-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Od czasu do czasu, Wes umawiał się z kolegami z dawnej drużyny na kilka meczy. Podobnie było tego dnia. Zmiana w barze była raczej spokojna. Poza jedną większą bójką, w którą Wesley musiał się zaangażować (o czym świadczył siniak przy poliku i podrapane knykcie) nic ciekawego się nie działo – dzień jak co dzień, powiedziałby. Z uwagi na to, wystarczyła mu krótka, raptem trzy godzinna drzemka, aby znów być pełnym sił i energii. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy do starej, znoszonej torby i ruszył w kierunku lodowiska.
Na miejscu byli już praktycznie wszyscy, dlatego Wes prędko przebrał się w szatni w odpowiednie rzeczy i wciągnął na nogi łyżwy, by już po chwili gonić za krążkiem po tafli lodu. Sprawiało mu to niewątpliwą radość. Czas mijał mu przy tym bardzo szybko – nim się obejrzał, dobre dwie godziny grali. Oczywiście trzeba wliczyć w to przerwy na nawodnienie oraz po prostu rozmowy, których też nie brakowało. W końcu trzeba było nadrobić zaległości. Chłopaki powoli się wykruszali, tłumacząc obowiązkami służbowymi lub życia codziennego – byli już w takim wieku, że każdy to raczej rozumiał i po prostu cieszył się, że w ogóle znaleźli czas na wspólną grę. Teraz byli wyrozumiali, ale kiedyś? Jeżeli któryś zszedł z lodowiska przed końcem trzeciego meczu to miał gadane – nawet urazy wymagające opieki medycznej nie były wytłumaczeniem.
Na łyżwach pozostało już niewielu z drużyny, przez co mecze nie miały sensu. Uznali więc, że po prostu pocelują trochę do siatki w trakcie swoich dyskusji, które to dotyczy głównie ostatniej rozgrywki ulubionej drużyny i plotek na temat życia ludzi z liceum. Wesley stał oparty o bandę i zachwalał właśnie głównego napastnika, kiedy to dostrzegł przy bramce wejściowej Carmen. Nie spodziewał się jej w takim miejscu i nawet nie wiedział, dlaczego jej obecność tak go zaskoczyła. Z początku zignorował to kompletnie, skupiając się na kolegach, jednak, gdy po paru a potem i parunastu minutach dalej stała przed taflą lodu uznał, że chociaż się z nową współpracownicą przywita.
Podjechał do niej, dość hucznie zatrzymując się na bandzie, chcąc zwrócić jej uwagę. — Ale wiesz, że na lodowisku się jeździ, a nie lampi w telefon? — zapytał, dostrzegając smartfona w jej rękach. — Czyżby randka nie wypaliła? — zapytał. To była jego pierwsza myśl – jakiś chłopak zaprosił ją na lodowisko; jak romantycznie. Romantycznie też ją najwidoczniej wystawił. Szkoda, ale tak też czasami jest. — A może z nami w hokeja zagrać chciałaś? — zarzucił bardziej w żartach, obracając się do swojej grupy. — Trochę za mało na skład do gry — dodał, wciąż przyglądając się chłopakom, którzy chyba również już się zbierali.
Carmen Torres
-
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much todaynieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Torres rozumiała wszystko, naprawdę. Na początku tłumaczyła sobie roztrzepanie przyjaciółki zakochaniem. Też przez to przechodziła, kiedy umawiała się z Albertem. Nie myślała o niczym innym jak o swoim chłopaku, o ich planach, o tym, że pewnie niedługo znowu się zobaczą. Tak, wbrew pozorom, Carmen Torres też kiedyś zamiast oczu miała serduszka i papkę w głowie. Tylko, że wiedząc, jak wygląda sytuacja, dziewczyna nie planowała spotkań z przyjaciółkami, żeby później o nich zapomnieć lub z jakiegoś powodu im odmówić. I do tej pory, Carmi wierzyła, że powodem, dla którego Summer nie pojawi się dzisiaj na lodowisku, był właśnie Austen. Ciężko było więc ukryć jej zdziwienie, gdy dostrzegła go tuż przed sobą. Jakie inne plany w takim razie miała jej koleżanka? Torres mruknęła w namyśle, patrząc na swojego… współpracownika.
Miała prawo być wściekła; wyszła szybciej ze szkoły językowej, mimo że w normalnych okolicznościach, zostawała dłużej, żeby nadrobić wszelkie zaległości. Nawet złapała cholerną i nie tanią zresztą, taksówkę, żeby się przypadkiem nie spóźnić. Jak widać — zupełnie na marne, bo i tak przyszła pierwsza. I też jedyna stąd wyjdzie. Cholera.
— Chętnie bym weszła na lodowisko, ale wyobraź sobie, że twoja dziewczyna, znowu wystawiła mnie do wiatru — mruknęła nerwowo. To, że przyjaźniła się z Summer, nie oznaczało, że miała zamiar ją bronić lub usprawiedliwiać. Istniały granice szacunku do drugiego człowieka, a jej koleżanka najwidoczniej nie interesowała się jej czasem. — Nie martw się. Moje życie miłosne ma się fantastycznie — burknęła niechętnie, co było jednym, wielkim kłamstwem. Carmen od przyjazdu do Toronto była tylko w jednym poważnym związku, a wszystko co było potem, było tylko… umawianiem się, zabawianiem i pewnym zaspokajaniem. Z jakiegoś powodu nie potrafiła zbudować poważnej, autentycznej relacji. Chyba z jakiegoś powodu się bała. A wielokrotnie słyszała, że jest tak piękna i uzależniająca, że mogłaby mieć każdego. Co za bujda. — Zabawne. Nie jestem dziś w nastroju, Wes — wymruczała, opierając się o balustradę. — Myślałam, że Sum jest z tobą, skoro mnie olała. Pocieszające — parsknęła ponuro pod nosem, opierając podbródek na dłoni. A naprawdę chciała dzisiaj pojeździć. Nie pamiętała, kiedy robiła to po raz ostatni.
hi again