ODPOWIEDZ
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obrazek




Zdarzały się takie dni jak te, kiedy wpadała do pracy Percivala od góry do dołu obsypana brokatem, którego nie zdołała zmyć po zajęciach kreatywnych z maluchami, a jej ubranie przesiąknięte było zapachem kleju biurowego i soku jabłkowego. ALE u w a g a, bo były też takie dni, kiedy ubrana w uroczą i przesłodką sukienkę, z makijażem podkreślającym jej naturalną urodę i ładnie spiętymi włosami maszerowała dumnie korytarzem komisariatu, w którym pracował jej drugi brat - Francis - i witała się z każdym radośnie, jakby z góry było wiadomo kim jest i co robi. BO BYŁO WIADOMO, nie pierwszy raz wpadała z dostawą pączków i kawy do pracy braciszka i nie pierwszy raz jego znajomi bili się o smakołyki Wendy.
Zdając sobie sprawę z tego, że brat jest w terenie wbiła do pomieszczenia socjalnego jak do siebie i rozstawiła czteropak kaw z smakowymi syropami (takich cudów to na miejscu nie mieli) i pudło pączków. — Ooo, to ta część rodziny Gardner, której nie sposób nie lubić — usłyszała znajomy głos za plecami i zaraz zrobiło się jej cieplej. Och dear lord, słodki Lorenzo przekroczył próg socjalnego. Wendy dałaby sobie rękę uciąć, że Francis za nim nie przepadał, ale ona zupełnie tego nie rozumiała. Owszem, Lorenzo zachodził już siwizną, ale był, B Y Ł no proszę spojrzeć raz jeszcze jaki byłbył gorący. — Oh, daj spokój! Francis też jest super — odpowiedziała chichocząc i zaraz robiła maślane oczy, chciała nawet ręką wesprzeć się o stolik i myśląc, że jest wyższy przechyliła się za bardzo w bok i upadła. Na szczęście Lorenzo zawsze służył jej pomocną dłonią i zaraz pomógł się jej z tej podłogi podnieść. Wendy totalnie nie była sobą, gdy obok zjawiał się on, jakby coś pod kopułą jej przeskakiwało i nagle zachowywała się trochę jak słodka idiotka, dostosowując się do poziomu podrywu jaki on prezentował. — Wszystko całe, mała? — zapytał trzymając ją w ramionach zdecydowanie dłużej niż powinien. — Bardzo bolało? — dodał, a Wendy nieco oszołomiona zapytała. — Ale, co? — zapominając, że przed chwilą epicko upadła. — Czy bolało jak spadałaś z nieba? — zapytał tak pewny i dumny z siebie, że Gardner odjęło mowę. Na chwilę, ale szybko wróciła do siebie gdy wyrwała się z jego objęć. — Wyrywasz na to dziewczyny? — zapytała rozbawiona. On to lepiej żeby się nie odzywał w ogóle, bo samym wyglądem Gardner by na niego poleciała, ale tą gadką to mógł koncertowo zwalić sprawę. Zwykle to za młodszymi przepadała, ale ten Lorenzo lekko złapany siwizną wpadł jej w oko, szczególnie raz, kiedyś jak zmieniał koszulkę. Uf. Hot. teraz trochę spadł z rankingu tekstem o spadaniu z nieba, ale gdy tylko znów posłał jej czarujący uśmiech to nogi jej miękły. I zaraz znów do niej podszedł. — Może po pączku chciałabyś, żebym odprowadził cię po komisariacie? Mogę pokazać ci moją broń. Gwarantuję, że robi wrażenie — Wendy prawdopodobnie stała przed nim z rozdziawioną buzią nie kryjąc zaskoczenia tak wymownym podrywem, ale ktoś za plecami Lorenzo odchrząknął, a Wendy wychylając głowę zobaczyła brata. — Francis! — pisnęła trochę zbyt głośno i oblała się rumieńcem. — Cześć, mam pączki jak obiecałam — odparła radośnie wymijając Lorenza i doskakując do brata obejmując go ciepło.
Obrazek
winniethepooh
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#2
u gonna get yourself killed with a donut
Miał w życiu niewiele świętości, ale sernik na palonym maśle z całą pewnością się do nich zaliczał. To, że był na samym końcu Scarborough, w cukierni prowadzonej przez parę europejczyków o nienagannych umiejętnościach, ale za to z nagannymi small talkami? Trudno. Mógł zdzierżyć. To nie był pierwszy raz, kiedy pakował się w mało komfortowe sytuacje, byle osiągnąć wyższy cel. Sernik na palonym maśle zamówił w liczbie sztuk dwie dzień wcześniej i naprawdę nie było sposobności, by po niego nie pojechał. Na tym świecie była absolutnie tylko jedna, jedyna rzecz, która mogła go od tego odwieść.
Czy bardzo się zdziwił, że akurat się przytrafiła?
Nie, bo los miał swoje okrutne sposoby na wieczne robienie sobie z niego darmowego worka treningowego.
Tak, bo przysiągłby, że dzisiaj już los zdążył stroić sobie z niego żarty, chociażby rano, kiedy nagle kot wyskoczył mu na drogę i musiał gwałtownie hamować, co w efekcie wylało czekoladową piankę z wysokiego kubka z logiem Starbucks. Nie chodziło nawet o pobrudzone spodnie i kokpit; utrata potrójnej kakaowej chmurki z jego kawy zabolała znacznie bardziej.
I teraz, jakby dzisiejsze wydarzenia wcale nie były wymierzone w jego spokój ducha i samopoczucie dnia powszedniego, Wendy była na komendzie. Nie tak po prostu wtedy, kiedy był na miejscu. Nie. Przyszła wtedy, kiedy go nie było, z pączkami, które pewnie rozejdą się i zostaną po nich jedynie kawałki lukru i okruszki, z Lorenzo, który...
Dobrą jeszcze chwilę gapił się na wiadomość od niej.
Dużo wiesz na jego temat, jesteście blisko?
Nie miała pojęcia. Być może — być może mogła podejrzewać, że jeśli się od typa nie odczepi, to będą jeszcze bliżej. Co prawda nigdy nie rozważał zmiany branży na tapicerstwo, ale były pewne czynniki — ludzkie — które aktywowały dodatkowe usługi obijania mordy.
Wcisnął gaz do dechy, gdy światło tylko zmieniło się na zielone i chociaż rozważał zawrócenie w połowie drogi, to jednak ostatkami wiary w tę chaotyczną kulkę nieposkromionej energii (w skrócie: Wendy) kontynuował podróż do cukierni. Sprawę załatwił w iście błyskawicznym tempie, wpadając, płacąc, zabierając dwa kartony i wchodząc z powrotem do samochodu, nim drzwi lokalu w ogóle zdążyły się za nim zamknąć.
Dzieści minut później był w Toronto Police Services Headquarters z powrotem. Winda, oczywiście, nie była na parterze. Guzik, choć klikany wielokrotnie w przeciągu trzech sekund, wcale nie przyspieszył zjazdu kabiny. Schody, mimo że za rogiem, wcale nie kusiły. Nie, kiedy na szali było poturbowanie serników.
Kurwa.
Wybrał schody.
A kiedy już znalazł się na odpowiednim piętrze i przysiągłby, że jak za złość każdy wchodzi mu pod nogi, byleby tylko go opóźnić, to usłyszał ten głos. Lorenzo. Ten pieprzony, zdecydowanie zbyt przystojny Lorenzo, o którym żeńska część plotkowała, że powinien częściej chodzić bez koszulki. Góra mięśni, niskiego tembru głosu i...
Czy bolało jak spadałaś z nieba? — ...i najwyraźniej najbardziej debilnych tekstów na podryw, jakie ta komenda widziała.
Gardner aż zatrzymał się tuż za rogiem drzwi do socjalnego, w tym absurdalnym gnaniu na zbity pysk odnajdując element układanki, który nagle przestał mu przeszkadzać. Przynajmniej częściowo.
Bo przecież nie było szans, żeby Wendy poleciała na ten tekst. Nie było. Gdyby poleciała, musiałby rozważyć sprawdzenie faktycznego pokrewieństwa.
Wyrywasz na to dziewczyny?
Odetchnął z ulgą. Zuch dziewczyna.
Ale typ kontynuował i Gardner stwierdził, że może już pora przerwać tę szopkę żenady, zanim jego uszy zostaną skażone kolejną dawką kiepskiego podrywu albo zanim Wendy uzna, że do kontaktów z Lorenzo wcale nie potrzebuje, żeby ten się odzywał.
Odchrząknął zatem, tarasując wejście do pomieszczenia całym żyrafiastym sobą, w łapach trzymając dwa kartony z sernikami i swoją własną cierpliwość na bardzo, bardzo krótkiej smyczy. Serniki szybko poszybowały do góry ponad jego głowę, kiedy chaos w czerwieni postanowił się ruszyć, żeby tylko uchronić je przed niszczycielską siłą przytulenia.
Cześć — rzucił, zerkając w dół na czubek jej łba, żeby sekundę później już łypać spod byka na stojącego tam dalej, te parę kroków od nich, Lorenzo. — Gdzie moje pączki?
Wspaniałomyślnie nie komentował tego, czego był świadkiem i tego, czego świadkiem na szczęście nie był. Na szczęście dla własnego zdrowia psychicznego i ewentualnego honoru ich miejscowego Alvaro z Temu.
A potem dojrzał czteropak kaw i przypomniał sobie o tej niezczęśliwej kawie z rana.
Jakieś waniliowe latte na owsianym? — mruknął, czekając, aż Wendy się od niego odklei. Niezależnie czy to zrobiła czy nie, a jak zrobiła to w którym momencie, zaczął przesuwać się z nią (lub bez niej) w stronę tych czterech kaw, nawet jeśli musieli iść rakiem albo innym karykaturalnym stylem, z kartonami pełnymi serowych wypieków na palonym maśle ponad jej głową. — W ogóle zgłaszam oficjalną reklamację. Zaraziłaś mnie swoim pechem.
Gadaj o czymkolwiek, Gardner. Zanim wytkniesz te kiepskie podrywy albo co gorsza, będziesz musiał grozić bożyszczowi komendy.
🍩🍩🍩
vasco da gama
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wendy uwielbiała sernik, który brat zawsze skądś załatwił. Uwielbiała go prawie tak mocno jak wkręcanie go w smsach, dlatego z niemałą satysfakcją wspomniała tam o Lorenzo. Czy cieszyło ją to, że mogła na nim zawiesić oko nim na komendzie pojawił się brat? Owszem. Cieszyło dopóki buzi nie otwarł, ale czasem tak już bywa. Nie spodziewała się, że brat, aż tak go nie lubi, że byłby w stanie podnieść na niego rękę. Wendy to by się jednak odrobinę bała, bo gość był wysoki, postawny i ewidentnie zapracował sobie na te mięśnie. Nie to, że uważała, że brat nie dałby mu rady, bo pewnie by dał! Nie pierwszy raz biłby się w imieniu Wendy. Wychowywali się przecież razem, a sytuacji do tego na ich drodze pojawiło się od groma, bo od najmłodszych lat miała niesamowity dar wywracania się akurat w tą stronę, gdzie były jakieś problemy. Jak nie ktoś ją wyśmiał, to ktoś chciał ja dobić, jakby i tak nie mieli w życiu wystarczająco ciężko za dzieciaka. Jakim cudem wyrosła na taką postrzeloną i pozytywną istotę, to chyba tylko jeden bóg wie. Pewnie poniekąd za sprawą Franka, bo choć Perci stał na straży zawsze gdzieś ponad nimi, to jednak różnica wieku sprawiła, że Francis zawsze był gdzieś tuż obok niej. Bliżej.
Są i dla ciebie, jeszcze nie zdążyli się na nie rzucić — zapewniła zerkając na Lorenza, który już wgryzł się w jednego z nich. — Ty to umiesz w pączki, Wendi — wymruczał i zajęczał tak, jakby właśnie zrobiła mu dobrze za pomocą lukrowanego donata. Okeeeeeej. W tej chwili chyba nawiązała jakąś telepatyczną więź z bratem, bo ich spojrzenia, które właśnie się spotkały wyrażały więcej niż tysiąc słów. — Zostawiam was słodziaki, jedną kawusię zabieram — i porywając kubek wyminął ją i poszedł innym wciskać swój merch z temu.
Ja już nie nadążam za tymi twoimi kawami Francis — przekręciła oczami wymownie zaraz doskakując do niego, gdy tylko podszedł do kaw i dzieląc go ręką po dłoniach. — Ta jest dla ciebie — wskazała konkretny kubek i od razu powiedziała dlaczego, choć prawdę mówiąc nie musiała, bo wyróżniał się on na tle pozostałych. — Karmelowe macchiato z potrójnym syropem, bitą śmietaną i posypką czekoladową — tak, to było z tą plastikową i kopułową pokrywką, bo ta bita śmietana musiała się gdzieś zmieścić, prawda? Może w pracy by się wstydził pić taką babską kawę, ale w sumie nie miał wyjścia, bo na kubku i tak widniał już szkarłatny napis: Francis, najlepszy detektyw w mieście.
I wypraszam sobie, mój pech to nie jakaś wirusówka tylko cecha, która czyni mnie taaaaką wspaniałą — a tym samym nie było miejsca na reklamację! Nawet jeśli by go zaraziła to czy ktoś kiedyś poszedł do lekarza z prośba zareklamowania wirusa, który sprzedał mu pacjent xyz? No właśnie! Trzeba było się pogodzić z losem, a ten, który niesprzyjał pannie Gardner był wyjątkowo kapryśny. Jak nie wywrotka to czołowe zderzenie z słupem, zawsze coś. — No ale o p o w i a d a j, bo jestem bardzo ciekawa co wendyowskiego cię spotkało — i rozsiadła się na fotelu, a że widok miała na korytarz bo żaluzje nie były opuszczone to zaraz tam widziała Lorenzo w tle opierającego się o jakiś blacik i zezującego raz w jej stronie, a raz w stronę miejsca, gdzie powinien mieć swoją broń… a przynajmniej w duchu modliła się, by jednak na broń sugestywnie spojrzeniem wskazywał, a nie to co odrobinę niżej w bok się mieściło. Dokładnie między jego nogami. — Dopóki się nie odzywał zbyt wiele to naprawdę mnie kręcił znaczy co?! Powiedziała to na głos? No cóż, czasem myśli wylatywały z niej zbyt szybko i zbyt głośno.
Posłała urocze spojrzenie Francisowi. — No mów, mów bo się zamyśliłam — i już w pełni skupiła na nim swoją uwagę. No chyba, że Lorenzo znów coś odwali, ale teraz była ciekawsza co takiego odwalił Gardner. Bo jeśli chodzi o tą plamę na spodniach to nasuwa się tylko jedno stwierdzenie: a m a t o r, życia nie zna, pecha nie zaznał.

Obrazek
winniethepooh
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na moment zawiesił się w chwili. Zawiesił, bo doskonale słyszał zapewnienie Wendy, że jeszcze nie zdążyli się rzucić na — jego — pączki, a tymczasem obraz, który jawił się przed nim, brutalnie i okrutnie przeczył tym słowom. Ten swoisty dysonans między jednym a drugim wywołał małe zwarcie w głowie Gardnera, który ślepiami taskował Lorenzo wcinającego — jego — donuta. Gdyby wzrok mógł zabijać, to niebieskie spojrzenie cisnęłoby laserem w muskularnego pięknisia i Francis zyskałby przydomek kanadyjskiego Homelandera, który zamiast mleka matki, broni pączków.
Na szczęście nikt nie tworzył sobie superbohaterów za pomocą błękitnej mazi i Garnderowi zostało jedynie patrzenie spod byka.
Na nieszczęście, mógł tylko gapić się, jak wypiek znika w gębie policjanta.
Nie. Błąd. Miał jeszcze przecież uszy, a tamten aparat mowy, z którego znowu niepotrzebnie skorzystał. Ten pomruk, to jęknięcie sprawiło, że Gardner napiął się cały — nie w akcie powstrzymywania automatycznego odruchu agresji, a czegoś znacznie prostszego. Mechanizmu konwulsji żołądkowych.
Zaraz się zrzygam — mruknął cicho, do Wendy, tak w imię tej telepatycznej więzi, jak ich spojrzenia się spotkały, jednocześnie odkładając kartony z sernikiem bezpiecznie na stół. Obrzydzenie jednak szybko przerodziło się w wiwat i fanfary, bo Lorenzo już się żegnał i już zabierał ze sobą kolejną ofiarę.
Moja kawa. Garner zmrużył oczy, patrząc na kubek, który porwał kolega. Jednak nie była jego. 1:1 Lorenzo vs Francis. Stracony pączek, uratowane karmelowe macchiato z potrójnym syropem, bitą śmietaną i posypką czekoladową. Nawet zapomniał, że oberwał po łapach, tak się zafiksował na kolejnych słowach siostry. Niby tylko wiązanka opisująca kawę, a dla niego brzmiały jak najpiękniejszy poemat.
Pospiesznie podniósł kubek, łapskiem zasłaniając napis zrobiony czerwonym markerem, zarówno ten fragment z jego imieniem, jak i — wielce prawdziwym — przydomkiem. Ego połechtane, ale w razie gdyby jakiś drugi Lorenzo czy inny Don Juan miał tutaj wpaść, to Gardner w całej swojej powadze zamierzał udawać, że to kawa Wendy i tylko sprawdza, czy jest dobra.
Napił się.
Była dobra.
W międzyczasie dostał solidne nieuznanie reklamacji, podczas którego zdążył oprzeć się tyłkiem o stół, w pół na nim siadając, w pół przy nim stojąc. Zdjął też tę plastikową pokrywkę i rozdziawił gębę, żeby hapsnąć solidny kawałek bitej śmietany. Zazwyczaj dzieciaki miały wąsy po kakao, on właśnie zyskał białe z czekoladowym akcentem. Nie wytarł ich od razu.
Wendyowskie to dobre określenie — zaczął i już miał kontynuować swoją tyradę, wykładając siostrze z każdym detalem wydarzenia z dzisiejszego poranka, kiedy znowu powędrował za jej wzrokiem i znowu mógł jedynie pluć sobie w brodę, że to zrobił, bo jak Lorenzo nie skaził mu uszu swoim pieprzeniem, to krzywdził mu oczy tym, co robił. Wybielacz. Potrzebował wybielacza w trybie natychmiastowym do oczu kąpieli. — Jezusie słodki w niebie nad nami.
To był chwilowo jedyny komentarz. Najpierw musiał zamrugać. Raz, drugi, trzeci, resetując system operacyjny własnego mózgu, który właśnie doznał krytycznego błędu po zobaczeniu sugestywnego spojrzenia Lorenzo wskazującego na jego rozporek broń. Na pewno na broń.
Ucisk w żołądku powrócił ze zdwojoną siłą i aż musiał pochłonąć całą resztę bitej śmietany, żeby sobie ulżyć w cierpieniu.
Naprawdę? Dopóki się nie odzywał? — Musiał to wiedzieć. Musiał wiedzieć, że siostra też to widziała i też była tym zażenowana, bo jak nie i takie gesty na nią działały, to w głowie już szukał najszybszej trasy do najbliższego przytułka dla zagubionych, mentalnie pokrzywdzonych, obłąkanych dusz. Zamachnął się przy tym na kolejną porcję bitej śmietany i z zaskoczeniem odkrył, że już nic nie zostało. Upił więc kolejny łyk macchiato, wolnym łapskiem sięgając po pączka i udając, że Lorenzo wcale tam gdzieś nie stał i nie robił niewerbalnych podchodów do Wendy z uporem maniaka. Mógł go zaraportować za obsceniczne zachowania i podciągnąć to pod molestowanie seksualne. Mógł. Ale jakaś sadystyczna część jego natury była ciekawa, czy gość nie miał w swoim repertuarze gorszych rzeczy.
Zapewne miał. Zapewne mieli się o tym przekonać.
Wylałem na siebie kawę — odpowiedział w końcu. Wgryzł się znowu w pączka, zjadając go w dwóch kęsach, zanim kontynuował. — I to miało być na tyle, ale nie. Prawie potrąciłem pedalarza — Złapał za kolejnego pączka. — i teraz mam cynamon i lukier na przednich siedzeniach i będę to czyścić przez kolejne pół roku.
Faktycznie w kontrze do wendyowskiego pecha, to było tyle, co nic.
W cukierni za to poczęstowali mnie fit ciastkiem z ziarnami i ten pieprzony słonecznik utknął mi gdzieś w gardle i mnie drapie i wkurwia. — Tego żalu nawet drugi pączek nie zmniejszył, ale tego chociaż Gardner nie zjadł w parę sekund, żonglując między piciem kawy a donutem, jak zawodowy cyrkowiec. To zrobiło też dramatyczną pauzę w jego wyznaniu, bo tak się skupił na uzupełnianiu cukru w krwiobiegu, że dopiero po chwili podjął wątek znowu. A kiedy to zrobił, spojrzał na nią wymownie, żeby wiedziała, że to było najbardziej traumatyczne doświadczenie tego dnia. — A potem jakiś frajer w kombi zablokował mnie na parkingu i musiałem jechać przez krawężnik, bo się spieszyłem — przez nią i przez Lorenzo i przez te jej smsy — i walić zawieszenie, ale jeśli ucierpiał mój sernik... Właśnie.
No pożarł już tego pączka, bo przecież większa miłość wzywała i nie brała jeńców. Oblizał z ust lukier, jak na gentlemana przystało wytarł łapska i wąsy z bitej śmietany w chusteczkę, a potem stanął nad kartonami z sernikiem, jakby co najmniej przygotowywał się do przeprowadzenia sekcji zwłok. Wcale nie pomyślał przy tym o Miller i o tym, że mógłby jej zanieść kawałek później. Wcale.
Chcesz kawałek? — To było pytanie retoryczne. Otworzył wreszcie karton, stresując się bardziej niż saperzy przy rozbrajaniu bomby z wyłącznikiem ustawionym na 30 sekund i wzdychając z taką samą ulgą, kiedy wypiek okazał się nienaruszony.
Jeszcze.
🍩🍩🍩
vasco da gama
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wendy miała słabość do dobrze zbudowanych klatek piersiowych i wystarczyło, by kilka razu rzuciła oko na Lorenzo to przepadała. Zresztą nie tylko przy nim, to było powtarzalne — stały motyw w randkowym świecie Gardner — a potem wystarczyło, że gość otworzył buzię i czar prysł. W zasadzie nie musiałby nawet nic mówić, bo to jego przeciągłe jęknięcie wystarczyło, by i jej treść żołądka podeszła na tyle wysoko, że ją zemdliło. — Ja też — przytaknęła, choć wcale nie musiała, bo miała to wypisane na twarzy. Na szczęście nie zemdliło jej na tyle, by nie sięgnąć po donata. Musiałaby być naprawdę chora, jak wtedy kiedy u Krabików w grupie była jelitówka i zdychała przez tydzień. Teraz jednak sięgnęła po jednego lukrowanego pączka i zaraz wcisnęła go w sobie usta, nie przejmując się tym, że jest brudna i paluchy się jej kleją.
Wszystko co wendyowskie jest dobre — wtrąciła z dumnym uśmiechem na twarzy. Sporo lat zajęło jej wypracowanie takiej pewności siebie, jaką obecnie posiada. Wciąż rejestrowała ona mocne spadki i zaniki napięcia, gdzie dołowała okrutnie, ale jednak przez większą część czasu potrafiła postawić na swoim i przyznać, że na pewne zachowania nie zasługuje. Te ciągłe wpadki i wypadki, które ją spotykały jakby została naznaczona nieporadnością niczym Harry Potter swoją blizną, sprawiły, że z czasem przestała się przejmować takimi drobnostkami lub tym, co sobie ktoś o niej pomyśli.
Jesus to teraz żałuje razem z nami, że ktoś przed świętami te okna przetarł — może gdyby widoczność była ograniczona to i Lorenzo by tak nie raził ich w oczy. Bo porażał na pewno, ale nie swoim wrodzonym magnetyzmem. Wzbudzał raczej kolejna falę nudności, co było niewskazane akurat teraz, kiedy jadła pączka. — Nie odwalał takich rzeczy ostatnim razem — wykrzyknęła na swoją obronę! — Może przydałaby się jakaś kontrola przed rozpoczęciem zmiany, musiał coś brać — westchnęła ciężko, nikt normalny / trzeźwy się tak nie zachowuje. — Mam na plecach ciary żenady — oznajmiła i zaraz szybko się przesiadła, by tyłem do szyby się odwrócić, bo za bardzo ją to rozpraszało i nie w tym pozytywnym sensie. W głowie odpalał się jej komunikat wiej zamiast pożądanego przez Lorenzo pokaż na co cię stać.
Teraz nierozpraszana sugestywnymi spojrzeniami bozyszcza kobiet jakim był Lorenzo mogła skupić się na opowieści brata. — Rozlana kawa to moja codzienność — wtrąciła nim zdążył przegryźć pączka i kontynuować. Amator, mówiła! A jednak kontynuował. — Rowerzyste — poprawiła go, bo sama ostatnio w końcu opanowała jazdę na dwóch kółkach za pomocą swojego Goldena i nie chciała by ktokolwiek wyrażał się o niej w ten sposób. Na pewno się wyrażali biorąc pod uwagę ilość wywrotek jakie zaliczyła jeżdżąc na swojej błyskawicy i to, że wciąż miała strupa na łokciu i kolanie. Ten z brody zdążył już odpaść. — Mam super odkurzacz mini do samochodu, tez ci taki załatwię — ssanie miał beznadziejne, ale był różowy. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ale najwyraźniej na każdą wpadkę brata miała już jakieś rozwiązanie. Weteranka kiepskich doświadczeń. — Ciastko i fit zestawione w jedno fit ciasto to się kupy nie klei. Takich podejrzanych rzeczy się nie bierze, to jak wpuszczanie jehowych do domu bo powiedzieli: dzień dobry, znamy prawdę o świecie i jego końcu — jeszcze wielu rzeczy musiała nauczyć swojego brata. — Lepiej sprawdź ten sernik, bo w tej całej opowieści to o niego się najbardziej martwiłam — Francis miał twardą dupę, poradzi sobie ze wszystkim, a na pewno z wpadkami, których ona doświadcza każdego dnia, po wielokroć. I widząc ulgę malująca się na jego twarzy oczywistym było, że odpowie — NO RAJCZEL — i zaraz też sięgnęła po kawę, bo po tym donacie to ją zalukrowało.
A tak w ogóle jeszcze w sprawie Percy'ego, to się rozszedł z Gigi nie wiem czy wiesz skoro o psie ci nawet nie powiedział — przekręciła wymownie oczętami, jakby to był największy rodzinny skandal jakiego doświadczyli w ostatnim czasie. — Wyprowadził się jakieś dwa, a może to już trzy miesiące temu… o, o wilku mowa — wyświetliło się jej powiadomienie o wiadomości, a gdy tylko ją otworzyła zamarła. — Z a j e b i ś c i e, ta to ma zdrowie. Zawał miała i jeszcze się awanturuje — skomentowała, a Francis w tym czasie już zdażył odpiać.
Czy ona w ogóle miała coś do gadania?
Prawdę mówiąc to najchętniej wygarnęła by matce wszystko problem był taki, że do niej i tak nic nie dotrze. Wendy próbowała wielokrotnie, jeszcze jak była dzieckiem, potem nastolatką, aż w końcu młodą dorosłą i wspinając się po tych simowych szczeblach dorastania zrozumiała jedno, że w końcu należy przestać. To dorośli powinni być odpowiedzialni za swoje dzieci, a nie na odwrót. Nie była nawet pewna, kiedy ostatni raz widziała matkę, ale z całą pewnością minęło kilka dobrych lat i pewnie, gdyby nie to, że była tutaj teraz z Francisem to zignorowałaby wiadomość z ulgą widząc, że on pierwszy się zgłosił na ochotnika. Nawet nie wyszłaby z domu. — Iście wendyowski zwrot akcji — powiedziała wyraźnie sfrustrowana podnosząc się z kanapy. Jednak nie wszystko co wendyowskie jest dobre. Takie zwroty nie były. — Ja prowadzę! — oznajmiła wiedząc, że nawet jak dociśnie do gazu to przynajmniej jedzie z policjantem i się jej upiecze. Spróbuje też nie zabić żadnego pedalarza rowerzysty.

Obrazek
winniethepooh
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gardnerowie byli dziwni, nie dało się temu zaprzeczyć. Nie, kiedy potrzeba uzupełnienia cukru we krwi i zjedzenie pączka wygrało z mdlącym uczuciem cofającej się do gardła treścią żołądka. Zresztą, w większości przypadków wystarczyło tylko chwilę im się poprzyglądać, by dojść do podobnych wniosków. Francis w duchu pękał z dumy, widząc, jak Wendy sięga po donuta, choć wyglądała, jakby miała zwrócić śniadanie. Zuch dziewczyna. Dzisiaj pomyślał tak już drugi raz, więc coś musiało być na rzeczy.
Nie skomentował już wątku wendyowskich rzeczy, bo musiałby się zacząć z nią droczyć, a nie było na to teraz miejsca, kiedy w głowie wciąż miał widok Lorenzo i łapska zajęte kawą, pączkiem i... no nie. Lorenzo jednak za bardzo wżarł mu się w system. Powinien go jednak zaraportować do przełożonych i jednocześnie złożyć wniosek o jakieś zwolnienie lekarskie z powodu urażonej estetyki, obrażonych uczuć i traumy, jakiej się właśnie nabawił. Był niemal pewien, że teraz, jeśli na jakimś obchodzie czy gdziekolwiek indziej, ktokolwiek walnie jakimś tekstem o pokazywaniu broni, Lorenzo stanie pojawi mu się w głowie i będzie go już tak nawiedzał za każdym razem na wzmiankę o spluwie. Boże. Naprawdę potrzebował terapii. Wybielacz już by tu nie pomógł — zniszczono mu głowę i nawet cukier nie pomagał.
To Suzy — nakablował od razu odnośnie mycia okien. W sytuacjach traumatycznych faktycznie lepiej było lokować problemy w osobach trzecich. Gardner już wiedział, że będzie domagał się od niej zadośćuczynienia za straty moralne. Może wpisze ją na swoją listę jako kolejną osobę, która będzie mu podrzucała słodkości. Może wpisze ją na listę osób, które będzie o słodkości męczył. I kiedy tak rozważał jak by biedną Suzy gębił, Wendy znowu się odezwała i Francis od razu na nią spojrzał, z refleksem szachisty, aż mu włosy wpadły do oczu.
Nie odwalał takich rzeczy ostatnim razem, powiedziała.
Ostatnim razem.
Słucham? — wydusił z siebie tylko, wciąż mierząc się z szokiem. Nie to, że nie wiedział, że Wendy spotkała Lorenzo wcześniej, ale do tej pory jakoś usilnie chciał wierzyć — i tak też sobie wmawiał — że była to jedynie fascynacja gdzieś z boku, bo się minęli na korytarzu albo widziała go gdzieś, jak szła do niego. Ale nie.
Raport. Wniosek o wolne. Oficjalna skarga. Zażalenie. Domaganie się zadośćuczynienia.
Kontrola przed pracą brzmiała teraz jak coś, co powinni koniecznie wdrożyć w jednostce. Ze skutkiem natychmiastowym. Wątpił, by chłop brał coś więcej niż dwukrotne dawki testosteronu, ale kto wie — mógł zawsze robić za kozła ofiarnego, jako przykład dla innych, jak się NIE zachowywać i jak NIE flirtować. Zwłaszcza z siostrami kolegów z pracy.
Dobrze, że gorzkie żale dnia dzisiejszego przysłoniły na chwilę lorenzowską traumę we łbie Gardnera i mógł się skupić na czymś innym.
Pedalarza — poprawił się od razu, jak tylko ona go poprawiła. Wzmianka o odkurzaczu nie przeszła bez echa, ale coś mu nakazywało wątpić w skuteczność czegokolwiek, co było mini. Z drugiej strony, świetnie było mieć wsparcie. Wypracowane własnymi wpadkami Wendy, ale wsparcie. To oznaczało, że cokolwiek mu się nie przytrafiło, ona miała na to odpowiedź. Była jak ying to jego yang, jego wpadki jej wpadkami... totalnie go zaraziła. Może to płynęło w żyłach Gardnerów. Może to była jakaś klątwa. Czekał, aż aktywuje się u Percy’ego i nawet uśmiechnął się do własnych myśli o bracie, który rozlewa kawę albo potyka się o własne nogi idąc po pięknie wypolerowanych, prostych kafelkach w swoim pięknym, luksusowym domu. Musiał shackować mu kamery, tak na zaś, żeby nie przegapić podobnych wpadek w przyszłości.
Skąd wiesz, co mówią jehowi? Znowu się w coś wpakowałaś? — udał zatroskanie, żeby jak najszybciej zmienić temat odnośnie fit ciastek. Wiedział, że to było skaranie boskie i takich wynalazków się nie jadło. Wiedział, że to było, jak jedzenie placków z ciecierzycy i wmawianie sobie, że to burgery. Ale prawda była taka, że widział coś, co wyglądało jak ciastko, usłyszał, że jest to ciastko i nagle jakoś to, że przed słowem ciastko powiedziano też fit przestało mieć znaczenie. I płacił za to do teraz. Ziarenko dalej go wkurwiało. Dlatego odkaszlnął i zapił kawą, a potem cofnął się od stołu i zaczął buszować po szafkach w poszukiwaniu talerzyków, żeby im ten sernik nałożyć. Nie zatrzymał się nawet jak Wendy wspomniała o Gigi i wbiła mu jeszcze raz szpileczkę odnośnie Leyli. Dalej nie mógł przeboleć, że Percy nic mu nie powiedział. Cham i prostak. Czyli Percy.
I gdzie teraz mieszka? — rzucił, niby od niechcenia, niby nonszalancko, jednocześnie w pełni kierując uwagę na telefon. Odpisał bratu byle co, bo w końcu w grę wchodził sernik na palonym maśle, nawet nie rejestrując zbytnio tego, że chodziło o ich matkę, szpital, zawał, awantury i że właśnie zadeklarował się być tam niedługo. Dopiero słowa Wendy go otrzeźwiły. Stanął jak dąb, spojrzał z wielkim smutkiem na karton z sernikami i westchnął. Matka, jak zwykle, potrafiła wszystko koncertowo zepsuć. A on, jak koncertowy piesek, wracał do niej co tydzień, mimo kotłującego się w nim żalu i kompletnego braku głębszych odczuć względem rodzicielki. Podobnie patrzył na sąsiadkę spod trójki czy przypadkowego przechodnia, kiedy stał w korku na światłach. — Zajebiście.
Przytaknął po siostrze i odłożył puste talerze na stół. Zamknął karton z sernikiem, położył go na drugim kartonie, dopił do końca karmelowe macchiato z potrójnym syropem, bitą śmietaną i posypką czekoladową. Tym razem wąsy wytarł.
To ja nas będę dokarmiał — rzucił jeszcze, łapiąc za dwa widelczyki. Wcisnął jej w ręce karton z donutami — ani myślał je zostawiać dla innych — i sam wziął z powrotem serniki, gotów ruszać w drogę. — A jak Gigi? Daje sobie radę? Powiedziała już, że ogołoci Percy'ego co do gorsza?
To było tylko pytanie-zapchaj dziura, kiedy otwierał jej drzwi na korytarz i blokował drogę tak, by poszli na około, w drugą stronę niż stał Lorenzo. Raz, żeby go właśnie ominąć, a dwa żeby zyskać kolejne dodatkowe minuty przed zobaczeniem się z matką. Bo wcale mu się nie spieszyło. Widział się z nią trzy dni temu i już wszedł w tryb syna, który przez kolejne cztery dni nie pamiętał, że ma rodziców.
🍩🍩🍩
vasco da gama
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gardnerowie byli dziwni, to fakt. Każdy jeden z osobna i wszyscy razem wzięci. Nie ma się co dziwić, że w takim otoczeniu wyrosła na zucha!
Suzy w tym roku nie powinna dostać świątecznej premii — stwierdziła z wyraźnym rozczarowaniem malującym się na jej twarzy. Francis koniecznie powinien domagać się jakiegokolwiek zadośćuczynienia, a najlepiej takiego słodkiego. I pewnie dalej byłaby zdegustowana, gdyby brat nie podłapał jej wzmianki o Lorenzo. Jego wyraz twarzy mówił wszystko. Westchnęła i przewróciła wymownie oczami. — A co ty myślałeś sobie, co? Że on pierwszy raz takie podchody do mnie robił? — parsknęła i machnęła ręką na znak, że życia nie znał, bo wiele jeszcze o Lorenzo nie wiedział. Może to i lepiej! — Jestem pewna, że kiedyś jak przechodziłam obok samochodu na parkingu to celowo ostentacyjnie ściągał koszulkę, że niby się przebierał na szybko — nawet jeśli nie chciał tego wszystkiego wiedzieć to Wendy i tak postanowiła się tym podzielić. — A raz jak szłam korytarzem to jestem prawie pewna, że specjalnie udawał, że mnie nie widzi, by mnie złapać jak będę się wywracać — no i złapał, za dupę! Pewnie znalazłby to na monitoringu jakby chciał, ale przecież nie będzie mu takich rzeczy sugerować. Jeszcze faktycznie ręką by się zamachnął na kolegę z pracy i miałby przez nią problemy. — Z reguły jednak nic nie mówił, więc sobie myślałam, że taki fajny… taki tajemniczy — może nieco za bardzo się wstecznie rozmarzyła, biorąc pod uwagę okoliczności. Na szczęście szybko sobie o nich przypomniała i zaraz niesmaczny grymas pojawił się na jej twarzy. — No ale teraz to już po sprawie — odparła, nie brzmiąc wcale na załamaną. Raczej odczuła ulgę, że samo się wyjaśniło i już dłużej sobie nim głowy zaprzątać nie będzie. Inna sprawa, że będzie musiała znaleźć sobie inny cichy obiekt westchnień na komisariacie, na który oczywiście przychodziła z myślą o kawie, pączkach i bracie, ale jakieś drobny flirt zawsze potrafił umilić dzieć.
Ro-we-rzy-sty! — poprawiła tak, że nawet sobie stopą tupnęła, jakby chciała powiedzieć finalnie i koniec kropka. I sama już nawet zapomniała, że wspomniała cokolwiek o odkurzaczu, ale on by z taką łatwością wcale nie podważała skuteczności czegoś co jest mini, bo przecież rozmiar podobno nie ma znaczenia, mały ale wariat i tym podobnymi stwierdzeniami często była bombardowana. Pozostawało jednak wierzyć, że jeśli kiedyś stwierdzi, że jednak przyda się mu ten mini odkurzacz to zgłosi się po radę do Wendy. No i jak kiedyś dorwie się do kamer z mieszkania Percy'ego to też byłoby fajnie, gdyby urządzili sobie wspólny szyderczy maraton filmowy. Wzięliby też psa, żeby wiedział z kim mieszka.
Nie no daj spokój! W nic się nie wpakowałam — zapewniła brata śmiejąc się pod nosem. — Podróże uczą, kształcą, integrują… trochę wiem o świecie już — stare dzieje, a jednak wciąż aktualne. — Powinieneś polecieć do Włoch, tam fit słodycze są chyba zakazane — wróciła do tematu zdrowej żywności wspominając to jak się obżarła w Mediolanie gdy poleciała z Peterem. To było jakieś nieporozumienie. Wróciła trzy kilogramy cięższa i bez słonecznika czy innych owsianych paprochów w gardle. Grzechem jednak było nie skosztowanie lokalnych smakołyków, prawda?! Niech no poczeka, aż razem gdzieś wyjadą. Będzie uczta!
A myślisz, że mi powiedział? Wiedział, że nie będzie mieć życia — już i tak mocno ubolewał to, że wiedziała gdzie pracuje. Zdarzyło się jej parę razy uprzykrzyć mu życie swoją obecnością. Dla niej to nie było uprzykrzanie, ale on miał wiecznie mine naburmuszoną tak, jakby w życiu mu wszystko doskwierało, łącznie z nią samą. Ona jednak nie zamierzała z jego życia wyautować, choć z życia rodziców przyszło jej to bardzo łatwo. Ojciec to sam się wyniósł, ale matka… cóż, trudny temat. Wendy przez lata dorastania w dysfunkcyjnej rodzinie nauczyła się wyparcia i skutecznie wyparła jakiekolwiek uczucia do rodzicielki. Może gdzieś w głębi je miała, ale były one zakopane tak głęboko, że nie sposób je odkopać. Ten mechanizm wyparcia ułatwiał jej codzienność, w której — w odróżnieniu od brata — nie uwzględniała spotkań z matką. Do dzisiaj.
I chyba nie chciała o tym myśleć za wszelką cenę, więc potrzebowała prowadzić samochód. Robiła to na tyle często, że wymagało to od niej niemałego skupienia. Liczyła na pojawiające się przeszkody na drodze, by móc skupić się na ich omijaniu, a nie myśli o celu do którego właśnie razem zmierzali. — No mam nadzieje, już się napaliłam na ten sernik — prawie tak bardzo jak Lorenzo na nią. nie zwlekając pozbierała swoje rzeczy i skierowała się za bratem na korytarz. — Zabronił mi do niej pisać — i ku zaskoczeniu wszystkich naprawde nie napisała… a teraz po takim czasie chyba nie wypadało. Ta wiadomość brata jednak utwierdziła ją w przekonaniu, że on zawalił sprawę, może jak łaskawie w końcu się z nią spotka to nieco rozjaśni sprawę.
Zresztą nie to jej teraz w głowie!
Żeby nie myśleć o matce zatraciła się we włoskim klimacie, którego nieco zaznała będąc z Peterem i którego być może doświadczy z bratem. — Skąd pomysł na Florencję? — zapytała wychodząc z budynku i wyciągając rękę do brata, by dał jej kluczyki. — Będziemy się obżerać gelato tu, gelato tam! Już nie mogę się doczekać! — czy była bezduszna ekscytując się nadciągającą wycieczką, gdy matka właśnie doświadczyła zawału? Jeśli tak, no to trudno. Ta kobieta i tak wyssała już ogrom szczęścia z jej życia i utopiła go w alkoholu, więc Wendy nie zamierzała pozwolić jej na to, by to samo spotkało Florencję.
Zajmując miejsce kierowcy poprawiła nieco fotel, kierownicę, lusterka i odpaliła wóz ruszając z miejsca tak, że trzy razy nimi zszarpało, ale co najwazniejsze — nie zgasło! Jadąc już zapinała pasy, a później klikała coś na radiu by zapuścić dobrą muzykę, ale to graniczyło z cudem, bo w stacjach leciał chłam. Skoro na celowniku mieli włoskie wakacje to podłączyła się bluetooth do radia i zapodała włoską playlistę. Była jednym wielkim chaosem prowadząc to auto, bo gibali się tak, że cudem nie wjechała dwukrotnie na krawężnik, a dwa razy zaliczyła niemałą dziurę w drodze. Mówi się trudno i jedzie się dalej! — Felicita!!!! — wydarła się nagle wchodząc w zakręt — Lalalalalala Felicita! — tak włoski umiała, że lalalalala wychodziło jej najlepiej. Czy ignorowała fakt, że jedzie z większą prędkością niż dozwolona i zupełnie nie robiła sobie nic z tego, że przed nimi zaświeciło się czerwone światło. Znaczy się zrobiła, ale w ostatniej chwili. I gdy już stali spojrzała z przerażeniem na brata. — Sernik cały? — ale czy to ważne? przecież i tak go zaraz zjedzą. Już miała nawet buzię otwartą czekając na swoją porcję.

Obrazek
winniethepooh
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lorenzo wrócił do jego łba, jak natrętny komar, który wkurwiał, bo kręcił się koło ucha i umykał, jak tylko chciało się go strzelić prosto w pysk.
Zabraniam ci przebywać w promieniu dziesięciu metrów od tego zjeba — mruknął szybko, starając się nie zezować w stronę wilka, o którym była mowa, a który stał sobie tam na korytarzu, jak gdyby nigdy nic. — I musimy zainstalować ci jakiś radar na palantów, bo serio, to już nawet nie jest śmieszne.
Gardner musiał przyznać jednak jedno — Wendy całkiem sprawnie i skutecznie udowadniała mu dlaczego huragany nazywano żeńskimi imionami. I wbrew swojemu wewnętrznemu gburowi, wbrew zrzędliwości starszego brata (Lorenzo miał już nigdy nie wybaczyć tych żenujących podrywów), częściej łapał się na tym, że bardziej go to bawi i wywołuje w nim niejaki podziw, niż przerażenie, zirytowanie, politowanie, zmęczenie czy coś innego, równie negatywnego. Jasne, że często za nią nie nadążał i kiedy działo się za wiele, by jego mózg mógł to w pełni objąć pomyślunkiem i na spokojnie przeanalizować. Ale były też momenty takie, jak dokładnie ten teraz, kiedy właśnie o to chodziło, żeby wpaść w wendyowski wir chaosu i dać się mu porwać, jak... jak liść wrzucony w tornado. Albo jak papier w toalecie, kiedy ktoś wcisnął spłuczkę.
Dzięki temu mógł na przykład szybko — choć pewnie na krótko — zapomnieć o Lorenzo i innych przystojniakach z komisariatu. I o Suzy. I o własnych nieszczęściach, jakie go dzisiaj spotkały. I o tym, że to był pedalarz, nie rowerzysta. I o tym, że Percy jak zwykle pomijał go w swoich życiowych zwierzeniach. I o… wszystkim.
Nawet o tym, że mieli jechać do matki, a nie po prostu na przejażdżkę, jak czasami się trafiało.
Ale nie o tym, że poczęstowano go fit ciastkami i teraz go drapało. Odchrząknął raz, drugi, trzeci i pospiesznie sięgnął po drugą kawę z tych, które przyniosła Wendy. Zapił kilkoma solidnymi ruchami, słuchając o tych podróżach, które uczyły i kształciły i integrowały i o wzmiance o Włochach, w których chyba prawo zabraniało produkcji fit słodyczy. Kiwnął łbem. Włosy to naprawdę był raj na ziemi. Jak nie zajebiste lody, to zajebiste wypieki, a jak nie zajebiste wypieki, to pizza, makarony i sery. I widoczki. Widoczki mają też zajebiste.
Aha, aha — palnął, zapisując sobie w pamięci tę jakże cenną uwagę o kierunku podróży i lekcję włoskiej konstytucji jednocześnie. Co gorsza lepsze, naprawdę zaczął rozważać wyjazd do Europy. Na chwilę, nażreć się, jak świnia, pozdychać chwilę brzuszyskiem do góry i wrócić, umierając z jet lagiem i tęsknotą za gelato i włoską na cienkim spodzie. Coś mu podpowiadało, że w tych bólach najlepiej pasowałoby dzielić je z Wendy, więc logiczne było, że pomyślał o niej jako towarzyszce. Tak, żeby do gnębienia Percy’ego nagraniami z jego własnego mieszkania i kradzieży jego psa, dorzucić jeszcze gnębienie go fotkami żarcia i super zabawy z Włoch.
A potem Huraganica ruszyła, gotowa podbijać cynamonowe wnętrze jeepa i Gardner ruszył za nią.
I Ty się tak po prostu posłuchałaś i nie napisałaś? — dopytał, nie kryjąc zdziwienia. Jakby miał strzelać, to strzeliłby, że właśnie napisała i co? I by przestrzelił. Pytanie o Florencję wytrąciło go trochę z zatroskania o ewentualna chorobę siostry — no bo jak to, nie napisała? — i wzruszył ramionami. — Bo mi przypomniałaś o lodach bazyliowych.
Bezczelnie zrzucił na nią odpowiedzialność, na zaś, gdyby ktoś śmiał mu wytknąć, że nie miał czasu na jakieś wyjazdy i nie w głowie powinny być mu italiańska zabawa, beztroska, gelato i cała reszta. Wtedy mógłby rzucić uno reverse card i powiedzieć, że to sprawy rodzinne i musi jechać.
Spojrzał na nią, na jej wyciągniętą rękę i zmrużył oczy, jeszcze chwilę się wahając. Ostatecznie wręczył jej kluczyki, zrzucając pęk z doczepionym małym grizzly prosto do jej otwartej dłoni. Potem wgramolił się na siedzenie obok kierowcy, już czując się jak typowa passenger princess i ignorując słodki zapach cynamonu, jaki bił z wnętrza wozu, otworzył okno i przyjrzał się lusterku bocznym. Wytarł piankę z kawy, która robiła za wąsy.
I zamarł. Tak po prostu zastygł w miejscu, z łapskiem przy mordzie, kiedy samochodem szarpnęło raz i drugi i trzeci i... nie czwarty. Odetchnął z niemałą ulgą i oparł się o fotel, zapinając pospiesznie pasy i zaraz łapiąc się za uchwyt nad drzwiami. Wiedział, jak Wendy prowadzi samochód, ale był pewien, że z ich dwójki to ona lepiej opanowała prowadzenie maszyny i nie pojedzie po chodniku, jak się jeździło w GTA, bo — niestety — w prawdziwym życiu po przejechanych ludziach nie zostawały pulsujące ikonki gotówki do pozbierania. Dobrze, że miał schowaną odznakę, tak na przekór, gdyby ktoś chciał się rzucać, że gliniarz, a nie wlepia jej mandatu. Powinien. Powinien był zgłosić się w radio i poprosić o drogówkę, żeby czekali gdzieś za zakrętem na nich, ale przecież mieli cel, nieważne jak mało ciekawy i uproczywy. I Florencja na nich czekała. No i był jej bratem, wspieranie jej było ważniejsze, niż prawo i życie obywateli Toronto, które przysięgał strzec.
Rozważał natomiast wykład o dobrej muzyce, kiedy bezczelnie przełączyła jego playlistę z klasykami rocka, a potem kolejną z wyciem Dimmu Borgir i następną z Abbą w wersji metalowej. Rzucił nawet okiem na nią, wielce niepocieszonym, a potem, jak tylko się dało, pomógł z podłączaniem jej własnych putupajek, bo przecież zaraz mogli mieć czołowe spotkanie z drzewem. Chaosu jednak, oczywiście, nie dało się ujarzmić.
Wir. Daj się porwać w wir.
Zmusił się do relaksu i puścił ten nieszczęsny uchwyt, który prawie zmiażdżył, bo tak mocno się go trzymał. Było prawie, jakby jechali off-roadem jakimś monster truckiem. Tylko, że nie. Woo-hoo.
Nieświadomie złapał pewniej kartony — taki odruch, skoro już puścił uchwyt — i dobrze, bo wtedy zapaliło się czerwone i dziękował bogom, że zapiął pasy, bo tak to musiałaby go zdrapywać z kokpitu i przedniej szybki. Jedno z łapsk plasnęło mocno o plastik przed nim, gdy nim tak targnęło nagle.
Felicita — dośpiewał żałośnie i szybko sprawdził sernik. Miała szczęście. — Ciesz się, bo inaczej leciałabyś do tej Florencji w luku bagażowym.
Jakże solidna to była groźba, gdy w grę wchodził sernik na palonym maśle i testowanie układu hamulcowego jego samochodu.
Ej, Wendziszcze, mam pomysł. Taka mini gierka na zabicie czasu. Widzisz to? — nachylił się i wskazał paluchem na prędkościomierz. — Twoją misją na następne pół godziny jest starać się, żeby biała wskazówka nie przekroczyła osiemdziesięciu. Jak ci się uda, to dostaniesz cały sernik dla siebie.
A to to już było poświęcenie. I gotów był je wykonać na rzecz swojego podwozia. W międzyczasie wychylił się niezgrabnie i wsunął między siedzenia ramię, żeby odłożyć jeden z kartonów na tył. Zapiął go pasami, co samo w sobie też wyglądało wielce nieporadnie, ale w końcu wrócił do niej i otworzył ten karton, który mu został. Z kieszeni wydobył schowany tam wcześniej widelczyk i zanurzył w aksamitnym wypieku, żeby zaraz podsunąć siostrze pod nochala.
Jedź, masz zielone. Już dawno.
Czy bibkali na nich? Pewnie tak, ale przez italiano disco lecące w tle ignorował każde inne dźwięki. Ignorował też to, każda kolejna minuta tej szalonej jazdy przybliżałą ich do szpitalnej sali i awantur matki, których w życiu nasłuchali się z nawiązką na kolejne tysiąc lat.

🍩🍩🍩
vasco da gama
34 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— A jemu też to powiesz? — zapytała widząc zdenerwowanie brata i uśmiechnęła się jak ktoś, kto zamierzał coś napsocić. — Bo wiesz, ja się o jego obecność wcale nie prosiłam, on tak sam z siebie do mnie lgnie. Przyciągam go niczym magnes — zaczęła opowiadać, tym razem już sobie żartując z Lorenzo, który kiedyś w jej wyobrażeniach mógł mieć jakieś szanse, ale po dniu dzisiejszym powinien o tym zapomnieć. Żarty z brata jednak zamierzała sobie robić w dalszym ciągu. — Taka jestem kurde m a g n e t y c z n a — z dumą to powiedziała, choć raczej nie powinna chlubić się przyciąganiem palantów, co nie? Mówi się trudno i płynie się dalej! — Ale tym radarem bym nie pogardziła w sumie, taki system wczesnego ostrzegania i oszczędność czasu — której potrzebowała, bo miała już sporo lat na karku i na horyzoncie nie widziała nikogo poważnego. No dobra, był Peter, ale o tym już sama nie wiedziała co myśleć. Czy to chwilowe zauroczenie zbyt długim przebywaniem z przyjacielem, czy może coś więcej? I czy miało jakiekolwiek szanse przetrwania, gdy pochodzili z dwóch zupełnie innych światów? Zaczynała w to wszystko szczerze wątpić. Pomijając fakt, że on pomimo zerwania z Kristin wcale nie garnął się do niej pomimo wielu — dla niej oczywistych — sygnałów wysyłanych w eter. Pomału zaczynała myśleć, że pora znaleźć sobie inny obiekt westchnień i wyleczyć się z beznadziejnego zauroczenia przyjacielem. Poza tym to fakt, Wendy była niczym huragan i potrzebowała swojego Billa Hardinga, łowcy burz, który będzie mieć odwagę zbliżyć się do żywiołu, zrozumieć jego naturę, spojrzeć prosto w oczy i zaryzykować. Bo niepoważna Wendy Gardner — ta sama, która roztaczała wokół siebie wendyowski wir chaosu na miarę spłukiwanego w toalecie papieru — była warta ryzyka, nawet jeśli czasami o tym zapominała. Ktoś kto dawał się jej porwać nie żałował, choć często miał przy tym przerażoną minę.
Spoiler
Obrazek
Kto wie jaki rollercoaster emocji zaserwuje Wendy bratu jeśli już postanowią wyrwać się na ich Włoską Przygodę. Kto wie, może będa leżeć do góry brzuchem od nadmiarów pyszności, a może Wendy wielokrotnie przepadnie akurat w pobliżu tamtejszej policji sprawdzić, czy mają do zaoferowania coś lepszego niż jakiś tam Lorenzo? A może z Florencji wywieje ich wprost na Sycylię, bo co to jest jedenaście godzin podróży w tą czy w tamtą, jak można natrafić na ślady mafii?! Och, tyle się mogło zdarzyć! Wszystko to i żadnych fit ciastek.
Jak patrzę w lustro i o tym myślę, to mam bardzo podobną minę jak ty teraz — z d z i w i o n ą! Totalnie. — I nie, nie napisałam. Sama jestem w szoku, ale teraz już nie wypada. ZA TO TY! Ty możesz się do iej odezwać jakby nigdy nic, rżnąć głupa, że nawet nie wiedziałeś, że się rozstali… NO BO PRZECIEŻ NIE WIEDZIAŁEŚ! No przyznaj sam, że jestem genialna! — ekscytacja w jej głosie mieszała się z dumą.
No to dobrze, że ci przypomniałam, bo ja to już z pięć sukienek w myślach wybrałam na tę wczasy. Teraz się mi nie wykręcaj już — pogroziła karcącym spojrzeniem, bo potrzebowała europejskiego słońca, gelato i przystojnych ładnych widoków.
Już wyobrażała sobie siebie za kierownicą kabrioleta, z chustką na włosach, jak przemierza włoskie ulice czując wiatr we włosach. Na pewno prowadziłaby spokojniej niż aktualnie to robiła, bo musiałaby się nacieszyć widokami, teraz jednak jej na tym nie zależało. Szczególnie gdy wokół nie widziała nic ciekawego, nie jechała kabrioletem i nie była na włoskich sielankowych wakacjach.
Kątem oka widziała, jak brat sięga by złapać uchwyt, ale to nie powstrzymywało jej przed tą szaloną jazdą. Możliwe, że dla niej była to podróż całkiem zwyczajna i iście wendyowska. Widocznie się nie lękała, choć to raczej nie kwestia wiary, bo z bogiem to po drodze nie miała. W chaosie wychowana, sama się nim stała i chyba najzwyczajniej w świecie to zaakceptowała — czego się tutaj lękać? Ona nad wszystkim świetnie panowała, wiedziała w którym momencie odbić kierownicę by nie najechać na krawężnik, choć Francis oczami wyobraźni pewnie już poczuł całym sobą to tak, jakby na niego najechali. I idealnie zatrzymała się przed linią na czerwonym świetle, więc to, że zrobiła to gwałtownie zupełnie się nie liczyło.
— Gierka?! — zaraz w jej oczach pojawił się znajomy błysk, bo Gardner uwielbiała wszelkiego rodzaju gry. Od najdurniejszych i dziecinnych (w które nigdy nie miała okazji grać jako dziecko podczas rodzinnych wakacji i wspólnych podróży samochodem, bo tak czasu nie spędzali) po takie dla dorosłych, ale tego może bratu nie powinna opowiadać. Kto chciałby słuchać o siostrze grającej w rozbieranego twistera. Słysząc jednak o ograniczeniu prędkości westchnęła niepocieszona, marszcząc przy tym noc, zaciskając ręce na kierownicy i uderzając głową w sam środek tak, że odpaliła przeciągły klakson. — Nuuuuuuuda! — stwierdziła i dopiero podniosła głowę widząc, jak rowerzysta zbiera się przed ich maski. — Co on taki strachliwy?! — zapytała zaskoczona, a przecież sama stała się źródłem jego lęku. Zaraz to jednak za nią trąbili, więc znów ruszyła zrywając samochodem ze trzy razy, ale tym razem grzecznie pilnowała prędkości. Jeszcze Francis pożałuje, że postawił na nią cały sernik, zamierzała go wygrać. Szczególnie teraz, gdy po pierwszym kęsie przypomniała sobie jego boski smak.
I pewnie by się jej udało, ale na światłach znajdujących się już w pobliżu szpitala nagle pojawił się ten sam rowerzysta, którego na wcześniejszej sygnalizacji prawie klaksonem do nieba wysłała i z bezczelną miną nakleił na jej aucie karnego siusiaka jako odznakę parszywego kierowcy. — O ty P E D A L A R Z U wredny! — wykrzyczała uchylając okno, bo nie mogła go dogonić, gdy dwa samochody stały przed nią. On niestety mógł sobie podjechać dalej, ale nie zamierzała dać mu uciec! I właśnie gdy zapaliło się zielone ruszyła za nim w pogoń, przekraczając tym samym prędkość wyznaczoną dla brata, ale widok przerażonej miny rowerzysty był tego wart. — Niech ci szprycha wygiętą będzie! — ale mu pogroziła! I dumnie odjechała w kierunku szpitala, choć przez chwilę udało się jej zapomnieć gdzie zmierzają. Niestety, gdy zaparkowała ta myśl do niej powróciła. niechętnie opuściła samochód i pokierowała się z bratem do środka, trzymając się jakieś dwa kroki w tyle, jakby bała się co czeka na nich w środku. Obraz matki miała wyryty w pamięci, ale prawda była taka, że nie widziała ją szmat czasu. Czy była w stanie rozczarować się jeszcze bardziej? Może być ciężko, matka postawiła poprzeczkę już i tak w chuj wysoko.
Obrazek
winniethepooh
zlewania - szybko wtedy tracę zainteresowanie, bardzo to nieatrakcyjne; kierowania moja postacią i sugerowania co myśli; nudy i braku inicjatywy
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”