ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.

   Jebane słońce, zaklął z głową wtuloną w miękką i pachnącą poduszkę. Nie, nie była pachnąca. Śmierdziała kakofonią perfum, ludzkich ciał, dymu papierosowego i jego kokosową odżywką do włosów, której kiedyś okropnie nienawidził, ale ktoś powiedział mu, że pasuje mu do jego stylu, więc nauczył się lubić. No ale kto, kto pozwalał na palenie w sypialni? Już na samą myśl o tym robiło mu się niedobrze, a żołądek skręcał się, jakby tańczył walca z jelitami. Paskudnie, okropnie w chuj. Z twarzą ciągle wciśniętą w pościel, mlasnął językiem, przesuwając nim po podniebieniu i zębach, co w sumie nie było najlepszym pomysłem, bo niemal natychmiast zebrało mu się na wymioty.
   Miał kaca. Pierwszy raz od dłuższego czasu, był skacowany. Przeklął się w głowie. Nigdy, przenigdy, nie pozwalał sobie na to, by się upijać. Zazwyczaj kończyło się na jednym lub dwóch drinkach, które doprowadzały go do tej przyjemnej lekkości i dobrego humoru. Tutaj była jego granica, którą z jakiegoś powodu przekroczył i było mu tak cholernie głupio, bo powinien nad sobą panować. No chyba, że ktoś mu czegoś dosypał? Myśl ta sprawiła, że na moment wszystko się rozjaśniło. Zupełnie jakby otworzyły się przed nim wrota jasności i wyższy poziom świadomości. Na moment wytrzeźwiał, zapomniał o mdłościach i ściskaniu w żołądku. Zapomniał o Słońcu, które grzało go niemiłosiernie w plecy… Spiął się i…
   Otworzył oczy i uniósł niepewnie głowę. Znajdował się w znajomym pokoju, znajomej sypialni, jednak nie było to miejsce, w którym był poprzedniej nocy. Uspokoił się jednak. Odwracając się w prawo, natknął się na zbitą masę satynowej pościeli. Spod tej masy wystawało nagie ramię. Podążył wzrokiem po jego krzywiznach i wypukłościach, które w sumie znał już niemal na pamięć. Znał na pamięć ciała wszystkich mężczyzn, z którymi się spotykał. Odchylił pościel delikatnie, chcąc upewnić się, że się nie pomylił. Jego oczy natknęły się na niewinnie wyglądającą twarz, zawiniętą w poszewkę i wciśniętą w drugie ramię.
   On by niczego nie dosypał, odetchnął z ulgą. Przyjrzał się śpiącemu Edwardowi i delikatnie zsunął z łóżka, wysuwając z pościeli. Był w swojej bieliźnie i w skarpetkach. Reszty swoich rzeczy nie mógł znaleźć. Brak ubrań go nie zmartwił, ale nie wiedział, gdzie znajdowały się jego rzeczy – portfel, telefon i klucze. Już jebać portfel i klucze, potrzebował jednak telefonu. Pomartwi się tym jednak później.
   Rozprostował nogi, przeciągnął się tak, że coś strzeliło mu w plecach. Ziewnął. Bolał go brzuch, bolało go kolano i ramię, ale ból ten niknął przy pulsującym dudnieniu, które czuł w swojej głowie. Miał nadzieję, że było to wynikiem kaca i odwodnienia. Przeklinał ludzi, którzy lubili chlać w umór, przeklinał również tych, którzy go do tego namówili, jak również siebie, że im uległ. Musiał mieć jakieś granice.
   Znalazł nie swój podkoszulek, który przerzucił sobie przez ramię i poszedł do łazienki. Musiał się ogarnąć. Włączył prysznic i puścił zimną wodę. Zimno działo na niego lepiej niż kawa, bo nie tylko pobudzało go, ale również sprawiało, że jego skóra przyjemnie się napinała. Czuł się przez to i wyglądał młodziej, nawet jeśli tylko na chwilę. Nie miał t swoich rzeczy, którymi się smarował i dzięki którym wyglądał tak, jak wyglądał. W jego domu było bowiem mnóstwo kosmetyków do ciała i do twarzy, których tutaj brakowało. Zgarnął jednak jakiś żel i płyn do mycia twarzy. Edward na szczęście nie korzystał z jakiegoś badziewie, nie żeby Alfie kiedykolwiek go o to posądzał. Pogrzebał mu jednak w jego rzeczach, odnajdując kilka, których mógłby użyć, jednak koniec końców zdecydował się tylko na żel i płyn do twarzy.
   Ach, no i szampon do włosów. Musiał umyć głowę. Mokry, wyszedł spod prysznica, by znaleźć butelkę szamponu i ku jego ogromnemu zaskoczeniu znalazł ten sam, którego używał w domu. Specjalny, do włosów kręconych. Idealnie. Bez względu na to, jak będzie się prezentować jego skóra i ciało, jego włosy pozostaną skręcone tak, jak tego chciał.
   Nie wiedział, ile czasu spędził pod prysznicem. Nie był oszczędny, zwłaszcza jeśli to nie on musiał płacić za rachunki. Wyszedł jednak, wytarł się, ubrał na siebie podkoszulek i bieliznę. Włosom pozwolił wyschnąć na świeżym powietrzu. Znał ten dom niemal na pamięć. Przechodząc do sypialni rzucił okiem na śpiącego mężczyznę i zasunął okna, żeby pozwolić mu spać jeszcze trochę dłużej.
   Bo chociaż ciągnął od niego kasę, to nie był takim chamem, żeby go budzić.
   Zszedł do kuchni, która była aż do przesady duża. Zdecydowanie za dużo. No ale on nie był kucharzem, więc nie spędzał w kuchniach zbyt dużo swojego czasu. Gdy chciał to coś zamawiał albo po prostu wychodził zjeść coś na mieście. Nie znaczyło to jednak, że nie potrafił gotować. Jego żołądek wciąż jednak tańczył i na samą myśl o zjedzeniu czegoś, coś innego podchodziło mu do gardła. Zaparzył sobie kawę.
   Zaczął robić tosty, które następnie ładnie ułożył na talerzu.
   Zaparzył kolejną kawę.
   Skierował się ponownie do sypialni. Akurat usłyszał ciche odgłosy uginającej się podłogi. Jak widać niektórzy budzili się przed budzikiem, a inni na zapach kawy.
   Otworzył stopą drzwi, bo dłonie miał zajęte i wszedł do sypialni. Śmierdziało w niej papierosami i zapachem, który unosi się z wyziewów ludzi, którzy wypili zbyt dużo. Wiedział, że był to wydalany z organizmu aldehyd, w który metabolizowany był alkohol. Kiedyś chciał zostać chemikiem, wtedy gdy nie wiedział, że życie może być łatwe i przyjemne. Uśmiechnął się jakby miał być tu i teraz.
   – Dzień dobry Misiu –powiedział, podchodząc do mężczyzny i podając mu talerz z tostami i kubek kawy. Swój położył na stoliku nocnym obok niego. Wstał, zanim Edward zdążył coś powiedzieć. Podszedł do okna i otworzył każde, które mógł otworzyć. – Nie wiesz przypadkiem, gdzie są moje rzeczy? – zapytał, odwrócony do niego plecami i z przymkniętymi powiekami. Słońce dalej było jebane

Edward Wentworth
Ja.
Nic. Nie lubię tylko AI.
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward obudził się powoli. Nie dlatego, że był zmęczony. Spał niewiele i płytko od tylu lat, że organizm dawno przestał wierzyć w luksus prawdziwego odpoczynku. To raczej świat wracał do niego warstwami. Najpierw chłodniejszy przeciąg muskający odkryte ramię. Potem odległy szum liści drzew poruszanych na wietrze, stłumiony grubymi szybami skrzek - pawia. Tak, to natrętne ptaszysko mieszkało w ogrodzie od dawna. Nie miał serca się go pozbywać. Dopiero na końcu trafił do niego zapach kawy.
Ktoś otworzył okna. To wystarczyło, żeby zrozumiał, kto pierwszy wstał. Przez chwilę leżał nieruchomo z ręką pod policzkiem, obserwując jasne pasy światła rozlane na drewnianej podłodze. Kurz unosił się w nich leniwie, jakby nie obowiązywało go pojęcie czasu. Uwielbiał takie poranki. Nie dlatego, że były piękne. Dlatego, że niczego od niego jeszcze nie chciały. A jednocześnie były tak malownicze. Wszystko w tym domu zdawało się być nieco teatralne. Kotary były ciężkie jak teatralna kurtyna. Ciemnozielony aksamit opadał od wysokiego sufitu aż do samej podłogi.
Sypialnia była zaskakująco mało współczesna. Nie było w niej nic z katalogowej sterylności nowych rezydencji. Pachniała drewnem, starymi książkami i woskiem do mebli. Dębowe panele na ścianach pochłaniały światło, a wysokie listwy przypominały bardziej bibliotekę oksfordzkiego kolegium niż prywatny apartament. Nawet cisza wydawała się tutaj starsza od większości ludzi.
Alfie zawsze chodził tak, jakby dom należał do niego od lat, choć jednocześnie zostawiał po sobie ślady wszędzie. Kubek na parapecie. Rozpiętą koszulę przewieszoną przez oparcie fotela. Ładowarkę zaplątaną między książkami. Edward nigdy nie rozumiał, jak jedna osoba potrafi zajmować tyle przestrzeni, będąc jednocześnie tak drobną. Drzwi uchyliły się, a do pokoju wpadł zapach świeżo przypieczonego chleba. Edward uniósł kącik ust, jeszcze zanim otworzył oczy.
- Dzień dobry, Misiu? - To przezwisko było absurdalne.
Powoli uniósł się na łokciu. Spojrzenie najpierw zatrzymało się na kubku, potem na tostach, ale ostatecznie i tak wróciło do chłopaka stojącego przy oknie. Mokre loki zdążyły już zacząć schnąć. W kilku miejscach skręcały się ciasnymi sprężynami, odbijając światło. Był prawie jak renesansowa rzeźba, jak Putto. Miał na sobie zdecydowanie za duży podkoszulek. Edward nie potrafił nawet rozpoznać do kogo ten podkoszulek należał. Może to jedno z tych ubrań, które traktował niemal jak domowy fartuch. Materiał zsuwał się z jednego ramienia, jakby sam nie mógł zdecydować, czy jeszcze jest ubraniem, czy już tylko przypadkiem. Edward zauważył to odruchowo.
— Wiem. -[/b] Odpowiedział, gdy Alfie zapytał o swoje rzeczy. Głos miał zachrypnięty. Sięgnął po kubek, upił pierwszy łyk kawy i dopiero wtedy odpowiedział.
- Uznałem, że telefon nie powinien z tobą spać. - Odchrząknął cicho, jakby szukając własnego głosu.
- Portfel i klucze są w szufladzie. Telefon też. - Odgryzł kawałek tosta, jakby właśnie poinformował o pogodzie. Przez moment patrzył na Alfiego bez słowa. Zabawne. Większość ludzi, którzy pojawiali się w jego życiu, przychodziła po coś bardzo konkretnego. Kontakty. Pieniądze. Nazwisko. Zaproszenia. Edward doskonale zdawał sobie z tego sprawę i od dawna przestał mieć o to pretensje. Świat zawsze działał na zasadzie wymiany. Alfie również coś brał. Nigdy tego nie ukrywał. Może właśnie dlatego Edward znosił to z taką łatwością. Nie było w tym teatru. Nie było udawanej niewinności ani wielkich deklaracji. Wręcz coś podniecającego. Jakaś nieopisana fantazja, którą Edward przez wiele czasu skrywał w sobie.
- Ubrania pewnie zabrała Martha. - gosposia, która pracowała w domu od wielu lat. Przysadzista, pulchna kobieta o anielskim usposobieniu. Pewnie zebrała ubrania i postanowiła je wyprać, wyprasować.
- Znajdę ją zaraz i zapytam. Albo weź coś z mojej szafy. – skinął głową, rozglądając się w poszukiwaniu swojego telefonu.
[akapit]– Jakieś plany na dzisiaj? – zapytał, wyginając się poza ramę łózka, odnajdując swój telefon na podłodze.

Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Głowa nadal go bolała. Nie był to silny, rozdzierający ból, który uniemożliwiałby funkcjonowanie, ale ten irytujący, łupiący, przez który miało się wrażenie, że ktoś pompuje mózg krótkimi pulsami. Najgorszy z możliwych, bo taki, który nie wymagał użycia tabletki, ale jednocześnie prosił o to, by to zrobić. Musiał napić się czegoś i nawodnić… tak, woda z cytrynką i pływającymi w szklance listkami mięty. I z lodem, którego nie byłoby widać, bo zarówno lód, jak i woda mają ten sam współczynnik załamania światła, więc jedno znika w drugim. Pamiętał takie głupotki.
   W sumie wystarczyłaby sama woda. Albo elektrolity, które i tak były tylko kitem wciskanym ludziom. Potrzebował jednego albo drugiego, albo najlepiej obu w komplecie. Póki co miał jednak kawę i tosty, którymi musiał zadowolić swój żołądek. Nie był kucharzem, co już zostało wspomniane, więc tosty były w swojej najbardziej podstawowej wersji z odrobiną przypraw, które akurat udało mu się znaleźć, bo nawet on nie miał ochoty jeść podpiekanego chleba. Kawa jednak kusiła go bardzo. Musiał się jednak trochę poruszać zanim wleje w siebie tę gorzką ambrozję.
   Zaciągnął grube zasłony na okno, sprawiając, że zrobiło się tutaj ciemniej i przyjemniej. Lubił światło słoneczne, ale nie dzisiejszego poranka. Możliwe, że gdy już dojdzie do siebie, to przeprosi się ze Słońcem i wystawi do niego swoją rozpromienioną buźkę.
   Odwrócił się w stronę mężczyzny, który dalej zakopany był w pościeli. Aż zrobiło mu się gorąco na ten widok. Plusem było to, że wspólnie mogli się pocić w jedwabie, co zawsze powodowało, że coś tak bardzo pierwotnego i ludzkiego nabierało klasy. Przeciągnął się ponownie.
   – Nie chcesz być Misiem? – zapytał, przekrzywiając głowę. Nie czekał jednak na odpowiedź, bo niemal od razu rzucił się na poszukiwania swojego telefonu. Nie był uzależniony, nawet jeśli spora część jego życia zależała od social mediów. Był znany w Internecie. Ponad milion osób śledziło jego aktywność na Instagramie. Kilka nawet na YouTube, gdy mówił o książkach. Tak, nie było tego po nim widać, ale lubił czytać książki. Instagram i OnlyFans były jednak jego głównym źródłem dochodu. Oficjalnym. Musiał więc sprawdzić, jak biznes się kręci.
   – To miłe z twojej strony – odpowiedział, wyciągając telefon. Usiadł na podłodze. Pomimo tego, że niedawno wziął prysznic już czuł, jak jego ciało lepi się do wszystkiego. Włożył nogi pod materiał podkoszulka, jakby to miało sprawić, że nic się do niego nie przyklei. Szybko sprawdził wiadomości, ogarnął komentarze i odłożył telefon tam, skąd go wziął.
   Tak, czuł się tu, jak u siebie. Co więcej, wydawało mu się, że pasował tutaj lepiej niż inni sezonowi bywalcy tego przybytku. Odważyłby się nawet powiedzieć, że pasował tutaj lepiej niż Edward. Zupełnie jakby był zaginionym puzzlem układanki, który został włożony do innego pudełka. Przez przypadek. W kocu los zaliczał takie wpadki. Być może całe jego życie było próbą naprawienia tej pomyłki.
   – Coś sobie znajdę – powiedział, podnosząc się. Rankami nie potrafił zbyt długo usiedzieć na miejscu. Ranki były bowiem jedynym momentem w ciągu dnia, który miał tak naprawdę dla siebie, więc nie mógł ich marnować na siedzenie i gapienie się. Teraz jednak mógł się polenić, bo ranek nie należał do niego. Podszedł do łóżka i wślizgnął się na pościel. Jedwab był przyjemnie chłodny. W tej pozycji nie pozostał jednak długo, bo niemal natychmiast wyszukał ciało Edwarda. Zbliżył się do niego i usiadł mu na plecach wyszukując udami kształt jego bioder.
   – A chcesz żebym miał jakieś plany, czy nie? – zapytał, zaciskając dłonie na jego ramionach sunąc niebezpiecznie w kierunku jego karku i szyi.

Edward Wentworth
Ja.
Nic. Nie lubię tylko AI.
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward nie poruszył się od razu. Usłyszał cichy szelest jedwabnej pościeli, charakterystyczne skrzypnięcie materaca i ciężar, który osiadł na nim z taką pewnością, jakby od zawsze należało mu się to miejsce. Zabawne. Większość ludzi w jego domu poruszała się z ostrożnością niemal graniczącą z nabożeństwem. Nawet wieloletni znajomi nieświadomie dostosowywali głos do wysokości sufitów i ciężaru drewnianych boazerii. Martha od dwudziestu lat stawiała filiżanki dokładnie w tym samym miejscu, jakby dom miał własny regulamin. Goście siadali wyłącznie tam, gdzie wskazywał gospodarz. Pytali, czy mogą otworzyć okno. Czy mogą zapalić. Czy mogą nalać sobie whisky. Alfie nigdy o nic nie pytał.
Ciężar na plecach przesunął się odrobinę. Lekki. Absurdalnie lekki. Za każdym razem miał wrażenie, że Alfie waży mniej, niż podpowiada zdrowy rozsądek. Jakby całe jego ciało zbudowane było z cienkich kości, napiętych mięśni i młodości, która jeszcze nie zdążyła nabrać masy. Edward westchnął niemal niesłyszalnie.
- Wygodnie? - Nie czekał na odpowiedź. Sięgnął po filiżankę i ostrożnie uniósł ją do ust, jakby człowiek siedzący właśnie na jego plecach był najzupełniej naturalnym elementem porannego krajobrazu. Kawa zdążyła już trochę ostygnąć. Dobrze. Nigdy nie rozumiał ludzi, którzy pili ją wrzącą.
Edward uśmiechnął się pod nosem słysząc “A chcesz żebym miał jakieś plany, czy nie?”. To było bardzo w stylu Alfiego. Na każde pytanie odpowiadać pytaniem. Na każdą prostą drogę znaleźć skrót prowadzący przez cudzy ogród. Przez chwilę patrzył w aksamitne fałdy kotar. Kiedyś uważał ten pokój za zbyt ciężki. Zbyt ciemny. Zbyt pełen historii zapisanej w drewnie, kamieniu i tkaninach. Z wiekiem zrozumiał jednak, że właśnie to najbardziej lubi.
Dom nie próbował być młody. Nie udawał nowoczesności. Nie zmieniał się tylko dlatego, że zmieniła się moda. Po prostu trwał. Ludzie pojawiali się i znikali. Dziadkowie, pradziadkowie, teraz on. Meble zostawały. Przez krótką chwilę zastanowił się, czy za dziesięć lat będzie pamiętał poranek taki jak ten. Pewnie nie. Człowiek nigdy nie pamiętał dni, które wydawały się zwyczajne.
Zapamiętywał katastrofy. Śmierci. Wyjazdy. Rozstania. Nikt nie wspominał po latach dobrze zaparzonej kawy ani światła przeciskającego się przez aksamitne zasłony.
A szkoda.
To właśnie z takich chwil składało się życie. Nie z wielkich wydarzeń. Edward odwrócił głowę tylko odrobinę. Na tyle, by dostrzec kątem oka mokre loki opadające Alfiemu na czoło.
- Nie. - Pokręcił głową ze spokojem.
- Po prostu zastanawiam się, ile jeszcze czasu minie, zanim całkowicie przestaniesz udawać, że jesteś tutaj gościem. - Pozwolił, by między nimi zapadła cisza. Krótka. Wygodna. Takiej ciszy nie dało się wypracować. Ona przychodziła dopiero wtedy, gdy obecność drugiego człowieka przestawała wymagać wysiłku. Edward oparł brodę na dłoni.
- Bo, widzisz… - Przesunął wzrokiem po pokoju. Po fotelu, na którym wisiała wczoraj jego marynarka. Po książce pozostawionej otwartej na stoliku. Po kubku stojącym na parapecie. Po chłopaku siedzącym właśnie na jego plecach. Kącik ust uniósł mu się ledwie zauważalnie.
- Mam coraz większe wrażenie, że któregoś dnia wrócę i zastanę cię wydającego Marcie polecenia. - Uniósł brew.
- A najgorsze jest to… - Zrobił krótką pauzę.
- ...że prawdopodobnie by cię posłuchała. A mnie to by to nawet kręciło. – zaśmiał się pod nosem. Nie było to romantyczne wyznanie. Przynajmniej końcówka nie była romantyczna. Była artystycznie perwersyjna. O jakiejś dziwnej fantazji, którą Edward próbował teraz odgonić ze swojej głowy jak natrętną muchę.
- Która jest w ogóle godzina? - zapytał nagle. Nie żeby cokolwiek go goniło. On nie miał normowanych godzin pracy.

Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Musiał przyznać, że rezydencja Edwarda była klimatyczna. Zdecydowanie pasowała do mężczyzny, no ale czy mógł się temu dziwić, skoro jego rodzina zajmowała to miejsce od pokoleń? Pomimo uroku brakowało mu jednak atmosfery europejskich posiadłości i dworków, w których zdarzało mu się przebywać. Tamto to był dopiero luksus, przy którym wszystko to, co widział tutaj nikło, niczym wyjęte z budżetówki albo filmu kostiumowego klasy B. Nie żeby umniejszał posiadłości, w której aktualnie był. Niemniej jednak Europa miała styl i co najważniejsze – lata.
   Nie pamiętał, kiedy przestał czuć się tutaj, jak gość. Nie wiedział, czy w ogóle kiedykolwiek się tak czuł. Prawdą było jednak to, że gdy mieszkało się w mieszkaniu, które należało do kogoś innego a było jedynie prezentem sprawiało, że miało się dwie możliwości – albo wszędzie czuło się jak gość, albo wszędzie się nim nie było. Alfie z wygody i własnego komfortu wybierał drugą opcję. I jak dotąd nigdy nikt nie miał z tym problemu. Lubił czuć się swobodnie i jak u siebie.
   – Jesteś wyjątkowo miękki – powiedział. Nie, żeby mówił, że Edward jest gruby ani nawet puszysty, ale po prostu wciąż większa część jego ciała zakopana była w miękkiej pościeli, więc to było oczywiste, że był wygodny. Uśmiechnął się pod nosem. Lubił obserwować mężczyzn z tej pozycji, gdy to on był u góry. Nie wiedział, o czym mogło to świadczyć, pewnie o czymś na pewno, ale nie był psychoanalitykiem i nie miał zamiaru się teraz zastanawiać nad tajnikami swojej własnej osobowości, bo akurat to było w tym momencie najmniej ważne.
   – A nie jestem? – zapytał go, przesuwając dłonie w dół na jego łopatki. Jeśli miałby odpowiadać i określać swoje preferencje, to uznałby, że łopatki były jego ulubionymi kośćmi w całym ludzkim szkielecie. Miał takich odpowiedzi mnóstwo, bo mężczyźni, z którymi się spotykał lubili zadawać mu najróżniejsze pytania. Wielokrotnie były one tak dziwne, że Alfie zastanawiał się, czy osoba, która je zadaje ma wszystko dobrze z głową. Niemniej jednak zawsze odpowiadał na te pytania. Nie pozwalał sobie na to, by coś go zszokowało lub zbiło z tropu. – Bo jeśli nie to potrzebowałbym więcej rzeczy niż szamponu i odzywki – zauważył, wbijając mu lekko kciuk między kręgi kręgosłupa. Tę część ciała też lubił i również nie był w stanie określić dlaczego. No ale co tu ukrywać… lubił męskie ciała w każdej postaci i pod każdym kątem. Lubił, jak skóra opinała mięśnie, lubił autostrady wystających żył, lubił znamiona i blizny… gdyby żył w renesansie, to pewnie byłby Michałem Aniołem i ciosał z marmuru męskie ciała, które wieczorami poznawałby w przypadkowych mężczyznach spotkanych na ulicy. Pewnie źle by na tym skończył, ale czy nie byłoby warto?
   Odczekał tę ciszę. Nie chciał jej przerywać, bo w przeciwieństwie do wielu innych, ta jednak nie była niekomfortowa i nieprzyjemna. Lubił przesiadywać w milczeniu w towarzystwie Edwarda. Z wieloma osobami miał tak, że odczuwał potrzebę mówienia albo inni ją odczuwali. Zupełnie jakby usta musiały pracować na okrągło.
   – Z Martą gramy w pokera gdy nie patrzysz – wyszeptał mu do ucha i lekko przygryzł jego płatek. Tak zaczepnie. Żeby przyspieszyć my tętno szybciej, niż zrobi to kofeina. Niemal od razu przypomniał sobie o swojej kawie, która leżała na stoliku, jednak zbyt daleko, by mógł po nią sięgnąć bez ruszania się ze swojego wygodnego miejsca. Wziął od niego kubek i wypił kilka łyków. Kawa była gorzka, jednak skutecznie zabijała nieprzyjemny posmak, który poprzednia noc pozostawiła w jego ustach. Położył ciepły kubek na plecach mężczyzny.
   – Jest zdecydowanie za późno dla osób takich jak ja i za wcześnie dla takich jak ty – mruknął, kręcąc palcami po brzegu kubka. Kawa pozostawiła na jego opuszku brązową plamę, którą szybko zlizał.
   – Jeśli chcesz mnie tak niespodziewanie do siebie zabierać, to musisz mi kupić kilka rzeczy… twoje kosmetyki mi nie służą – powiedział, wsuwając dłoń do jego włosów i lekko zaciskając, by odchylić nieco jego głowę.

Edward Wentworth
Ja.
Nic. Nie lubię tylko AI.
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward zamknął na moment oczy, kiedy Alfie wsunął palce w jego włosy. Nie dlatego, że gest był czuły. Dlatego, że był bezczelny. To właśnie ta bezczelność od początku najbardziej go interesowała. Ludzie zazwyczaj uczyli się Edwarda. Obserwowali go. Wyczuwali granice i bardzo szybko zaczynali je respektować. Nie dlatego, że się bali. Raczej dlatego, że jego obecność narzucała pewien porządek. Mówił niewiele. Nigdy nie podnosił głosu. Nie musiał.
Alfie najwyraźniej nie posiadał tej części mózgu odpowiedzialnej za odczytywanie podobnych sygnałów.
Albo, co wydawało się znacznie ciekawsze... Odczytywał je doskonale i świadomie postanawiał je ignorować. Edward nie był jeszcze pewien, która wersja bardziej go fascynowała. Pozwolił odchylić głowę. Nie stawiał oporu.
Nigdy nie miał potrzeby udowadniać swojej przewagi siłą. Była czymś znacznie subtelniejszym. Przypominała grawitację. Nie trzeba jej było demonstrować. Wystarczyło, że istniała. Poczuł ciepło kubka postawionego na plecach. Zaśmiał się cicho.
- Martha oszalałaby, gdyby zobaczyła porcelanę stojącą na człowieku. - Przez chwilę naprawdę wyobraził sobie minę gospodyni. Zrobiłaby dokładnie to samo, co zawsze. Westchnęłaby ciężko. Zdjęłaby kubek. Przetarła stolik, choć nic by się na nim nie wylało. A później, z tą charakterystyczną dla siebie mieszaniną dezaprobaty i czułości, powiedziałaby Alfiemu, że pewnych rzeczy po prostu się nie robi. Edward podejrzewał, że chłopak odpowiedziałby jej czymś równie absurdalnym, po czym i tak dostałby dokładkę ciasta do herbaty. Dom najwyraźniej poddawał się jego logice. Tak samo jak ludzie.
- Kilka rzeczy? - Powtórzył spokojnie.
- Masz przygotowaną listę? - Kącik ust drgnął.
- Od kilku rzeczy zaczynają się całe garderoby. - Przesunął spojrzeniem po Alfiem. A raczej odbiciu w lustrze. Na przeciwko łózka stało duże lustro w drewnianej ramie. Mógł go oglądać niemal cały czas.
Mokre włosy. Za duży podkoszulek. Gołe nogi. Bosy. Wyglądał tak, jakby przypadkiem wyszedł z obrazu, którego autor nie potrafił zdecydować, czy maluje świętego, ulicznika czy modela. Edward od dawna zauważył, że jego umysł pracował inaczej przy Alfiem. Nie układał ludzi w kategorie. Układał ich w kompozycje.

Światło.
Linie.
Proporcje.
Kontrasty.
Być może właśnie dlatego nigdy nie miał problemu z wydawaniem na niego pieniędzy. Nie kupował lojalności. Kupował możliwość dalszej obserwacji. Ludzie płacili za obrazy. Za rzeźby. Za rzadkie książki. On płacił za luksus przyglądania się komuś, kto zdawał się istnieć poza wszelkimi zasadami, które regulowały zachowanie reszty społeczeństwa. Było w tym coś niemal naukowego. I jednocześnie niepokojąco egoistycznego. Jakby realizował dawno skrywane fantazje, o których wcześniej bał się nawet pomyśleć.
- Powinienem zacząć prowadzić arkusz kalkulacyjny? – zaśmiał się pod nosem. Dopiero po chwili odwrócił głowę na tyle, by ich spojrzenia przecięły się na moment. Nie było w nim czułości. Ani nawet standardowego, szablonowego pożądania. Było coś znacznie trudniejszego do nazwania. To samo spojrzenie, którym marszand ogląda obraz tuż przed licytacją. Albo historyk sztuki dostrzegający w niepozornym szkicu rękę mistrza. Czysta koncentracja. Zainteresowanie graniczące z obsesją.

Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Alfie nie był bezczelny, bo to wymagałoby na nim braku respektowania granic, a on uważnie się ich pilnował. Nie tylko czyichś, ale i swoich własnych. Bo to nie tak, że za pieniądze był w stanie zrobić absolutnie wszystko. Owszem, wiele robił i wiele mógł, jednak gdzieś musiał te granice postawić, a w szczególności wtedy, gdy naruszane zostawało jego bezpieczeństwo i zdrowie. Albo zdrowie innych. Nie miał jednak nic przeciwko temu, by brać od kogoś wszystko to, co dana osoba mu oferowała, szczególnie jeśli ktoś był skłonny oddać wszystko. I Edward właśnie do takich osób należał. Sprawiał wrażenie osoby skłonnej poświęcić wiele rzeczy. Był posłuszny i otwarty niemal tak szeroko, jak jego portfel. I początkowo Alfie faktycznie traktował go jak swoją prywatną skarbonkę, z której bez słowa mógł wyciągać pieniądze, ale z czasem polubił go, chociaż ich relacja nie była czysto przyjacielska.
   Zaśmiał się, słysząc jego słowa.
   – Bo wie, że tobie by to przeszkadzało – odpowiedział, spoglądając na niego z góry. Biedny, nieświadomy Edward, zamknięty w swojej bańce wygody i luksusu. Alfie dzielił z nim to życie, ale nie był w nim wychowany, więc wiedział doskonale, co siedziało w głowach osobom spoza ich środowiska. I nawet jeśli Alfie sam obracał się teraz w tym wszystkim – w luksusie, przesycie, nieprzyzwoitym bogactwie, to nie był jego częścią. Nie należał tutaj i chociaż świetnie się tu odnajdywał, to bliżej było mu do zwykłej sprzątaczki i kobiety, która przemykała z pokoju do pokoju starając się być niezauważoną. – Poza tym płacisz jej za sprzątanie – ścisnął go mocniej swoimi udami. Lubił jednak Martę. Nie wiedział o niej zbyt wiele. Nie wiedział, czym się zajmowała i jakie miała zdanie na różne tematy. Wiedział jednak, że chociaż w akcie własności figurował Edward, to cały dom należał do niej. A w takich ludziach trzeba było mieć przyjaciół, a nie wrogów. Dlatego też wiedział, że jego ubrania są w dobrych rękach i dostanie je z podobnym namaszczeniem, z jakim kobieta wręcza ubrania swoim dzieciom lub wnukom.
   – W głowie… pojedziesz ze mną na zakupy – powiedział, dopijając szybko jego kawę. Stoczył się na bok, odkładając kubek na ziemię. Przeciągnął się, prostując swoje ciało, jakby chciał, żeby życie wpłynęło w niego ponownie. Lubił takie wycieczki. Lubił mu mówić, że potrzebuje kilku konkretnych rzeczy tylko po to, by wyciągnąć go z domu i wrócić z naręczem innych rzeczy, których nie potrzebował, ale bardzo chciał. I najlepszym było to, że mężczyzna, który mu towarzyszył sprawiał wrażenie bardziej zadowolonego z każdą kolejną zakupioną rzeczą. Na pytanie o arkusz kalkulacyjny jedynie się uśmiechnął i odwrócił.
   – Wstawaj, musisz wziąć prysznic – powiedział. Nie to, że Edward śmierdział, jednak po pierwsze, zupełnie jak on, potrzebował się odświeżyć po nocy, którą wspólnie przeżyli. Po drugie lubił mówić mu, co miał robić, wiedząc że ten chętnie te polecenia spełni. Żeby jednak wymusić na nim podniesienie się z łóżka, wstał i pociągnął za sobą kołdrę, którą okrył swoje ramiona pozostawiając Edwarda odkrytego na łóżku. Nie spojrzał na niego, lecz poszedł na środek sypialni i tam zrzucił z siebie jedwabne okrycie.
   Skierował się w stronę komody, na której poustawiane były perfumy, które Edward kolekcjonował. Kilka z nich znał, większości z nich nie używał, bo nie pasowały do jego looku. Wszelkiego rodzaju piżma i ciężkie zapachy zdawały się odbierać jego młodzieńczemu urokowi. O dziwo najbardziej pasowały mu lekkie, kwiatowe zapachy. W swoim mieszkaniu miał jednak odpowiednią kolekcję najróżniejszych flakoników, które używał w zależności od okazji i osoby, z którą się spotykał.

Edward Wentworth
Ja.
Nic. Nie lubię tylko AI.
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward nie odpowiedział od razu. Przez chwilę tylko patrzył na odbicie Alfiego w lustrze, pozwalając, by cisza zrobiła swoje. Lubił ciszę. Nie tę niezręczną, która zmusza ludzi do mówienia czegokolwiek, byle tylko wypełnić pustkę. Tę drugą. Gęstą. Świadomą. Taką, w której człowiek zaczyna słyszeć własne myśli. A tych miał zaskakująco wiele.
Obserwował, jak Alfie przechadza się po sypialni z pewnością kogoś, kto dawno przestał zastanawiać się, czy wolno mu dotknąć cudzego flakonu perfum albo otworzyć szufladę, która formalnie do niego nie należała. Nie było w tym zuchwałości. Raczej naturalność. Jakby od początku zakładał, że świat jest miejscem, z którego należy korzystać. Edward nigdy taki nie był. Każdy jego ruch był przemyślany. Każde słowo odmierzone. Każda decyzja niosła za sobą konsekwencje. Przez lata nauczył się funkcjonować jak dobrze zaprojektowany mechanizm. Zawsze uprzejmy. Zawsze opanowany. Zawsze świadomy tego, kto patrzy. Przy Alfiem pierwszy raz od dawna odkrywał, jak przyjemnie jest nie musieć niczego planować.
Wstawaj, musisz wziąć prysznic. Polecenie padło lekko. Edward poczuł, jak coś niemal niezauważalnie drgnęło mu w kąciku ust. Nie dlatego, że ktoś próbował nim rządzić.
Dlatego, że robił to z całkowitą pewnością, iż zostanie wysłuchany. I rzeczywiście. Edward nawet nie rozważał odmowy. Nie dlatego, że nie potrafił powiedzieć „nie”.
Wręcz przeciwnie. Odmowa przyszłaby mu z łatwością. Znacznie trudniejsze było przyznanie przed samym sobą, że wykonanie cudzego polecenia sprawiało mu autentyczną przyjemność. Nie miał w tym żadnego interesu. Nie dostawał niczego w zamian. Po prostu lubił ten moment, w którym ciężar decyzji przestawał należeć do niego.
Był właścicielem domu. Nazwiska. Majątku. Ludzie przez całe życie pytali go, czego sobie życzy. Alfie nigdy nie pytał. Mówił. A Edward, z zaskakującą łatwością odkrywał, że chce go słuchać.
Powoli opuścił nogi na parkiet. Chłodne drewno zetknęło się z bosymi stopami. Podniósł się bez pośpiechu, sięgając po swój szlafrok leżący gdzieś nieopodal. Poprawił jedynie poły, zanim oderwał zgrabny tyłek od materaca.
- Dobrze. - Odpowiedział spokojnie. Jakby nie wykonywał polecenia. Jakby po prostu potwierdzał coś oczywistego. Minął Alfiego tak blisko, że przez krótką chwilę ich ramiona niemal się zetknęły.
Edward zatrzymał się przy komodzie. Spojrzał na kolekcję perfum, ale zamiast sięgnąć po którykolwiek z flakonów, obserwował dłoń chłopaka. Interesowało go, który wybierze. A jeszcze bardziej, dlaczego właśnie ten. Ludzie rzadko zdawali sobie sprawę, jak wiele zdradzały ich wybory.
Perfumy.
Książki.
Sposób nalewania herbaty.
To były rzeczy, których nie dało się wyreżyserować.
- Oczywiście. Pojedziemy na zakupy. - Edward cicho się zaśmiał. Nie próbował nawet negocjować. Nie pytał, kiedy. Nie pytał, dokąd. Nie pytał, ile to potrwa. Po prostu przyjął to jako część dnia. Jakby plan Alfiego automatycznie stawał się również jego planem. I właśnie ta myśl rozbawiła go najbardziej. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej uznałby takie zachowanie za całkowicie niepodobne do siebie. Teraz wydawało mu się zaskakująco naturalne. Odwrócił się w jego stronę.
- Powinienem zacząć wpisywać twoje polecenia do kalendarza. - Powiedział z powagą, której nie dało się odróżnić od żartu.
- Dziewiąta trzydzieści. Prysznic. - Krótka pauza.
- Jedenasta. Zakupy. - Jeszcze krótsza.
- A po południu zapewne dowiem się, co jeszcze zostało zaplanowane za mnie. - Uniósł lekko brew. Nie było w tym cienia pretensji. Wręcz przeciwnie. Brzmiał jak człowiek, któremu taki układ odpowiada bardziej, niż kiedykolwiek zamierzałby przyznać.
Przez moment patrzył na Alfiego bez słowa. W jego spojrzeniu nie było romantycznego rozczulenia. Było skupienie. Uważność. I ta dziwna, niemal estetyczna satysfakcja z obserwowania kogoś, kto z niezwykłą swobodą przejmował kontrolę nad przestrzenią, ludźmi i nim samym. Edward nigdy nie uważał tego za słabość. Było to raczej rzadkim luksusem. Pozwoleniem sobie na coś, na co nie pozwalał nikomu innemu.
Łazienka, podobnie jak reszta domu, zdawała się należeć bardziej do innej epoki niż do współczesności. Ciemny marmur pokrywający podłogę i ściany zachowywał przyjemny chłód, którego nie potrafiło odebrać nawet letnie słońce wpadające przez wysokie okna z mlecznego szkła. Mosiężne baterie błyszczały miękko, wypolerowane przez Marthę do tego stopnia, że odbijały światło niczym stare złoto.
Odkręcił wodę. Najpierw cienki strumień. Potem coraz mocniejszy. Po kilku sekundach łazienkę wypełnił głęboki szum gorącego prysznica. Edward nigdy nie rozumiał ludzi, którzy kąpali się w letniej wodzie. Skoro już miała zmywać z człowieka noc, powinna robić to bez kompromisów. Para niemal natychmiast zaczęła wspinać się po szklanych taflach, zamazując kontury luster i ciężkich ram. Powietrze zgęstniało, nabierając znajomego zapachu cedrowego żelu, wilgotnego kamienia i rozgrzanego metalu.
[akapit]Spłukał pianę i zakręcił wodę. Cisza wróciła niemal natychmiast. Jedynie pojedyncze krople uderzały o marmurową posadzkę. Sięgnął po ręcznik. Gruby, ciężki i miękki, pachnący świeżym praniem oraz lawendą, której Martha od lat używała do przechowywania pościeli i bielizny. Edward zawsze twierdził, że nie zwraca uwagi na takie szczegóły. A jednak natychmiast wyczuwał różnicę, gdy któregoś z nich zabrakło. Powoli osuszył włosy, potem twarz i ramiona, pozwalając, by ciepło ręcznika zastąpiło gorącą wodę.


Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Cóż… nie wiedział dokładnie, co o ich relacji sądził Edward. Nie czytał mu w myślach, nie dopytywał. Nie interesowało go to, bo tak długo, jak przebywali ze sobą i nie słyszał z ust mężczyzny, że ma spierdalać, to miał wrażenie, że jemu to pasowało. Zachowywał się więc bez żadnych hamulców, tak jakby wszystko co należało do Wentwortha należało też do niego. Zupełnie jakby wszystko należało do niego, a Edward był tutaj tylko gościem. W sumie dokładnie tak to wyglądało, bo to mężczyzna zachowywał się w tym domu w z większą dozą niepewności niż on. Była to zaskakująca dla niego obserwacja, bo większość mężczyzn, z którymi się spotykał i którzy prowadzili swoje życia na poziomo zbliżonym do Edwarda, traktowało swoje domy i mieszkania z większą obojętnością. Zupełnie tak, jakby nic nie znaczyły, nawet jeśli były warte więcej niż zarabiali rodzice Blooma w ciągu całego swojego życia. Nie było w tym sprawiedliwości i pewnie z tego właśnie względu, Edward był takim powiewem świeżości.
   Wydawanie poleceń przychodziło mu z łatwością równą tej, z jaką Edward je spełniał. Nie wynikało to z tego, że mężczyzna był posłuszny, ale dlatego, że lubił to robić. Z jakiegoś dziwnego powodu, którego Alfie nie był w stanie jeszcze rozgryźć, mężczyzna lubił, gdy jego życiem kierował ktoś inny. Być może było to wynikiem presji, jaką na sobie czuł i od czasu do czasu przyjemnie było oddać kontrolę komuś innemu… Czy nie z tego samego powodu ludzie zatrudniają menadżerów i asystentów, którzy planują, układają i kierują? Przestało mu się wydawać to aż takie dziwne.
   A Edward potrzebował prysznica. Jak każde ciało. Zwłaszcza jeśli mieli spędzić ze sobą trochę czasu lub cały dzień. Alfie nie wiedział, jak długo chciał tutaj zabawić. Póki co rzeczywiście nie miał planów, ale w każdej chwili mogło się to zmienić. I nie byłoby mu szkoda zostawić Edwarda samemu sobie. Tak właściwie to nie miałby nic przeciwko temu, by zostawić go tu i teraz. Ale cóż innego miałby robić?
   Były też zakupy.
   Obserwował w lustrze, jak Edward znika w łazience. Gdy został sam, poczuł się, jakby to wszystko, co tutaj było należało faktycznie do niego. Przedstawienie na chwilę można było przerwać. Schylił się i podniósł z podłogi kołdrę, którą delikatnie, niemal z namaszczeniem ułożył na łóżku. Nie złożył jej tak, jak powinna wyglądać, wciąż była dowodem na to, że ktoś pod nią spał. Nie chciał jednak, by Marta musiała się schylać i ją podnosić. Nie wiedział, ile kobieta mogła mieć lat, ale tak czy siak nie był potworem. Następnie podszedł do okien i mocnym pociągnięciem odsunął ciężkie zasłony, wpuszczając do pomieszczenia trochę słońca. Promienie tańczyły w jego wilgotnych włosach i muskały jego skórę. Zapowiadał się przyjemny dzień, nawet jeśli Słońce niemiłosiernie świeciło po oczach.
   Drzwi do sypialni się otworzyły. W progu stanęła kobieta. Przywitał się z Martą lekkim skinięciem głowy, na które i ona odpowiedziała.
   – Bierze prysznic – powiedział, bo kobieta ewidentnie nie oczekiwała, że to właśnie jego zastanie w tym pokoju. Nic nie odpowiedziała. Z dziwnego powodu poczuł się, jakby za nim nie przepadała. No ale cóż… bywa i tak. Nie każdy musiał go lubić i jakby nie było, to nie ona mu tutaj płaciła. – Dałoby radę znaleźć coś na ból głowy? – zapytał, podchodząc do niej bliżej. Nie była stara. Na oko dałby jej może koło pięćdziesiątki, a przy lepszym świetle pewnie nawet czterdzieści trzy lata. Nie interesowała go jednak tak, by o to zapytać. Skinęła głową, uśmiechając się lekko i wyszła z sypialni. Podszedł do komody, na krótej znalazł okulary przeciwsłoneczne, które niemal od razu ubrał, zasłaniając się przed promieniami słonecznymi.
   Dudnienie w głowie nieco zmalało.
   Oprócz okularów wziął z komody dwa losowe flakoniki perfum i pewnym krokiem wszedł do łazienki. Prysznic już dawno dobiegł końca, jednak para ciągle unosiła się w powietrzu i zaczęła skraplać się na suficie i ścianach. Uśmiechnął się odnajdując wycierającego się Edwarda, jednak nie podszedł od razu do niego. Opuścił jednak deskę klozetową i usiadł na niej. Zgarnął spod lustra buteleczkę kremu przeciwsłonecznego i nalał sobie sporą porcję, którą niemal od razu zaczął wcierać sobie w udo. Biały płyn nieco przygasił jego promienny koloryt. Normalnie używał bowiem chemicznych filtrów, które nie pozostawiały po sobie białego nalotu. Rozumiał jednak, że dla kogoś tak bladego, jak Edward było to jednak bez różnicy.
   – Zedrzesz sobie skórkę, Misiu – powiedział, nie odrywając wzroku od swojej czynności.

Edward Wentworth
Ja.
Nic. Nie lubię tylko AI.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”