zaś z pewnością miało wypisane jej nazwisko wprost w dokumentach sprzedaży, co mogło przysporzyć problemów.
- Twoje kluczyki. Są w stacyjce? - rzucił, miękko, tak miękko, że jego głos wybrzmiał obco dla niego samego, bo nie był przeznaczony do chwil takich jak te. Pociągnął ją lekko, lecz zdecydowanie w stronę samochodu, nie chcąc, by jej paraliż przyczynił się do kolejnych problemów. Póki nie znajdzie tej blond suki, nie mógł wypuścić jej wolno. - Będziesz musiała prowadzić, bambi - dodał, szturchając ją nieco jeśli zawahała się przed wejściem do samochodu.

move baby
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nic jej nie było.
Znajdowała się niemal w samym sercu krwawej sceny, pośród martwych ciał i głębokich ran, rozbitych samochodów oraz porzuconej na asfalcie broni, ale n i c jej nie było. Nawet pręga po uderzeniu, o którym zdążyła już zapomnieć, jak gdyby przyjmowanie ciosów było czymś wkodowanym w jej DNA, zniknęła pod warstwą cudzej krwi rozbryzganej na jej twarzy.
Można było powiedzieć, że ktoś nad nią czuwał.
A ona nie wiedziała, jak powinna czuć się mając świadomość, że dokładnie wiedziała k t o.
Bardziej niż konieczność zastanowienia się nad odpowiedzią, która przecież była oczywista, zatrzymał ją jego dotyk na własnym ciele i galopada sprzeczności, którą wywołał. Jej umysł rozumiał jego gest bo był logiczny, praktyczny, skoro chciał pomóc jej zachować równowagę, a przecież to ona pierwsza na niego naparła, zaciskając palce na jego ubraniu, zanim zdążyła w ogóle zrozumieć, czego szuka.
A jej ciało zdawało się płonąć żywym ogniem dokładnie tam, gdzie na jej talii spoczywała jego dłoń, a mimo napięcia, które natychmiast usztywniło mięśnie, znów się nie wycofało.
I to nie było normalne.
Nie dla niej, bo dotąd każda forma dotyku, której wcześniej świadomie nie zaakceptowała, pozostawała z definicji nieakceptowalna. Unikała go, unikała nawet samej bliskości, cofając się zawsze o dwa kroki, kiedy ktoś wykonywał w jej stronę jeden.
Teraz? Nie sądziła, by cokolwiek się zmieniło.
Kolejnych słów nie potraktowała jako troski, reagując niemal automatycznie, gdy z jego ust padło znajome musisz.
Nie. Najpierw ty przestaniesz krwawić.
Nie zamierzała nawet przerzucać się z nim tym musisz, bo jej odpowiedź nie pozostawiała miejsca na wariant, w którym mogłoby się stać inaczej. Trzymanie się konieczności poprawy jego stanu było w tej chwili zbawienne; dopóki mogła skupić się na krwi spływającej po jego dłoni, nożu tkwiącym w boku oraz samochodzie, do którego należało go doprowadzić, nie musiała zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę m u s i a ł a zrobić później.
Nie musiała patrzeć na ciało leżące przy jej stopach. Nie musiała przypominać sobie odrzutu broni. Nie musiała jeszcze przyjmować do wiadomości, że to jej palec nacisnął spust.
Między jednym a drugim zdaniem nie zostawiła odpowiedzi na jego reakcję.
Nie możesz zająć się wszystkim, kiedy masz wbity w siebie nóż.
Liczyła na to, że zabrzmi równie stanowczo jak chwilę wcześniej, kiedy ta niemal robotyczna pewność pozwoliła jej zebrać się na odwagę i przerwać jego proces przejmowania odpowiedzialności za wszystko i wszystkich dookoła. Dopiero po wypowiedzeniu ostatniego słowa zorientowała się jednak, że gdzieś pomiędzy nimi głos jej pękł.
Absurdalne było to, że pierwsze widoczne i słyszalne emocje wyrwały się z niej nie przy trupie, nie przy broni ani przy brutalności ostatnich kilku minut, ale dopiero przy banalnym uświadomieniu sobie, że on naprawdę może się wykrwawić.
Jej spojrzenie ześlizgnęło się ku nożowi, chociaż natychmiast tego pożałowała. Nie wiedziała, jak głęboko tkwił, czego zdążył dotknąć ani ile czasu mieli. Wiedziała jedynie, że nie wolno go wyciągać, że nie powinien wykonywać gwałtownych. A ona nie powinna go dociążać.
Spojrzała w stronę swojego samochodu, potwierdzając jego słowa bezgłośnie, po czym, bez miejsca na dalszą refleksję, ruszyła wraz z nim w kierunku wysłużonego forda.
Wiedziała, że będzie musiała prowadzić.
Opuściła wzrok na własne dłonie i przez kilka sekund obserwowała ich drżenie, jak gdyby mogła w ten sposób ocenić, jak bardzo utrudnią jej utrzymanie kierownicy oraz samochodu na drodze. W końcu zacisnęła je w pięści, lecz nawet wtedy nie zdołała całkowicie powstrzymać drobnych skurczów przebiegających przez palce, więc przeniosła spojrzenie na Monroe i skupiła się na następnym zadaniu.
Musiała upewnić się, że on bezpiecznie wsiądzie do jej starego grata.
A potem ruszyć
Dostałeś więcej niż taniec — odezwała się, kiedy całkiem pokracznie zawróciła i zaczęła oddalać się od miejsca tragedii. — Dostałeś całe pas de deux. — Nie był to żart, na pewno nie do końca. Jeśli już to próba odnalezienia czegoś znajomego pośród wszystkiego, co w ciągu kilku minut przestało mieć dla niej jakikolwiek rozpoznawalny kształt. Jednocześnie próba utrzymania go przytomnego i responsywnego. — Wiesz, adres twojego lekarza nie będzie sekretem, który mnie zadowoli.

not safe, but still yours to save
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z każdą chwilą spędzoną w jej towarzystwie umacniał się w przekonaniu, że była wysoce s k o m p l i k o w a n y m stworzeniem.
Jej ciało zdawało się działać w sprzeczności z umysłem, jakby w pewnym momencie jedno siłą zostało oderwane od drugiego i od tego czasu funkcjonowały obok siebie, desperacko dążąc do zgodności. Jej dłonie zaciśnięte na przesiąkniętej krwią koszuli zdawały się lgnąć do niego jako jakiegoś rodzaju podpory i stabilności, podczas gdy napięcie, które chwyciło ją we władanie gdy przytrzymał ją przy sobie stało z tym w całkowitej sprzeczności.
I pośród tego wszystkiego, co wydarzyło się przed chwilą, w morzu zalewającej jego organizm adrenaliny i ostrego, promieniującego wzdłuż mięśni bólu walczącego o jego uwagę, przez myśl przeszło mu, że wcale nie powinien jej puszczać.
N i g d y.
- Nie uszkodził niczego ważnego - odparł, tonem, który mógłby wybrzmieć jako irytacja gdyby nie to, że nie był zdolny do jej przywołania gdy wypowiadał się w jej kierunku. - Gdyby tak było, nie prowadziłbym z tobą tej rozmowy.
Nie rozumiał, dlaczego nagle miał sprzeczać się z tą kobietą na temat obranych przez siebie priorytetów - ale gdy tylko ruszyła do przodu, umilkł. Częściowo dlatego, że, jak wszystko w przypadku Haze, pragnął nie zepsuć tego drobnego zwycięstwa.
Częściowo zaś przez to, że wtedy uświadomił sobie, jak kurewsko bolało.
Wszystko inne było dużo prostsze. Prostszym było naciśnięcie pedału gazu i przyjęcie na siebie impetu wbijającego się w klatkę piersiową pasa. Prostszym było wyszarpnięcie z cholewy buta noża i wbicie go w cudzą tkankę. Najprostszym za to było naciśnięcie na spust wcześniej wycelowanego w głowę napastnika pistoletu.
Wszystko było prostsze niż wejście do jej pieprzonego samochodu.
Jego szczęka zacisnęła się odruchowo gdy zajmował miejsce pasażera, co wywołało wyłącznie kaskadę następującego po tym cierpienia. Zdusił w sobie przekleństwo tak, jak dusił w sobie okazywanie tego cierpienia w jakikolwiek sposób - pod przykrywającą jego policzek posoką spływającą z łuku brwiowego niemal nie widać było przecież, że zbladł.
W jego dłoni znalazł się telefon. Skrzętnie zignorował dziesiątki powiadomień, zamiast tego, intensywnie, w myślach obracał plan miasta, szukając najbliżej miejsca, w którym byłaby bezpieczna. Gdy to wpadło do jego głowy, wybrał odpowiedni numer i napisał krótką wiadomość - jako pierwszą każąc je przygotować. Drugą zadedykował lekarzowi, któremu wysłał odpowiedni adres.
Dopiero trzecia skierowana była do Avisa - znajdź mi tę blond sukę do końca dnia.
- To po włosku? - odrzucił nonszalancko, uśmiech na jego ustach zdradzał odrobinę rozbawienia choć w akompaniamencie wszystkich okalających go zniszczeń z pewnością nie prezentował się tak szarmancko, jak mógłby chcieć. - 482 Hawthorne Avenue.
Odwrócił głowę, jego spojrzenie przecięło ciasne wnętrze jej samochodu. Skupiło się na jej drżących dłoniach zaciśniętych na kierownicy, pomknęło w górę - po zbroczonych krwią dłoniach, aż do rękawów eleganckiej sukni i spływających wokół kaskadą, ciemnych włosach. Błądziło przez chwilę po jej szkarłatnym profilu, w ten absurdalny sposób, o który mógłby oskarżyć utratę własnej krwi, dochodząc do wniosku, że całkiem było jej do twarzy w szaleństwie.
- Jaki sekret mógłby cię zadowolić, panno Haze? - odrzucił po krótkiej chwili, w której cisza zdążyła zadomowić się w czterech, metalowych ścianach pojazdu wibrujących od pracującego silnika. - Wygląda na to, że dziś wystrzelałem się z wielu.
Z broni schowanej za paskiem jego spodni, z wprawy, w której się nią posługiwał. Ze swojego rodzaju bestii, której również dobrze było w tym szaleństwie, a która tego wieczora wychyliła swój pierwszy szpon na zewnątrz w postaci jednego kosmyka włosów, odmawiającego mu posłuszeństwa.

you look good in red
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cały czas pozostawała wciąż bez odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania, które zadała mu zaraz po jego pojawieniu się, ale których teraz nie zdecydowała się powtórzyć, w obawie że odpowiedzi naruszą ten tymczasowy spokój, który udało jej się naprędce odbudować, desperacko wciskając własne myśli w kolejne zadania do wykonania.
Nie zamierzała jednak z nich zrezygnować całkowicie, nawet jeśli miała przeczucie, że prawda jej się nie spodoba.
Nie da się zaprzeczyć — przytaknęła, w duchu nawet doceniając tę brutalnie trafną analogię o wystrzelaniu się. — Ale, nie wiem czy pamiętasz, ja poprosiłam o taki, za który nie musiałbyś mnie zabić — oznajmiła z cieniem gorzkiego rozbawienia, które miało chyba przede wszystkim zagłuszyć to, jak niepokojąco realna wydawała jej się nagle możliwość, że odkryła część jego życia przeznaczoną wyłącznie dla tych, którzy nie mieli później okazji komukolwiek o niej opowiedzieć.
Nie wiedziała jakie konsekwencje mogło mieć zobaczenie rzeczy, które najprawdopodobniej miały pozostać przed nią zawoalowane, ani tez czy to, że znalazła się po ich niewłaściwej stronie, zmieniało również sposób, w jaki on powinien od tej chwili traktować ją. By nie zagłębiać się w to i zostawić to tylko jako kolejny niezręczny żart, który tak naprawdę miał poczekać na wyrok, wykorzystała to, że światła zmieniły się na czerwone, żeby sięgnąć do schowka w podłokietniku i wyciągnąć z niego paczkę nawilżanych chusteczek.
Wysunęła jedną z nich i rozłożyła ją między palcami i sięgnęła do niego, zatrzymując jednak dłoń w połowie drogi. Nie zapytała, czy może go dotknąć, przynajmniej nie na głos, ale to zawahanie w jej ruchu było dla niej wystarczająco czytelne, bo zostawiła odległość kilku centymetrów, których nie zamierzała pokonać, dopóki nie upewni się, że nie miał nic przeciwko.
Wystarczyłoby mi, gdybyś opowiedział jakąś historię o tym, że jak miałeś siedem lat i podprowadziłeś rodzicom dolara z portfela na gumę kulkę — dodała rzucając garść kolejnego, suchego humoru, jednocześnie skupiając wzrok na śladach krwi, którą spróbowała zetrzeć. — Coś, czego do tej pory nawet oni nie wiedzieli. Jakiś niewielki sekret, anegdota o tobie. Coś, czego zwykle nie mówiłeś innym, ale jednocześnie co mógłbyśi c h c i a ł b y ś powiedzieć.
Wątpiła, że pokaz sprzed chwili wliczał się do tego drugiego warunku.
Przesunęła chusteczką ostrożnie wzdłuż jego policzka, unikając przy tym otwartych ran oraz miejsc, które wyglądały na najbardziej obolałe, chociaż tak prawdę powiedziawszy w tej chwili trudno było znaleźć na jego twarzy fragment całkowicie pozbawiony śladów ostatnich kilkunastu minut.
Sama też nie była do końca pewna, dlaczego w ogóle zaczęła ścierać mu krew z twarzy, skoro nie było to ani szczególnie pilne, ani też bardzo potrzebne. Może po prostu łatwiej było jej zająć dłonie czymś konkretnym w czasie oczekiwania na zmianę świateł, albo po prostu chodziło o to, że widok jego w tym stanie przeszkadzał jej bardziej, niż w ogóle powinien.
Wiesz... — pociągnęła dalej, z pewną satysfakcją odnotowując, że niewielki obszar jego skóry odzyskał swój naturalny – o tyle, o ile naturalny – kolor. — Nóż, pistolety i ogólnie pojęta przemoc były całkiem efektowne, nie powiem, że nie — przyznała po chwili, z kolejnym bladym przebłyskiem humoru. — Ale nie będę ukrywać, że realnie liczyłam na coś subtelniejszego. — Uśmiechnęła się, choć słabo i niemal niedostrzegalnie, by dać wyraz temu, że nie była absolutnie rozczarowana. Na pewno stała bliżej strachu niż rozczarowania.
Porzuciła dalsze szorowanie jego twarzy dopiero wtedy, gdy zorientowała się, że światło zdążyło zmienić się z powrotem na zielone, a samochód stojący za nimi zatrąbił krótko. Cofnęła dłoń, odłożyła pobrudzoną chusteczkę do kieszeni w drzwiach i ponownie zacisnęła palce na kierownicy, ruszając dalej.
i asked for a secret not a crime scene
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego myśli były skoncentrowane wokół bardzo osobliwych, ale też bardzo konkretnych wytycznych.
Przede wszystkim jakaś ich cząstka wciąż znajdowała swoje paliwo we w ś c i e k ł o ś c i. To ona napędzała go do działania, to ona kazała mu sprawdzać telefon, którego ekran przykryły już szkarłatne odciski, w poszukiwaniu potwierdzenia od Avisa. Potwierdzenia, które otrzymał chwilę później, lakoniczną wiadomością jesteśmy w trakcie, po której przyszła dziesiątka następnych, zbędnych - Czy potrzebujesz wsparcia? Gdzie jesteś? Co mogę zrobić?
Poza wściekłością, pozostał mu pragmatyzm. Z nim posłał wiadomość do Kima w nadziei na to, że mężczyzna ją odczyta i będzie skłonny wesprzeć go po raz kolejny, świadom pewnego rodzaju elastyczności, która w tym wypadku byłaby wymagana. I z tym też pragmatyzmem - oraz przede wszystkim u l g ą - odczytał jego odpowiedź, potwierdzającą miejsce spotkania.
Potrzebował obu tych rzeczy, potrzebował skupić na nich resztki swojej przytomności ponieważ tylko one mogły wyprzeć świadomość noża, przemieszczającego się w jego ciele z każdym zakrętem, który obierała.
Pragnął ich, desperacko. Czepiał się ich kurczowo, wzrokiem wracając do zakrwawionego ekranu telefonu, usiłując znaleźć sobie jakieś zajęcie, coś, co mogłoby go oderwać od wrażenia, które wymalowałoby jego twarz grymasem. Przez myśl przeszło mu sprawdzenie patrolu, który został wysłany na miejsce zdarzenia, może nawet wybranie numeru telefonu do Simmonsa bezpośrednio.
Gdyby nie dłoń, która nagle znalazła się w jego przestrzeni.
Nie bezpośrednio w niej - na granicy, jakby Haze doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak daleko sięgała jego własna bańka zewnętrznej ingerencji. Nie powstrzymał jej, choć jego dłoń zamarła w połowie wypisywania wiadomości, zawiesiła się nad ekranem i klawiaturą, której każdy przycisk zdobiony był czerwonym wykwitem.
Dotyk miękkiej, wilgotnej chusteczki na jego policzku sprawił, że tym razem to jego plecy spięły się lekko, szczęka zacisnęła, jakby w oczekiwaniu na uderzenie. Był tak osobliwy, że zapomniał o telefonie, o wiadomości, w której szukał swojej sprawczości, o nożu przekręcającym się między jego żebrami. Był tak niespodziewany, że jego wzrok oderwał się od świata przed nimi, czerwonych świateł i czerwonej klawiatury i sięgnął do niej, z wyrazem niezrozumienia malującym się w oczach.
W kontekście chłodnych ciał porzuconych na asfalcie, zniszczonych samochodów i jej własnej twarzy pokrytej cudzą krwią, gest zmywania posoki z jego policzka wydawał się nie tyle płonny, co kompletnie bezużyteczny.
A jednak zastygł, nie chcąc się ruszyć, nie chcąc złamać tej chwili w żaden sposób, przyglądając się jej ciemnym włosom przyklejonym do równie czerwonego policzka, ustom wygiętym w nagłym wyrazie gorzkiego uśmiechu. Skupiając na tym wrażeniu, jej dłoni ścierającej krew z jego skóry. Wrażeniu, którego nigdy wcześniej nie doznał, które wydawało mu się kompletnie obce, a zarazem stanowiło zarzewie do rosnącego w jego sercu postanowienia, że n i k t nie mógł tknąć Violet Haze.
Jego zdrowa ręka uniosła się w górę, telefon pozostał gdzieś na jego kolanach, może na siedzeniu, a może spadł pod nie i zniknął w tej czeluści, w której niemożliwym było jego wydostanie.
- Boję się pszczół - wyrwało się z jego ust gdy pochwycił jej dłoń - nie po to, by ją odsunąć, ale by ją zatrzymać, na jeden, krótki moment, u którego podłożu nie znajdowała się żadna logika i sens. - Mam alergię na jad.
Ktoś z tyłu zatrąbił, uświadamiając im o zalewie zieleni wpadającej do wnętrza samochodu. Pozwolił jej dłoni się wyślizgnąć, jednak w jego własnych palcach została ta jedna, wilgotna chusteczka, nasączona krwią - jego własną i tą, którą przelał. Dla niej.
- Jeśli kiedyś chciałabyś mnie zabić, wiosna jest dobrym momentem by to zrobić - dodał, jego usta również wygięły się w tym samym, gorzkim uśmiechu, który z jakiegoś powodu zdobił jej twarz w obliczu tego wszystkiego, co się stało. - Jesteś osobliwa, Haze.

my secrets are of deadly kind
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Napięcie mięśni jego szczęki oraz to krótkie usztywnienie pleców zauważyła niemal od razu, bo w końcu sama zbyt dobrze znała reakcję ciała, które przygotowywało się na coś, co jeszcze nawet nie nastąpiło. To było jednak dla niej niesamowita sprzecznością, bo już widziała, jak Monroe potrafił bez zawahania przyjąć cios, kulę czy nóż, a jednak to, co pokazał jej teraz, wobec zwyczajnej – i nie do końca też kontrolowanej – delikatności, było całkiem sprzeczne z jej wyobrażeniem na jego temat. Że był człowiekiem, którego nie było nic w stanie ruszyć. I zatrzymać. I to ta właśnie myśl uczyniła go na ten jeden moment m n i e j nieprzystępnym – jakby pod całą tą krwią oraz wszystkim, co widziała ledwie paręnaście minut wcześniej, pod tym co wiedziała, kryło się coś znacznie bardziej ludzkiego.
Kiedy jednak jego palce zacisnęły się na jej dłoni, całe jej ramię napięło się odruchowo, ale – ku własnemu zaskoczeniu – nie wyrwała ręki, chociaż do dzisiejszego dnia każdy nieplanowany dotyk wystarczyłby, żeby ciało znów decydowało za nią samą. A dzisiaj? Tak samo jak parę minut temu, tak i teraz – pozostała niezmiennie, w tej samej konfiguracji, z nim. Poczuła jednak ten sam znajomy ucisk gdzieś pod skórą, to samo ostrzeżenie biegnące wzdłuż linii kręgosłupa, lecz żadne nie przerodziło się ono od razu w panikę.
Co z perspektywy czasu wygodnie sobie wytłumaczy straumatyzowanym dzisiejszymi wydarzeniami umysłem, działającym na autopilocie.
Z tą różnicą, że przecież bardziej skłócona była z własnym ciałem, a nie umysłem.
Nie rozumiała, czemu to zrobił ani w jakim celu, ale fakt, że została w tym momencie z nim, a on dołożył do tego faktycznie swój sekret, sprawił, że poczuła się źle. Ani chora, ani nie na miejscu, ani zagrożona. To było to 'źle', które miało inną wagę i inny ciężar. To było ź l e wynikające z nieprzyjemnej świadomości, że Monroe właśnie oddał jej coś, co mogła zatrzymać dla siebie: zaufanie. A ona wzięła je ze świadomością, że to więcej, niż prawdopodobnie kiedykolwiek mu zwróci.
Zmiana świateł i upomnienie kierowcy za nimi była jednak pewną ulgą – wymówką, która pozwoliła jej wrócić na miejsce zupełnie naturalnie, jak gdyby to, co się wydarzyło przed chwilą nie miało zbyt wielkiego ciężaru.
Na jego wyznaniu zatrzymała się dopiero, kiedy wróciło w formie żartu. Była to informacja potencjalnie użyteczna… o ile ktoś planował zamach z wykorzystaniem pasieki. Znacznie trudniej było jej jednak zignorować, że Monroe tym razem bez większego oporu wręczył jej coś, co przynajmniej w teorii mogło zostać użyte przeciwko niemu. I co miało być większą tajemnicą niż to, że nie jest w żadnym stopniu święty.
Jeśli kiedyś będę faktycznie chciała cię zabić, to z szacunku do ciebie jako swojego pracodawcy, wybiorę dla ciebie coś bardziej spektakularnego — odparła, czując gorzkość tego niewinnego żartu na własnym języku.
Żart sam w sobie może nie był zły, ale jej podświadomość zdołała już zasmakować tej jego ironii. Sumienie też zakłuło ją alarmująco, ale szybko zepchnęła to odczucie na bok, skupiając się na drodze przed sobą i kolejnych instrukcjach ustawionej wcześniej nawigacji.
A ty jesteś bardzo sprytny — odpowiedziała, pozwalając sobie, by kącik jej ust uniósł się nieco wyżej.. — Osobliwa to bardzo wygodne słowo i bardzo bezpieczne. — Wyraz jej twarzy nie zmienił się, było na nim przez cały czas coś pomiędzy suchym rozbawieniem, a przekorą. — Nawet nie jestem pewna, czy to komplement — ta krótka pauza, jaką zrobiła po tych słowach była w pełni intencjonalna — ale jako taki go uznam — dodała, z pełną świadomością przemycając do dialogu jego własne słowa, które pamiętała z ich pierwszego spotkania.
Pamiętała je aż za dobrze i zbyt dokładnie – prawdopodobnie, gdyby się głębiej nad tym zastanowiła, zaczęłaby się martwić o swój zdrowy rozsądek.
Vincent Monroe
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie miał problemu z dotykiem.
Przywykł do niego, wyrażanego w każdej formie i z każdą możliwą intencją. Przywykł do dotyku niosącego przyjemność w takim samym stopniu, jak do tego, który pozostawiał po sobie fioletowe bruzdy na skórze. To, co wydarzyło się przed chwilą, było dla niego na swój sposób n a t u r a l n e. Było czymś, co znał bardzo dobrze, do czego nawykł, czego wręcz momentami pożądał - sposobem nie tylko na załatwienie problemu, ale też danie upustu gromadzących się w jego wnętrzu emocji. Jednocześnie też w swojej gwałtowności znieczuliło go na wszystko, co mogło nadejść dalej - stępiło jego zakończenia nerwowe, skupione na bólu bardziej niż wrażeniu fotela dotykającego jego pleców.
Ale jej dotyk był inny.
W ten sposób, którego nie potrafił w żaden sposób sklasyfikować. Nie był szorstkim otarciem materiału o ranną tkankę, które pod pozorem troski przypomniałoby mu jedynie o każdym ciosie, którego nie uniknął - każdym błędzie, który popełnił. Nie był też pożądliwym muśnięciem palców, które miało zwrócić jego uwagę na ich posiadaczkę i to, czego mogła od niego pragnąć.
I podczas gdy ona wyswabadzała dłoń z jego własnej, on pochwycił tę chusteczkę pod pozorem chęci dokończenia tego, co zaczęła, jednocześnie obracając to wszystko w głowie. Zmiął ją lekko dłoni, usiłując nadać jej dotykowi jakiś sens, który mógłby pojąć, cel, który mogłaby chcieć osiągnąć. Znał dotyk prowadzący do pożądania i ten kierujący się do przemocy, ale nie znał niczego pomiędzy - a może zupełnie poza jakąkolwiek z tych kategorii, w tym miejscu pełnym troski, która stanowiła dla niego również osobliwy koncept.
Mnąc chusteczkę w dłoni, z większą wprawą niż wcześniej ignorując ból rozlewający się po jego ciele, jednocześnie robił coś, czego zwykle nie robił wcale - obracał jej słowa w głowie, przyglądał im się pod różnymi kątami, zwracał uwagę na kącik ust drgający ku górze, na niemal żartobliwy ton przełamany czymś na wzór budzącego się sumienia. I w sposób, w który zachowywał się wyłącznie przy niej, zastanawiał się nad odpowiedzią, na wyjaśnieniem swojego nieszczególnie trafionego komplementu - gdy jednak jego usta uchyliły się ponownie, cień budynku ich docelowego adresu padł na prowadzony przez nią samochód.
Ze wszystkich miejsc, w których należało się ukryć, być może budynek 482 przy Hawthorne Avenue był ostatnim, który pasowałby do definicji. Piętrzący się w stronę nieba wieżowiec był luksusowym hotelem, stojącym w zupełnym kontraście do tego, w jaki sposób każde z nich wyglądało. Gdy więc dostrzegł wychodzącego im naprzeciw mężczyznę, chętnego do odebrania kluczyków i zaparkowania ich samochodu, poinstruował Violet by objechała budynek, zamiast tego stając na jego tyłach.
Jeden, elegancko ubrany mężczyzna wysunął się z jednego z bocznych drzwi prowadzących do obsługi i ruszył w ich stronę. Kłaniając się nisko, uchylił drzwi od kobiecej strony i zaoferował pomoc w opuszczeniu samochodu - po czym, gdy prawdopodobnie został w tej kwestii zignorowany, zrobił to samo ze stroną pasażerską. Monroe zacisnął usta w wąską linię, wydobywając się z samochodu o własnych siłach i stanął na zewnątrz, spoglądając na gmach hotelowego budynku.
- Wszystko jest już gotowe. Lekarz czeka na miejscu, panie Monroe - rzucił pośpiesznie pracownik, nie zawieszając spojrzenia na plamach krwi na ich ubraniach i skórze, choć jego wzrok zatrzymał się na moment na wystającej z jego boku rękojeści noża. - Czy czegoś jeszcze państwo potrzebują?
Pozwolił sobie zatoczyć się lekko gdy ruszyli do wejścia do środka, a złość na okazywanie własnej słabości utonęła jakoś we wrażeniu jej bliskości, jej gotowości by go wesprzeć, stojącej w tym miejscu, które nie miało niczego wspólnego z logiką.
Gdy wkraczali do korytarzy dla obsługi w hotelu, jedyną inną osobą, którą napotkali, był pracownik z obsługi technicznej - stał na drabinie, grzebiąc przy kamerze monitoringu. Niezależnie od tego, czy została teraz wyłączona, czy też zasłaniał ją własnym ciałem, nie odwrócił się ani razu, w ciszy pracując - bądź udając, że pracuje, podczas gdy towarzyszący im mężczyzna zamówił dla nich windę.
- Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, lodówka może być nieuzupełniona, tak samo jak barek... - mruczał pod nosem przepraszająco, każde jego słowo wypełniało ciszę tkwiącą między nimi, choć nikt nie wydawał się zainteresowany szczególnie detalami.
Przed drzwiami prowadzącymi do zajmującego ostatnie piętro hotelu penthouse'a tkwiła już trójka osób - dwójka odzianych w garnitury ochroniarzy, którzy kontrolnie przesunęli po nich spojrzeniem gdy nadeszli oraz jeden wysoki, smukły brunet trzymający przy sobie torbę z potrzebnymi rzeczami.
- Wyszliście z rzeźni? - rzucił sarkastycznie, obrzucając spojrzeniem dwójkę pokrytych szkarłatem ludzi. - Nie odpowiadaj, nie chcę wiedzieć.
- Dobrze cię widzieć, Kim - mruknął pod nosem, wkraczając do małego przedsionka, wychodzącego na obszerny salon apartamentu, którego naprzeciwległa do wejścia ściana była przeszklona. Zignorował aneks kuchenny i drzwi prowadzące do osobnej sypialni, zamiast tego kierując się do tkwiącego po drugiej stronie fotela. Musiał usiąść, musiał się czegoś napić. Teraz. - Obejrzyj ją - dodał, w ten również nieracjonalny sposób przenosząc uwagę na pokrytą krwią kobietę pomimo tego, że to on jej mocniej potrzebował. - O ile ci pozwoli.


strange kind of creature
29 y/o
For good luck!
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od momentu, w którym wyrósł przed nimi budynek hotelu, czuła się absolutnie nie na miejscu. Nie chodziło nawet o fakt, że tak naprawdę powinna teraz siedzieć na komisariacie i składać zeznania, zamiast wozić e w i d e n t n e g o przestępcę po miejscach, w których cena za noc najpewniej przewyższała jej miesięczny czynsz, ale o wszystko to, do czego sprowadzało się samo towarzyszenie Vincentowi Monroe.
Bardzo szybko stało się jasne, że ten p o s ł u c h, jakim cieszył się w klubie, nie wynikał wyłącznie z tytułu właściciela, ale z czegoś znacznie większego i z każdą kolejną minutą zaczynała coraz lepiej rozumieć, dlaczego radny Bennet wybierał własne upokorzenie ponad konfrontację, a inni ludzie tak łatwo przychylali się do jego woli.
Nie stała za tym jedynie siła perswazji i charyzma. Ani dokładnie o stanowczość, o którą początkowo ją posądzała.
S ł y s z a ł a już, że nie był dobry, choć w pewnym sensie było to dla niej trudne do pogodzenia z obrazem mężczyzny, który negocjował z nią wypicie butelki wody i jeden głupi taniec.
Ale dzisiaj miało nie sprowadzać się to tylko do cudzej opinii, ale do tego, co było dane jej dostrzec.
Z każdą kolejną chwilą od opuszczenia dobrze jej znanego, niezawodnego samochodu czuła się przez to coraz bardziej przytłoczona. Napięcie w jej ramionach rosło niemal proporcjonalnie do kolejnych pokonanych metrów oraz mijanych osób, a spojrzenie przeskakiwało między drzwiami, korytarzami i oznaczeniami wyjść, aby u c i e c.
Dopiero kiedy zamknęły się za nimi drzwi windy, zrozumiała, że pozwoliła zaprowadzić się zbyt daleko.
Nie spojrzała przy tym na Vincenta, choć czuła jego obecność obok. Wiedziała, że był ranny i w tym stanie prawdopodobnie nie zdołałby zatrzymać jej sam i to powinno ją uspokoić. Nie uspokoiło. Wiedziała, że realnie nie był tu sam. Wystarczyło cofnąć się pamięcią do mężczyzny, który przepraszał go za nieuzupełnioną lodówkę.
Kiedy drzwi w końcu się otworzyły, wyszła razem z nim na spotkanie kolejnym obcym mężczyzną, wciąż przy jego boku, cały czas podtrzymywana przez resztki tego samego mechanizmu, który wcześniej kazał jej prowadzić samochód, obserwować go kątem oka, upewniać się, że pozostawał przytomny czy nawet sięgnąć po tę durną chusteczkę.
Doprowadzić go do lekarza.
Do tego samego lekarza, z którym się przywitał, a któremu od razu zlecił coś, co wydawało jej się absurdalne w jego stanie.
Zanim jednak zdążyła zaprotestować, dodał jeszcze warunek
O ile ci pozwoli.
Przez ułamek sekundy pozostała z rozchylonymi ustami, przyglądając mu się tak, nawet nie spodziewając się, że we własnej przestrzeni i w otoczeniu ludzi wykonujących każde jego polecenie, nadal będzie pamiętał o pozostawieniu jej wyboru. I o jej komforcie.
Miała wrażenie że za każdym razem, kiedy zaczynała układać go w jedną, zrozumiałą całość, Vincent robił coś, co nie pasowało do pozostałych elementów.
Nic mi nie jest — powiedziała niemal natychmiast, gdy poczuła na sobie spojrzenie lekarza, cofając się zachowawczo o ten jeden krok.
Wiedziała oczywiście, że to nic dotyczyło wyłącznie zakresu, w którym mógłby pomóc jej chirurg. Nie wymagała opieki medycznej, a nawet jeżeli, mogło to poczekać. To nie ona miała nóż po rękojeść wbity w ciało ani rozerwane tkanki dłoni. I bóg jeden wie, co jeszcze.
Kiedy lekarz stracił nią zainteresowanie i w akompaniamencie sarkastycznych uwag wobec Monroe przeszedł do niego, wbiła starym zwyczajem spojrzenie w przestrzeń pomiędzy podłogą a twarzami obecnych mężczyzn, cały czas próbując utrzymać umysł w tym samym zadaniowym rytmie co wcześniej. A jednak z chwili na chwilę było to coraz trudniejsze.
Fakt, że lekarz był na miejscu, widocznie w pełni gotowy, by zająć się Monroe, zostawiał ją z niczym, czego mogłaby się uczepić. Tylko poczucie powoli wzbierającej fali wszystkiego, co dotąd tłumiła konieczność działania.
Opuściła spojrzenie na swoje palce – drżały, jak przez cały czas, ale wyraźnie intensywniej. Czuła, że jej oddech zrobił się płytszy, a głosy obecnych mężczyzn zaczęły docierać do niej jakby z większej odległości.
Dopiero potem popatrzyła na Monroe. Zaczepiając spojrzneiem o ten sam profil twarzy, po której jeszcze niedawno przesuwała bezsensownie wilgotną chusteczkę. Wtedy wydawało się to takie proste. Potrzebne, choć przecież absolutnie nieprzydatne. Odruchowe. Ale nie pasujące tak bardzo do wszystkich tych odruchów, które sterowały jej ciałem.
Wiedziała, że się rozpadnie i była to tylko kwestia chwil, zanim zderzy z brutalną rzeczywistością; z konsekwencjami, które udawało się jej odgrodzić jednym zadaniem, którego trzymała się kurczowo. Teraz zadania nie było; nie było czemu utrzymywać z dala wyrzuty jej sumienia.
Ufam, panie Monroe, że jest pan już w dobrych rękach — odezwała się, świadomie wybierając formalny ton, bo ten tutaj pasował. Nie wyróżniał się, bo w ten sposób mówili do niego wszyscy. A przynajmniej znaczna większość. — W takim razie będę już iść — dodała.
Nie potrzebowała lekarza. Potrzebowała prysznica.
Była brudna od krwi. W całości od c u d z e j krwi.
Czuła ją na twarzy, między palcami, na materiale sukienki i skórze, nawet tam, czuła jak zlepiła kosmyki jej włosów i już dawno zdążyła zaschnąć. Ciążyła jej bardziej niż sama świadomość tego, co zrobiła, bo pozostawała namacalnym i widocznym dowodem, że mężczyzna, do którego strzeliła był prawdziwy.
you make a monster difficult to fear
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
For good luck!
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
baby, you should look the other way; i'm a ten cent man in a hundred dollar suit
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dostrzegł moment, w którym kamienna figura Haze zaczęła pękać.
Moment, w którym oszołomienie i potrzeba parcia naprzód na przekór wszystkiemu wreszcie zaczęły ustępować. Dostrzegł go, bo odczuł go również w sobie. W chwili, w której jego plecy dotknęły miękkiego oparcia fotela, a zagrzebane w jego żyłach źródełko adrenaliny zaczęło wysychać, ustępując nadciągającej świadomości tego, w jakim był stanie.
I co w ogóle się wydarzyło.
Jego szczęka znów zacisnęła się mocniej gdy dostrzegł jej subtelną próbę wycofania się, znalezienia innego miejsca, z d a l a, znalezienia miejsca, w którym mogłaby rozpaść się na kawałki. Wraz z nią, spięło się całe jego ciało gdy pomyślał o tym, co czekało na nią na zewnątrz - kolejnych ludziach opłaconych przez córkę Simmonsa, którzy z pewnością przeczesywali teraz okolicę by ją znaleźć.
Tak długo, jak jej nie znajdą, nie mógł mieć pewności czy ci, których przysłała, byli ostatnimi - a coś podpowiadało mu, że wcale tak nie było.
- Na zewnątrz jest niebezpiecznie - zaczął z początku, ignorując podchodzącego bliżej Kima, który chował wyrazy swojej irytacji za maską profesjonalizmu, wyciągając z torby wszystko, co miało mu się przydać. - Póki moi ludzie nie złapią osoby, która wysłała za tobą tamtych, będzie ich więcej. Będą cię szukać.
Nie przywykł do tego.
Do przekonywania ludzi, by zrobili to, na czym mu zależało. Nie wiedział dlaczego w ogóle tłumaczył się ze swojego rozumowania, gdy wydawało mu się perfekcyjnie normalne i akceptowalne. Nie wiedział też, dlaczego nadstawił bok na widok nadlatującego ostrza dla kobiety, która z trudem przyjęła dla niego butelkę zamkniętej wody.
A jednak ciągle miał wrażenie, że to było zbyt mało.
Że oddałby w i ę c e j.
- W tym apartamencie jest osobna sypialnia. Ma łazienkę, w której możesz się umyć i ktoś może przynieść ci świeże ubrania - kontynuował, wskazując na zamknięte drzwi. - Może być wyłącznie twoja, dopóki ta sprawa się nie rozwiąże.
Napięcie w jego ciele wzmogło gdy patrzył na jej pokrytą szkarłatem twarz, na chowające się w głębi ciemnego spojrzenia emocje i zdradliwą świadomość. Świadomość tego wszystkiego, czego doświadczyła, w czym uczestniczyła, broni, którą podniosła i lepkiej, zasychającej posoki należącej do cudzych ciał.
- A jeśli wolisz wrócić do domu - wyrwało się z jego ust, nagle, z determinacją, której paliwem musiała być nagle ogarniająca go desperacja. Zacisnął dłonie na podłokietnikach fotela, odruchowo po to, by tą ranną natychmiast poderwać w górę, jakby sam mebel parzył w dotyku. - Pojadę z tobą.
Całe jego ciało zaprotestowało gdy powoli podniósł się z siedzenia, stając z powrotem na nogach. Fotel napełnił je fałszywym przeświadczeniem dotarcia do punktu, w którym mogło się wreszcie p o d d a ć, ale nie zamierzał mu na to pozwolić.
- Zajebisty plan. Wykrwawisz się w połowie drogi do auta - skwitował szorstko mężczyzna, rozkładając ręce gdy Monroe, ignorując go, ruszył do przodu, pragnąc wyjść jej naprzeciw. - Nie bądź idiotą.
Słowa Kima spełzły gdzieś na granice jego świadomości gdy stanął naprzeciw n i e j. Gdy znalazł się tak blisko, że znów dostrzegł te pojedyncze kosmyki ciemnych włosów, przyklejone do splamionego posoką policzka. W jego zdrowej dłoni znów znalazła się chusteczka, którą wyciągnęła ku niemu w samochodzie - i tym razem to on wyciągnął ją w jej stronę, ignorując jej bezużyteczność.
- Decyzja jest twoja, Violet.

is it only blood or am i loosing my mind too
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”